wtorek, 23 sierpnia 2016

Zasłyszane (2)

Miejsce akcji: tramwaj. Na jednym z przystanków wsiada do niego pan w podeszłym wieku, zobaczywszy jadącego tym tramwajem znajomego, równie jak on wiekowego, przemieszczając się w jego kierunku woła zaaferowany:

- Ty wiesz, że w naszym bloku mieszka murzyn?!
- No coś ty!
- Ja go nie widziałem, ale moja go widziała.

kurtyna

sobota, 20 sierpnia 2016

Zasłyszane

Miejsce akcji: Biedronka. W koszach wystawiony towar w postaci zeszytów szkolnych, kredek, bloków rysunkowych i innych pierdół. Małżeństwo sześćdziesięciolatków ogląda wystawione dobra. Ona przebiera i komentuje, on tylko z rzadka wtrąca coś między wypowiedzi małżonki. W jednym z koszy poduszki jaśki z podobiznami piesków, kotków oraz...

- Popatrz, już nawet w Biedronce Lewandowskiego kupić sobie można i się o niego oprzeć.
- Ja pierdolę.

kurtyna

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Pomroczność jasna

Ataku pomroczności jasnej chyba doznałem, bo nawiedziłem wczoraj gejowskie targowisko próżności, jakim jest fellow. Skłoniła mnie do tego czynu otrzymana wiadomość od jakiegoś pana, a że wziąłem sobie do serca moją niedawną rozmowę z przyjaciółką, postanowiłem dać szczęściu szansę. Po przeczytaniu wiadomości i zwizytowaniu profilu pana, kita szczęściu opadła, bowiem wiadomość liczyła całe trzy słowa i dwa znaki interpunkcyjne: „hej, poznamy się?”, a spłodził ją pan liczący wiosen ni mniej ni więcej a dwadzieścia. Moje poczucie własnej wartości zostało mile połechtane, bo skoro odezwał się do mnie pan o dwadzieścia lat ode mnie młodszy i wizualnie atrakcyjny, jak wynikło z oględzin zdjęcia zamieszczonego na jego profilu, to znaczy, że nie jest ze mną jeszcze źle. Z tego chwilowego samozadowolenia wyrwał mnie detektor ściemy, który odpalił malutką czerwoną żaróweczkę z tyłu mojej głowy, jednak odpisałem panu, bo mama mówiła, że na wiadomości należy odpowiadać, a ja słucham się mamy. Czasem. I dobrze zrobiłem, bo dalsza wymiana wiadomości, która nastąpiła, nabrała niewątpliwych walorów rozrywkowych. Pamiętając o tym, że mam do czynienia z przedstawicielem tzw. pokolenia sms, starałem się nie przekraczać 160 znaków w wiadomościach, co czasem mi się nawet udawało. W odpowiedzi na jego wiadomość powitalną napisałem, że owszem, możemy się poznać, ale zanim to nastąpi, powinien zwrócić swą uwagę na fakt, że jestem od niego o dwadzieścia lat starszy. Odpisał mi na to błyskawicznie, że jemu to nie przeszkadza. Czerwona żaróweczka z tyłu mojej głowy zapulsowała trochę mocniej. Zasugerowałem panu, żeby nie śpieszył się z deklarowaniem chęci poznania, skoro nie wie nawet jak wyglądam, bowiem zdjęcia mam zahasłowane (można je sobie obejrzeć dopiero po wpisaniu hasła). Tu pan zawiesił się na kilka minut. Domniemywam, że opędzał w tym czasie innych interlokutorów - kilku, a może nawet kilkunastu. Odpisał jednak po pewnym czasie, że to też mu nie przeszkadza, bo obejrzy mnie sobie, jak się spotkamy. To się nazywa optymizm – pomyślałem i napisałem „OK.”. Krótki ten komunikat sprawił, że pan się nieco rozluźnił i stał się jakby trochę bardziej rozmowny, bo zapytał mnie bardzo bezpośrednio o to, czy jestem pracujący, niezależny i zmotoryzowany, na co odpisałem, że owszem, ale nie szukam utrzymanka, na co otrzymałem wiadomość-focha o długości, która zrobiła na mnie wrażenie. Pozwolę sobie zacytować ją w całości: „Nie oczerniaj ludzi bo pewnie wiesz po sobie jak to było mając 20 lata. tylko Ciebie pewnie mamusia musiała niańczyć. Wyprowadziłeś się już od mamusi? myślisz o sobie, że jesteś pępkiem świata i jeszcze masz jakieś wymagania”. Parsknąłem śmiechem, a że ciekawy byłem, co będzie dalej, napisałem panu, że nikogo nie oczerniam, a jedynie staram się rozwiewać swoje wątpliwości, dotyczące naszej ewentualnej znajomości. Tu pan ponownie zamilkł na kilka minut, by – jak mniemam - znowu załatwić zaległą korespondencję z innymi panami. Korzystając z tej przerwy poszedłem do kuchni zrobić sobie kawę. Jak wróciłem czekała już na mnie wiadomość, która rozczuliła mnie swoją lapidarnością. „Hasło” brzmiała. Jeśli myślisz szanowny Czytelniku, że pan zażądał dostępu do mojego konta bankowego, to jesteś w błędzie, bowiem na fellow priorytetem jest dostęp do zahasłowanych zdjęć, a dopiero potem do informacji dotyczących zasobności w dobra materialne. Twoje domniemanie drogi Czytelniku, że owo żądanie sprowokowało mnie do spuszczenia pana w internetową czeluść jest również błędne, bowiem powodowany pomrocznością jasną dałem panu to, czego zażądał. Podałem mu hasło do moich zdjęć na profilu. Oględziny musiały wypaść pozytywnie, skoro napisał mi łaskawie „fajny jesteś”. Rozbawił mnie, więc odpisałem, że hasło do zdjęć mu podałem, ale do konta bankowego nie dam. Obraził się i napisał, że nie lubi „osób, które od razu nastawiają się na nie i zawsze znajdą powód by coś im nie pasowało”, po czym zniknął w odmętach fellow. Nie powiem, że żałuję.
W międzyczasie napatoczył się drugi absztyfikant – nie sądziłem, że to możliwe, a jednak – jeszcze bardziej lakoniczny niż ja. Mój rówieśnik. Pozwolę sobie zacytować naszą korespondencję niemal w całości.
- Cześć… - pan zagaił. Od razu zwróciłem uwagę na wielokropek, którego, jak się w dalszej korespondencji okazało, pan lubił używać oraz na to, że zdania zaczynał od wielkiej litery, co zdradzało jakieś intelektualne aspiracje.
- No cześć. Co tam? – odpowiedziałem.
- W pracy póki co… Szukam na seks na weekend… 
- Czy to propozycja? – zapytałem uprzejmie, jak już otarłem monitor z resztek kawy.
- Jeśli jesteś zainteresowany…
- Nie znasz mnie, nigdy mnie nie widziałeś, a seks mi proponujesz? 
- Nie rozumiem… - odpisał. 
- Może okazać się, że wcale nie będziesz miał ochoty na… hm… zbliżenie ze mną. Albo ja z Tobą – napisałem rozbawiony.
- Moje h uiop – brzmiała lapidarna odpowiedź na moje wątpliwości. Zajrzałem na jego profil i odhasłowałem zdjęcie, z którego spojrzał na mnie przystojny jasnooki brunet z brodą. 
- Twoje h – wytknął mi zaniedbanie konwenansu, uznając najpewniej, że skoro podał mi hasło do swoich zdjęć, choć go o to nie prosiłem, moim obowiązkiem był rewanż. Podałem mu je ciekawy dalszego ciągu. 
- Fajny… - zrecenzował moje fotki, co znaczyło, że inspekcja mojego profilu wypadła pomyślnie. Dalsze wiadomości również o tym miały zaświadczyć.
- Będziemy w kontakcie… - poinformował.
- Ok – odpowiedziałem ostrożnie.
- Możemy się umówić w jakiś dzień… - kontynuował. - Ten weekend mam już zajęty, bo już się z kimś umówiłem… - zakończył jak zwykle wielokropkiem.
- Na seks? – zapytałem niedyskretnie.
- Tak… - odpowiedział bez skrępowania. 
- Baw się zatem dobrze – odpowiedziałem. 
- Thx – podziękował, już bez wielokropka. 

[kurtyna]

W ciągu mojej blisko półtorarocznej nieobecności na fellow, mój detektor grozy uległ przytępieniu. Wczoraj został na nowo skalibrowany, co przypomniało mi, dlaczego tak długo tam nie byłem.

sobota, 13 sierpnia 2016

[...]

[…]

- Tęsknisz za nim jeszcze? – zapytała.
- Rzadko – powiedział z wahaniem. - W jakieś tam nasze rocznice, święta. W takie dni odczuwam stratę i brakuje mi go. Całego. Tego naszego rozumienia się, wspólnego tonu w żartach, zaufania, przyjaźni, bliskości. Również tej fizycznej. Wiesz, on mi się czasem śni, że leży koło mnie, śpi, cichutko i spokojnie oddychając. Te sny są tak realistyczne, że czuję w nich jego zapach, ciepło jego ciała. Cieszę się w tych snach, że jest, a nasze rozstanie to tylko zły sen, chcę się do niego przytulić i wtedy się budzę. Leżąc bez ruchu z zamkniętymi oczyma próbuję zatrzymać wrażenie jego obecności jeszcze choć przez chwilę. Chodzę potem cały dzień taki trochę skulony do wewnątrz, mimo to lubię, jak mi się śni. To taki cień jego obecności...
- Jeszcze będzie dobrze – powiedziała cicho, przerywając milczenie. 
- Już jest – spojrzał na nią, stojącą obok i wpatrzoną w horyzont. Słońce powoli chowało się za ciemną ścianę lasu, a świeży, pachnący zielenią i rozgrzaną ziemią wiatr lekko rozwiewał jej długie, gęste, ciemne włosy. Wciąż była dziewczęca i niewiele zmieniła się od studiów. Ich przyjaźń przetrwała próbę czasu, pomimo dość rzadkiego widywania się. Bez względu na to, ile czasu minęło, zawsze kiedy się spotkali, oboje mieli wrażenie, jakby widzieli się zaledwie wczoraj.  
- Odczuwanie straty i tęsknoty w codziennym życiu nie jest ani w połowie tak dramatyczne, jak w powieściach – podjął z lekkim uśmiechem - bo codzienność je temperuje, rozprasza obowiązkami, którym trzeba się oddać i które odwracają uwagę od martyrologii tęsknienia. Jej przypływy tracą z czasem na częstotliwości i intensywności, choć co jakiś czas wracają i odchodzą, jak fale, między którymi toczy się zwyczajne życie. Można je nawet polubić, bo przypominają szczęśliwą historię, do której tylko happy end się zgubił… - zamilkł na moment zapatrzywszy się gdzieś w dal. – To źle, że pamiętam? – zapytał cicho po chwili.
- Nie. Byłeś z nim szczęśliwy, a tego się nie zapomina. I nie rób sobie wyrzutów, że w głębi duszy chcesz, żeby on też pamiętał – uśmiechnęła się widząc, jak unosi lewą brew zdziwiony. – Mam jednak nadzieję, że poznasz kogoś, bo widzisz – popatrzyła mu w oczy z powagą - samotność jest przereklamowana.
- Tak, ale oswajam myśl o niej. Prawda jest taka, że nie potrafię o nim zapomnieć, choć wiem, że tak byłoby najlepiej. Wciąż noszę go pod skórą. To zabrzmi banalnie, ale z nim było tak, jakbym dopiero wtedy zaczął naprawdę żyć. Świat się zatrzymywał, kiedy byliśmy blisko, tylko on i ja. To mnie odmieniło. Jego również. Ta niezwykła, rzadka i krucha więź… Chciałbym, żeby to się powtórzyło, ale jestem realistą. Muszę być. Szanse na poznanie kogoś, na nową miłość, gwałtownie szybują w dół. Nie młodnieję. Zresztą, ja nawet nie wiem, czy jestem jeszcze zdolny do takiego oddania się. Czasem mam wrażenie, że jestem jałową pustynią. I do tego mam stępioną empatię, jakbym funkcjonował w jakiejś selektywnej sedacji.
- Mówisz, że nie wiesz, czy jesteś jeszcze zdolny, bo czujesz się jałowy – spojrzała figlarnie. – A ja ci mówię, że jeśli poznasz kogoś, kto cię zainspiruje, wszystko może się zmienić. No chyba, że zadusisz i umordujesz w samym zarodku, to wtedy nie – powiedziała śmiejąc się. Bardzo lubił jej śmiech. Lekko odchylała głowę do tyłu i perliła ten swój dźwięczny, srebrzysty i zaraźliwy chichot, do którego nie sposób było nie dołączyć. Miała jeden z najładniejszych śmiechów jakie słyszał.

[…]

wtorek, 2 sierpnia 2016

Komunikacja

Luśka potrafi się komunikować na razie w sposób uproszczony mruczando-szczeko-ruchowy. Na razie. Bo jeśli będzie dalej się tak rozwijać – a zdolna – to kto wie, może mówić się nauczy, a nawet czytać i pisać. Stała dzisiejszego ranka na balkonie pochylając się nad wiadereczkiem (pozostałość po powidłach śliwkowych), w którym ma wystawioną wodę. W domu w kilku miejscach ma wodę w miseczkach, ale tylko na balkonie w wiadereczku, być może właśnie z tego powodu aktualnie to jej ulubiony wodopój. Stała więc na balkonie i mruczała w sposób bardzo charakterystyczny – robi tak tylko wtedy, kiedy czegoś chce. Pomyślałem, że może zauważyła gumowy krążek, który niby przypadkiem zrzuciłem z balkonu, żeby nie musieć go jej rzucać i domaga się, żebym go jej przyniósł, by mogła mnie ponownie eksploatować jako dyżurnego ciskającego, w czym umiaru nie ma. "Yhm, już się rozpędzam Luśka i po niego pędzę” – pomyślałem z przekąsem i wziąłem Luśkę na przeczekanie nie reagując. Po chwili znowu zamruczała chcem, chcem, daj mi!, trochę już zniecierpliwiona, a że ponownie nie doczekała się mojej reakcji, wzięła w zęby wiadereczko, przyniosła je do pokoju i położyła mi na kolanach. PUSTE. Luśka spragniona była, a woda rozstawiona w domu w miskach, ze znanych tylko jej powodów, nie była tak dobra jak w wiadereczku. Wziąłem owo naczynie, poszedłem do kuchni i nalałem wody do pełna, ku widocznej radości Lusławy, która towarzyszyła mi w tej czynności uważnie obserwując. Po zaniesieniu przeze mnie na balkon pełnego naczynia, wypiła trochę, po czym spojrzała na mnie wymownie, żebym dolał, co też ku jej radości uczyniłem. Aż strach pomyśleć co będzie, jak Luśka się mówić nauczy…

piątek, 29 lipca 2016

Cojones

Piorun grzmotnął niedaleko domu. Huk był ogłuszający. Luśka w poczuciu misji chronienia rodziny zerwała się, wyskoczyła na balkon i oszczekała burzę, żeby sobie nie myślała, że taka groźna. Pozbawić burzę złudzeń - to się nazywa mieć cojones...

wtorek, 26 lipca 2016

Szybki przelot

Jestem zafascynowany retoryką Rosjan w sprawie dopingu, ale też w każdej innej ich dotyczącej. Twierdzenia, że białe jest czarne, a czarne białe, wygłaszane spokojnie, stanowczo i konsekwentnie, robią wrażenie. Owa retoryka, rodem z najlepszych lat bolszewizmu, miewa się tam znakomicie. Muszę przyznać, że wznieśli cynizm do poziomu sztuki.
***
Szarooki podpisał w Paryżu kontrakt na 5 lat, zostaje tam więc, jak można się było spodziewać. Aktualnie spędza część swojego urlopu w Bieszczadach: Polańczyk nad Soliną, Cisna, Wetlina, połoniny. Trochę żeglowania, trochę pluskania i dużo wędrowania po górach – tak jak lubi. Brązowooki również spędzi poza ojczyzną następne pięć lat, bowiem, jak się okazało, robi na obczyźnie specjalizację, którą zakończy doktoratem.
***
Luśka nauczyła się piszczeć swoim ulubionym barankiem. Zapiszczałem nim raz, Luśka ze zdziwienia uszy podniosła, a potem przez pół dnia kombinowała aż zlokalizowała element piszczący w baranku i nauczyła się go obsługiwać. Teraz nosi go po domu i popiskuje. Zdolna Luśka.