19 lipca

Lista urlopowa

  1. Mam urlop. Odpoczywam, trochę wędruję - o ile pogoda pozwala, a pozwala rzadko – oddając się dekadenckiemu, rozkosznemu nicnierobieniu i relaksacji, od tygodnia wzbogaconej również wysoce odprężającym codziennym polegiwaniem na fotelu dentystycznym, bo…
  2. … nie sądziłem, że to możliwe, ale moja zdrowiutka, absolutnie niezbędna, nie tylko ze względów wizerunkowych, prawa górna trójka, wzięła się i obumarła. Ku mojemu zaskoczeniu i zmartwieniu kopnęła w kalendarz definitywnie i na amen. I żeby jeszcze przy tym schodzeniu zakłuła, zabolała, albo choćby zaswędziała, ale nic – odstawiła kitę po cichutku i bezobjawowo. Dopiero jak sobie była zeszła, moja głowa poinformowała mnie o tym fakcie bólem rozsadzającym połowę czaszki i efektowną opuchlizną, dzięki której wyglądałem, jakby mi ktoś obił połowę mego nadobnego pysia. Natychmiast wdrożyłem akcję ratunkową z pomocą miejscowego dentysty i tak sobie codziennie u niego poleguję na fotelu, udostępniając mu kanały zębowe do płukankowych zabaw. Może to ratujące zęba ostrzykiwanie, jakimś tajemnym skutkiem ubocznym wygładzi przy okazji moje zmarszczki? Kiedy podzieliłem się z panem doktorem tą nadzieją powiedział, że na pewno. Tyle, że tylko na podniebieniu. Cóż... Dobre i to.  
  3. Szarooki obronił w ubiegłym tygodniu pracę doktorską. Widziałem fotorelację z tej imprezy. Wygląda zajebiaszczo. Dogonił mnie w ilości siwych włosów na głowie i wagowo również. Staliśmy się do siebie bardzo podobni. Odgoniłem przykrą myśl, że on się rozwija, a ja stoję w miejscu i szczerze ucieszyłem się jego sukcesem.

20 czerwca

Detoks

Detoks
(...)

Włączając telewizor, żeby zobaczyć, co się w świecie dzieje, nie przeczuwałem, że zostanę sponiewierany przez polskiego Elvisa dziełem następującym:


Stupor, którego doznałem sprawił, że straciłem władzę w rękach i zmuszony byłem do wysłuchania tego arcydzieła do końca. Dobrych kilkanaście minut upłynęło zanim zdołałem się otrząsnąć na tyle, by wyłączyć telewizor. Natychmiast też włączyłem Bacha w celu detoksykacji, by usunąć ze świadomości ewentualne toksyczne pozostałości po kontakcie. Podobno nasi przerąbali z Senegalem - może słyszeli?  

19 czerwca

Cichosza

Cichosza

01 czerwca

Wesoły autobus

Kilka dni temu odbyłem podróż służbową autobusem. Miejsca za mną zajęła dość hałaśliwa grupka, która zadbała o to, by podróż nie była zbyt monotonna. Na szczęście nie trwała długo, bo jedyne półtorej godziny. Zdarzenie to przypomniało mi kilkugodzinną jazdę autobusem w czasach studenckich, z czteroosobową grupą autochtonów za plecami. Tej podróży nie zapomnę, bo zaczęła się od wysokiego c, a potem to już było tylko gorzej: rozmowy podniesionymi głosami, przekrzykiwanie, głośne wybuchy śmiechu. Ponad trzy godziny permanentnego hałasu. Miazga. W połowie podróży puste miejsce obok mnie zajęła pani, która na moje narzekanie, że za moment oszaleję od tego hałasu, odpowiedziała spokojnie, że jej się to bardzo podoba, bo przypomina jej wycieczki pracownicze i nawet ma propozycję, żeby zaintonować jakieś piosenki i zaśpiewać. Grupka autochtonów chętnie podjęłaby działania wokalne i już, już mieli to zrobić, ale jedna z pań siedzących nieopodal nie zdzierżyła i powiedziała, że "szlag ją nagły trafi, jak śpiewać zaczną!". Na takie dictum obniżyli werbalne decybele o połowę, a śpiewów w ogóle zaniechali. Zarówna owa grupka, jak i pani siedząca obok mnie wcale nie ukrywali swojej dezaprobaty dla mojego braku zrozumienia dobrej zabawy, a na panią, która ośmieliła się im zwrócić uwagę patrzyli z nieskrywaną wrogością.

31 maja

Pożegnanie z Afryką

Elka. Niegdyś moja bliska przyjaciółka. Choć była kilka lat ode mnie starsza, bardzo dobrze się rozumieliśmy. Tak się złożyło, że w tym samym czasie, kiedy ja wyjechałem do Katowic na studia, Elka, po tym, jak jej małżeństwo się rozpadło, wyemigrowała do UK. Nasza przyjaźń siłą rzeczy rozluźniała się, aż w zasadzie zanikła. W międzyczasie Elka w UK poznała kogoś, z kim była kilka lat. Ten związek również się rozpadł. Choć zawsze kręciło się wokół niej mnóstwo mężczyzn, bo śliczna, Elka rozczarowana dwoma nieudanymi związkami przez jakiś czas była sama, jednak 5 lat temu, zupełnie przypadkiem, poznała kogoś. Zakochali się w sobie jak para nastolatków. Byli razem trzy lata – szczęśliwi, zakochani. Któregoś niedzielnego poranka zbudziła się z poczuciem, że coś jest nie tak. Wzbierający nieokreślony strach sprawił, że odruchowo przytuliła się do niego i wtedy świadomość poraziła ją jak błyskawica: był bezwładny i nie czuła ani nie słyszała jego oddechu. Zerwała się i próbowała go zbudzić – nie reagował. Wezwała pogotowie. Lekarz stwierdził zgon. Autopsja wykazała, że zmarł we śnie z powodu pęknięcia tętniaka aorty. Elka pogrążyła się w rozpaczy. Teraz już jest lepiej, choć wciąż robi sobie wyrzuty za jakiekolwiek objawy swojej radości. Bardzo jej współczuję. Pamiętam nasze niekończące się rozmowy o życiu, o nadziejach i marzeniach. Pragnęła miłości jak w „Pożegnaniu z Afryką” i to jej marzenie spełniło się. Spotkałem przypadkiem jej siostrę, która opowiedziała mi tę smutną historię… 

17 maja

Bibi

Bibi uparcie do niedawna twierdząca, że tylko obłość jest kobieca i seksowna, a szczupłość nieatrakcyjna, niekobieca i aseksualna, Bibi pożerająca codziennie słoiczek Nutelli wielkości bryczki i kanapeczki z plasterkiem sera, który dla osoby o przeciętnej oskomie starczyłby na tydzień, Bibi tak starannie dbająca by kobiecości jej nie ubywało ugięła się była niedawno pod presją lansowanego w mediach kanonu kobiecej atrakcyjności i założywszy sobie plan zmienienia się w powabniejszą wersję Anji Rubik, natychmiast wdrożyła go w czyn, z całą charakterystyczną dla siebie przesadą, bo Bibi już tak ma, że gardzi półśrodkami - jak kocha, to na zabój, jak się śmieje, to jak obłąkana, jak je, to za trzech, jak nie je, to prawie w ogóle. Idąc tym utartym przez siebie szlakiem zamieniła wysokokaloryczną karmę na combo czarnej kawy i papierosów, i schudła bardzo szybko, niemal jak stała, tak, że nadmiar skórki oraz biust pozbawione puchowego podparcia gwałtownie runąwszy plasnęły o podłogę. Bibi pozbierała je, poutykała w bieliznę i zachwycona efektem wdrożyła drugi etap przemiany w atrakcyjniejsze wcielenie Anji Rubik, a mianowicie pozbycie się wszelkich dowodów na to, że jeszcze do niedawna kobiecość jej była rozbuchaną. W praktyce oznaczało to wywalenie wszystkiego z szaf, zapakowanie w wory, wywalenie na śmietnik i zakup nowej, dopasowanej garderoby. Tak sobie pomyślałem ujrzawszy Bibi w nowej odsłonie – a atrakcyjność jak przedtem, tak i teraz się nie pojawiła, bowiem pozostała urody zdecydowanie radiowej - że to nie pierwszy jej flirt z anoreksją i że będzie pewnie jak zwykle bywało, bo to jej sprawne przemieszczanie się pomiędzy dwoma skrajnymi biegunami wagi obserwowałem już wielokrotnie. Po gwałtownej, głodówkowej utracie trzydziestu kilogramów, kilkumiesięcznym desperackim utrzymaniu wagi, powrócą zdrowe żywieniowe nawyki, a za nimi efekt jojo i Bibi odzyska z naddatkiem to, co utraciła i znowu będzie mogła nosić swojego mopsa jak broszkę na piersi. Matka Bibi, kobieta przytomna i znająca córkę, ewakuowała ze śmietnika porzucone przez nią wory z ciuchami i zabezpieczyła je, co świadczy o tym, że ona również ewentualności ponownego przedzierzgnięcia się Bibi w barokowe putto nie wyklucza. Ta myśl dała mi trochę mściwej satysfakcji, bo kiedy skłamałem Bibi, że żyleta i nawet kciuk do góry podniosłem, żeby być bardziej wiarygodnym, ona dziękując omiotła mnie spojrzeniem taksująco-insynuującym…

15 maja

BMI

Obliczyłem sobie wskaźnik BMI i wyszło mi, że jestem za niski...

05 maja

Sesja

Jadąc w góry na długi weekend zajechałem po drodze do ciotki. Wpadłem tylko na moment, ale za to z niesamowitym wyczuciem chwili, w sam środek wielkiego wydarzenia. Nie była to wbrew pozorom jakaś nudna impreza, czy inne party, a coś znacznie bardziej odjechanego. Otóż Gocha zarządziwszy sesję zdjęciową na potrzeby lansu na fb, ubrała swego synka na biało, córeczkę na czerwono, wręczyła im flagę, upozowała, w biegu pocałowała mnie w policzek, rodzicom warknięciem nakazała opuszczenie planu zdjęciowego i bardzo z siebie zadowolona zabrała się za uwiecznianie tego żywego obrazu, który jako żywo mógłby stać się plakatem propagandowym manifestacji pierwszomajowych z okresu słusznie minionego. Rodzice Gochy bezkrytycznie oczarowani jej pomysłem, ze szczerym zachwytem zagrzewali ją do owych działań, ciotka rozemocjonowana współuczestnictwem w tym epokowym i bezprecedensowym wydarzeniu "artystycznym" prawie łkała, za lewą pierś się łapiąc. Cała ta scena była tak absurdalnie idiotyczna, że niestety nie uszanowawszy podniosłości owej chwili, spontanicznie i bezceremonialnie ryknąłem dzikim, nieopanowanym śmiechem do łez. Gocha zupełnie to zignorowała, jak zawsze, kiedy ktoś (lub coś) nie podzielał jej wizji, zdania, czy pomysłu,  aczkolwiek mógłbym przysiąc, że lewa powieka zadrżała jej z oburzenia, jej rodzice zaś popatrzyli na mnie z ledwo skrywaną dezaprobatą, jak na jakiegoś debila, który nie dość, że nie wie, co to dobra zabawa, to jeszcze cierpi na deficyt patriotyzmu oraz brak wyczucia prawdziwej sztuki, czym rozśmieszyli mnie jeszcze bardziej. Mój niestosowny wybuch radości nie zmącił ich zachwytu, bo też nic (i nikt) nie jest w stanie zachwiać kultem jakim otaczają Gochę. Szczerze ucieszyłem się, że jednak do nich zajechałem, bo gdybym tego nie zrobił, ominęłoby mnie tak wiele radości. Przy okazji tej krótkiej, ale jakże owocnej wizyty, dokonałem jeszcze jednej obserwacji: dzieci Gochy, choć obiektami kultu nie są, chowane są na jej kształt i podobieństwo, co czyni je mocno nadekspresyjnymi, że tak to eufemistycznie ujmę. W praktyce oznacza to permanentny wrzask, ryk, pisk i gonitwę – czyli czysty obłęd od otwarcia powiek rankiem, do ich zamknięcia późnym wieczorem.

04 maja

Aplikacja

Po zaaplikowaniu tabletki na odrobaczenie Luśka uciekła z domu, obrażona tym bezceremonialnym pogwałceniem jej nietykalności osobistej i spędziła pół dnia na gigancie. Na balkonie. Wróciła przed chwilą, ciągle jeszcze odrobinę nadąsana, patrząc na mnie podejrzliwie i z wyrzutem...  

01 maja

Herbatka

Pani Zosia hołduje zasadzie, że każda okazja, a nawet jej brak, jest doskonałym pretekstem do napicia się herbaty. Można by ją nawet posądzić o nieświadomy anglofilizm, gdyby nie fakt, że herbatę podaje na sposób zdecydowanie polski, w szklankach ze spodeczkami. Podczas wczorajszej naszej u niej wizyty, pani Zosia podała ukręcone przez siebie ciasto i herbatę. Moja szklanka na rancie miała niezbyt dokładnie zmytą szminkę. Odwróciłem ją dyskretnie. Jednak zauważyła. W trzy sekundy rozstrzygnęła wewnętrzny dylemat, czy doznać zawału i wylewu jednocześnie, czy też porwać się i wymienić szklankę na czystą. Ów proces odmalował się na jej twarzy feerią kilkunastu odcieni czerwieni, począwszy od purpury, przez cynober, na amarancie kończąc. Druga opcja przeważyła, więc zerwała się jak nastolatka, capnęła w locie moją szklankę i pogalopowała z nią do kuchni z szybkością, o jaką już od dawna bym jej nie podejrzewał. Przeszliśmy z tym wypadkiem do porządku dziennego bez słowa, bo też i nie było powodów do ekscytacji czy wzruszeń, jednak krwisty rumieniec, który jeszcze długo kwitł na policzkach pani Zosi świadczył o wzburzeniu owym uszczerbkiem na reputacji gospodyni, jaki poniosła. W swoich własnych oczach. Jakby jeszcze miała nie dość powodów do wzburzeń. Incydent ten jedynie na chwilę wytrącił panią Zosię z równowagi, zakłócając jej emocjonalną opowieść o dolegliwościach ją trapiących. Tak naprawdę pani Zosia, jak na swoją osiemdziesiątkę, trzyma się świetnie i jest w bardzo dobrej formie, bo nic jej nie dolega, prócz tego, co sobie sama wymyśli i wkręci. Aktualnie zdecydowała, że trząść się będzie jak ta osika. Wewnętrznie. Bowiem zewnętrzna powłoka za tą wewnętrzną potrzebą osikowania jednak nie podąża, co nie przeszkadza pani Zosi w snuciu grobowym głosem smętnej opowieści o owych trapiących ją permanentnie telepkach, ilustrowanej przekonywującym i szalenie efektownym demo, w postaci trzepania rękoma…

24 kwietnia

Weird

Gdybyś mnie drogi Czytelniku zapytał, jaka książka sprawiła mi ostatnio prawdziwą frajdę, odpowiedziałbym, że "Opowieść o angielskich czasach" Adama Urbana. Nie jest to jednak, wbrew pozorom, książka historyczna, a podręcznik angielskiej gramatyki, wyjaśniający aspektowe opisywanie czasowości w języku angielskim. Dawno już żaden podręcznik nie sprawił mi tyle przyjemności. I'm weird.

23 kwietnia

Przegląd

Praca wysłała mnie na przegląd do lekarza. Nawet, gdyby mnie nie wysłała, to sam bym się wysłał. Dla zadbanej zdrowotności. I mojego spokoju. 

Wyniki przeglądu: Jak nówka. I to prawie nieśmigana.

10 kwietnia

Message to myself

Message to myself
Śniło mi się, że ktoś zapukał do mych drzwi. Otworzyłem. Powiedział cześć, tak po prostu, wszedł, zamknął za sobą drzwi, odwrócił się i bez słowa mnie uściskał. Owionął mnie jego zapach. To dziwne, jak dobrze wciąż pamiętam jego zapach... 


06 kwietnia

Kuracja

Kuracja

02 kwietnia

Dyngus

Dyngus

30 marca

Share week i Wielkanoc

Share week i Wielkanoc
Kilka lat temu >>Andrzej Tucholski<< zainicjował akcję Share week polegającą na polecaniu przez blogerów blogów, które lubią, cenią i które w jakiś sposób są dla nich ważne. Czytam regularnie kilkadziesiąt blogów i wszystkie lubię, bo są mi bliskie. Część z nich już się nie odzywa, część tylko sporadycznie, większość dość regularnie. Mój top of the top czytanych blogów jest dość stabilny i w przeciągu tych kilku lat mojego blogowania i czytania niewiele się zmienił, bo zawiera blogi, do których jestem szczególnie przywiązany, dziś chciałbym podzielić się trzema z nich, których jak dotąd u siebie nie polecałem (w kolejności alfabetycznej):

1. >>Czarny Pieprz<<  



Za poczucie humoru, dystans do siebie, talenty (nie tylko) literackie, zaraźliwą radość i ogromną empatię, za  to, że czyta się je z wypiekami na twarzy i błyskiem ekscytacji w oczach. 

Nie mogę nie wspomnieć, poza jakimkolwiek rankingiem, o innych moich topowych blogach: >>Lisie<<, >>Mateuszu<< , >>eM<< , >>5000lib<< i >>Marcinie<<, z którymi czuję solidarność i wspólnotę. 

***

Drodzy Czytelnicy miejcie spokojne i dobre Święta!


__________________________
zdjęcie ze strony >>kartki.pl<<

16 marca

Poryw

Poryw
Muszę przyznać, że ta ilustracja życiowej zaradności ujęła mnie i rozczuliła... 

10 marca

A jednak twardziel

Wydawało mi się, że z latami mięknę, okazało się to jednak nieprawdą. Zepsułem dzisiaj mojemu dentyście dwa wiertła. Pomiędzy pierwszym a drugim poprosiłem o moment przerwy „ze względów przeżyciowych”, jak to intrygująco ująłem. Zdziwił się nieco, powiedział „ok” i patrzył zaciekawiony, co to się będzie działo. A zadziało się, bo musiałem użyć chusteczki higienicznej, a że połowę górnej wargi miałem zdrętwiałą od znieczulenia, zafurkotała bezwładnie pod ciśnieniem wydmuchiwanego powietrza, jak chorągiew na wietrze. To był dokładnie ten odgłos. „Zrobił to pan bardzo profesjonalnie” powiedział doktor i obaj parsknęliśmy śmiechem…

06 marca

Usiłowanie

- Ty chadro mojego zdrowia!- powiedziałem wymierzywszy oskarżycielsko paluch w stronę winowajcy, przez którego spędziłem przymusowo 2 tygodnie na zwolnieniu lekarskim. - Trzymaj te swoje zakażone, zmutowane i jadowite parchy z dala ode mnie! Najlepiej w ogóle nie oddychaj w tym samym pomieszczeniu, w którym przebywam i nie patrz nawet w moją stronę, bo cholera cię wie, czy nie potrafisz tych wirusów rozsiewać wzrokowo. Generalnie trzymaj się na odległość smrodu skunksa! Jesteś jak laboratorium broni biologicznej! Chrząkniesz, nosem pociągniesz, po tyłku się podrapiesz i tyle tej twojej choroby, ale to, co zmutujesz i  przekazujesz dalej, to normalnie jakaś broń biologiczna podpadająca pod Konwencję Genewską i paragraf o usiłowaniu mordu przez zarażenie. Prześwietlić cię powinni, żeby sprawdzić, czy nie masz w sobie obcych, bo może siedzą tam gdzieś w środku i gmerają w genach mikrobów, chichocząc przy tym złośliwie. Śmiej się, śmiej. Będziesz się śmiał, jak się jakieś Taliby o tym zwiedzą, capną cię i zrobią inkubator do produkcji broni biologicznej. W sumie tanio by ich wyszło, tylko wyżywienie, napojenie i opierunek, a ludzie twojej - omiotłem go wzrokiem z góry na dół i z powrotem – mizernej fizycznej konstrukcji dużo nie jedzą. Jak następnym razem, zamiast pójść na zwolnienie lekarskie, będziesz przychodził do roboty i siał te twoje wściekłe gonokoki kładąc pokotem sześć osób, jak ostatnio, sam na ciebie doniosę, niech cię zabiorą wraz z tymi twoimi mutogennymi zdolnościami…
- Weź go zelżyj porządnie – włączył się Kamil wykorzystując chwilę, kiedy brałem oddech.  – Porządnie, a nie jakieś ciuciuruciu.
- Ten nos! TEN nos – podjąłem wskazując teatralnie na swój nos – musiał być smarowany kremem Nivea, bo tak piekł! KREMEM NIVEA! – podkreśliłem powoli i dobitnie. - I to grubą warstwą! Wiesz jak wyglądał?! Jak nos klauna z białymi akcentami! I nigdy jeszcze nie wytworzył takiej ilości fetyszy z chusteczek higienicznych! Nigdy! Wory całe!
- Czego? – zapytał winowajca chichocząc. – Czego?? 
- Weź mu jeszcze przywal! – podjudził Kamil, który sam dopiero co podniósł się z tej samej zarazy, która mnie powaliła. - No co? Należy mu się za to, że tak nas sponiewierał.
- Chętnie, ale siły nie mam, bo tak mnie wykończył. Zresztą lepiej nie, bo znowu jakaś franca mogłaby na mnie z niego przeleźć. Ma ich pewnie gotowy cały zestaw. Robi te swoje niewinne oczy, jak kot ze Shreka, a w środku montuje się właśnie jakieś nowe, zjadliwe ścierwo. Ja się go nie dotknę! Jak chcesz Kamil, to ty mu przywal. Może z liścia byłoby bezpieczniej? 
- Na pewno przyjemniej – odparł Kamil rozmarzonym głosem. – Ale, żeby bezpieczniej to wątpię.
- Obawiam się, że możesz mieć rację. Nie tykajmy się go zatem. Karma, jak sam mawia, to wredna suka, więc jest nadzieja, że sam na siebie bicz ukręci, a raczej mikroba, który go tak sponiewiera, jak ten nas.  I jeszcze mi się prawe ucho zatkało – zajęczałem. – Kurrrwaaaa.

17 lutego

Muzyczny orgazm

Muzyczny orgazm

Ryszard Strauss - Kawaler srebrnej róży - Finał

15 lutego

Efekt domina

Zrodziła się dziś we mnie refleksja, że eksowie mają osobliwą właściwość chadzania stadami. Nie w jednym czasie na szczęście. Mam wrażenie, że spotkanie jednego uruchamia efekt domina owocujący wlezieniem na innego. W ubiegłym tygodniu spotkałem się z moim exem, który przybył w odwiedziny do rodziców aż z dalekich Stanów. Pojawia się w ojczyźnie regularnie co dwa lata. W tym roku złapał mnie na fejsie i zaproponował spotkanie. Zgodziłem się pomny dawnych czasów. Spotkaliśmy się tydzień temu, pogadaliśmy. Było miło, choć spotkania z eksami mają w sobie coś z lekkiej perwersji. Potwierdził mi to dzisiejszy poranek. Wlazłem bowiem na innego mojego eksa. Był równie zaskoczony jak ja. Przyszedł robić audyt w mojej firmie. Wypiliśmy kawę, pogadaliśmy. Było miło. Aż boję się jutro iść do roboty, żeby nie wpaść na jeszcze innego…
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger