31 grudnia

Tajemnica 2015

wiem, że przyjdzie
spodziewany
najpewniej kilka chwil po północy
spojrzy mi w oczy w których
kryć się będzie pytanie
jakim będzie gościem
i wyszepta
jak poprzedni
i następny pewnie:
- tajemnica
której częścią jesteś

Piotr Brais

Dobrego i zdrowego Nowego Roku!

31 grudnia

Wymiana koła

Po raz pierwszy w życiu zmieniłem dziś koło i to dwukrotnie, bo oczywiście nie obyło się bez przygód. Zmiana koła okazała się banalnie prosta i zaskakująco szybka. Poluzowałem śruby, uniosłem auto podnośnikiem, odkręciłem koło, założyłem zapas, przykręciłem śruby, opuściłem auto i się ucieszyłem, że taki dzielny i szybki jestem. Radość trwała chwilę, bo zobaczyłem, że z zapasu powietrze schodzi i nie ma mowy, żebym dojechał do mechanika na kapciu. Zadzwoniłem do mechanika, że mam taki problem i nie dam rady do niego przyjechać. Wsiadł więc w auto, przyjechał, zabrał koło do naprawy. Czekając na jego powrót poszedłem do pobliskiej Biedronki zobaczyć, czy czegoś nie potrzebuję. Nie potrzebowałem, ale i tak do auta przytargałem dwie reklamówki różnych dobroci. Mechanik przywiózł naprawione koło, skasował tylko 25 PLN i pojechał. Ja ponownie zabawiłem się podnośnikiem i założyłem koło, a flakowaty zapas schowałem tam, gdzie jego miejsce w bagażniku. De facto nie mam zapasu, bo flaka użyć nie mogę, ale jak będę w górach wstąpię do kolegi mechanika, żeby sprawdził mi ten zapas i naprawił. Wróciłem do domu bez przygód. Z naprawionym kołem na razie wszystko dobrze. Z pozostałymi również. O 18 dzisiaj jestem umówiony z Panem Bogiem w kościele – udając się na to spotkanie sprawdzę, czy z kołem wszystko ok. Nie pochwaliłem się jeszcze moją dzielnością Modrookiemu - czekam, żeby zapytał. Zapyta?

28 grudnia

Fajny dzień

Niedawno wróciłem do domu. Byłem na koncercie kolędowym. Chór pięknie śpiewał, organista fantastycznie improwizował na temat kolęd. Bardzo mi się podobało. Na ten koncert zaprosił mnie Ktoś. Mam absztyfikanta. Pojawił się. Poznaliśmy się kilka lat temu, kiedy byłem z Szarookim. Nie byłem wtedy zainteresowany, z oczywistych względów. Spotkaliśmy się przypadkiem niedawno. Zaprosił mnie na ten koncert, zaproszenie przyjąłem. Po koncercie poszliśmy do knajpki pogadać. Było bardzo miło. Wymieniliśmy kilka miłych smsów po powrocie do domów. Fajny chłopak. Stara się - to mi sprawia przyjemność, bo dawno nikt się o mnie nie starał. Inaczej - długo nie pozwalałem nikomu o mnie się starać. Czas to zmienić. Jego towarzystwo sprawia mi przyjemność. Czas pokaże, co będzie.

27 grudnia

I po Świętach

I po Świętach
Święta, Święta i po Świętach. Były takie, jak lubię: rodzinne, ciepłe, pozbawione pośpiechu, hałasu i martyrologii. Odpocząłem. Jak co roku narzuca mi się refleksja, że święta, każde, mijają zbyt szybko. Mama zrobiła i zamroziła całe mnóstwo pierogów ruskich i z mięsem. Przywiozłem je i wypełniłem cały zamrażalnik. Kochana Mama.
Jestem już w moim wielkim mieście, bo jutro do pracy na 14. Teoretycznie mógłbym pojechać jutro rano, ale praktycznie to niezbyt dobry pomysł, ponieważ aklimatyzacja z klimatu górskiego na wielkomiejski trwa u mnie kilka godzin i praca w trakcie tej aklimatyzacji jest uciążliwa. Zostawiłem mój górski raj zasypany śniegiem, który wczoraj spadł. Przez cały wczorajszy dzień była zadymka śnieżna, zwana tam kurniawą. Wiatr zamiatał śniegiem tworząc tumany śnieżne. Uwielbiam taką pogodę, bo przypomina mi zimy z dzieciństwa, kiedy całe dnie, nie zważając na śnieg i mróz, szaleliśmy na polu. W Galicji wychodzi się na pole i bawi się na polu, a nie na dworze. Wychodziliśmy zaraz po śniadaniu, wracaliśmy na obiad i zaraz po obiedzie z powrotem na pole, aż do kolacji. Szaleliśmy na sankach, łyżwach i nartach. Niezmordowani, niewyczerpani w pomysłach, odporni na mróz. Banda pięciorga – ja, mój brat, kuzyn i dwie kuzynki. Maksymalna różnica wieku między nami wynosiła 3 lata, więc byliśmy prawie rówieśnikami. Z kuzynami mieszkaliśmy po sąsiedzku, więc było się z kim bawić. Pamiętam zimy, kiedy zaspy śnieżne były wyższe od nas i to dopiero była frajda. Wybudowaliśmy ze śniegu dwa igloo, na przeciwległych krańcach podwórka i połączyliśmy wykopanym w tych ogromnych zaspach tunelem. Wykopanie i uklepanie tego tunelu od wewnątrz dla wzmocnienia, zajęło nam całe długie dwa dni. Ale warto było, bo pomiędzy naszymi dwoma igloo przemieszczaliśmy się tylko tunelem, a o tę atrakcję nam właśnie chodziło. Wychodziliśmy z tego tunelu i igloo całkiem mokrzy, wymarznięci i… szczęśliwi. Pamiętam mój brązowy kombinezon, który po powrocie do domu moja Mama wykręcała, bo był całkiem przemoczony i wieszała na kaloryferze, żeby wysechł do rana. Całe dnie spędzaliśmy na polu, na śniegu i mrozie – byliśmy tak zahartowani, że nie wiedzieliśmy, co to katar, czy przeziębienie. Wspaniałe, beztroskie czasy dzieciństwa.
*
Szarooki był tu u rodziców w Święta. Wujek FB doniósł, że przyjechał 23, a wyjechał wczoraj.


26 grudnia

Pani Zosia

Odwiedziłem panią Zosię. Jej niewyczerpana inwencja jest źródłem mojej radości. Wrócił mianowicie temat deficytu krwi. Pani Zosia doszła do wniosku, że po wysunięciu się wenflonu w szpitalu straciła co najmniej 2 litry krwi i od tego czasu wiruje jej w głowie. Konsekwentnie twierdzi, że funkcjonuje bez tych 2 litrów krwi i stąd te wszystkie dolegliwości, które ją opadły i dręczą. Może i krew odtwarza się w ciągu dwóch tygodni, jak twierdzi nauka, ale nie u niej. Ona jest wyjątkiem. Nie prostowałem, nie tłumaczyłem. Poddałem się, bo tłumaczenie i tak byłoby bezcelowo – pani Zosia tak przesieje, że i tak zostanie jej tylko to, co chce, żeby zostało. Nawiedziła neurologa – stosunkowo młodą lekarkę, która jeszcze pani Zosi nie zna. Potraktowała poważnie dolegliwości pani Zosi i skierowała ją na tomografię głowy, żeby znaleźć przyczynę tego wirowania w głowie. Pani Zosia zadowolona, że będzie kosztochłonnie diagnozowana, jest pełna nadziei, że ta lekarka ją z pewnością z tej głowowej wirówki wyleczy. Najpewniej tomografia będzie czysta. Wszystkie tomografie od operacji neurochirurgicznej przed kilku laty, a było tych tomografii wiele, są czyste. Prawdopodobnie pani Zosia ponownie usłyszy, że klinicznie jest zdrowa. Zastanowiam się, czy gdyby panią Zosię zażyć psychologicznie i podać jej we wlewie 100 ml krwi zgodnej, poczułaby się uzupełniona w krew i wirowanie w głowie by od tego ustało? Oczywiście nie mogłaby wiedzieć, że to nie 2 litry, bo efekt terapeutyczny byłby chybiony – ustałoby wirowanie w prawo, natomiast w lewo dalej by wirowało. Ale oprócz ulubionego wątku pani Zosi, był również wątek rozrywkowy. Pani Zosia opowiedziała, jak lata temu pracując w jednym z sanatoriów musiała wstąpić do dyżurki pielęgniarek, gdzie trafiła na imprezę i została przez napranego jak meserszmit lekarza powitana słowami: „Co jedna to ładniejsza”. Miała wtedy już dobrze po sześćdziesiątce, więc ten mocno spóźniony komplement wzbudził w niej spontaniczny atak nieokiełznanej wesołości.

Zatrzymałem się i przeczytałem to, co napisałem. Sporo piszę o pani Zosi i ktoś mógłby pomyśleć, że trochę się nad Nią pastwię. Nie, nie pastwię się. Lubię Ją i martwię się o Nią. Pani Zosia oklapła. Dopóki opiekowała się leżącym mężem była sprawna, żywotna, kręciła się jak fryga, nie narzekała. Po jego śmierci straciła motywację, rozsiedziała się w domu i bardzo się broni przed jakąkolwiek fizyczną aktywnością. Siedzi tylko i rozmyśla, szukając przyczyn swoich dolegliwości i wymyśla coraz bardziej odjechane. Ożywia się tylko wtedy, jak ją ktoś odwiedza. Na pewno w tym wszystkim nie pomaga jej syn alkoholik, który z nią mieszka. Bezrobotny, bo z każdej roboty wylatuje za pijaństwo. Pani Zosia żywi go, ubiera, daje na papierosy. Na alkohol bierze sobie sam – zawsze jakieś 2 lub 3 zł na zakupach uszczknie i na jakiegoś mózgotrzepa uskłada. Pani Zosia udaje, że tego nie widzi. Żal mi się wczoraj zrobiło Pani Zosi, kiedy zrezygnowana powiedziała „Co poradzi”. I tak jest dzielna – radzi sobie jakoś opędzając wszystko swoją emeryturą, choć z pewnością bywa jej ciężko, szczególnie pod koniec miesiąca. Przyjrzałem się wczoraj pani Zosi. Zawsze była wesoła i lubiła się śmiać. Od jakiegoś czasu stała się jakaś taka przygaszona, jakby łapnęła lekką depresyjkę. Posunęła się w ciągu ostatniego roku. Lubię panią Zosię i mam nadzieję, że się ogarnie i to przygaszenie minie.

25 grudnia

Święta

Święta
Aura zdecydowanie wielkanocna, a nie bożonarodzeniowa. Wczoraj świeciło słońce, temperatura 10 st na plusie, dzisiaj pochmurno, trochę siąpi deszcz, temperatura 4 st na plusie. Przebiśniegi, bratki i wilcze łyko kwitną. Pełnia wiosny. Ja nie pamiętam tak ciepłych Świąt Bożego Narodzenia tutaj w górach. Trochę mi brakowało śniegu i jego skrzypienia pod stopami w drodze na Pasterkę. Uwielbiam Święta Bożego Narodzenia. Uwielbiam Wigilię. W moim domu jest ona bardzo tradycyjna, postna i galicyjska. Po postnym śniadaniu, nie je się aż do kolacji wigilijnej, do której siadamy około 17. Modlitwa, łamanie się opłatkiem i życzenia. Potem siadamy do stołu. Barszcz z uszkami (z grzybami), ryba (mintaj, bo nie lubimy karpia) z sałatką ziemniaczaną (ziemniaki i ogórek kiszony pokrojone w kostkę, z odrobiną drobniutko posiekanej cebulki, skropione oliwą z oliwek), pierogi z kapustą, kapusta z grochem i grzybami, pierogi z suszonymi śliwkami ze śmietaną, makowiec, sernik wiedeński i kompot z suszu. Niemal wszystkie te potrawy zarezerwowane są na kolację wigilijną. Naszą rodzinną tradycją jest również telefoniczna powigilijna rozmowa z Ciotką oraz udział w Pasterce o północy. Brązowooki i Szarooki na pewno, jak co roku, też uczestniczyli w tej pięknej nocnej mszy…  

W pierwszy dzień Świąt nie składa się wizyt i nie gotuje się – to też jest taka tutejsza, górska tradycja. Na późne śniadanie serwuje się wędliny z sałatką jarzynową, a na obiad i kolację pozostałości powigilijne. Po obiedzie ruszyliśmy się na spacer, żeby przerwać to hedonistyczne obżarstwo i nie zgnuśnieć zupełnie. Popołudnie natomiast spędziliśmy w towarzystwie pań z „Cranford” (absolutnie fenomenalne Judi Dench i Eileen Atkins). Odwiedzili nas też kolędnicy. Jacyś tacy byle jacy. Byle jak wystrojeni, byle jak zaśpiewali kolędy, trochę tak bez przekonania, każdy na swoją własną nutę, skasowali i poszli dalej. W drugi dzień Świąt składa się i przyjmuje wizyty gości. Mama zadzwoniła dzisiaj przed południem do pani Zosi, żeby ją zaprosić do nas na jutro, ale pani Zosia wymówiła się bólem głowy, który z całą pewnością nawiedzi ją jutro i uniemożliwi przemieszczenie się do nas. Stanowczo jednak nie przeszkodzi jej podjąć nas u niej. Pani Zosia w swoim obrzydzeniu do opuszczania domu jest chroniczna, więc stanęło na tym, że jak zwykle, my odwiedzimy panią Zosię. Kolejny miejscowy zwyczaj mówi, że na wizytę świąteczną nie wypada udać się z pustymi rękoma, więc na jutrzejszą audiencję do pani Zosi udamy się wraz z kawałem sernika po wiedeńsku. Pani Zosia również zaserwuje ciasto – jabłecznik, jak znam życie i panią Zosię. Posiedzimy, pogadamy i będzie bardzo miło. Piękny świąteczny czas – leniwy, ciepły, rodzinny, niemal beztroski. Niemal…


24 grudnia

Marana Tha

Marana Tha
Do Ciebie i do mnie
do Szarookiego i Brązowookiego
Łukasza, Marcina i Andriuszy
do przyjaciół i do wrogów
do zakochanych i szczęśliwych
radosnych i beztroskich
do porzuconych i niekochanych
tęskniących i samotnych
i do wszystkich, którzy potrzebują

przyjdź
i tchnij w nas nadzieję

Wszystkim odwiedzającym mnie życzę spokojnych, radosnych, pełnych ciepła i miłości Świąt.

22 grudnia

Menopałza i antykoncepcja

Arek lat 10, bardzo inteligentny i ja, lat trochę więcej, też niegłupi. Graliśmy w słowa. Zasady bardzo proste: wymyśla się słowo, wpisuje pierwszą literę, kreseczki w miejsce następnych liter i końcową literę. Należy zgadywać litery, a każda nietrafiona litera powoduje rysowanie szubienicy i wiszącego na niej człowieczka – głowy, korpusu w formie kreski i jego kończyn. Trzeba odgadnąć słowo zanim wiszący człowieczek będzie kompletny.
Arek oczywiście chciał wygrywać, więc wymyślał bardzo długie słowa. Pierwszym, jakie wymyślił była baranica. Ostrzegł mnie, że to niezbyt ładna nazwa. A co to jest baranica? Jego zdaniem to kolokwialna nazwa żony barana, czyli owcy. Zafundował mi pierwszy atak śmiechu – jeszcze na siedząco. Następnym słowem była „menopałza” a trzecim antykoncepcja. Rozłożył mnie baranicą, a „menopałzą” i antykoncepcją znokautował. Już od lat tak się nie uśmiałem – po prostu tarzałem się po podłodze płacząc ze śmiechu. Kochane dziecko. Tego mi było trzeba! Skąd on takie słowa wziął? Zapytałem, jak już pozbierałem się z podłogi. Otóż z telewizji. Dopytałem, czy wie co oznaczają te słowa. Arek odpowiedział spokojnie, że nie wie, ale wydawały mu się trudne i długie, więc niełatwe do odgadnięcia. Jeszcze się trzęsę ze śmiechu, jak sobie przypomnę rozczarowanie na twarzy Arka, kiedy oba słowa szybko odgadłem. Był chyba przekonany, że ja takich słów nie znam. Patrzył zupełnie nie poruszony, jak tarzam się ze śmiechu, obmyślając kolejne trudne słowo. Niestety nie zdążył mnie nim uraczyć (żałuję ogromnie), bo jego matka zadzwoniła, że ma wracać do domu. Zanim wyszedł opowiedział mi, że muter (czyli mama) jest na niego trochę zła, bo rano miał miejsce incydent. Mianowicie muter, w celu powtórzenia z Arkiem jakiejś piosenki, której miał się nauczyć na pamięć, śpiewała z nim tę piosenkę. Arkowi to przeszkadzało, więc delikatnie poprosił matkę o wyłączenie wokalu słowami: „Mamo nie skucz”.
- I co na to muter? Uruchomiła się? – zapytałem.
- No – odpowiedział Arek.
- Lżyła cię grubymi słowy?
- No. Wydarła się, żebym sobie nie pozwalał – spokojnie zrelacjonował Arek.  Padłem ze śmiechu.

19 grudnia

Gocha odc. 4

Ubawiłem się i uśmiałem perliście z powakacyjnych aktywności Gochy na facebooku. Gocha żyje na fb - może przebywać tam permanentnie, uszczęśliwiając znajomych, wśród nich mnie, publikowanymi tam głupotami. Gocha pod koniec sierpnia udała się na wczasy z mężem i dzieckiem. Musiała wynająć lokum i zapłacić. Spędziła tydzień w Pieninach. Nie wiem jakim cudem i w głowie mi się to nie mieści, nie zabrała z sobą na ten wyjazd służby, czyli rodziców. Dla nich ta rozłąka z pewnością była niezwykle traumatyczna. Dla niej też musiała być, bo przecież Gocha nie przywykła do żadnej pracy, a nie mając tam służby, musiała się zajmować dzieckiem, o zgrozo! Więc Gocha wróciła z wczasów i zaraz jak tylko przekroczyła próg domu, obwieściła światu via fb, że jest mega zadowolona! Była w takim pięknym miejscu, a w górach (w domyśle u mojej Mamy) była już setki razy (raptem cztery) i nie ma tam nic ciekawego. O ile mi wiadomo, Pieniny to też góry, ale widocznie Gocha przywiozła stamtąd jakieś świeższe i bardziej aktualne dane, i jest lepiej ode mnie w tym temacie zorientowana… Zachichotałem – Gosze naprawdę rozchodziło się o tę banicję. Muszę się przyznać, że Gocha budzi we mnie jakąś przedziwną przekorę i pokusę dokuczenia jej. Nie jestem wyjątkiem, bo wiem, że Gocha budzi tę pokusę u wielu osób, szczególnie u uwielbiających ją koleżanek i kolegów w pracy… A propos facebooka - jest jedna rzecz, która mnie niezmiennie zadziwia. Celebrytka Gocha bardzo lubi zamieszczać na fb zdjęcia przydomowych rozkwitających drzew i krzewów. Zadziwia mnie to, że owe drzewa i krzewy zawsze zakwitają Gochą! Co to za niezwykłe drzewa rodzące kwiat tak nadobny, chciałoby się rzec… Ale nie, nic w tym niezwykłego - to tylko Gocha upozowana na zdjęciach, na tle rozkwitających drzew. Gocha wyznaje zasadę, że zdjęcie bez niej jest zdjęciem straconym. Wyrobiła w sobie odruch bezwarunkowy - widok aparatu fotograficznego sprawia, że błyskawicznie przybiera wdzięczną pozę i ozdabia twarz uśmiechem. Przyznała mi się kiedyś, że te pozy i uśmiechy ćwiczyła przed lustrem!!! Pamiętam, że spojrzałem na nią wtedy i pomyślałem: "Czy ciebie należy się bać?".
Breaking news
Przed chwilą zadzwoniła Gocha. Chyba wyczuła, że o niej piszę. Pogadała dziesięć minut, oczywiście o sobie i trochę o swoim dziecku. Na koniec obwieściła mi, że… zaciążyła! Spodziewa się drugiego dziecięcia gdzieś z początkiem czerwca przyszłego roku. To ci dopiero news. Pogratulowałem zaciążenia, powiedziałem, że cieszę się ogromnie, że zdecydowali się na drugie dziecko, bo co dwoje to nie jedno i będzie fajnie. Szczerze. To dobrze, że będzie drugie dziecko – może ten wnukowy obłęd straci na mocy, jak będzie musiał się rozdzielić na dwoje wnucząt. 

18 grudnia

Gocha odc. 3

Ciotka ostatecznie przyjechała w wakacje na kilka dni do mojej Mamy. Stało się tak tylko dlatego, że Ciotka pogniewała się na Gochę. Gocha swoim zwyczajem, scedowała na Ciotkę wieczorną kąpiel wnuczęcia. Kiedy Ciotka odwróciła się po ręcznik, wnuczę w wannie wstało, poślizgnęło się i klapnęło tyłkiem w wodę. Nic się nie stało, ale wnuczę narobiło wrzasku, bo się wystraszyło. Gocha usłyszawszy szloch dziecięcia, wjechała do łazienki jak furia rycząc na Ciotkę, że skrzywdziła jej dziecko. Gocha nie jest przyzwyczajona do panowania nad sobą (nigdy nie próbowała, bo chyba uważa, że to mogłoby być szkodliwe dla jej zdrowotności), więc zrobiła Ciotce scenę jak trzylatka w amoku! Obryczała ją nie przebierając w słowach. Ciotka się wkurzyła i obwieściła, że wyjeżdża do mojej Mamy w góry na kilka dni, bo musi odpocząć. Jak powiedziała, tak zrobiła. Po przyjeździe Ciotka wyciągnęła z bagażu 3 opasłe tomy albumów ze zdjęciami. Dzielnie pozachwycaliśmy się, żeby zrobić jej przyjemność i szybko ten nieunikniony punkt programu został załatwiony. Pomimo chwilowego zagniewania na Gochę, Ciotka dzielnie uraczyła nas trzygodzinną opowieścią martyrologiczną o genialności Gochy i wnuczęcia. To oczywiste, że cieszy się wnuczęciem, że kocha itd., ale nie ma w tym umiaru. Jak dobrze, że moja Mama przytomnie zapobiegła zwaleniu się całej rodziny Ciotki do nas. Ciotka + mąż + Gocha + mąż Gochy + wnuczę = armagedon. Po ich wyjeździe musielibyśmy się chyba leczyć psychiatrycznie, bo to wariactwo jest nie do przejścia. Jak wspomniałem, ze spokojem znieśliśmy oglądanie opasłych albumów ze zdjęciami, które przyjechały w liczbie 3, a każde zdjęcie było opatrzone przez Ciotkę wyczerpującym komentarzem. Wytrzymaliśmy te pierwsze 3 godziny po jej przyjeździe, w czasie których musiała się wyżyć macierzyńsko. Potem można było już z nią normalnie porozmawiać. A w normalnych tematach (normalny temat to każdy temat niedotyczący Gośki i jej dziecka) rozmowa z nią jest bardzo ciekawa. I chociaż każdy temat, nie wiedzieć czemu, zawsze ma jakąś analogię związaną bezpośrednio z Gośką, to jednak można łatwo naprostować Ciotkę z powrotem na właściwy tor. Nie trzeba nic mówić. Wystarczy zignorować analogię, a Ciotka sama wraca do właściwego tematu. Analogia zawsze jest zapodana z entuzjazmem, więc brak reakcji, czyli niepodzielanie tego entuzjazmu, najwidoczniej jest dla Ciotki wstrząsający. Czasem to bywało nawet zabawne.

Gocha, jak łatwo było przewidzieć, obraziła się na moją Mamę za znieważenie i zbezczeszczenie jej majestatu. Rzecz straszna, w odczuciu Gochy równa świętokradztwu! Gocha się obraziła i obłożyła moją Mamę interdyktem – zabroniła oddawać kult swojej osobie!
Ciotka po kilku dniach spędzonych u mojej Mamy, poczuła bardzo duże ciśnienie na powrót do domu, bo zostawiła malutką Gochę (tsy latka) z jeszcze mniejszym wnuczęciem (roczek) – znaczy dziecko z dzieckiem, więc czuła już ogromne parcie, żeby znowu Gochę wyzwolić z obowiązków macierzyńskich, którymi nota bene Gocha wcale się nie przemęczała cedując je na dziadka. Ciotka stara się usprawiedliwiać Gochę. Może inaczej – nie usprawiedliwiać, a wybielać. Kilkakrotnie w swoich opowieściach o Gosze, nieco plątała się w zeznaniach. Fakty wykluczały się wzajemnie. Ciotka twierdziła, że gotuje z Gochą na zmianę dla rodziny, że Gocha sama zajmuje się dzieckiem, gotuje dla swojego dziecka, że je karmi, kąpie itd. Po czym sama wygadała się, że to ona gotuje codziennie, również dla wnuczęcia, że ona wnuczę karmi, kąpie, pierze, sprząta itd. Wygadała się, jak zła na Gochę była. Jak złość Jej minęła, Gocha ponownie stała się utyraną matką – bohaterką. Do pewnego stopnia rozumiem to i usprawiedliwiam, bo Gocha to jej dziecko. Ale tylko do pewnego stopnia, ponieważ w całości to przekracza moją zdolność do pojmowania. W tej relacji rodzice – Gocha – wnuczę jest coś dusznego, jakaś niezdrowo nadmierna więź, zaborcza nadopiekuńczość,  separowanie od otaczającej rzeczywistości. Wszystko to wynikające z rodzicielskiej miłości, ale przynoszące szkody zarówno Gośce, jak i wnuczęciu, które wychowywane jest tak, jak kiedyś wychowywana była Gocha. Odseparowywane od innych dzieci i bojące się innych dzieci histerycznie. Kolejny dowód na to, że nieprawdą jest, że ludzie uczą się na własnych błędach –  jedynie własne błędy utrwalają. Tym sprawdzonym sposobem wychowywany jest doskonały klon Gochy. Zastanawiam się, jak świat coś takiego wytrzyma. Co tam świat. Jak wytrzymają ze sobą Gocha i jej własne dziecko – wszak dwa słońca nie mogą świecić na jednym firmamencie. Kto kogo zmorze – Gocha swoje dziecko, czy dziecko Gochę? Oto jest pytanie. Czas pokaże. W sumie smutne to, bo Gocha z natury wcale nie jest zła – wszczepiono w nią skrajny egotyzm, który padłszy na podatny grunt rozrósł się do monstrualnych rozmiarów, pochłaniając wszystko, również to, co było w niej dobre. Nie dziwi więc to, że tak wyszkolona Gocha ćwiczy... hm... przysiady. cdn

17 grudnia

Gocha odc. 2

Przypomniała mi się historia z Gochą z ostatnich wakacji. Któregoś wieczora zadzwoniła Ciotka. Odebrałem, chwilę porozmawialiśmy, a w zasadzie wysłuchałem monologu o genialności Gochy i jej dziecka, które nota bene dziadkowie wychowują na doskonałą kalkę Gochy. Od początku rozmowy wiedziałem jednak, że Ciotka się zbiera, żeby coś powiedzieć. Poprosiła, żeby dać Jej moją Mamę, bo z Nią też chciałaby porozmawiać. No i porozmawiały. Dawno już nie widziałem tak wkurzonej Mamy. Wiosną zaprosiła Ciotkę w góry do siebie na kilka dni na wakacjach. Chciała, żeby Ciotka odpoczęła od domowych obowiązków, które są już ponad jej siły. Gocha jednak wymyśliła, że ona też chce przyjechać, oczywiście z mężem i dzieckiem, zmusiła więc Ciotkę, żeby spróbowała przekonać moją Mamę do anulowania banicji. Gocha wykoncypowała, że zwali się z mężem i dzieckiem na darmową chatę, moja Mama będzie dla wszystkich gotowała, a Ciotka będzie zajmowała się dzieckiem, zaś Gocha z mężem będą sobie hulać po okolicy beztrosko. Moją Mamę na ten Gochy pomysł po prostu trafiło. Odmówiła bardzo stanowczo i wyhamowała Ciotkę słowami: „Nie ma mowy! Ja wiem jaka Gośka jest! Nie zamierzam jej obsługiwać, bo nie jestem jej służącą i nie zamierzam też denerwować się patrząc, jak Ty koło nich skaczesz! Mowy nie ma! Bardzo chcę, żebyś przyjechała, ale sama. Tych kilka dni bez Ciebie Gośka sobie poradzi. Zresztą służbie też należy się urlop raz w roku!”. Ciotka zaniemówiła, a jak już odzyskała głos, potulnie się zgodziła.

Rodzice w sposób bezkrytyczny oddają się uwielbianiu Gochy. To monoteizm i kult jednostki w doskonałej postaci. Jak w sekcie – Gocha obiekt kultu i guru, a rodzice wierni wyznawcy. Oczekują również, że cały świat będzie im w tym adorowaniu Gochy towarzyszył. Niespełnienie tego oczekiwania owocuje z ich strony niechęcią. Nie lubią ludzi, którzy nie lubią Gochy. Z wyjątkiem mojej Mamy i mnie. Jakoś przyjęli do wiadomości i nawet pogodzili się z faktem, że nie jesteśmy fanami Gośki. Po owym telefonie czekaliśmy na dalsze wydarzenia i owszem, reperkusje były. Gocha zawiedziona, że jej plan nie wypalił (i wkurzona na maksa, bo nie przywykła, żeby jej plany nie wypalały), zamieściła post na facebooku, w którym napisała, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w potrzebie i że się bardzo zawiodła i rozczarowała, i tym podobne wynurzenia. Znaczy Gocha zareagowała we właściwy sobie sposób. Wyobrażam sobie, jaką awanturę zrobiła Ciotce, że nie zdołała przekonać mojej Mamy. Wrzaskom i rykowi końca pewnie nie było. Amok trzylatki! Znając ją, zakładaliśmy, że zrobi wszystko, żeby Ciotka w góry nie przyjechała.

Zastanawiam się, jak rodzice mogli ją tak wychować? Jak mogli zrobić jej taką krzywdę? Przecież ona w ogóle nie jest przystosowana do życia w społeczeństwie. Jedyną osobą, z którą się dogaduje jest jej mąż, który w ogóle nie wchodzi w jej emocje i w ten sposób czyni ją bezradną. Gośce wystarczy 5 minut, żeby każdego człowieka, który się z nią zetknie, do siebie zrazić i niemal każdy, kto pobędzie z nią w jednym pomieszczeniu dłużej niż 5 minut, zapada na chroniczną niechęć do niej. Ja też za nią nie przepadam i wcale nie robię sobie z tego powodu wyrzutów. Wierzę jednak, że Gośka czasem, w chwilowym zaćmieniu samouwielbienia, może nie czuć się dobrze z tym nielubieniem jej. Miewa czasem zrywy wrażliwości i empatii, jednak zajęta wyłącznie sobą i wyłącznie na sobie skoncentrowana, całą swoją wrażliwość i empatię kieruje na siebie samą. Jakby była jedynym człowiekiem na ziemi. Nie robi nic, żeby swój image poprawić, żeby coś zmienić, być miłą dla ludzi. Inaczej – może zorientowałaby się wreszcie, że to nie w otoczeniu problem, tylko w niej samej. Może zdobyłaby się na taką autorefleksję i zrobiłaby coś, żeby to poprawić. Rodzice jednak bardzo starają się, żeby nic podobnego się nie stało, bezkrytycznie wciąż jej wmawiając, że to otaczający ją ludzie są wobec niej niesprawiedliwi nie doceniając jej doskonałości. Dopóki będzie miała taki bezkrytyczny, klaszczący jej i dzielnie kibicujący wdzięczny chórek, nic się nie zmieni. cdn

15 grudnia

Okryj mnie

Okryj mnie płaszczem zimowego puchu
niechaj powrócą myślą młode lata
gdy w sercu nosząc nadziei otuchę
z wiosennych kwiatów będę wieniec splatał

Dla kogo jednak śnić szczęścia krainę
- nieważne bowiem jak głęboka rana -
lecz pozwól aby mogła w ostatnią godzinę
na progu stanąć miłość zapłakana

Eligiusz Dymowski

12 grudnia

Gocha odc. 1

Wczoraj wieczorem zadzwoniła moja Ciotka. Bardzo Ją lubię. Ma klasę i piękny ogląd świata. Jest świetna, rozsądna, życzliwa i empatyczna. I tylko wobec własnego dziecka bezkrytyczna i bez umiaru. Niestety nie przekazała wychowaniem swojej klasy córce Gośce i wychowała niewyobrażalną egocentryczkę. Rodzice bardzo pracowicie wykształcili w Gośce przekonanie, ba, absolutną pewność, że jest pępkiem świata. Terroryzuje otoczenie, nie licząc się z nikim i niczym – wyłącznie jej potrzeby, oczekiwania, chciejstwo i plany się liczą. Przez całe swoje życie Gocha nie powiedziała niczego godnego uwagi, niemniej rodzice spijają z jej ust te wszystkie głupoty, które z jej ust spadają, z takim zachwytem, jakby sam Pan Bóg im się objawiał i głosił dobrą nowinę. Gocha nie mówi – Gocha jazgocze, zawsze na wysokim c. A że może jazgotać bez końca, oczywiście wyłącznie o sobie, ten jazgot jest nie do zniesienia już po 3 minutach przebywania z nią w tym samym pomieszczeniu. Gocha zdecydowanie nie odziedziczyła po Ciotce ani urody, ani inteligencji, ani klasy. Jej „klasa” to cieniutka politura, pod którą jest nieopanowanie i awanturnictwo. Do dzisiaj Gocha nie ma żadnych koleżanek ani przyjaciółek, bo z nikim zgodzić się nie jest w stanie, ponieważ jest przekonana, że to cały świat ma się do niej dostosowywać, a nie ona do świata. Bliżej jej już do czterdziestki niż trzydziestki, od 4 lat ma męża (jak on z nią wytrzymuje?!), a od półtorej roku dziecko. Dla rodziców jednak Gocha to wciąż trzyletnia dziewczynka. Dziecko, które ma dziecko. W związku z tym, jak przez całe życie, chronią Gochę przed wszystkim, również przed jej własnym dzieckiem. Gocha własnym dzieckiem zajmuje się tylko w nocy i to tylko dlatego, że dziecko całą noc przesypia, natomiast w dzień od obowiązków macierzyńskich jest zwolniona, bo dziadkowie z ochotą ją w tym zastępują. Gocha w domu nie robi nic, absolutnie nic. Ciotka gotuje, sprząta, opiekuje się dzieckiem Gochy, a Gocha spędza czas na facebooku roztaczając tam martyrologiczny nimb wycieńczonej macierzyńskimi obowiązkami matki. Poza fb nadzoruje służbę (rodziców), robiąc im cykliczne awantury, bo awantura to ulubiony żywioł Gochy. Każdy, najbardziej nawet banalny powód jest dobry do wszczęcia awantury. Rodzice Gośki są schorowani, jednak Gocha nie ma żadnych względów i żadnej dla nich litości – orze nimi jak parą wołów. Sami ją tego nauczyli. Nie mam dzieci, ale mogę zrozumieć, że miłość rodzicielska jest przeogromna, jednak w tym wypadku to jakaś patologiczna więź. Oni nie pozwolili Gośce dorosnąć. Dom Ciotki to nie dom – to sanktuarium poświęcone Gośce. Już od wejścia gości atakują zdjęcia Gochy, które towarzyszą gościowi przez klatkę schodową do salonu, w którym na ścianach nie ma nawet 1 cm2 wolnego, bo wszędzie wisi Gocha – we wszelkich możliwych pozach i z wszelkimi możliwymi grymasami na twarzy. Czyniłem pewien wysiłek, żeby Gochę polubić i mieć z nią dobre, nawet serdeczne stosunki. Podjąłem ten wysiłek wyłącznie ze względu na Ciotkę, którą bardzo lubię. Poddałem się jednak, bo stwierdziłem, że za stary jestem, żeby pozwolić się komuś terroryzować, żeby ktoś mi organizował czas, wyznaczał zadania i… robił sceny. Powiedziałem Gośce dość. Ciotka kilka razy przywiozła Gochę do nas w góry, Gocha jednak, przyzwyczajona, że to ona wszędzie rządzi i ustala warunki, nie potrafiła uszanować praw gościnności, robiąc sceny mojej Mamie! Bo przecież Gocha czuje nieprzepartą konieczność wyrażania swojego zdania na każdy temat, będąc przekonaną, że świat na jej błogosławione słowa, opinie, rozkazy etc, etc czeka z zapartym tchem. No bo przecież to Gocha, w jej własnym mniemaniu, wyznacza światu standardy. Generalnie doszliśmy do wniosku, że Gocha ma pewność, że jak otwiera usta i zamierza wypuścić z nich słowo, wszechświat zamiera w bezruchu czekając w napięciu, jakimż to bezcennym objawieniem tym razem go Gocha uraczy. Moja Mama przeciwstawiła się Gośce i powiedziała dość, więc Ciotka, nie mając innego wyjścia, wyekspediowała Gochę do domu. Gocha została obłożona banicją z zakazem pokazywania się w górach w domu mojej Mamy. cdn

11 grudnia

Zezwłok

Mam w pracy kolegę, który uwielbia strzelać fochy. Ma taki wewnętrzny przymus, żeby swoje niezadowolenie, zmęczenie i zniecierpliwienie demonstrować fochem. Jak siedmioletni chłopczyk. Obrażony ton, rozdzieranie szat, wymachiwanie rękoma, strojenie min. Te fochy, choć nieszkodliwe, sprawiają, że kolega nie zyskuje sobie u koleżeństwa sympatii, że tak to eufemistycznie ujmę. Ja się z tych jego fochów śmieję i jeśli zdarza się (bardzo rzadko), że foch jest wymierzony we mnie, ostentacyjnie biję koledze brawo chichocząc, co zbija go z tropu skutecznie. Dziś przeszedł samego siebie. Coś tam zespołowo działaliśmy w kilka osób. Maryśce to działanie nie za bardzo szło, co wywołało atak fochowatości u pomienionego kolegi. To był foch bez fonii. Oparł mianowicie głowę o ścianę, wybałuszył oczy, otworzył usta i wywalił jęzor na zewnątrz jamy. Wyglądał jak zwłoki. Naprawdę. Maryśka, która na niego spojrzała, autentycznie się przeraziła. Poderwała się gwałtownie na równe nogi i blada jak ściana nie mogła się zdecydować co zrobić - krzyczeć, czy zemdleć, czy też zrobić coś jeszcze innego. Podążyłem oczyma za jej wzrokiem i ujrzałem, że przeraził ją prosektoryjny wygląd kolegi. Myślała, że zszedł był gwałtowną śmiercią i widzi truchło. Uprzedzając jej krzyk, bo zdecydowała pójść w tę stronę, powiedziałem:
- Spokojnie, to tylko foch.
Maryśka zdusiła wzbierający w niej krzyk i usiadła, a kolega przywrócił swoją fizjonomię do stanu użytkowego zaciekawiony, co też Maryśkę tak wzburzyło, że poderwała się była na nogi tak gwałtownie. Powiedziałem mu, że wystraszył ją swoim fochem á la zwłoki, na co on zwrócił się do Maryśki arogancko (dalszy ciąg focha) słowami, które nawet przy najlepszej wierze trudno byłoby uznać za miłe:
- Było nie patrzeć. Ty zawsze musisz patrzeć tam, gdzie nie powinnaś.
Maryśka oniemiała. Ale tylko na chwilę, gdyż po przetworzeniu komunikatu jej twarz zmieniła kolor z bladości na purpurę, bo szlag ją trafił nagły i gwałtowny, wyzwalając z jej ust komunikat zwrotny o niesamowitym ładunku. Maryśka kilkoma zaskakująco sprawnie dobranymi słowy, obiła rozdęte ego kolegi tak, że przeraźliwie skamląc schowało się pod krzesło. A ja popłakałem się ze śmiechu. 

09 grudnia

Świadek niekoronny

Piękne letnie przedpołudnie. Dzwonek do drzwi. Pani Zosia swoim zwyczajem, zanim otworzyła, pomaszerowała do pokoju syna, żeby przez okno popatrzeć, kto tam się do niej dobija. Spojrzała dyskretnie i zobaczyła policjanta przy drzwiach i policyjne auto pod domem. Doznała szoku! Policja u niej! Co sąsiedzi na to powiedzą?! Ciśnienie gwałtownie jej skoczyło i z ust jej wydarły się słowa, skierowane do syna:
- Marek, co ta policja tu robi???!!!
Marek skoczył na równe nogi i przygalopował do okna spojrzeć. No rzeczywiście policja. Powiedział pani Zosi, że policji trzeba otworzyć. Pani Zosia przerażona, że może przyszli aresztować jej syna za jakieś przewinienie, o którym ona jeszcze nie wie, poszła otworzyć. Odetchnęła, jak okazało się, że policjant zbiera informacje o sąsiadach pani Zosi, którzy rozpoczęli rozwodowe boje o podział majątku. Policjant pytał panią Zosię, czy nie widziała jakiś podejrzanych rzeczy, etc. Pani Zosia odpowiadała, że nic nie widziała, nic nie wie. Na koniec policjant zapytał, czy sąsiad pani Zosi nie wynosił jakiś paczek. Pani Zosia stanowczo odpowiedziała, że nic nie wie. Policjant zapytał, czy na pewno, bo coś musiałby napisać. W tym momencie pani Zosia się zawahała i pełna współczucia dla ciężkiej pracy policji, powiedziała, że widziała, jak pakował torbę do bagażnika, jak wyjeżdżał. Policjant podziękował i sobie poszedł, a pani Zosia zadowolona, że wzorowo wypełniła obywatelski obowiązek, zapomniała o całej sprawie. Nie na długo. Po miesiącu od odwiedzin policjanta, pani Zosia otrzymała wezwanie do sądu, w charakterze świadka!!! Panią Zosię szlag trafił tak nagły i gwałtowny, że nie była w stanie przyswoić treści tego wezwania. Była tak zdezorientowana, że nie wiedziała, czy złapać się za lewą pierś i dostać zawału, czy złapać za telefon i zadzwonić do kogoś, kto jej wytłumaczy, o co w tym wezwaniu chodzi. Wygrała druga opcja. Pani Zosia złapała za telefon i zadzwoniła do mnie – przeczytała wezwanie i zapytała, czego sąd od niej chce, bo ona przecież nic nie wie. Wezwanie standardowe, że dnia tego i tego o godzinie tej i tej, pani Zosia ma się stawić w sądzie rejonowym, jako świadek w sprawie, etc. Pani Zosia przeżyła wstrząs. Ona świadkiem w sądzie!!! Ona, która całe życie starała się nie dawać sąsiadom asumptu do gadania o niej!!! Ona świadkiem w sądzie!!! Szok, hańba i wstyd!!! Tłumaczeń, że nie ma się czego bać, że to przecież nic takiego, że sobie poradzi, nawet słuchać nie chciała. Wizja bytności w sądzie kompletnie panią Zosie zdewastowała i przeraziła. W związku z tym, że była świeżo po operacji biodra i w trakcie rehabilitacji, córka pani Zosi napisała do sądu pismo, że pani Zosia jest po operacji, w trakcie rehabilitacji i nie może się stawić. Sąd pismo przyjął, okazał zrozumienie i… poinformował panią Zosię pisemnie, że dnia tego i tego o godzinie tej i tej sąd nawiedzi panią Zosię w jej domu, żeby wysłuchać jej wyjaśnień w sprawie. Pani Zosia, która żyła nadzieją, że sąd po przeczytaniu jej pisma da jej spokój, przeżyła kolejny wstrząs. Poczuła się prześladowana. Znowu złapała za telefon i zadzwoniła do mnie, żebym jej wyjaśnił o co chodzi. Wyjaśniłem, poradziłem, żeby nie była wylewna, tylko odpowiadała na pytania sądu zgodnie z prawdą i bez dygresji. Trochę się martwiłem, że pani Zosia, która lubi dygresje, może popłynąć. Sąd panią Zosię odwiedził, wypytał w sprawie i chyba uznał, że jej informacje niczego do sprawy nie wnoszą, bo dał pani Zosi spokój. Pani Zosia, dla której cała ta sądowa historia była ogromnie traumatyczna, przysięgła sobie, że w stosunku do organów państwa, wszystkich!!!, będzie skrajnie ostrożna i już więcej w żadne sądowe korowody wmanewrować się nie da. No bo co sąsiedzi o tym jej świadkowaniu w sądzie powiedzieli?! Przysięga złożona została w obecności mojej Mamy i mojej. Pani Zosia wściekła była na sąsiadów, że nasłali na nią policjanta, a potem prześladowali świadkowaniem. Starannie wyparła fakt, że sama była sobie winna. Zobowiązała moją Mamę, żeby przypomniała jej tę przysięgę, gdyby kiedyś ponownie doznała ataku wylewności. Wspomnienie tej sądowej historii przyprawia panią Zosię o ciarki.

08 grudnia

Jak się nazywa

Jak się nazywa to nienazwane
jak się nazywa to co uderzyło
ten smutek co nie łączy a rozdziela
przyjaźń lub inaczej miłość niemożliwa
to co biegnie naprzeciw a było rozstaniem
wciąż najważniejsze co przechodzi mimo
przykrość byle jaka jak chłodny skurcz w piersi
ta straszna pustka co graniczy z Bogiem
 
to że jeśli nie wiesz dokąd iść
sama cię droga poprowadzi

Jan Twardowski Jak się nazywa

07 grudnia

Rekluza 3

Pani Zosia – Nemezis lekarzy. Odwiedziła wszystkich, absolutnie wszystkich specjalistów. Wszystkich z wyjątkiem tego, którego odwiedzić powinna, bo tylko on mógłby jej pomóc. Psychiatry. Bo psycholog to w jej wypadku za mało – poddałby się po 10 minutach rozmowy z nią, bo odbiłby się od jej hipochondrii jak od ściany. A jej nerwicę można leczyć skutecznie farmakologicznie. Ale nie, pani Zosia do psychiatry nie pójdzie, bo przecież do psychiatry chodzą wariaci, a ona wariatką nie jest! Ona jest zdrowa! Całkiem niedawno jej lekarz rodzinny zniecierpliwiony już po raz setny snującą się opowieścią o trapiących ją chorobach, zasugerował wizytę u psychiatry, czym bardzo się pani Zosi naraził. Opowiadała o tym skrajnie oburzona. Bo tak naprawdę pani Zosia kocha te swoje wszystkie urojone dolegliwości i wcale nie chce się z nimi rozstawać!
Pani Zosia udając się do lekarza, targa z sobą dokumentację medyczną z całego życia i oczekuje, że lekarz z entuzjazmem odda się tej pasjonującej lekturze. A takiego, który nie zagłębia się w nią z satysfakcjonującą panią Zosię skrupulatnością (czyli nie czyta literalnie od deski do deski, najlepiej na głos, żeby i ona mogła mieć z tej lektury jakąś radość) pani Zosia nie poważa i więcej nie odwiedza. Generalnie pani Zosia czuje jakąś osobliwą, organiczną wprost niechęć do lekarzy, którzy mają czelność wmawiać jej, że jest zdrowa! Od takich lekarzy trzyma się z daleka!
Pani Zosia w repertuarze swoich dolegliwości posiada m.in.: zapalenie całego organizmu, nieodwracalny deficyt krwi i takież wyjałowienie organizmu, reumatyzm czaszki, która ją „łamie”, skurcz łydek, który niemal łamie jej kości, oraz jakąś na pewno bardzo poważną chorobę kardiologiczną, objawiającą się bardzo wysokim pulsem. Na pytanie o wysokość tego pulsu odpowiedziała, że 80, a górna granica to, zdaniem pani Zosi, 65!
- 65 pani Zosiu, to jak pani śpi. A jak się pani rusza i robi coś, to tętno się podniesie nawet do 150 i nie jest to żadna patologia – powiedziałem, zgodnie z prawdą. Moja wypowiedź wywołała pewną dezaprobatę, bo tak nietaktownie rozwiewałem jej przyjemne złudzenia o kolejnej dolegliwości.
Pomyślałem, że kiedyś może być z tym problem, bo tak zamęczyła wszystkich lekarzy w mieście swoimi urojonymi chorobami, że jak kiedyś naprawdę zachoruje, choroba może zginąć w natłoku pamiętanych przez nich tych wszystkich urojonych dolegliwości.
Pamiętam Ją sprzed lat – pomimo rozczarowania życiem, szczególnie małżeńskim, była pogodna, życzliwa, empatyczna i bardzo towarzyska. Dalej taka jest, o ile udaje się odwrócić jej uwagę od narzekania. A to trudne, bo wraca do niego jak bumerang. Pomimo opowieści „ścinających krew w żyłach” o jej bolączkach odwiedzam ją zawsze z przyjemnością. Lubię ją. Ale niech Pan Bóg broni lekarzy przed takimi pacjentami! Pani Zosia i jej dolegliwości. Neverending story...

06 grudnia

Rekluza 2

Któregoś dnia wysłuchałem opowieści o tym, jak bardzo jest chora, bo… UWAGA… ma zapalenie całego organizmu.
- A jakie ma pani objawy, pani Zosiu? – zapytałem nieostrożnie.
Pani Zosia wskoczyła na swojego ulubionego rumaka i wyliczyła z zadowoleniem całe mnóstwo objawów, począwszy od wyjałowienia organizmu antybiotykami, poważnego deficytu krwi w organizmie, poprzez łamanie, kłócie tu i ówdzie, pieczenie, a skończywszy na bólu zatok oraz drapaniu w gardle.
- A gorączkę pani ma, pani Zosiu? – dopytałem.
- Nie, gorączki nie mam – odpowiedziała zawiedziona.
- Pani Zosiu, zapalenie całego organizmu to sepsa. A sepsa charakteryzuje się gorączką oscylującą w okolicach 42 st C, bardzo dużym osłabieniem aż do utraty przytomności i bardzo ciężkim ogólnym stanem pacjenta. Innych objawów pani nie powiem, bo mogłaby pani postraszyć nimi swojego lekarza rodzinnego, a po co się ma facet denerwować. Zatem, pani Zosiu, cały organizm się pani nie zapalił, skoro normalnie pani funkcjonuje – powiedziałem. Pani Zosia łypnęła na mnie niedowierzająco, rozczarowana, że nie wykazuję wystarczającego zrozumienia dla jej cierpień. Gdyby dać jej do poczytania „Choroby wewnętrzne” Szczeklika, pognałaby do lekarza z żądaniem zwołania natychmiastowego konsylium lekarzy wszystkich możliwych specjalizacji, bo miałaby objawy wszystkich opisanych przez Szczeklika chorób!
Moja Mama, która przyjaźni się z panią Zosią od wielu lat, czasem nie wytrzymuje i w kolokwialny sposób przywołuje ją do porządku:
- Zocha, Ty się zastanów co Ty mówisz! Bo pieprzysz tak, że własną ścierą zabić się można!
To o dziwo pomaga – pani Zosia się nie obraża. Dlaczego? Jej mąż przywoływał ją w taki sposób do porządku.
Niektórzy specjaliści próbowali leczyć jej nerwicę – ordynowali nowoczesne leki antydepresyjne. Pani Zosia owszem, leki kupowała i nawet próbowała stosować, ale cóż, skoro na niemal każdy lek reagowała „alergią”. Lek przyjmowała, po czym zabierała się za lekturę ulotki i… natychmiast była atakowana przez wszystkie skutki niepożądane wymienione w ulotce. Alergizowała się błyskawicznie, niemal do wstrząsu anafilaktycznego, z wielkim zadowoleniem i to nic, że nikt oprócz niej żadnych skutków ubocznych leków u niej nie widział. Miała je i koniec! Leki oczywiście natychmiast odstawiała. Tylko dwa leki uznała za bezpieczne – Signopam i Pramolan. Signopam zapewne dlatego, że jak sobie go walnęła to ją ogłupiał tak, że nie była w stanie sprawnie wyprodukować skutków ubocznych. A Pramolan, bo ją przyjemnie leciutko rozluźniał, nie zakłócając delektowania się urojonymi dolegliwościami. cdn

05 grudnia

Rekluza

Pani Zosia – znam ją od dzieciństwa. Lubię ją, bo jest bardzo fajną osobą, choć ma jeden mały, malusieńki feler. Malusieńki, ale determinujący jej życie, szczególnie ostatnio.
Ale od początku. Pani Zosia, lat 77 i pół, wdowa, matka, babcia i prababcia. Ze względu na długoletnią przyjaźń z moją Mamą, dość często u niej bywam. U niej, bo pani Zosia od 3 lat stała się rekluzą w 95%. Bardzo niechętnie i rzadko opuszcza dom. Rachunki i zakupy załatwia jej syn, a pani Zosia dzielnie trwa w domu, przemieszczając się najdalej na ganek. Tylko w niedzielę pani Zosia, trzymając syna pod rękę, maszeruje na mszę do kościoła (jakieś 200 m). Poza tym pani Zosia opuszcza swój dom jedynie w celu wizytowania lekarzy, ewentualnie od czasu do czasu (rzadko) jej córce udaje się zmóc ją i uwieźć do jej siostry w odwiedziny. Rzadko, bo propozycja opuszczenia domu powoduje u pani Zosi natychmiastową reakcję obronną. Pani Zosia zapiera się wszystkimi czterema kończynami, napada ją gwałtowny i obezwładniający ból głowy, bądź nóg i całą sobą krzyczy NIEE (z podwójnym ee). Bardzo chętnie i z radością udziela audiencji u siebie, bo lubi ludzi, natomiast wyciągnąć ją w gościnę do siebie niepodobna. Rozsmakowała się w swojej pustelni – wspomina „światło swoich oczu”, czyli nieżyjącego męża, modli się za niego, a w wolnych chwilach… nadzoruje ruch na drodze oraz sąsiadów. Pani Zosia lubi trzymać rękę na pulsie i wiedzieć co się dzieje. Nie, nie jest plotkarą – po prostu ten dyskretny gankowy nadzór nad ruchem drogowym i sąsiadami jest dla niej przyjemną odmianą, jakimś takim odświeżającym powiewem. Niewiele z tego, co się dzieje w polu jej widzenia, umknie jej uważnemu spojrzeniu. Poza powyższymi zajęciami pani Zosia lubi popatrzeć w telewizor, żeby śledzić losy bohaterów swojego ulubionego serialu oraz wiadomości, które są dla niej doskonałą inspiracją i paliwem do bulwersacji. A lubi się zbulwersować, ot tak, dla zdrowotności.
Pani Zosia posiada jedną niewątpliwą i prawdziwą chorobę – nerwicę lękową. Skąd się u niej wzięła ta dolegliwość? Z miłości. Klasyczny przykład olśnienia. Zakochała się bez pamięci w swoim mężu. Zakochała się tak, że ani jego alkoholizm, ani niewierność, ani wreszcie kompletna nieodpowiedzialność, nie przygasiły tego płomiennego uczucia. Szalała z zazdrości, przeszła załamanie nerwowe, głęboką depresję, ale wciąż kochała i kocha nadal, choć „światło jej oczu” od kilku lat już nie żyje. Najszczęśliwszym okresem jej życia było tych kilka lat, kiedy jej mąż po udarze był całkowicie od niej zależny – opiekowała się nim z oddaniem i radością, szczęśliwa, że ma go wreszcie wyłącznie dla siebie. Patologiczna, wyniszczająca ją miłość. Po jego śmierci znalazła sobie nową namiętność, której oddała się całkowicie, odnajdując najwidoczniej w niej jakąś radość – hipochondrię. Stała się prawdziwą Nemezis lekarzy w mieście, zadręczającą ich swoimi niezliczonymi, urojonymi dolegliwościami i chorobami. To prawda, że przeszła neurochirurgiczną operacją usunięcia małego oponiaka kilka lat temu (nie trzeba było operować, bo oponiak był maleńki, ale pani Zosia się uparła) oraz rok temu operację biodra (też nie było w złym stanie, ale pani Zosia rozsmakowawszy się najwidoczniej w leczeniu inwazyjnym również się uparła), obecnie jednak, z punktu widzenia klinicznego, jest całkowicie zdrowa. A gdzie tam – ona uważa, że jest jedyną prawdziwie cierpiącą osobą na świecie. Cała reszta to hipochondrycy. Ostatnio przechodzi sama siebie w wymyślaniu sobie dolegliwości i chorób. I zadręcza opowieściami o nich swoich słuchaczy. Bardzo trudno skierować jej uwagę na inny temat, bo rozprawia się z nim prędko, żeby powrócić do tego jednego, ulubionego. Po operacji biodra rok temu, wysunął jej się z żyły venflon, a że otrzymywała heparynę drobnocząsteczkową, trochę krwi jej wypłynęło i usmarowało pościel, co skłoniło ją po powrocie ze szpitala do domu, do postawienia sobie diagnozy, że w dużym stopniu się wykrwawiła i cierpi w związku z tym na nieodwracalny deficyt krwi w organizmie. Na słowa „Pani Zosiu, krew się odtwarza, więc utrata tych kilku mililitrów jest bez znaczenia”, zareagowała podejrzliwym rozczarowaniem, bo dolegliwość się strywializowała. Brany przez kilka dni antybiotyk wywołał autodiagnozę o całkowitym wyjałowieniu organizmu, które niestety również, zdaniem pani Zosi, jest nieodwracalne. „Pani Zosiu, flora bakteryjna się odbudowuje” – reakcja jak wyżej. Niektóre dolegliwości występują u niej napadowo: ból głowy przychodzi i odchodzi na zawołanie, ból nóg również. Zadręcza lekarzy swoimi urojonymi dolegliwościami. Wykonano jej wszystkie możliwe badania – chyba nikt na świecie nie został dotąd równie skrupulatnie przeskanowany. Tomografia komputerowa, rezonans magnetyczny i prozaiczne gastroskopie, kolonoskopie, RTG zatok etc, etc. Wszystkie badania w normie. cdn

04 grudnia

System operacyjny

Jakiś czas temu Maryśka wracając ze mną z pracy zapodała mi jedną ze swoich opowieści z cyklu mrożących krew w żyłach. O studiach. Dowiedziałem się mianowicie, że Maryśka studiowała psychologię w Łodzi i pedagogikę w Warszawie. Opowieść tak mnie zaintrygowała, że zrobiłem coś, czego nigdy nie robię – zadałem Maryśce pytania podtrzymujące, żeby rozwinęła temat:
- Robiłaś te dwa kierunki jednocześnie?
-Tak – odpowiedziała Maryśka dumna i blada.
- Ale zaocznie? -  dopytałem
- Nie, stacjonarnie – odpowiedziała
- No, ale jak Maryśka? W dwóch miastach? – dopytałem jeszcze bardziej zaintrygowany
- No tak. Przecież są od siebie o rzut beretem.
- Ale jak Maryśka? Jeździłaś codziennie pomiędzy tymi dwoma miastami i uczelniami?
- No a jak? Jeździłam. Ale luz był, bo na obu kierunkach miałam indywidualny tok studiów. Zrobiłam oba kierunki w trzy lata.
- Licencjat? – zapytałem coraz bardziej ubawiony
- Magisterskie - odpowiedziała Maryśka i nawet rzęsa jej nie drgnęła od tych kłamstw.
- Aha – powiedziałem tylko, no bo cóż mogłem innego powiedzieć, wiedząc, że Maryśka edukację skończyła na studium zawodowym i nie studiowała ani psychologii ani pedagogiki. Maryśka jest patologiczną konfabulatorką i od dawna gubi się w swoich kłamstwach. Do wczoraj byłem przekonany, że Maryśka funkcjonuje w swoim własnym matrixie, niedostępnym dla nikogo innego. Zmieniłem jednak zdanie i doszedłem do wniosku, że Maryśka działa na swoim własnym systemie operacyjnym. Systemie nie do zhakowania! Gates pewnie kupiłby ten system od niej za grube miliardy, gdyby nie jeden szczegół, który go dyskwalifikuje. Mianowicie system podaje nieprawdziwe dane! Maryśka niestety się nie dorobi. Tak sobie pomyślałem, jak już Maryśkę wysadziłem, że ten jej międzyuszny tunel powietrzny to musi być jakaś aleja tornad i straszne rzeczy tam dziać się muszą. No bo żeby bredzić aż tak…

03 grudnia

Katalog

Maryśka zastrzeliła mnie niedawno pytaniem. Nie powinno mnie to już dziwić ani robić na mnie wrażenia, bo Maryśka specjalizuje się w szokowaniu pytaniami i jej inwencja w tym względzie jest niewyczerpana. Dopadła mnie w pracy i poddenerwowanym głosem zapytała:
- Dostałeś katalog Ikei?
- Jaki katalog? Gdzie? – zapytałem zdziwiony.
- No Ikei.
- W pracy?
- E tam, w pracy – żachnęła się Maryśka – W domu. Do skrzynek wrzucali.
- A... Tak, dostałem.
- Możesz mi powiedzieć, dlaczego w takim razie ja nie dostałam? – zapytała z pretensją.
- Mnie o to pytasz Maryśka? – jeszcze bardziej się zdziwiłem.
- No, a kogo?
Spojrzałem na nią uważnie i pomyślałem sobie: „Czyś ty się czegoś nażarła albo nawąchała kobieto?”. Lekki szlag mnie trafił, ale zachowałem spokój.
- Maryśka, czy tu jest poczta? – zapytałem.
Maryśka rozejrzała się i pokiwała głową, że nie.
- A czy ja wyglądam na listonosza?
Maryśka omiotła mnie spojrzeniem i znowu pokiwała głową, że nie.
- A może mam na koszulce logo Ikei? – dopytałem.
Maryśka spojrzała na moją koszulkę i znowu pokiwała głową, że nie.
- No to dlaczego Maryśka, pytasz o to właśnie mnie?
Maryśka po tym pytaniu zawiesiła się i nie potrafiła odpowiedzieć.
- Dam ci katalog, który dostałem – powiedziałem. Przytomnie natychmiast dodałem, że przyniosę jej w poniedziałek do pracy, bo jeszcze by się wybrała do mnie do domu po ten katalog i miałbym ją na głowie co najmniej 2 godziny, bo Maryśka jak zasiądzie i rozpuści jęzor, to traci wyczucie czasu. W ogóle traci jakiekolwiek wyczucie. Koleżanka, która była świadkiem tej wymiany zdań między Maryśką a mną, usiadła sobie i zaczęła się śmiać jak szalona. Maryśka tymczasem odwiesiła się i ucieszyła:
- Dzięki. Tylko nie zapomnij. A z czego ta Magda śmieje się jak hiena?
- Nie wiem. Będziesz coś kupowała w Ikei?
- Nie. Lubię sobie pooglądać – odpowiedziała i poszła.
Koleżanka, która była świadkiem tej rozmowy popłakała się ze śmiechu. Choć wydaje się to nieprawdopodobne, naprawdę jest taka Maryśka.

02 grudnia

Nieogar życiowy

Mam koleżankę w pracy, Maryśkę. Totalny nieogar życiowy. Nie wiem, jak się uchowała w tym świecie, bo nie skleja rzeczywistości. Pytania, jakie czasem zadaje potrafią zwalić z nóg, a opowieści dziwnej treści przyprawić o zawrót głowy, nie dlatego, że takie szałowe, tylko dlatego, że nieprawdopodobnie głupie. Maryśka to patologiczna konfabulatorka, od dawna już nie kontrolująca tego, co jej się z buzi wysypuje. Złapałem ją na tym niezliczoną ilość razy i ciągle łapię. Maryśka nieogar życiowy, za którą nie dałoby się złamanego grosza. Wszyscy litują się nad nią, że nieogar, że nieprzystosowana, że pomóc trzeba, żeby nie przepadła w świecie… A Maryśka, ta nieogarnięta życiowa pierdoła, doskonale potrafi o siebie zadbać. Ma wbudowany zestaw surwiwalowy, w wersji, która, ujmując rzecz eufemistycznie, budzi moje zdumienie. Wykorzystuje mianowicie ludzi bez żadnych sentymentów. Sam wielokrotnie jej pomagałem i pewnie pomogę znowu, jeśli zaszłaby taka konieczność, ale nie wierzę Maryśce, bo z „nieogarnięcia” życiowego zrobiła sposób na życie. Jak wampir. Maryśka sto pociech. Przypomniało mi się, jak któregoś wieczora wracając z pracy podwoziłem ją do domu, bo mam po drodze. Jechaliśmy trasą szybkiego ruchu. Maryśka nagle wypaliła, że lubi jeździć powyżej 100 km/h, bo tylko wtedy dogania swoje myśli! Odpadłem, bo biorąc pod uwagę jej nieskażoną żadną myślą fizjonomię, szczerze wątpię, żeby było co gonić. Niedaleko domu zatrzymała mnie policja do rutynowej kontroli. Zanim policjant podszedł, spojrzałem w lusterko wsteczne i… zobaczyłem Maryśkę sino - zieloną ze strachu. Chyba myślała, że policjanci na nią się zaczaili, żeby ją porwać i uwieźć w nieznane, bo siedziała i nie oddychała w ogóle. Już się nawet zacząłem martwić, że mi się tam na tym tylnym siedzeniu udusi, ale zaczęła ponownie oddychać, jak policjant kazał jechać. Z tego niedotlenienia chyba, jak dojechaliśmy, chciała wysiadać wprost na ulicę, zamiast na chodnik, i już nawet drzwi otworzyła i zaczęła się gramolić wprost pod jadący samochód. Rozdarłem się "Gdzie!!!" - Maryśka zamarła przestraszona, co uratowało jej życie prawdopodobnie. Mało brakowało, a straciłbym lewe tylne drzwi. Powiedziałem jej wkurzony:
- Maryśka, to mój samochód, ja prowadzę i ja tu rządzę! To ja daję hasło do opuszczania auta! Zapamiętaj, że drzwi możesz otwierać i wysiadać dopiero, jak powiem, że można wysiadać! I zlituj się Maryśka! Skoro siedzisz po prawej stronie, to po jakiego grzmota otwierasz lewe drzwi i tamtędy chcesz się gramolić wprost na ulicę?!
Maryśka posłusznie kiwała głową, że zrozumiała. Zapamiętała i dopóki nie powiem "wysiadka" nie tyka drzwi. Podejrzewam, że mógłbym wysiąść z auta, zamknąć je i zostawić siedzącą w środku Maryśkę, która grzecznie czekałaby na hasło "wysiadka". Siedziałaby tak wiele godzin, dopóki nagląca potrzeba natury fizjologicznej nie zmusiłaby jej do zadzwonienia do mnie z pytaniem, czy może już wysiąść z auta.
Czasem dochodzi do komicznych sytuacji z Maryśką w roli głównej. Maryśka bardzo lubi wygłaszać sądy o innych i robi to tonem wyroczni. Nasza koleżanka jakiś czas temu wyszła za mąż za człowieka bardzo dobrego, mądrego i z klasą, ale nienachalnie dekoracyjnego, że tak to ujmę. Facet naprawdę klasa, kultura, intelekt, doktorat, itp. Maryśka zaś kiedyś „urzędowała” z żonatym facetem, znaczy pełniła zaszczytną rolę kochanki żonatego faceta. Owego "narzeczonego" Maryśki doprawdy trudno byłoby nazwać powabnym, ze względu na chlupotliwość fałd ciała* i problem alkoholowy. Któregoś wieczoru, podwoziłem Maryśkę po pracy. Marycha, tradycyjnie ni z gruchy ni z pietruchy, zagaiła tonem wyroczni:
- Ale ten mąż Eli jest paskudny. Ja nie wiem jak ona z nim może… - tu znacząco urwała. A mnie trafił nagły szlag i wstrzeliłem się w tę znaczącą pauzę:
- Maryśka, a ty co?! Ty z kim mogłaś?! Z tym oblechem?! Przy nim mąż Eli to Adonis!
Zamilkła i nic już więcej w tym temacie nie mówiła.
_______________________________________
* znaczna nadwaga

02 grudnia

Niemoc

Niemoc
Niemoc mnie naszła. Obudziłem się z chrypą i katarem - jakaś infekcja mnie napadła i próbuje powalić do łóżka. Nie damy się, nie damy! Jadę do lekarza, żeby obejrzał gardło i osłuchał. I dał zwolnienie na dziś i jutro, żebym mógł się ogarnąć i postawić na nogi. Mam nadzieję, że w sobotę będę na chodzie, że nie rozbierze mnie ta infekcja kompletnie. Na szczęście nie jest to niemoc twórcza. Pracuję intensywnie - przeredagowuję i poprawiam niektóre posty powstałe przed przeniesieniem bloga na ten adres, które z tego powodu nie zostały zauważone, a fajne są moim zdaniem. Na razie tyle. Na dobry początek dnia:


30 listopada

Dziewczę w bordowym Tico

Śliczne blond dziewczę w bordowym Tico sprawiło dziś, że szczęka mi opadła. Nie, nie w podziwie nad jej naprawdę wyjątkową urodą. Ale po kolei. Wracałem do domu drogą szybkiego ruchu. Przede mną jechało bordowe Tico. Jakoś tak dziwnie jechało, jakby niepewnie. Miałem się na baczności, bo z doświadczenia wiem, że tak jeżdżą kierowcy lubiący robić niespodzianki. I niespodzianka była, a jakże. Aż trudno mi wciąż w to uwierzyć. Z tej drogi szybkiego ruchu odchodzą zjazdy na obwodnice miasta oraz na pobliską autostradę. Dziewczę w bordowym Tico minęło sobie taki zjazd i… gwałtownie zahamowało, wrzuciło wsteczny i dalejże cofać! Całe szczęście, że działo się to dzisiaj, a nie w dzień roboczy w godzinach szczytu, bo doszłoby do gigantycznego karambolu! Widziałem, że była zła, że ja i stojące za mną samochody, nie cofamy, żeby jej umożliwić powrót i zjechanie na wybrany zjazd, bo rozkładała rękami i coś pyskowała. Zrezygnowała jednak, kiedy stojący za mną kierowcy zaczęli trąbić. Pojechała przed siebie. Wyprzedziłem ją – prześliczne blond dziewczę! Kto jej, na litość, dał prawo jazdy!
***
Dzisiaj jest pierwszy dzień adwentu i drugi prawdziwie zimowy dzień. Choć śniegu nie ma, temperatura utrzymuje się poniżej zera (-5) przez cały dzień. Wróciłem do domu z kościoła, odpaliłem ogrzewanie (pierwszy raz tej zimy) i pijąc gorące cafe late cieszę się ciepłem domowego ogniska - w tym wypadku gorących kaloryferów. Dziś już nie wychylam nosa z domu. Pamiętam z dzieciństwa jaką frajdą było dla mnie codzienne wędrowanie z Mamą i lampionem na roraty na 6.30. W górach od początku grudnia leżał już śnieg, mróz czasem był siarczysty, nawet poniżej -20 st. Uwielbiałem jak zmrożony śnieg skrzypiał pod stopami... 

28 listopada

Dubeltowa anatema

Jakiś czas temu na moich oczach rozpoczęła się, błyskawicznie przebiegła i zakończyła się historia miłosna. Zenon poczuł miętę do Maryśki – swoim wzdychaniem robił przeciągi na korytarzach, wpatrywał się w Maryśkę maślanym wzrokiem i kilka miesięcy się zbierał, żeby przypuścić na Maryśkę szarżę ułańską. Powiernicą jego sercowych rozterek została koleżanka o swojsko brzmiącym słowiańskim imieniu Marika. Maryśka z Zenonem mogliby stworzyć stadło doskonałe, ponieważ ich systemy operacyjne wykazywały kompatybilność. Marika też nie powiem, świetnie pasowała i razem stanowili tercet niebywale barwny. Maryśka patologiczna konfabulatorka, Zenon bajkopisarz i Marika kupidynka – posłanka miłości. Po kilkumiesięcznym robieniu przeciągów wzdychaniem i wpatrywaniu się w Maryśkę maślanym wzrokiem, zmotywowany przez Marikę Zenon uczynił wysiłek i pościemniał Maryśce niestworzone historie o sławie i szczęściu. Maryśka wysłuchała, odpaliła wbudowany zestaw surwiwalowy, napięła się, nadęła, przemieliła w sobie i… wyskoczył wynik negatywny dla Zenona. Zenon miał jedną wadę, która go dyskwalifikowała – nie był mianowicie prezesem, ani dyrektorem, ani nawet kierownikiem nie był. Rzecz z perspektywy Maryśki niewybaczalna. Maryśka, jako osoba empatyczna, delikatnie poinformowała Zenona, że nie jest zainteresowana, uzasadniając to… Trudno uwierzyć, że to zrobiła, ale myślę, że zrobiła to naprawdę: powiedziała mianowicie Zenonowi, że nie może się z nim związać, ponieważ Zenon zdradzałby ją z… Mariką! Zenon uzasadnienie przyjął ze zrozumieniem i odszedł z opuszczoną głową…. Prosto do Mariki po wsparcie. Otworzył przed Mariką serce i poskarżył się jej, że Maryśka go odrzuciła i powiedział dlaczego. Marika wysłuchała, wsparła i pojechała do domu. Otwierając drzwi do domu doznała nagłego olśnienia i doszło do jej świadomości uzasadnienie odrzucenia Zenona przez Maryśkę – ręka Marice zadrżała, klucze złowrogo zadźwięczały. Nagły szlag Marikę trafił. Była jak furia, nawet jej własne koty, które kocha, pochowały się gdzieś po kątach i bały się wychylić nosy, ze strachu, że mogłyby podejść wściekłej Marice pod rękę. Mąż również starał się raczej nie rzucać jej w oczy. Szlag Marikę trafił, trzymał do białego rana i nie puszczał. Przywiozła ten szlag do pracy, dopadła Maryśkę i rzuciła się na nią z zamiarem przegryzienia jej aorty szyjnej. Maryśka w desperackim akcie ratowania życia wyparła się wszystkiego i zwaliła na wybujałą fantazję Zenona. Też ją szlag trafił, że Zenon wylaptał wszystko Marice. Zwarły szyki i jak dwie Walkirie pogalopowały na niczego nie spodziewającego się Zenona. Przypadkiem byłem tego świadkiem. Wjechały jak dwie furie i zahamowały frontalnie przed siedzącym Zenonem. Marika złowrogo, acz w miarę dyskretnie, powiedziała: ”Zenon, czy możemy cię prosić na słowo?”. Zenonowi krew się ścięła w żyłach, tyłek przykleił do krzesła i wstać nie był w stanie. Marika ponowiła prośbę, tym razem jednak już nie tak dyskretnie: „Zenon pozwól na słowo!”. Zenon dalej nie reagował. Maryśka nie bawiąc się w konwenanse ryknęła: „Zenon marsz z nami na korytarz!”. Tu ściszyła teatralnie głos i syknęła: ”No chyba, że wolisz, żebyśmy to załatwiły tutaj, przy świadkach?”. Nie, Zenon zdecydowanie tego nie chciał! Odkleił tyłek od krzesła i posłusznie pomaszerował za swoimi oprawczyniami. Nie wiem, co tam na korytarzu się stało, ale cokolwiek tam zaszło, te dwie Walkirie rozprawiły się z nim szybko. Zenon wrócił i zasiadł na swoim krześle, ale już jako kastrat. Aż żal było na niego patrzeć. Sojusz Mariki z Maryśką trwał tylko do tej ich husarskiej szarży na Zenona, bo Marika miała bardzo poważne podejrzenia, że Zenon tylko powtórzył produkt niebywale wyrafinowanej umysłowości Maryśki, ale nie mając dowodów, nie mogła Maryśce przegryźć aorty, tak jak w pierwszej chwili planowała. Natomiast Maryśka nie była pewna, czy Marika jednak tego nie będzie chciała zrobić, więc nie czuła się bezpiecznie. Maryśka pełna oburzenia zrelacjonowała mi całą sprawę w drodze z pracy. A Zenon? Został obłożony dubeltową anatemą. Marika teatralnie uniosła rękę i powiedziała mu, że z nim skończyła i nie chce mieć z nim więcej nic do czynienia. Maryśka powtórzyła gest i to, co przed chwilą powiedziała Marika i tym oto sposobem rzucona została na niewinnego, acz niemądrego Zenona podwójna anatema… Marika przez kilka dni dąsała się na Maryśkę, ale szybko się pogodziły, jak na pokrewne dusze przystało. Myślę, że Zenon powtórzył tylko po Maryśce. To moje domniemanie graniczy niemal z pewnością. To bajkopisarz i konfabulator, tak, ale w porównaniu z Maryśką to niewinna, prawdomówna dziecina...

