11 lipca

Zmierziaczka

Pogoda nieciekawa – chłodno, mokro, deszczowo. Zamiast lata jest jesień. Czuję się smętnie i pieczołowicie pielęgnuję w sobie rozczarowanie. Wiem, że „rozczarowania się pali a nie balsamuje”, ale to jest zbyt jeszcze świeże, zbyt mokre i nie chce się palić.

Dobrze, że oprócz kolegów wspierających (dzielne chłopaki!), nikt tego nie czyta, bo pochlastałby się i miałbym człowieka na sumieniu. Big woop, bo Brązowooki nie przyjął mojego zaproszenia na fb! Jakby to miało jakieś fundamentalne znaczenie! Dla mnie jednak ma, bo, jak uczy psychologia, brak wiadomości to też komunikat. Rozsmakowuję się w tym rozczarowaniu i szukam w sobie argumentów, które pozwoliłyby mi dalej się łudzić, w oczekiwaniu na moment, kiedy spotkam Brązowookiego i stanę w prawdzie. Znam datę tego spotkania.

Nie, nie jestem zgorzkniałym marudą. Naprawdę nie jestem. Z natury jestem pogodnym człowiekiem. Zaskoczyło mnie to, że sprawy z Brązowookim budzą we mnie takie emocje. Przecież to tylko brązowa zmierziaczka, to tylko zabełtany błękit. To tylko historia, którą utkałem z drobiazgów i rozmarzyłem w sobie. A jednak smucę się, czuję żal i wewnętrznie opłakuję wszystko to, co się nie stanie. Kogoś, kogo twarzy nie otulę dłońmi. Bo nie zagości. Wiem, że to minie. Przejdzie. Marna to pociecha, ale i tak lepsza niż żadna. To minie. Czas się z tym rozprawi nawet bez mojego udziału. Dokładnie jak w wierszu Jana Twardowskiego, który chodzi mi dziś po głowie:

Jarzębiny przy drogach coraz rzadsze
Młodości co mówisz: tyle jeszcze czasu
Miłości co zapewniasz: nigdy cię nie kopnę
Ile spodni już pękło co miały być zawsze

1 komentarz:

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger