piątek, 14 lipca 2017

O rozprasowaniu na gładko

Eduardo, lokalny megacelebryta, mistrz plugawienia mowy ojczystej i namiętny miłośnik napojów wyskokowych zmienił swój image. Niestety nie zapuścił długiej grzywy, jak to obecnie u gimbazy w modzie, choć może to i dobrze, bo musiałby ją sobie wpierw wyhodować na plecach, żeby zaczesać, ani nie zaczął ubierać się w stylu młodzieżowym, chociaż Eduardo w rurkach to byłby olśniewający widok. Zmiana, która zaszła jest subtelna, acz wstrząsająco zauważalna. W pewnych okolicznościach. Eduardo pod wpływem promili staje się towarzyski, mowny, wylewny, jowialny i kolokwialny, czego beneficjentami stają się szczęśliwcy przechodzący obok jego domu umieszczonego przy głównej ulicy mojej górskiej miejscowości, na których robi łapanki, by się zwierzyć, bowiem słowa cisną go chcąc się wydostać na świat, koniecznie w obecności audytorium. Któregoś dnia jeden z owych zaszczyconych przez niego szczęśliwców stał się mimowolnym świadkiem tego, jak image mu się zmienił i poniósł tę wieść w świat. Eduardo mianowicie przemówił do owego człowieka kwieciście, kończąc swoją wypowiedź (jak zresztą każdą) słowem z długim, wibrującym rrrr w środku, jednoznacznie opisującym profesję jakoby najstarszą na świecie, do którego artykulacji bardzo starannie się przyłożył, bo jest jego ulubionym i wypowiedział je z przesadną, aktorską wręcz dykcją, czym wprawił w wibracje swoje ruchome uzębienie, które wypsnęło mu się z jamy i złośliwie sturlało na jezdnię, gdzie natychmiast zostało rozprasowane na gładko przez przejeżdżający samochód. Zaskoczony gwałtownym rozwojem wypadków Eduardo cmoknął tylko (już wtedy) bezzębnymi usty, ale szybko się otrząsnął i jak przystało na rasowego pragmatyka błyskawicznie przeszedł z tą stratą do porządku dziennego. Zdecydował też, że zmian do nowego image’u wprowadzać nie będzie, bo i po co poprawiać doskonałość. A przyznać obiektywnie trzeba, że uśmiech Eduardo zyskał znacznie na malowniczości i wyrazie, bowiem widać w nim bezdenną czeluść, z której wypełzają najrozmaitsze przekleństwa, jak robactwo z kloaki…

poniedziałek, 10 lipca 2017

Urlop

(…)

Mam urlop. Noszę trampki. Odmładzają mnie. Na twarzy.

(…)

Straszną rzecz pani Zosi uczynił psychiatra, u którego się przez chwilę onegdaj leczyła. Zrujnował jej zdrowie i „rozszarpał nerwy”, jak twierdzi, bowiem lek, który jej zaordynował i który łykała przez kilka tygodni (inhibitor wychwytu zwrotnego serotoniny) skumulował się w jej organizmie i wydzielać się będzie zatruwając ją systematycznie do końca jej żywota, powodując chybotliwość samopoczucia. Każda komórka ciała pani Zosi krzyczy o krzywdzie wyrządzonej jej owym lekiem, każde strzyknięcie w kościach jej o tym przypomina. Już miałem podważyć słabe punkty jej teorii obracając ją przy okazji w niwecz, ale pomyślałem sobie, że skoro snucie jej sprawia pani Zosi przyjemność, nie będę ją jej pozbawiał. Te i inne troski pani Zosia koi hobbystycznymi pomiarami poziomu glukozy we krwi dokonywanymi dwa razy w tygodniu glukometrem odziedziczonym po zmarłym mężu diabetyku. Pani Zosia nie ma cukrzycy, ale czy fakt ten ma ją pozbawić przyjemności płynącej z drobnej domowej diagnostyki, dzięki której czuje się zadbana? Zdecydowanie nie. Co z tego, że nie ma cukrzycy. Przecież mogłaby mieć. 

(…)

Drobne robactwo by nasz wszystkich zeżarło, gdyby nie Luśka, która iska nas regularnie. Jak wpadnie w trans, przelatuje wszystkie zagięcia ubrań i ranty, aż zęby trzaskają. 

niedziela, 9 lipca 2017

Kazimierz, Kazimierz

- Jaki tytuł miał ten film, w którym jest „Kazimierz, Kazimierz!”?
- „Noce i dnie”? – zapytałem tknięty intonacją mającą naśladować Barańską.
- Tak, to to.
- Tylko skąd ty tam Kazimierza wytrzasnąłeś?
- Jakiś na pewno tam był.
- Nie było. Za to był Bogumił.
- No, też prawda.

[kurtyna]

wtorek, 4 lipca 2017

Konfrontacja

Zainspirowany modowymi wyczynami koleżanki nabyłem onegdaj kurteczkę przeciwdeszczową w kolorze agresywnej, wulgarnej pomarańczy, przykuwającej uwagę wszystkich okolicznych istot żywych oraz materii nieożywionej, gdyż taka jest krzykliwa, a że ma do tego właściwości odblaskowe, to nawet z kosmosu ją chyba widać. Nieopatrznie doprowadziłbym do poważnego kryzysu, kiedy przyszedłem w niej do pracy kilka dni temu, bowiem intensywnie różowa, zwiewna kreacja, którą koleżanka się spowiła, w konfrontacji z wściekłą pomarańczowością mojej kurteczki wydała się bledziutka. Przez jedną pełną napięcia chwilę miałem wrażenie, że koleżanka wzburzona ograbieniem jej z uwagi widowni zedrze ją ze mnie wraz z pozostałą garderobą jednym szybkim ruchem ręki uzbrojonej w szpony, pozostawiając mnie nagim na pastwę świata, ale uprzedziłem ją i sam kurteczkę zdjąłem…

piątek, 30 czerwca 2017

niedziela, 18 czerwca 2017

Mleko czekoladowe

7% dorosłych Amerykanów jest przekonanych, że mleko czekoladowe pochodzi od brązowych krów – taki jest wynik badania przeprowadzonego przez Innovation Center for U.S. Dairy, rządową komórkę zajmującą się nabiałem. Może by i to śmieszne było, gdyby nie było takie straszne. Dwie dekady systematycznego dewastowania edukacji dają nadzieję, że również nasz piękny kraj może zaroić się od takich intelektualistów...

poniedziałek, 12 czerwca 2017

3 urodziny

Miał być tylko na chwilę, a obchodzi dziś trzecie urodziny. I istnieje realne niebezpieczeństwo, że mogą się zdarzyć też następne, bo blogowanie wciąż sprawia mi przyjemność. W ciągu tego trzeciego roku popełniłem parę całkiem fajnych postów: Sen, Zasadzka, Weekend, cykl modystka oraz dyptyk (z czasem na pewno się rozbuduje, bo obiekt nader wdzięczny do opisywania) poświęcony Bibi, równie jak ona brawurowy - Kąpiółka i O zmarnowanym potencjale. Również moja recenzja płyty Rafała Blechacza Bach Blechacza mi się podoba. W temacie recenzji nie jestem tak całkiem dziewiczy, bo dawno temu, na początku studiów, kilka moich recenzji (muzycznych i filmowych) zostało wydrukowanych. Ich emocjonalna szczerość bardzo się redaktorom naczelnym podobała. Nie kontynuowałem tej przygody jednak, bo studia pochłonęły mnie bez reszty.

Na koniec wspomnę o tym, co w całym tym trzyletnim okresie mojego blogowania ucieszyło mnie najbardziej, czyli trwałym skonsolidowaniu Szalonego Marcina z konsolą przez Grupę Szalonych Mikołajów - ludzi świetlistych, dryfujących po bezkresnych odmętach Internetów pośród niezliczonego mrowia innych żeglarzy. Mam nadzieję, że w tym roku również uda nam się coś wykręcić w ramach Robótki.

Szalony Marcin tuż po otrzymaniu konsoli 
 Happy birthday mój blogu.