26 listopada

Sale 85%

Przedwczoraj wyciągnąłem z szafy zimową kurtkę, rękawiczki, szalik i czapkę, i tak zimowo okutany otworzyłem wczoraj sezon zimowy. Moja zimowa kurtka… W wielkim  centrum handlowym, w którym robię zakupy, bo mam je po drodze, w głównej alejce znajduje się sklep z bardzo markową odzieżą. Wędrując ową alejką do głównej hali, wielokrotnie mijałem ten sklep. W witrynie sklepu plastikowi panowie puszyli się przybrani prześlicznymi ciuchami, wśród nich jeden puszył się najbardziej, bo miał na sobie absolutnie cudowną zimową, czarną bawełnianą kurtkę. Nie jestem fetyszystą markowych produktów, naprawdę nie jestem. Kosztują o wiele za dużo! Lubię ładne rzeczy, ale nie muszą być markowe – ważne, żeby były wygodne i żeby mi się po prostu podobały. Owa prześliczna kurtka kosztowała 2400 PLN – cena, jakiej absolutnie nie wyłożyłbym nawet za coś tak ładnego. Ja wiem, że to i tak cena umiarkowana, jak na niektóre markowe rzeczy, ale i tak zdecydowanie zbyt wysoka. Przechodziłem koło sklepu, spoglądałem na kurteczkę, wzdychałem, wyobrażałem sobie, jak ładnie by na mnie wyglądała, wzdychałem ponownie i szedłem dalej. Aliści pewnego pięknego, lutowego, sobotniego przedpołudnia przechodząc koło tego sklepu zobaczyłem wielki napis SALE 30-85%. Miałem przejść wzdychając, jak zwykle, ale coś mnie natchnęło i pomyślałem, że wejdę i zapytam ile za tę kurtkę sobie powinszują po przecenie. Okazało się, że kurtka była ostatnią niesprzedaną końcówką kolekcji i przecenili ją o 85%! Do tego rozmiar L! 360 PLN za takie cudo to prawie za darmo. Złapałem kurtkę warcząc ostrzegawczo, żeby nikt się nie zbliżał do mojego łupu! Zapłaciłem, przywiozłem do domu, odpakowałem, założyłem na siebie i zapytałem zwierciadło: „Zwierciadełko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie?”. Odpowiedziało: „Ty Adasiu, ale tylko w tej kurteczce”. Od tego czasu uwielbiam moją kurtkę i bezwstydnie się do tego przyznaję.

25 listopada

Na satysfakcję!

Byłem dziś w pracy. To nic niezwykłego, wiem. Bywam tam parę razy w tygodniu. Dziś jednak mój wyjazd do pracy okraszony został niespodziewaną atrakcją. Do pracy (i z pracy) jeżdżę samochodem. Taka moja fanaberia. Ekonomicznie uzasadniona, ale nie o tym chciałem. Pojazd (nie pierwszej już młodości) parkuję nieopodal bloku, w którym mieszkam. Zaszedłem na parking dzisiaj rano i ze zdziwieniem skonstatowałem, że kluczyk przestał pasować do zamka! Wczoraj pasował, dzisiaj nie pasuje. Pomyślałem „what the f…k!” i ponownie spróbowałem włożyć kluczyk w zamek. Ni cholery nie wejdzie! Ciut się wkurzyłem, że nie uda mi się otworzyć auta i do roboty będę musiał pojechać komunikacją miejską. Myślę sobie, czemu ten cholerny kluczyk nie wchodzi w ten cholerny zamek, przecież nie było mrozu i nie mógł zamarznąć! Zresztą pragmatycznie zafukałem zamek preparatem mającym zapobiec jego zamarznięciu. Wypuszczane przeze mnie w powietrze …rwy nie pomogły – kluczyka nie dało się włożyć do zamka! Olśniło mnie jednak, że przy kluczyku jest pilot i mogę spróbować otworzyć auto pilotem. Udało się. Gwoli wyjaśnienia – auto na parkingu zamykam zawsze kluczykiem, żeby nie aktywować alarmu, który nie wiedzieć czemu ma zwyczaj włączać się bez powodu średnio co jakieś 4 godziny. Absolutnie bez żadnego powodu. Tak po prostu ma i kropka. Mechanicy sprawdzali ten alarm wiele razy i za każdym razem stwierdzali, że wszystko jest ok i alarm nie ma prawa włączać się ot tak bez powodu. Oni twierdzili swoje, a alarm swoje – włączał się ca co 4 godziny, nieproszony, nieprowokowany, nietykany! Stanęło na tym, że to jakieś czary albo cóś. Pomyślałem, poważna sprawa, bo cóś mi się zdaje, że owego cósia nie da się zmóc, więc trzeba poradzić w inny sposób. Jestem prospołeczny, dlatego, żeby oszczędzić sobie i sąsiadom akustycznych wrażeń, szczególnie w nocy, litościwie zamykam auto kluczykiem, nie aktywując alarmu. Wczoraj mój bezbronny z tego powodu samochód stał się celem sabotażu – cóś zostało wciśnięte w zamek, żeby go zablokować. Teraz będzie brzydko, więc co wrażliwsze osoby, tudzież czytelników z tzw. klasą, proszę o odwrócenie wzroku, ewentualnie o przeskoczenie o jedną linijkę niżej. Jakaś pieprzona swołocz, jakieś ścierwo cholerne, jakaś nagła franca wcisnęła mi w zamek blaszkę od długopisu! Dojechałem do pracy, a tam mój kolega, który wozi w aucie chyba każde narzędzie, jakie kiedykolwiek mogłoby się przydać, wyciągnął pęsetę, którąż włożywszy w zamek, wyciągnął z niego owąż blaszkę od długopisu (którąż, owąż – podoba mi się ten zawijas ąż, bo zakręca się w uściech tak wyrafinowanie). Nie, nie zdenerwowałem się. Pomyślałem tylko, co w takim łbie musi się dziać, że ów łeb zmusza właściciela do wciskania w zamki samochodów blaszek od długopisu lub innych mających zapchać zamek militariów. Urwać taki łeb właścicielowi to byłoby za mało dla mnie na satysfakcję, ale gdyby urwać jeszcze do kompletu łapki…. Hmmm… Tak, to byłoby satysfakcjonujące.

21 listopada

Welcome to the real world (4)

Reperkusje dnia wczorajszego. Mam wrażenie, że kolega czuje się skrzywdzony tym, że nie doceniam jego błyskotliwej kreatywności i nie chcę załatwić za niego jego spraw z nadszefem. Wykastrowałem jego rozdęte ego. Zrobiłem w nim dziurę i zeszło trochę powietrza. Powiedział mi dziś „cześć” zbolałym, oburmuszonym głosem, czym mnie zresztą zaskoczył, bo spodziewałem się raczej, że śmiertelnie zbezczeszczony nie będzie się do mnie odzywał. Nie zamierzam robić niczego wbrew własnemu sumieniu i nie będę za kogoś załatwiał jego spraw tylko dlatego, że nadszef mnie szanuje. Uczciwie i ciężko zapracowałem na swoją pozycję zawodową i na to, że jestem szanowany, i nie zamierzam stracić swojej zawodowej wiarygodności, bo koledze się uroił firmowy mesjanizm. Nie będę rekomendował bzdur tylko z litości dla czyjegoś ego. Przykro mi, ale kolega będzie musiał sobie z tym poradzić i żyć dalej.

Koleżanka Ola po przeczytaniu mejla ode mnie, zadzwoniła do mnie późnym wieczorem wytłumaczyć się. Pościemniała, że nie miała nic złego na myśli, że to „niech się cieszy” oznaczało, że pewnie będę niezadowolony, że zawraca mi tym głowę, i tym podobne tłumaczenia. Ściemy, bo wiem, że to była złośliwość, że niby to taki ważny jestem. W gruncie rzeczy nawet lubię Olę. Chętnie wyręcza się innymi, jak ma okazję, ale wynika to z lenistwa, a nie z wredoty. Dałem się przeprosić. Nie zrobię za nią jej roboty i nie pozostawiłem jej w tym względzie żadnych wątpliwości, ale powiedziałem, że mogę te papiery sprawdzić, jak je zrobi. Powiedziałem też, co dalej zrobić z tymi papierami. Ola ma tupet, to fakt, ale nie jest wredna. 

20 listopada

Welcome to the real world (3)

Co za tydzień w pracy! Dzisiejszy dzień, to był dzień prawdy i dwoje moich współpracowników nadziało się na mnie i tę prawdę usłyszało. Kolega, który wymyślił sobie, że jest zbawieniem dla firmy, usiłował wymusić na mnie poparcie jego kandydatury na samodzielne stanowisko. Wymyślił sobie, że nadszef mnie lubi, więc pójdę do nadszefa i zarekomenduję mu tego kolegę i jego pomysły! Wyobrażacie sobie coś takiego??!! Patrzyłem na tego kolegę zafascynowany tym, co mu się w głowie uroiło. Przedstawił mi swoje pomysły i... nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy płakać. To były jakieś kuriozalne brednie! Powiedziałem mu, że nie poprę go, bo ja go na tym stanowisku nie widzę. Zapytany dlaczego, uzasadniłem szczerze. Nie dam mojego poparcia komuś, kogo moralność i etyka zawodowa są bliskie zeru. Uświadomiłem mu też, że jest coś takiego jak zawodowa wiarygodność, a ja gdybym zarekomendował kolegę i jego pomysły, właśnie zawodową wiarygodność straciłbym bezpowrotnie. Przyznam szczerze, że widok opadającej ze zdziwienia twarzy tego mojego kolegi, po moim uzasadnieniu, wart był każdej ceny. Nie lubię, jak ktoś próbuje zrobić ze mnie idiotę i nawet nie zadaje sobie trudu, żeby to zamaskować. Drugą osobą była moja współpracownica Ola. Poprosiła mnie o udostępnienie jej mojego autorskiego materiału i pozwolenie wykorzystania go jako wzorca, a ja naiwny i durny, zgodziłem się. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po jakiejś godzinie otrzymałem od niej mejla ze skomleniem, żebym tę robotę za nią zrobił, bo ona biedna nie wie, co i jak i gdzie ma to wysłać. Trochę mnie to ruszyło, bo dostała wzorzec, w którym miała zmienić tylko nazwy i nawet tego nie chciało jej się zrobić. Nie zdążyłem zareagować, bo podeszła do mnie Kaśka i położyła przede mną bez słowa jakieś papiery. Zapytałem co to jest. Odpowiedziała, że to Ola kazała te papiery u mnie zostawić na przechowanie i jutro je ode mnie odbierze. Powiedziałem Kaśce, żeby zabierała te papiery i przechowała je dla Oli u siebie. Kaśka wyciągnęła telefon i odczytała mi smsa, którego otrzymała od Oli. W tym smsie Ola napisała mniej więcej coś takiego: "Te papiery zostaw u Adama, niech się cieszy. Odbiorę sobie je od niego jutro". Kaśka odwróciła wyświetlacz do mnie, żebym mógł zobaczyć, że nie ściemniała. Wkurzyłem się. Kazałem Kaśce zabrać w cholerę te papiery, bo nie jestem Oli sekretarzem. Zabrała i poszła oburmuszona. Otworzyłem pocztę i wysmarowałem Oli tak jadowicie sarkastyczną odpowiedź (na chwilę wcześniej otrzymanego od niej mejla, w którym skomlała, żebym zrobił za nią jej robotę), że nagły szlag ją trafi, jak tego mejla ode mnie przeczyta. Niektórzy ludzie nie mają wstydu, przyzwoitości i sumienia!

19 listopada

Welcome to the real world (2)

Śnił mi się Brązowooki. Siedziałem w jakiejś długiej ławce, jakby w kościele, a on stał obok tej ławki, po lewej stronie i rozmawiał z kimś. Spojrzałem na niego, nasze oczy się spotkały, zarumienił się i spuścił wzrok. Miał skośne oczy. Zastanowiłem się, dlaczego on ma skośne oczy? Dziwny sen. Zresztą jak wszystkie moje sny. 
***
W pracy ciężki dzień. Musiałem odwiedzić nadszefa, żeby zdać mu relację z wykonania czynności, którą mi powierzył. Uraczył mnie następnym zadaniem, które wcale, ani trochę mi się nie podoba, a które wykonać będę musiał. Pogoda dzisiaj paskudna, ludzie jacyś tacy nerwowi, podminowani, niecierpliwi. W powietrzu kotłowały się niedobre emocje, sprawiając, że napinałem się wewnętrznie. Zmęczyło mnie to. Nie mam weny do pisania, bo jakiś taki jałowy się czuję...
***
To były trudne dwa tygodnie - pełne napięcia i emocji. Dwie życzliwe mi osoby, powiedziały mi dzisiaj, że schudłem. Znaczy, że te emocje po mnie widać. Zważyłem się po powrocie do domu i rzeczywiście zjechałem z 77 na 75 kg w ciągu tygodnia.
***
Zdecydowałem nie kupować HUGO Hugo Bossa - chcę odpocząć od tego zapachu, bardzo pięknego, ale jednoznacznie kojarzącego mi się z Szarookim. To objaw rozsądku. Chyba.

17 listopada

Welcome to the real world

Nadszef mnie dzisiaj zaprosił do siebie na rozmowę. Nie, nie osobiście – zrobił to za pomocą swojej sekretarki. Stawiłem się, no bo cóż mogłem zrobić – „pan każe, sługa musi”. Wiem, że nadszef szanuje moje kwalifikacje i umiejętności, bo okazywał mi to już nie raz, a co za tym idzie, szanuje moje zdanie. Miło jest być docenianym, ale dzisiaj zostałem zaskoczony pytaniem, które wprawiło mnie w osłupienie i sprawiło, że włączył się we mnie system alarmowy. Mianowicie padło pytanie, czy jest coś, o czym nadszef powinien się dowiedzieć. W pół sekundy zrobiłem rachunek sumienia z ostatniego roku pracy, czy aby czegoś nie zawaliłem, ale nie, na pewno nie. Zapytałem więc, co nadszef ma na myśli, bo ja nie mam pomysłu, o jakich służbowych sprawach ode mnie nadszef powinien się dowiedzieć. Podkreśliłem słowo „służbowych”. Nadszef uśmiechnął się tylko i sprecyzował. To jego specyficzne poczucie humoru! Odetchnąłem, bo poprosił mnie o załatwienie pewnej służbowej sprawy w jego imieniu. Jest nadszefem i może dywersyfikować obowiązki jak mu się podoba. Czasem zleca mi takie służbowe czynności w jego imieniu. Napisałem na początku, że szanuje moje zdanie. Odkryłem dlaczego. Mianowicie nigdy nie wyrażam swojego zdania do nadszefa niepytany, nie podlizuję się, nie obmawiam koleżeństwa i nie donoszę, nie spoufalam się, nie zawracam mu głowy pierdołami. Kiedyś poprosił mnie (on nigdy nie wydaje poleceń, ale prosi, co jest i tak równoznaczne z poleceniem, brzmi jednak nieporównanie sympatyczniej) o zadziałanie w jego imieniu, mówiąc: „Bardzo proszę, żeby to pan się tym zajął panie Adamie, bo tu potrzebny jest takt”. Powiedział to przy trójce moich współpracowników, intensywnie zabiegających o nadszefowskie względy. Chwilę wcześniej dali taki popis lizusostwa, że aż przesadzili, bo nadszef poczuł się nieco zażenowany, a ja udawałem, że mnie tam w ogóle nie ma.  Nadszef jest nie tylko znakomitym fachowcem, ale również człowiekiem z klasą. Nie lubi takich sytuacji. A jak wspomniana wyżej trójka koleżeństwa? A zazdroszczą. Ale otwarcie nie mają odwagi zaatakować. W tym, co robię jestem naprawdę dobry i mam osiągnięcia. I już nie raz chroniłem im tyłki, jak coś zawalili. Mam pełną świadomość, że gdybym ja coś zawalił, z pewnością zostałoby to wykorzystane przeciwko mnie. Konkurencja znaczy. 

01 listopada

Bo to był człowiek!

Moja Mama zrelacjonowała mi telefonicznie ostatnią swoją bytność u pani Zosi. Przedwczoraj zaszła do niej na chwilę i zastała u niej ową Bronkę, która kiedyś usiłowała przesłuchać syna pani Zosi na okoliczność jej przychodniano – szpitalnego szoł (post Sensacja). Ożywiona rozmowa toczyła się wokół sąsiada Bronki, Nowaka*, alkoholika nieszkodliwego, choć aspirującego do pijackiej elity, czyli żulerii. Bronka generalnie spolegliwa nie jest, więc drze koty z wszystkimi sąsiadami, również z Nowakami. Obsobaczała zatem Nowaka zajadle, ku radości pani Zosi. Nie, żeby pani Zosia miała coś do Nowaka, absolutnie nie! Radość sprawiała jej sama relacja Bronki – zawszeć to jakieś urozmaicenie w życiu rekluzy. A relacja Bronki jędrna była i obficie okraszona słowami, które swój rodowód jakoby miały w łacinie. Ów wywód Bronki na temat Nowaka i jego alkoholizmu, pani Zosia podsumowała wnioskiem, że Nowakowa powinna oddać Nowaka na przymusowy odwyk. Moja Mama, która przysłuchiwała się temu obsobaczaniu Nowaka w milczeniu, nie wytrzymała i wypaliła:
- Zocha, a ty czemu swojego męża na przymusowy odwyk nie wysłałaś?
Pani Zosia, której mąż zdecydowanie nie wylewał za kołnierz, osłupiała na moment, ale szybko odzyskała rezon i odpowiedziała:
- Bo to był człowiek!!!
- A Nowak to nie człowiek? Zocha ty się zastanów, co ty mówisz!
Jak już Bronka pozbierała się i poszła, moja Mama przypomniała pani Zosi:
- Zocha ty nie bądź do Bronki taka wylewna, bo chyba wiesz, jaka Bronka jest, tak? Do ciebie powie jedno, a do Nowaka drugie, np. to co powiedziałaś o wysłaniu go na przymusowy odwyk. I jeszcze od siebie dołoży drugie tyle. Chcesz mieć tu wizytę Nowaka?
- No nie chcę – odpowiedziała pani Zosia.
- No więc waż słowa, które wypowiadasz do Bronki.
- Masz rację. Ona nie dość, że przekaże, to jeszcze drugie tyle dołoży!
- Przypomnij sobie, jakie były konsekwencje twojej wylewności – powiedziała moja Mama wskazując ręką na dom sąsiadów pani Zosi. Panią Zosię w tym momencie ciarki przeszły, bo przypomniały jej się korowody sądowe sąsiadów, którzy powołali ją na świadka. Kiedyś o tym napiszę.
______________________________________
* nazwisko na potrzeby posta

30 października

Dyżurny szofer

Rozśmiałem się przed chwilą perliście po przeczytaniu smsa od Maryśki. Przeprasza mnie w nim mianowicie za to, że rozporządziła dziś moim samochodem. Zrobiła tak w istocie. Zdziwiłem się trochę widząc, że do mojego auta prawymi drzwiami załadowała się Maryśka, a lewymi Marika. Maryśka z promiennym uśmiechem poinformowała mnie, że Marika się z nami zabiera i mam ją wysadzić po drodze. Ok, pomyślałem, nie będę się czepiał pierdół, czyli tego, że nikt mnie o zdanie nie zapytał, ani zwyczajnie nie poprosił. Chętnie podwożę, ale nie lubię być traktowany jak dyżurny szofer. Maryśka przed chwilą wykoncypowała, że chyba jednak wypadało przynajmniej zapytać. Lepiej późno niż wcale. Odpisałem jej, że jest ok, bo autentycznie rozbawiła mnie pisząc, że „zaproszenie Mariki do Twojego auta Adaś było przyjacielskim odruchem”.

27 października

Nemezis (2)

Odwiedziłem wczoraj panią Zosię, która z wypiekami na twarzy zrelacjonowała mi konsultację neurochirurgiczną, którą miała kilka dni temu.

Wynik konsultacji neurochirurgicznej według pani Zosi:

- Byłam u takiego młodego chłopaka, gdzieś w twoim wieku. Pooglądał tę płytkę z tomografią. Widziałam to wszystko na monitorze. Pooglądał i powiedział, że nie ma co się śpieszyć.
- Z czym nie ma się co śpieszyć pani Zosiu? - zapytałem
- No nie ma się co śpieszyć.
- Z operacją?
- Nie, z rezonansem.
- Czyli neurochirurg zlecił rezonans?
- No zlecił. A po co zlecił, skoro miał na płytce tomografię?
- Bo rezonans jest czulszy od tomografii i dla pewności zlecił.
- Aha.
- Pani Zosiu przykro mi, że muszę panią rozczarować, ale niech się pani nie nastawia na operację, bo żadnej operacji neurochirurgicznej nie będzie. Gdyby cokolwiek się działo widać by to było na tomografii i neurochirurg powiedziałby pani, że coś się dzieje.
- Dzieje się, bo zapytał mnie, czy jak mnie głowa boli, to oczy mi łzawią.
- I co mu pani powiedziała?
- Że łzawią.
- Pani Zosiu litości! Dlaczego wprowadza pani lekarza w błąd mówiąc, że pani oczy łzawią, jak oczy pani nie łzawią!
- Ale łzawią. No popatrz.
Popatrzyłem. Oczy oczywiście nie łzawiły.
- Pani Zosiu oczy pani nie łzawią. Zresztą to nieistotne, bo z łzawieniem bądź nie i tak operacji nie będzie.
- Zapytałam go co z tą operacją – relacjonowała dalej niezrażona pani Zosia – popatrzył na mnie i zapytał o jakiej operacji mówię, to mu powiedziałam, że o operacji głowy. Znowu na mnie popatrzył i powiedział, że żadnej operacji nie będzie, bo wszystko jest ok. No to go zapytałam, po co w takim razie ten rezonans?
- I co pani odpowiedział?
- Że dla pewności.
- No widzi pani, więc chce dokładnie sprawdzić. Niech mi pani powie, co to było z ta neurolożką? Ona powiedziała pani, że będzie potrzebna operacja?
- No powiedziała, że mam rozważyć kolejną operację głowy.
Pani Zosia przypomniała sobie ten szoł przychodniano - szpitalny który zrobiła i ciarki ją przeszły.
- Wkurzona jestem na nią, bo jak można tak człowieka straszyć niepotrzebnie – skonstatowała pani Zosia – jeśli trzeba będzie głowę znowu operować, to myślę, że się zgodzę.
- Pani Zosiu ja na pani miejscu nie robiłbym sobie nadziei na operację, bo żadnej operacji nie będzie, jak pani powiedział neurochirurg.
- Ale ty głupio gadasz – powiedziała na to pani Zosia – przecież czwartej operacji bym nie przeżyła.
- No to ma pani to zmartwienie z głowy, bo neurochirurg powiedział, że operacji głowy nie będzie.
Pani Zosia trochę się stropiła, bo chyba miała ochotę na malutką operacyjkę:-) Jeśli pani Zosia zaplanowała jakąś operacyjkę dla siebie, to z pewnością coś wymyśli, żeby dopiąć swego. Skoro na neurochirurgiczną operację szans nie ma, to może w ramach innych specjalizacji się uda. Pani Zosia wspomniała coś o laryngologu i zapaleniu zatok. Moją uwagę, że gdyby miała zapalenie zatok, na tomografii byłoby to widoczne, puściła mimo uszu. A to może oznaczać, że jakiś laryngologiczny planik w głowie pani Zosi już kiełkuje…
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger