niedziela, 25 września 2016

Kąpiółka

Tytułem niezbędnego wstępu:

Bożena Brygida, zwana dalej (przez wszystkich znajomych) Bibi, od pierwszych liter imion, to postać niezwykła. Bardzo inteligentna manipulatorka i emocjonalna szantażystka, dumna z siebie cyniczka, uzdolniona literacko, deklarująca się jako niewierząca-ale-praktykująca polonistka w szkole katolickiej, obsypana nagrodami, bardzo przez młodzież lubiana i autentycznie młodzieży oddana. Wyzwolona feministka, bojowniczka o prawa kobiet, uważająca siebie za owych praw jedyną beneficjentkę, z powodzeniem wznosząca megalomanię do poziomu sztuki. Toksyczna wampirka wysysająca z otaczających ją osób energię i dlatego posiadająca jej nadmiar, zabójczyni zegarków elektronicznych i zaklinaczka drobnego AGD oraz RTV, które w jej obecności samo się włącza (radia i suszarki do włosów, podłączone do gniazdka, ale wyłączone) i wyłącza (komputery, laptopy, tablety i smartfony – cudze, bo jej własne są uodpornione). Wielka entuzjastka każdego przejawu oryginalności i inności, a więc najlepsza psiapsiółka (zwłaszcza w swoim własnym mniemaniu) gejów i lesbijek. Towarzyska i wesoła, małostkowa, zawistna, nielojalna, wyrachowana, mściwa i podstępna. Jednym słowem kobieta-legenda, o której będę opowiadał cudzym wnukom, bo swoich mieć nie będę. Widuję ją rzadko, często za to o niej słyszę, jest bowiem przyjaciółką mojego przyjaciela, tworząc z nim przyciągający się przeciwieństwami, barwny tandem. Przyjaźń ta wieloletnia, pełna wzlotów i upadków, symbiotyczna i bynajmniej nie bezinteresowna, niezmiennie jest dla mnie źródłem uciechy, bowiem jako powiernik jednej ze stron, jestem tej burzliwej relacji audytorium.

Jakąś dekadę temu dom rodzinny mojego (i Bibi) przyjaciela został podzielony na dwie części: on objął w posiadanie parter, jego rodzice zaś urządzili swoją rezydencję na poddaszu, robiąc przy tej okazji gruntowny remont. Bibi odwiedzała przyjaciela w ciągu owej dekady wielokrotnie, nigdy jednak nie miała okazji, by obejrzeć tamto mieszkanie. Nie dlatego, że nie chciała, bo ochotę miała wielką, tak się jednak jakoś zawsze składało, że kiedy z odwiedzinami wpadała, byli również (u siebie) jego rodzice, a Bibi, jak przystało na kobietę z klasą, nigdy nie dokonuje oględzin cudzego mieszkania niezaproszona przez właścicieli. Co innego pod ich nieobecność. Złożyło się bowiem tego lata, że rodzice przyjaciela wyjechali na zasłużony urlop nad morze i w tym właśnie czasie Bibi zjawiła się z wizytacją. Sam wielokrotnie u niego bywałem, uważnie synchronizując terminy z nieobecnością Bibi (bo choć ją uwielbiam, to jednak reglamentować ją sobie muszę) i wiele razy zdarzyło się, że jego rodzice byli poza domem, nie przyszło mi jednak do głowy, żeby pod ich nieobecność łazić po ich domu, jak Bibi. Tyle, że ja nie posiadam ani jej klasy, ani rozbuchanej wyobraźni. Wróciwszy z przyjacielem ze wspólnego wyjazdu służbowego i zorientowawszy się, że nie ma właścicieli pałacu na poddaszu, który już od dawna chciała zobaczyć, Bibi ad hoc uknuła plan, by swoją turystyczną ciekawość zaspokoić. W takim improwizowaniu planów ku zaspokojeniu własnych chuci Bibi jest znakomita. Zawsze była. Im bardziej był niecny, tym uknucie go szybsze, a determinacja we wdrożeniu większa. Nie inaczej było i tym razem. Uwaliwszy się teatralnie na kanapie stwierdziła, że musi poleżeć po podróży, bo jeśli nie poleży, to padnie na sromoty, więc jeśli przyjaciel chce, może pójść do (jedynej na parterze) łazienki, by zażyć odświeżającej kąpiółki. Chciał, bo prowadził kilka godzin, na dodatek wysłuchując przy okazji monologu Bibi. A w monologowaniu Bibi jest niezmordowana i znakomita, bo literacko uzdolniona, a i inteligencji też jej nie brakuje. Nic tylko zapisać i wydać, a literacki Nobel gwarantowany. O ile kapituła nie zorientowałaby się w jednym, malutkim, tyciusieńkim defekcie: owych monologów bohaterem lirycznym, dramatycznym, onanistycznym i onirycznym jest zawsze i niezmiennie sama Bibi. Usłyszawszy plusk wody wskazujący na to, że przyjaciel zainstalował się już w kąpieli, rozpoczęła wdrażanie spontanicznie obmyślanej intrygi, rzucając nagle głośno w stronę łazienkowych drzwi, że musi do łazienki i to już, a skoro jego rodziców nie ma i łazienka u nich jest wolna, to ona skorzysta, bo musi. Zabrzmiało to nagląco, więc odkrzyknął „leć!”, nie chcąc, by mu Bibi zapaskudziła salony gwałtowną i nie cierpiącą zwłoki potrzebą natury, jak chciała by domniemywał, fizjologicznej. Bibi porwała się na nogi, w mgnieniu oka wyskoczyła z ciuchów i spowiwszy się w oślepiająco żółty peniuar (w zasadzie to rodzaj krótkiego kimona, ja jednak nazwałem to ochędóstwo peniuarem i zwał je tak będę, bo semantycznie koreluje mi z jej rozbuchaną kobiecością), jak wicher pognała do łazienki piętro wyżej, po drodze zwiedziwszy tam też kuchnię, salon i sypialnię. Dokonawszy lustracji postronnych pomieszczeń z szybkością błyskawicy, dotarła do docelowego – łazienki, w której, jak się okazało, zainstalowana była wielka, narożna wanna z hydromasażem, którą sobie rodzice przyjaciela przy okazji remontu zafundowali, żeby łazienka bogato wyglądała. Jako że jej własna, jak i ta piętro niżej, hydromasażu były pozbawione, Bibi zapragnęła doświadczyć owego dekadenckiego luksusu, a że niechętnie odmawia sobie czegokolwiek, napełniła wannę wodą, zrzuciła swój zupełnie niezwracający uwagi peniuar i rozparła się w kąpieli wygodnie. Aby zintensyfikować relaksację uruchomiła hydromasaż włączając aparaturę, która – czego świadoma nie była - od nowości użyta była jeden jedyny raz przez pana, który ją montował. Wtedy zadziałała, teraz również, choć nie do końca tak, jak Bibi oczekiwała, bo miast relaksacyjnych bąbelków, tudzież innych wodnych atrakcji mających wypieścić obłe jej ciało, z dysz wydobył się złowróżbny bulgot, a po chwili wystrzeliła maź o barwie, konsystencji i zapachu guano, przyozdabiając punktowo łazienkę oraz całą Bibi, bowiem przez około 10 lat trwania w stanie nieużywalności zgromadziło się w tych dyszach mnóstwo materiału w postaci kurzu i zbędnych resztek właścicieli, które z siebie spłukali zażywając w owej wannie pryszniców, nie używając wszakże maszynerii do produkowania bąbelków, z oszczędności czasu, wody oraz prądu. Materiał ten w postaci sypkiej zdawał się bezwonny, zmieniwszy jednak stan skupienia na płynny, nabrał mocy rażenia. Przyozdobiona i uperfumowana nim Bibi rączo wyskoczyła z wanny, przy okazji uzupełniając nową aranżację wnętrza łazienki ornamentem w postaci własnego, autorskiego womitu. Nie dość, że siebie musiała przywrócić do stanu używalności publicznej, to jeszcze musiała zatrzeć ślady swojego rozpasania w cudzej łazience. Zaczęła od siebie. Na szczęście. Bo kiedy przyjaciel zaniepokojony jej przedłużającą się nieobecnością przybył sprawdzić, czy aby kloaka jej nie wessała (przy jej gabarytach to ona mogłaby kloakę!), a złapawszy ją na gorącym, umytą już jednak i zapeniuarowaną (oszczędzony został mu widok Bibi sauté, z którego mógłby się nigdy nie otrząsnąć!), zdołał wydusić z siebie jedynie „sprzątaj, sprzątaj”, zanim padł na kanapę tarzać się ze śmiechu. Bibi sprzątanie zajęło zaledwie jakieś dwie godzinki i jedną butelkę Domestosa. I malować nie było trzeba, bo pragmatyczna i oszczędna właścicielka kazała wykafelkować łazienkę aż po sufit, za co Bibi błogosławiła ją w myślach. Ślady zostały zatarte skutecznie, jeśli nie liczyć ledwo wyczuwalnego, podejrzanej proweniencji odorku, który przez jakiś czas w łazience na poddaszu się unosił, ku zmartwieniu posiadającej wyczulony zmysł węchu właścicielki, a o który posądzona została jakaś nieszczelność infrastruktury sanitarnej. Szczęśliwie jednak po kilku dniach smrodek ten zniknął równie tajemniczo, jak się pojawił i właścicielka nie dowiedziała się dotąd, że pochodził z dysz jej własnej,  zdeflorowanej przez Bibi wanny… 

środa, 21 września 2016

Szybki przelot

Matrix mi się zaciął i dni tygodnia pomieszały. Mało brakowało, a w sobotę rano zamiast do pracy pojechałbym na delegację, bo byłem pewny, że to niedziela. Dzień wcześniej spakowałem nawet bagaż. Na szczęście tuż przed wyjściem rzuciłem przytomnym okiem na komórkę i odkryłem, że to sobota, więc skorygowałem azymut na firmę. Staję się roztargniony. Jakież to romantyczne. 

W ową sobotę musiałem po drodze do pracy wstąpić do mojej Alma Mater, gdzie wpadłem przypadkiem na mojego przyjaciela z pierwszych lat studiów. Przyjaźń ta, jak to czasem w życiu bywa, zmarła była śmiercią naturalną po ukończeniu studiów. Nie wiem nawet, czy można ją nazwać przyjaźnią, choć w owym czasie taką się być wydawała. To było miłe przypadkowe spotkanie, bo chwilę porozmawialiśmy serdecznie. Przypomniały mi się radosne i beztroskie czasy studenckie.

Wróciłem z delegacji nad ranem, wykończony. Zazdroszczę osobom, które potrafią spać w pociągu czy autobusie – ja niestety nie potrafię, więc męczę się w takim upierdliwym, przykrym trwaniu między czuwaniem a spaniem. 

Poranki i wieczory są już jesiennie rześkie i wilgotne, z drzew zaczynają powoli opadać liście. W powietrzu czuć nadchodzącą jesień. Jeszcze parę dni i studenci się zjadą, zacznie się rok akademicki. Szarooki i Brązowooki rozpoczną drugi rok swoich studiów. Studenci z czuprynami poprzetykanymi siwizną… 

czwartek, 15 września 2016

Dam do towarzystwa

Mam dużo pracy, zmęczony jestem i jakiś taki zniechęcony. Czuję się tak, jakbym w ogóle nie miał urlopu. Nigdy. Nie mam za bardzo czasu by pisać, a jak już się za to zabieram, wątki mi się rwą, bo koncentracji utrzymać nie umiem. Mimo to, na raty, powstaje sarkastyczny post, w którym upuszczę z siebie trochę jadu, żeby mi się nie przelał. O, i jeszcze na dodatek komórka zajęczała z głodu kneblując przy tym P!nk w jej znakomitej piosence „Sober”.
Trzeba było wybrać inny zawód. Na przykład kariera dama do towarzystwa wydaje się interesująca. Trzeba jako tako wyglądać, ładnie pachnieć, trzymać buzię w ciup, a ręce na podołku i słuchać, od czasu do czasu, w momencie wdechu przerywającego monolog, wtrącając jakąś monosylabę, by okazać zainteresowanie (może być udawane). Łatwizna. Może jakaś królowa, księżna, bądź w ostateczności hrabina, zechciałaby mnie zatrudnić w charakterze dama do towarzystwa? Prezencji resztki jeszcze posiadam, inteligencji strzępów także przebłyski jeszcze czasem miewam, potrafię biegle czytać (również na głos) i pisać (zarówno ręcznie bazgrolić, jak i wklepywać za pomocą komputerowej klawiatury, nierzadko nawet zdaniami wielokrotnie złożonymi), do tego białogłowskiej cnocie nie zagrażam, więc jestem wymarzonym damem do towarzystwa, wprost idealnym…

niedziela, 11 września 2016

Gorszący eksces

(…)

Przemaszerował dostojnie środkiem kościoła ku pierwszym ławkom, wyprzedzany o dwa kroki przez troskliwie wyhodowane, wielkie, krągłe jak gigantyczna piłka brzuszysko. W ławce po prawej, którą pan ów wybrał sobie na cel, zasiadała już białogłowa w leciech dojrzała i równie jak on wysmukła. Uniosła się, by przepuścić pana, nie opuszczając jednak ławki. Pan, jak na dżentelmena przystało, usiłował minąć ją przodem i wtedy właśnie ich brzuszyska utknęły na sobie, zwarłszy się jak w wrestlingu. Pani oblała się pąsem, poczuwszy na sobie spojrzenia niezliczonych par ócz żądnej sensacji gawiedzi. Pąs nabrał jeszcze żywszego koloru, kiedy uświadomiła sobie, że u postronnego widza to ich zwarcie może inspirować szalenie niestosowne w okolicznościach świątynnych skojarzenie z bliskością, z jakiej biorą się dzieci. Również sprawca owego mimowolnego happeningu zawstydził się nieco czując, jak spojrzenia zebranych ogniskują się również na nim, a że nie przywykł do takiej ekspozycji, wdrożył czym prędzej czynności zaradcze, mające zakończyć ten krępujący spektakl. Szarpnął się w bok raz, drugi i trzeci - bezowocnie jednak. Dopiero, kiedy pani zsynchronizowała swój ruch z jego ruchem – on szarpnął się w prawo, a ona w lewo - brzuszyska prześlizgnęły się po sobie z ostrym zgrzytem, przypominającym odgłos tarcia styropianem o szybę, od którego wszystkim obecnym szkliwo na zębach ścierpło. Cały kościół z uwagą śledził te zabiegi i kiedy zaowocowały, dało się słyszeć wyraźne westchnienie ulgi, które dobyło się z niezliczonej ilości piersi, bowiem istniało niebezpieczeństwo, że zostaną w tak gorszącej bliskości aż do przyjazdu dźwigu, który trzeba byłoby ściągnąć, by ich od siebie uwolnić…

piątek, 2 września 2016

Kaganiec

Internetowa czeluść namierzyła mnie i zaanektowawszy całą powierzchnię monitora, strzyknęła mi prosto w oczy reklamą. „ROZMIAR TWOJEJ MĘSKOŚCI ZALEŻY OD CIEBIE. WIEDZIAŁEŚ? MOŻESZ POWIĘKSZYĆ GO 2,5 KROTNIE” – wrzasnęła do mnie literami w kolorze czerwieni rajdowej na wypalającym rogówkę seledynowo-żółtym tle. O święty Odynie – wzdrygnąłem się – ale dlaczego z tym do mnie?! 
To wspaniale, że wymyślili ustrojstwo do trenowania owej muskulatury (sarkazm), bo panowie uznający, że mają jej za mało, będą mogli przypakować i pewnie (znając życie) niejeden przeszarżuje, czego efekty mogą być tragikomiczne. Ja jednak nie skorzystam. A internetowej czeluści założę kaganiec w postaci aplikacji blokującej wyskakujące reklamy, żeby mnie więcej nie straszyła.

wtorek, 30 sierpnia 2016

wtorek, 23 sierpnia 2016

Zasłyszane (2)

Miejsce akcji: tramwaj. Na jednym z przystanków wsiada do niego pan w podeszłym wieku, zobaczywszy jadącego tym tramwajem znajomego, równie jak on wiekowego, przemieszczając się w jego kierunku woła zaaferowany:

- Ty wiesz, że w naszym bloku mieszka murzyn?!
- No coś ty!
- Ja go nie widziałem, ale moja go widziała.

kurtyna