sobota, 20 maja 2017

Długi weekend

Jestem chwilowo w górach. Długi weekend majowy mam. Trochę przesunięty w stosunku do tego, który miała reszta narodu. A że stosunek dobrze mi się kojarzy, nie narzekam. Wręcz przeciwnie – cieszę się, napawam i korzystam, bo pogoda piękna.

Ile prawdy jest w stwierdzeniu, że należy ważyć słowa doświadczamy aktualnie w domu w górach, gdzie musimy słowo "pojedzie" reglamentować z wielką ostrożnością i rozwagą jedynie w momentach, kiedy rzeczywiście "pojedzie". Luśka bowiem rozsmakowała się w podróżowaniu samochodem. Nie od razu stała się entuzjastką automobilizmu. Pierwsza jazda to była… jazda. Luśka usiłowała wydrapać sobie drogę ucieczki z auta piszcząc tak, jakby na egzekucję jechała, a nie na wycieczkę. Szkód nie zdążyła narobić, bo została spacyfikowana przez pańcię, czyli moją mamę. Szczęśliwie cel podróży zrekompensował jej stres, bowiem jak się wyhasała i wyganiała w górach, o traumie zapomniała. Aż do momentu drogi powrotnej, choć jakiś proces analityczny musiał się w niej toczyć, gdyż z samochodu wydostać się próbowała jakoś tak bez przekonania, ograniczywszy swoje zabiegi jedynie do popiskiwania. Wnioski jakie wyciągnęła ze swoich rozmyślań podróżnych okazały się przełomowe, bo właśnie wtedy skojarzyła słowo "pojedzie" ("Luśka pojedzie") z wolnością, wiatrem w sierści i powiewającymi w sprincie uszami, no i uważać teraz trzeba na to, co się przy niej mówi, bo już samo to słowo, bez względu na kontekst sprawia, że przełącza się w tryb gotowości do jazdy, co oznacza dyżurowanie przy drzwiach wejściowych do domu, okraszone efektami dźwiękowymi w postaci popiskiwania, poszczekiwania i skomlenia. Długotrwałego, bo pamiętliwa jest.

Przy okazji hasania po górach Luśka przyswoiła jeszcze jedno zdanie: "Ty świntucho!". Nauczyła się go zaraz po tym, jak swoje nadwątlone gonitwą siły pokrzepiła była przepyszną, deserową owczą kupą! I to z nieskrywaną przyjemnością! Po pełnym oburzenia "Ty świntucho!" przybiegła przepraszać i lizać chciała, do czego, z oczywistych względów, nie dopuściłem. Postraszyłem, że jak kupy spożywać będzie, to po powrocie wyparzę jej pyszczek wrzątkiem. Groźba chyba podziałała, bo nie widziałem, żeby zrobiła to ponownie. Ochotę może i miała, ale za każdym razem, kiedy dostrzegałem niebezpieczeństwo spożycia, utrwalałem "Ty świntucho!". Jak na razie działa.

Włócząc się po górach minąłem wczoraj niegdysiejszy "stadion piłkarski" okolicznej młodzieży, położony na górskiej polanie, z trzech stron osłonięty drzewami, z czwartej lekko opadający w dół. Na "stadionie" owym okoliczna młodzież męska rozgrywała "mistrzostwa świata" w piłce nożnej. Na któryś z meczów sąsiadka młodzieżówka wybierająca się pokibicować, zabrała dziecko. Nie swoje, bo własnego wtedy jeszcze nie posiadała. Dziecko było zachwycone, bo owe rozgrywki bardzo ujrzeć chciało, poszło więc prowadzone za rękę polem, potem lasem, a właściwie leśnym duktem, cały czas pod górę. Wydawało się dziecku, że pokonuje monstrualną odległość, ale wiedzione ciekawością dzielnie szło. Młodzież na boisku rozgrzewała się już, więc dotarło w samą porę. Prócz sąsiadki młodzieżówki przybyło jeszcze parę innych dziewcząt, by zagrzewać drużyny do boju, co znacznie podniosło rangę rozgrywki i zmotywowało młodzież rozgrywającą, mecz zatem był zacięty. Lekko opadająca w dół murawa sprawiała, że dość często piłka im uciekała, więc próbowali wykorzystać dziecko do przynoszenia jej. Udało im się posłać po nią dziecię nawet kilka razy, co w końcu zirytowało sąsiadkę młodzieżówkę, która powiedziała młodzieży, żeby zamiast wykorzystywać nielata, sama sobie po piłkę ganiała, bo przecież i tak niczego innego nie robi. Mecz był jak z telewizora, aż do momentu, kiedy zwabiony żywiołowym dopingiem młodzieży żeńskiej oraz emocjonalnymi krzykami rozgrywającej męskiej, nie przywlókł się był wielki fan piłki nożnej, choć już zdecydowanie młodzieżą nie będący, Eduardo we własnej swojej osobie. Zaangażowawszy się emocjonalnie w rozgrywkę uwolnił ze swych koralowych ust girlandę tak plugawą, że cała młodzież wraz z okolicą zamarła w zdumieniu, bowiem nikt prócz Eduardo takich przekleństw nie znał. Pierwsza otrząsnęła się sąsiadka młodzieżówka, która zrobiwszy gwałtowny zwrot, jak wicher pognała z powrotem do domu, nie zważając na żywiołowy protest ciągniętego za sobą za rękę dziecka. Doceniwszy bowiem aspekt edukacyjny wystąpienia Eduardo, w poczuciu odpowiedzialności za dziecko, postanowiła usunąć je z pola rażenia bezprecedensowego zgorszenia spływającego z karminowych warg Eduardo. Tym dzieckiem byłem ja.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

O zmarnowanym potencjale

(…)

Bibi miała kiedyś wielbiciela, bardzo nią zainteresowanego. Co prawda nie potrafiłby rozpoznać jej na zdjęciu (gdyby zaszła taka konieczność), bo nigdy wzrokiem nie sięgnął jej twarzy (o urodzie wybitnie radiowej), niemniej ślinił się był na jej widok nieprzytomnie, a w zasadzie na widok poprzedzających ją dwóch grzechów ciężkich, na których oczami się zawieszał i tarzał się w nich, i pławił, i wyczyniał dzikie, wyuzdane harce. Tak był urodą Bibi zachwycony, że gotowy był się z nią ożenić i to natychmiast, by z zapamiętaniem emablować jej klatkę piersiową oraz, niejako przy okazji, płodzić potomstwo. Choć Bibi obdarzona przez naturę wyjątkowo solidną obłą konstrukcją gotowa była płodzić i rodzić nawet trzy razy w roku, byle tylko matką zostać, doszła jednak do wniosku, że absztyfikant ów, choć nieźle wyglądał, to jednak do niej nie pasował. Intelektualnie. No bo jąkał się, kiedy rozmarzonym wzrokiem po jej biuście się błąkał. Dała mu więc kosza. Niestety sama również na koszu została, bowiem żaden inny zalotnik (jak dotąd) się nie objawił i dobiegła czterdziestki nie zdoławszy zrealizować swojego planu macierzyńskiego. Narzekanie na macierzyńskie niespełnienie stało się ulubionym tematem jej monologów, snutych smętnie przy unoszącym się melancholijnie dymie papierosowym i hektolitrach Coca Coli, bowiem Bibi jest kompulsywną nikotynistką (60 papierosów dziennie!) i namiętną pijaczką Coli (minimum 3 litry dziennie i to nie jakiejś badziewnej light dla cieniasów, ale tej porządnej, złożonej pół na pół z karmelu i kofeiny!), co ma przełożenie na wyniki Bibi: nadwagę i wysokie nadciśnienie tętnicze. Czy Bibi histeryzuje z tego powodu? Czy Bibi płacze? Nie. Bo Bibi zadowalają wyłącznie wysokie wyniki. Bez względu na to, czego dotyczą. Wpadłszy w zwierzeniowy cug Bibi uszczęśliwiała każdego, kto tylko się trafił martyrologiczną opowieścią o tym, jaka nieszczęśliwa, bo macierzyńsko niezrealizowana. Temat eksploatowała tak namiętnie, że znajomi unikać jej zaczęli, no bo ileż można słuchać ciągle tego samego. 

[Do przebogatej palety zalet Bibi należy również nadużywanie okazanej jej empatii, której dosiada jak rumaka i ujeżdża, póki nie padnie.]

Rozczulając się posępnie nad marnotrawstwem własnego potencjału macierzyńskiego Bibi powierzyła ową boleść matce jednej ze swoich uczennic. Nie dlatego, że tak jej ufała, bo jej prawie nie znała, ale dlatego, że pani była dobrze wychowana i grzecznie słuchała nie uciekając, a takie audytorium zawsze skłaniało Bibi do zwierzeń. Kobieta wysłuchała i pokiwała głową ze zrozumieniem i błyskiem w oku, którego Bibi nie zauważyła. A wtedy właśnie w głowie owej pani plan się był zrodził na zrobienie Bibi dobrze. Przy następnym spotkaniu, po kilku dniach, pani owa ponownie uszczęśliwiona przez Bibi monologiem progeniturowym, poczekała aż ta wzruszywszy się nad sobą zamilknie i wbiwszy się zgrabnie w powstałą pauzę, zaproponowała Bibi… aplikowanie o bycie rodziną zastępczą dla kilkuletniej dziewczynki. I nie był to gołosłowny bąk puszczony empatycznie ku pokrzepieniu Bibi, a konkretna propozycja, bowiem – jak się okazało - pani zawodowo zajmowała się rodzinami zastępczymi oraz adopcjami, o czym Bibi pojęcia nie miała. Powiedzieć, że Bibi się zdumiała to za mało. Bibi wyskoczyła z własnej skórki i stanęła obok niej. 

[Skórka Bibi wyprężona na krzesełku i jej jaźń lewitująca obok… Warto się wysilić nieco i wyobrazić sobie to rozejście się materii i ducha, bo widok to zaiste bezcenny, który było mi dane kiedyś, jeszcze za studenckich czasów, u niej wywołać i obserwować. Odtwarzam go sobie w pamięci zawsze, gdy potrzebuję szybkiego i pewnego rozweselacza.]

Kiedy jaźń Bibi otrząsnąwszy się z pierwszego szoku wróciła do skórki, Bibi zaliczyła fazę drugą zaskoczenia, której entuzjastką jest również umiarkowaną – chwilową afazję. Elokwentna, wygadana, rzec by można, że pyskata nawet, nie potrafiła oderwać języka od podniebienia. Próbowała, szarpała się, ale za cholerę język nie chciał się odkleić. W czasie, kiedy tak się z nim mocowała, wyobraźnia wyprojektowała jej obrazy owego zastępczego rodzicielstwa: odpowiedzialność za dziecko, zajmowanie się nim, dbanie o nie, poświęcanie się dlań, a nade wszystko – co własna ektoplazma wykrzyknęła jej dyszkantem! - rezygnacja z hedonistycznego oddawania się wyłącznie swoim własnym przyjemnościom. Bibi nie przywykła do poświęcania się. Ani tym bardziej do rezygnowania z życia wyłącznie dla własnej radości. Ni chuchu! – ryknęło jej jestestwo basem. I owemu rykowi Bibi się poddała. Zaraz, jak tylko odzyskała władzę w języku grzecznie się wymiksowała i od tamtej pory starannie unikała spotkania z panią. Miast zaciążenia owocującego powiciem zafundowała sobie małego, wybałuszonego mopsa, ułożonego, a więc niekłopotliwego i prostego w obsłudze, którego wystarczy wypuścić na dwór trzy razy dziennie i który sam się sobą potrafi zająć oraz o siebie zadbać, byle mu wodę i trochę karmy w michach zostawić. Wstrząs, który przeżyła sprawił, że przewartościowała i doceniła swoje życie. Otoczenie tę zmianę zarejestrowało, choć jej nie odczuło, bowiem zmieniła jedynie temat i ton monologów ze smętnego narzekania na bezdzietność, w entuzjastyczne, niekończące się opowieści o psie. Bibi martyrologiczna to ciężka sprawa, ale Bibi entuzjastyczna to masakra. Mierzona w decybelach.  

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Rocznica

Trochę tęsknię. Taką spokojną, ciepłą, refleksyjną tęsknotą. Lubię tak za nim tęsknić... 


piątek, 7 kwietnia 2017

001

Koleżanka przyszła dziś do roboty przebrana… No właśnie… To jej przebieranie się skłania mnie do snucia podejrzeń, że po godzinach może dorabiać sobie jako tajny superagent 001, z licencją na przebieranie (się). Kamufluje się przebierając a to za zielonego klauna, a to za różową dzidzię-piernik, a to za średniowiecznego rycerza wreszcie i daje odpór złu, jak James Bond nie przymierzając. Dziś na przykład przyszła do roboty przebrana za skórzany, czarny wór, z którego wystawały jasne elementy w postaci dłoni oraz głowy, przyozdobionej skórzanym, czarnym kaszkietem. Wyszedłszy z owego skórzanego wora koleżanka zaprezentowała światu skrajnie ascetyczną kreację, kontemplacyjno-ekspiacyjną rzec by można, łudząco przypominającą mnisi, karmelitański, brązowy habit. Znając jej słabość do niebanalnych dodatków, nie zdziwiłbym się, gdyby skrywała pod nim różową (kuloodporną) włosiennicę, srebrny pas (dawno utraconej) cnoty, złote (hiszpańskie) buty, a w fałdach paralizator (w siedmiu odcieniach fuksji) i (arogancko różowe, a jakże) akcesoria do ubiczowania – czyli absolutnie niezbędny zestaw każdego superagenta…

środa, 22 marca 2017

Pozwolenie

Miejsce akcji: praca. W rolach głównych: ja i głos kolegi w telefonie, który dzwoni tuż przed rozpoczęciem pracy.

- No co tam?
- Hej. Dzisiaj się trochę spóźnię.
- Ok, pozwalam.
- Pamiętaj, że tak naprawdę to ja pozwalam Tobie pozwolić...
- Pamiętaj, że to ja pozwalam Ci myśleć, że pozwalasz mi pozwolić...

Kurtyna.

niedziela, 19 marca 2017

O szyderczym chichocie

(...)

Kompletnie zignorowawszy rachunek prawdopodobieństwa los zaśmiał się szyderczo, po czym perfidnie wycelował dokładnie w tę samą parę, którą już onegdaj sponiewierał wystawiając w kościele na publiczną ekspozycję. Wiedział dobrze, że prawdą jest to, co twierdzi psychologia, że nie uczymy się na swoich błędach, a jedynie je utrwalamy i wykorzystał tę wiedzę z całą bezwzględnością. Czwarta ławka licząc od przodu. Nie wiem, co w sobie ma, że doskonale obły pan i równie idealnie krągła pani ciągną do niej jak ćmy do płomienia, choć zdecydowanie unikać jej powinni, zwłaszcza, że wabi ich ona obydwoje symultanicznie, jak jakaś rosiczka. Obła pani przeszedłszy nawę zatrzymała się przy owej pechowej czwartej ławce, wymownie dawszy siedzącemu już na jej brzegu obłemu panu do zrozumienia, że chce w tę ławkę wejść. Pan nie chciał się rozstać z owym, najwidoczniej ulubionym przez siebie skrajnym miejscem, jednak niepomny doświadczeń sprzed kilku miesięcy nie wyszedł z niej, żeby pani przejść mogła swobodnie, ale uniósł się jedynie, zmuszając ją do przeciskania się, czym niechcący wykreował zdarzenie dla siebie i pani krępujące, acz dla postronnego widza spektakularnie malownicze. Jakieś wspomnienie przebytej traumy musiało się kołatać w pamięci pani, skoro do procedury przeciskania się podeszła odmiennie i zaszła pana tyłem. Swoim. I to dosłownie. Z całą pewnością odniosłaby sukces, gdyby nie jeden drobiazg, który jej w tym przeszkodził – obłość. A w zasadzie dwie, które się na siebie nałożyły. Przeciskawszy się albowiem, pani niechcący ześlizgnęła się wprost w próżnię dokładnie pomiędzy krągłością pana a jego udami i utknęła w niej strategiczną częścią swojej cielesnej powłoki, zwanej przez niektórych niewymowną. Widok był porażająco naturalistyczny. I z całą pewnością odświeżył obydwojgu pamięć o ekscesie sprzed kilku miesięcy, bowiem bezzwłocznie podjęli czynności zaradcze. Pani złapawszy oparcie ławki poprzedzającej ciągnęła ile tylko sił miała, pan zaś pomagał jej w tym usiłując oburącz przesunąć jej biodra w bok, aż obydwoje poczerwienieli na twarzach z wysiłku. Ławka skrzypiąc rozpaczliwie wytrzymała szczęśliwie tę ekstremalną ewolucję, a wspólny wysiłek zaowocował sukcesem, okraszonym dwoma ciężkimi klapnięciami zadanymi siedzisku z nieco większą energią niż to zwykle bywa. Powstrzymawszy z wielkim trudem atak pełnego współczucia śmiechu pomyślałem, że o ileż łatwiej poszłoby im, gdyby pan miast uparcie trwać w półprzysiadzie tworzącym ową więżącą panią próżnię, po prostu usiadł...

(...)

wtorek, 14 marca 2017

O powrocie do normy

Koleżanka powróciła z urlopu wypoczęta, wyluzowana i jakaś taka stonowana, bowiem kilim, którym się była spowiła dla uświetnienia swego powrotu uczyniony był zaledwie z kilku barw: wiśni, rubinu, szkarłatu, karmazynu i pąsu. Czyli bardzo skromnie. Przy bliższym oglądzie kilim okazał się być imitacją indiańskiego ponczo. Całości dopełniały wpięta we włosy, migocząca sztucznymi rubinami dorodna kokarda, wyglądająca jak gigantyczny, połyskujący motyl uczepiony jej potylicy, wypiłowane i umalowane na czerwono szpony, wypomadowane na rubinowo usta oraz plastikowa torebka w kolorze czerwieni rajdowej, o fakturze nieudolnie udającej gadzią skórę. Wzruszyłem się widząc, że wszystko wróciło do normy. Świat odzyskał kolory i blask...