27 grudnia

I po Świętach

Święta, Święta i po Świętach. Były takie, jak lubię: rodzinne, ciepłe, pozbawione pośpiechu, hałasu i martyrologii. Odpocząłem. Jak co roku narzuca mi się refleksja, że święta, każde, mijają zbyt szybko. Mama zrobiła i zamroziła całe mnóstwo pierogów ruskich i z mięsem. Przywiozłem je i wypełniłem cały zamrażalnik. Kochana Mama.
Jestem już w moim wielkim mieście, bo jutro do pracy na 14. Teoretycznie mógłbym pojechać jutro rano, ale praktycznie to niezbyt dobry pomysł, ponieważ aklimatyzacja z klimatu górskiego na wielkomiejski trwa u mnie kilka godzin i praca w trakcie tej aklimatyzacji jest uciążliwa. Zostawiłem mój górski raj zasypany śniegiem, który wczoraj spadł. Przez cały wczorajszy dzień była zadymka śnieżna, zwana tam kurniawą. Wiatr zamiatał śniegiem tworząc tumany śnieżne. Uwielbiam taką pogodę, bo przypomina mi zimy z dzieciństwa, kiedy całe dnie, nie zważając na śnieg i mróz, szaleliśmy na polu. W Galicji wychodzi się na pole i bawi się na polu, a nie na dworze. Wychodziliśmy zaraz po śniadaniu, wracaliśmy na obiad i zaraz po obiedzie z powrotem na pole, aż do kolacji. Szaleliśmy na sankach, łyżwach i nartach. Niezmordowani, niewyczerpani w pomysłach, odporni na mróz. Banda pięciorga – ja, mój brat, kuzyn i dwie kuzynki. Maksymalna różnica wieku między nami wynosiła 3 lata, więc byliśmy prawie rówieśnikami. Z kuzynami mieszkaliśmy po sąsiedzku, więc było się z kim bawić. Pamiętam zimy, kiedy zaspy śnieżne były wyższe od nas i to dopiero była frajda. Wybudowaliśmy ze śniegu dwa igloo, na przeciwległych krańcach podwórka i połączyliśmy wykopanym w tych ogromnych zaspach tunelem. Wykopanie i uklepanie tego tunelu od wewnątrz dla wzmocnienia, zajęło nam całe długie dwa dni. Ale warto było, bo pomiędzy naszymi dwoma igloo przemieszczaliśmy się tylko tunelem, a o tę atrakcję nam właśnie chodziło. Wychodziliśmy z tego tunelu i igloo całkiem mokrzy, wymarznięci i… szczęśliwi. Pamiętam mój brązowy kombinezon, który po powrocie do domu moja Mama wykręcała, bo był całkiem przemoczony i wieszała na kaloryferze, żeby wysechł do rana. Całe dnie spędzaliśmy na polu, na śniegu i mrozie – byliśmy tak zahartowani, że nie wiedzieliśmy, co to katar, czy przeziębienie. Wspaniałe, beztroskie czasy dzieciństwa.
*
Szarooki był tu u rodziców w Święta. Wujek FB doniósł, że przyjechał 23, a wyjechał wczoraj.


2 komentarze:

  1. To zawsze 'po swietach' oznacza, ze zaczyna sie czas 'przed swietami' ... nastepnymi. I te czasy sie troche dluza ale i przenikaja wzajemnie.
    :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger