czwartek, 12 stycznia 2017

Truchło

(...)

Weszła niosąc przewieszone na ramieniu, uwieszone na dwóch uchach, dosadnie pomarańczowe, włochate, rozdęte, bezwładne truchło gigantycznej gąsienicy, której kudłate wypustki w takt jej kroków falowały, hipnotycznie ogniskując na sobie spojrzenia wszystkich obecnych. Wrażenie było piorunujące. Zauważyła to i zadowolona uśmiechnęła się nieznacznie. Doszedłszy do swojego miejsca usiadła, a gąsienicowy zezwłok z czułością złożyła na krześle obok. Przyjrzałem się truchłu z bezpiecznej odległości, bo przecież mogło spać jedynie i obudzone mogłoby się rzucić w moją stronę, żeby ukąsić, albo i opluć nawet. Moja ostrożna kontemplacja przerwana została przez koleżankę, która rozpiąwszy gąsienicy włochaty kubraczek, wyciągnęła z jej wnętrza swój telefon komórkowy, uświadomiwszy mi tym gestem, że to coś, co wziąłem za zwłoki zmutowanej gąsienicy, w istocie było… torebką. Koleżanka w myśl zasady, że to dodatki odróżniają nas od zwierząt, dba, żeby jej były niezapomniane.

(...)

środa, 11 stycznia 2017

poniedziałek, 26 grudnia 2016

George Michael

Media poinformowały rano, że wczoraj odszedł George Michael. Wspaniały artysta. Dlaczego wspaniały? Bo popełnił płytę „Listen without prejudice”. Piosenka „Freedom” i nakręcony do niej teledysk w 1991 roku były objawieniem. Cindy Crawford, Linda Evangelista, Christy Turlington, Naomi Campbell – top modelki i piękne kobiety o doskonałych figurach, a nie zasuszone, kościste strzygi straszące obecnie na wybiegach i zdjęciach. Do „Listen without prejudice” mam stosunek szczególny, bowiem towarzyszyła ona wielu ważnym momentom mojego życia. To moja muzyka terapeutyczna. Żałuję, że George Michael zaśpiewa mi już tylko z nagrań. Niech odpoczywa w pokoju.

sobota, 24 grudnia 2016

Święta


Takie prościutkie przemyślenie
na Święta w głowę mi się wwierca,
że każde Boże Narodzenie
to jest pytanie o kształt serca

Gdy złączy nas stajenka cicha,
czujemy jedną chwilkę małą,
że nasze serce jeszcze dycha,
że nie ze wszystkim nam stwardniało,

że został mały punkt, szczelina,
gdzie się choć jedna iskra złoci,
od której nagle się zaczyna
płomyk nadziei i dobroci.

Spójrz: znowu mamy po lat siedem,
w kolebce Panna Syna pieści,
w krąg jest inteligencka bieda,
ale stół biały wszystkich zmieści.

Jest przy nim nas gromadka liczna
i chociaż goło, lecz wesoło,
i Twoja Matka - jaka śliczna!-
ściska się z Tobą pod jemiołą.

Pamiętasz to? Poczułeś dreszcze?
To znaczy, że nie zginiesz w tłumie.
Wzruszyłeś się? Pożyjesz jeszcze
i sercem parę słów zrozumiesz,

bo jest w tym chyba jakaś racja,
że Święta w białych pól kobiercu
to jest magiczna operacja
czyniona na otwartym sercu.

Z tym sercem zawsze stara bida,
stwardniałe, zimne, ciężko chodzi,
więc taki zabieg mu się przyda
na Święta, gdy się Chrystus rodzi.

Nim się kłopotów zwali tyle,
co zawsze były, są i będą,
otwórz swe serce i na chwilę
spróbuj podleczyć je kolędą...

Wojciech Młynarski Wiersz na Boże Narodzenie

Spokojnych Świąt!

wtorek, 13 grudnia 2016

Rocznica stanu wojennego

Pamiętam stan wojenny jak przez mgłę. W zasadzie pojedyncze obrazy, bo cóż więcej mogło zapamiętać kilkuletnie dziecko. Pamiętam swoje rozczarowanie, kiedy w telewizji zamiast koguta w czołówce Teleranka ujrzałem przemawiającego Jaruzelskiego, mamę wychodzącą o 3 w nocy do kolejki do mięsnego, żeby kupić jakąś wędlinę na Święta. Nie kupiła – brakło i wróciła z niczym. O dziwo, w mojej górskiej miejscowości MO nie robiło problemu kobietom stojącym w kolejkach w nocy, czy też do tych kolejek idącym. Legitymowali je i zostawiali w spokoju. Chyba nawet oni rozumieli, że kolejka to nie demonstracja. Zresztą mieli swoje matki i żony, być może też stojące w jakichś kolejkach, choć mówiło się, że partyjni (w MO tylko nieliczni tacy nie byli) zaopatrywali się w specjalnych, niedostępnych dla zwykłego szarego obywatela sklepach. Pamiętam dziadka siedzącego przy kuchennym stole, słuchającego Wolnej Europy, w której mówili o pacyfikacji kopalni Wujek w Katowicach, szaroburość, przygnębienie, solone masło, dżem truskawkowy na chlebie bez masła, karmel zrobiony przez mamę z cukru na łyżeczce nad gazem, gazetę zamiast papieru toaletowego. Jak niesamowicie kreatywne były nasze matki ubierając nas i karmiąc tym, co było dostępne, a bardzo niewiele tego było. Wkurza mnie, gdy ktoś mówi, że wtedy było lepiej. Komu? Wkurza mnie zawłaszczanie tej znamiennej daty, wykorzystywanie jej do uprawiania politycznej hucpy, nachalnej propagandy i demagogii. Retoryka wszystkich (!) stron politycznej sceny bardzo przypomina tamtą. Choć jej nie pamiętam, to znam ją z ówczesnych gazet. Arogancja, protekcjonalność, pogarda i narzucanie swoich interesów politycznych innym. 

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Boa

Przyszła ubrana skromnie jak mniszka. W dwóch tylko odcieniach pastelowego różu. Rzecz to u niej niebywała, dlatego zaniepokoiłem się, czy aby nie stało się coś złego. Zanim zdążyłem zapytać, schyliła się do torebki, z której coś wyciągnęła, rozwinęła i założyła. Był to rodzaj boa w czterdziestu tysiącach odcieni różu, fuksji i fioletu. Nie przypuszczałem, że może być ich aż taka obfitość. Nie było to jednak jakieś banalne boa z piór. To szokujące cudo uczynione było z elementów przypominających ręcznie wydziergane małe serwetki, nanizane na nitkę. Oniemiałem. Zauważyła to, uśmiechnęła się zadowolona i gładząc owo niebywałe szalowo-serwetkowe boa czule, powiedziała: „Piękne, nie?”. Stupor nie pozwolił mi odpowiedzieć. A nawet gdybym był w stanie, to przecież i tak nie powiedziałbym jej, że w życiu nie widziałem niczego równie szkaradnego. I tak by nie zrozumiała.

niedziela, 11 grudnia 2016

Gocha

Gocha zainspirowana moim krótkim pobytem w Brukseli zadzwoniła kilka dni temu, żeby podzielić się ze mną dramatyczną opowieścią o swoim własnym tam pobycie przed kilku laty. Chociaż zupełnie nie interesowały jej moje stamtąd wrażenia, bo zbyt zajęta była referowaniem swoich własnych, ku mojemu zaskoczeniu Gocha, która uwielbia być w opozycji, tym razem zgodziła się ze mną, że jeśli o Brukselę chodzi, to szału nie ma. Co gorsza, w pełni podzieliła mój umiarkowany entuzjazm do latania. Zaniepokoiłem się, dlaczego taka zgodna – nawąchała się czegoś, ujarała, albo w głowę uderzyła? Taka spolegliwość to u niej ewenement. Sprawa szybko się wyjaśniła. Okazało się, że jej rezerwa do Brukseli oraz do lotnictwa cywilnego mają swoje źródło w przebytej traumie. Gocha bowiem wracała z Brukseli samolotem, a że zima była i mróz, przed odlotem jej (!) samolot polano jakąś dziwną brązową substancją, czym poczuła się obrażona, zbezczeszczona i zbrukana, bo przyjęła to jako złośliwość wymierzoną w jej osobę. Chyba pomyślała biedaczka, że samolot polali zawartością szamba, żeby w ten sposób ją uczcić. Oburzenie z jakim to opowiadała mogło sugerować ten trop, co przy jej bezgranicznie rozbuchanej megalomanii nie byłoby niczym niezwykłym. Gocha wyjazgotała swoją dramatyczną opowieść, napawając się swoim własnym głosem. Trudno to znieść na dłuższą metę, a zaznaczyć muszę, że jej monologi nigdy do krótkich nie należą. Zniecierpliwiony jej przedłużającą się perorą wszedłem jej w słowo, ale bezskutecznie, bowiem Gocha zwyczajne próby przerwania jej narracji zwyczajnie ignoruje, traktując jak nieistotne zakłócenia. Jedynym efektem takiej próby jest wzmocnienie przez nią przekazu za pomocą przeniesienia go na wyższy poziom jazgotu. Nie ma innego sposobu na przebicie się, jak tylko powiedzieć głośniej od niej, bo tylko wtedy Gocha, nieprzywykła do przerywania jej wypowiedzi (wszechświat wszak czeka z drżeniem na jej błogosławione słowa), zapowietrza się oburzona taką profanacją i wtedy dopiero można coś powiedzieć.

Zdziwiło mnie trochę to, że Gocha z brukselskimi refleksjami obudziła się dwa miesiące po fakcie. Szybko okazało się, że to był tylko pretekst, mający zwrócić moją uwagę na bezprecedensowe wydarzenie artystyczne w postaci wernisażu fotograficznego, który odbył się był w mikołajki na profilu fejsbukowym Gochy. Gocha, w myśl zasady, że fotografia bez niej jest fotografią straconą i zbędną, przebrawszy siebie i swoje dzieci mikołajkowo zarządziła sesję zdjęciową, wykonaną, jak mniemam, przez któregoś z zachwyconych rodziców, którą można by zatytułować: „Caryca i jej cheruby”. Zepsuła sobą wszystkie zdjęcia, bo dzieci akurat ma ładne. Gdyby jeszcze były to tylko zdjęcia, ale nie – każde zostało opatrzone komentarzem w stylu Gochy. A styl Gochy jest jak brazylijski wosk: człek dwa takie komentarze przeczyta i okolice bikini ma gładkie jak jedwab. Czterdziecha zbliża się ku niej wielkimi krokami, ale mentalność niezmiennie pozostaje na poziomie dwunastolatki. Nie wiem, czy współczuć, czy zazdrościć. Gocha ma unikalną właściwość, z tego co wiem, oddziałującą tak nie tylko na mnie: jest jedną z nielicznych osób, budzących czasem przedziwne pragnienie przełożenia jej sobie przez kolano i strzaskania jej tyłka tak, że albo oddzieliłby się od reszty i odpadł, albo okładający zemdlałby ze zmęczenia. Zależy, co nastąpiłoby pierwsze. Wzruszam się nad sobą, że taki łagodny i tolerancyjny jestem, skoro to wyzwalane przez nią pragnienie pozostaje jedynie w sferze nierealizowanych marzeń. Jednak, by nie kusić losu, Gochy starannie unikam. Ktoś mógłby pomyśleć, że życie Gochy ma same blaski, a sama Gocha skłonna byłaby raczej powiedzieć, że głównie cienie. Na przykład przedszkole uwzięło się na nią, żeby ją wykończyć, nasyłając na nią, za pośrednictwem jej własnego cheruba, wirusy o wyjątkowej zjadliwości, z którymi Gocha musi się zmagać. Na dodatek czasem własnymi dziećmi zająć się musi, wzruszając się nad swoim ciężkim matczynym losem. To sprawia, że utyrana jest ponad miarę. Na szczęście Święta zbliżają się wielkimi krokami. Wkrótce Gocha zarządzi przygotowania, zagoni do nich rodziców i wreszcie będzie mogła zrelaksować się wydając dyspozycje, krytykując, utyskując i zrzędząc tak, jak lubi najbardziej. Albowiem nic tak Gochy nie raduje, jak rola poganiacza niewolników. Gdyby jeszcze tylko ręka tak się od dzierżenia bicza nie męczyła…