28 stycznia

Nemezis (3)

Pani Zosia ostrzegła, że wybiera się do neurologa. Podjęła taką decyzję, ponieważ neurolożka, u której się dotąd leczyła i której przy okazji ostatniej wizyty odstawiła szopkę z "zawałem", już nie pracuje w specjalistycznej przychodni, do której pani Zosia lubi uczęszczać. Najważniejszy świadek pamiętnego szoł pani Zosi odpadł, więc pani Zosia poczuła się zachęcona do złożenia wizyty. Co prawda została jeszcze dwójka świadków (pielęgniarka oraz lekarka kardiolożka), pani Zosia jednak szybko w głowie obliczyła prawdopodobieństwo spotkania w przychodni tej dwójki i wyszło jej 50%. W związku z tym postanowiła podjąć ryzyko i nawiedzić przychodnię specjalistyczną, bo już się bardzo za specjalistami stęskniła. Na pierwszy ogień pójdzie neurolog właśnie, zaraz po nim okulista, bo pani Zosia wzięła sobie do serca pytanie neurochirurga o łzawienie oczu i chce, żeby przyjrzał się temu specjalista. W trzeciej kolejności będzie zaliczony laryngolog. Laryngolog, do którego pani Zosia się wybiera, potraktował jej obszerną dokumentację medyczną dość nonszalancko podczas ostatniej jej u niego wizyty – nie zapoznał się z nią wystarczająco skrupulatnie, bo poprzestał na zapoznaniu się z diagnozami i leczeniem, a pominął skany TK, co wzbudziło u pani Zosi pewne wątpliwości, co do jego lekarskiej dokładności. Pani Zosia mogłaby się poczuć stuprocentowo usatysfakcjonowana, gdyby kontemplował każde zdjęcie TK przez co najmniej 15 minut. Zajęłoby mu to ca 5 godzin, czyli całą jego „dniówkę” w przychodni. To byłby dopiero mega czad, gdyby przez całą „dniówkę” tylko panią Zosię obsługiwał. Dopiero by się poczuła zadbana, diagnozowana, zaopiekowana i leczona. Niestety, lekarz ten nie jest na tyle skrupulatny, żeby pani Zosi taką mega czadziarską atrakcję zapewnić. Trudno, pomimo tej niewątpliwej jego wady, pani Zosia jednak do niego pójdzie. Z prostej przyczyny – drugiego się zwyczajnie boi, bo ją opierniczył. Pani Zosia wmawiała sobie wtedy jakąś poważną niedomogę gardlaną. Zdarzyło się, że musiała sobie kilka razy odchrząknąć w trakcie werbalizacji i to wzbudziło jej podejrzenia. Pognała więc do laryngologa, który obejrzawszy gardło lusterkiem laryngologicznym orzekł, że z gardłem wszystko w porządku. Nieusatysfakcjonowana pani Zosia zagrała vabank i złożyła lekarzowi zapotrzebowanie na milion badań, czym go tak zirytowała, że powiedział jej, że to on jest lekarzem i to on decyduje o diagnostyce i leczeniu. Prawdę powiedział. Gdyby pani Zosia dostała skierowania na te wszystkie badania, na które by chciała, NFZ by zbankrutował. W samym tomografie spędziłaby tydzień skrupulatnie się skanując. Lekarz kazał parzyć pani Zosi siemię lniane i pić, czym bardzo panią Zosię uraził. No bo co za pożytek z siemienia lnianego? Żadnej perspektywy na jakieś odświeżające objawy niepożądane, żadnej ulotki. Nic, kompletnie nic. Pani Zosia takich lekarzy nie poważa i więcej nie zaszczyca. Pójdzie zatem do tego mniej skrupulatnego, ale jednak jakiś lek zapisującego. Ostatnio zapisał pani Zosi Glimbax do płukania gardła, czym ją ogromnie ucieszył. To taka głupota przeciwzapalna. Pani Zosia przeczytała w ulotce, że może wywołać pokrzywkę i oczywiście natychmiast na tę pokrzywkę zapadła. Podrapała się tu i ówdzie myśląc, że choć Glimbax odstawić musi, bo ją „uczulił”, to jednak lek to dobry, skoro jakieś działania niepożądane wywołać może. Plany medyczne pani Zosi na najbliższy czas poznałem. Niemedycznych planów pani Zosia nie robi, bo „przecież nie wiadomo, czy rano się obudzi”, jak mi obwieściła kiedyś. Może to pielgrzymowanie po specjalistach obędzie się bez ekscesów, bo pani Zosia chce bardzo absorbować uwagę, ale tylko lekarzy, a nie otoczenia… 

22 stycznia

Ani przed, ani po

Ani przed, ani po
Spłakałem się ze śmiechu:

08 stycznia

Gila

Gila. Ruda suka. Owoc bezwstydnego mezaliansu rasowej wilczurzycy z jakimś kundlem. Ukochana sunia pani Stefy, sąsiadki pani Zosi. Psina urocza, radosna, przyjazna, kochająca cały świat i całemu światu tę miłość okazująca. Liźnięciem z doskoku. Gila w celu wykonania owego liźnięcia przybierała postawę dwunożną, z oparciem łap przednich na piersi istoty, która miała zostać wylizana. Akrobacje te zazwyczaj budziły protest istot przez Gilę obskakiwanych, ponieważ przednie jej odnóża pozostawiały na ich garderobie ślady. Istoty protestowały, acz bez brutalności, więc kontakty z istotami kojarzyły się Gili z radością i beztroską. Do czasu. Któregoś pięknego letniego poranka, kiedy słonko spiło już z trawki poranną rosę, pani Stefa wypuściła była Gilę na pole, ażeby Gila mogła raniutko łyknąć świeżego powietrza, a przy okazji załatwić swoje biznesa natury fizjologicznej. Gila wyskoczyła była z domu wszystkimi czterema łapami, jak to miała w zwyczaju, zaciągnęła się świeżą poranną bryzą i już przykucnęła, żeby załatwić biznesa, nie zdążyła jednak, bo… przy furtce pojawiła się istota. Pojawienie się istoty wyzwalało w Gili wewnętrzny, nieprzezwyciężony przymus okazania miłości. Nie inaczej było i tym razem. Gila zdecydowała, że biznesa będą musiały poczekać, bo zanim zostałyby załatwione, istota mogłaby zniknąć. Poderwała się więc była z kucków i pognała na powitanie istoty… Biegnąc nie wiedziała, że to spotkanie będzie wyraźną cezurą w jej radosnym i beztroskim życiu. Nie podejrzewała, że po tym spotkaniu nie będzie już tą samą Gilą, którą dotąd była. Owego pięknego letniego poranka bowiem Gila radośnie pognała na spotkanie przeznaczenia. Już, już miała wykonać podskok z poderwaniem łap przednich… Nie zdążyła jednak, albowiem... Gila miała pecha owego ranka, bo nadziała się była na Eduardo, uosabiającego całe bogactwo znaczeniowe słowa cham. Eduardo huknął był na nią swym głosem tubalnym, nazywając ją drastycznie grubym słowem na k… Gila nie będąc przyzwyczajoną do takiej werbalnej brutalności, wyhamowała gwałtownie, zrobiła w tył zwrot i ze skowytem zwiała schować się za swoją panią. Pani Stefa słysząc, jakim słowem zbezczeszczona została jej ukochana sunia, uruchomiła się i nawet usiłowała coś tam pysknąć, ale Eduardo spacyfikował ją miażdżącą argumentacją, wobec której pani Stefa, jak każda istota mająca wrażliwość większą od ameby, musiała wymięknąć. Tego ranka Gila na własnej swojej rudej skórze przekonała się, że życie oprócz radosnego i beztroskiego oblicza, może mieć też oblicze ponure i brutalne. Gila, która niczego się dotąd w swoim psim życiu nie bała, owego ranka doznała traumy i poczęła się odtąd bać chamstwa. Uznała, że to nie jest jej żywioł, dlatego, żeby uniknąć ewentualnej ponownej konfrontacji, chowała się w najciemniejszy kąt, jak tylko doszedł jej uszu głos Eduardo. Wychodziła zeń, jak głos Eduardo zginął już gdzieś w oddali. Opuszczała ów najciemniejszy kąt rozglądając się czujnie, czy aby na pewno Eduardo oddalił się już dostatecznie daleko, bo „cham chamem, na wieki wieków amen” – jak zwykła czasem mawiać pani Zosia. Gila zdecydowanie podzielała to zdanie. Po tym niemiłym incydencie stała się mniej wylewna w okazywaniu uczuć istotom i przestała wykonywać wyskoki. Czego akurat nikt nie miał jej za złe.

Pani Stefa, jak już wspomniałem, ogromnie Gilę kochała i... przekarmiała. Gila zaś ze swej natury strawą nie gardziła, bo apetyt miała taki, że ile by dostała, tyle by zżarła. Zaspokajanie oskomy było jej największą namiętnością i sensem jej życia. A że miała nieco łajdacką naturę, po błyskawicznym wymieceniu wszystkiego z wielkiej michy w domu (zapełnianej przez panią Stefę trzy razy dziennie!), Gila, która przekąsiłaby jeszcze jakowąś pychotkę, wyruszała niesiona ową zachcianką na poszukiwania czegoś smakowitego. Zazwyczaj udawało jej się coś znaleźć lub wyżebrać, bo i do takich metod Gila się posuwała. Koło sklepu na ziemi można czasem natknąć się na jakąś mniam-pychotkę, można też udać przed istotą wychodzącą ze sklepu z zakupami, słaniającą się z głodu biedną psinę. Zadanie będące dla Gili prawdziwym aktorskim wyzwaniem. Tak pracowicie wyszukane smakołyki w postaci kawałka skórki chleba, bądź wędliny, były dla Gili prawdziwymi rarytasami! Efekt tego aprowizacyjnego rozpasania był taki, że z wyglądu przypominała rozdętego guźca. Pani Stefa, bynajmniej nie reglamentująca Gili strawy, w dbaniu o nią też czasem przesadzała. Zdarzyło się pewnej jesieni, że Gila zrobiła sobie na dwa dni przerwę od... załatwiania biznesu, który dotąd miała zwyczaj załatwiać każdego ranka w pełnej skupienia zadumie. Fakt ten wzbudził w pani Stefie podejrzenie jakiejś dramatycznej gastrycznej niedomogi u suni. Pani Stefa postanowiła powstrzymać się jeszcze od gwałtownych alarmowych kroków do ranka dnia następnego. Kiedy i następnego ranka historia z kucaniem nie znalazła swojego zwyczajowego epilogu, pani Stefa narobiła rabanu i zawezwała weterynarza na wizytę domową. Weterynarz zjawił się, Gilę zbadał i stwierdził, że przekarmiona jest i… tyle. Chciał wypisać receptę na jakiś środek, który łagodnie by Gilę rozluźnił i rozwolnił, ale pani Stefa ofuknęła go, że ma ratować jej ukochaną sunię już, teraz, natychmiast, bo zanim ów środek zacznie działać, to jej najdroższa Gilunia może się rozpuknąć i zrobić zejście. Weterynarz powiedział ok, wszak „klient nasz pan”, i skoro pani Stefa się napierała… napoił Gilę od drugiej strony. Enemą. Gila najwidoczniej zupełnie inaczej sobie ten zabieg wyobrażała, bo zdecydowanie powiedziała Enemie "never again!” i tego postanowiła się trzymać do końca swoich dni. Co dzień raniutko wyskakiwała na pole wszystkimi czterema łapami i kucając tak długo załatwiała swoje biznesa, aż… je załatwiła! Choćby przyszło jej kucać z wybałuszonymi oczyma do wieczora! Gila – suka bohaterka… 

06 stycznia

Ballada o trzech królach

Tajemnicę przesypując w sobie
jak w zamkniętej kadzi ziarno,
jechali trzej królowie
przez ziemię rudą i skwarną.

Wielbłąd kołysał jak maszt,
a piasek podobny do wody;
i myślał król: "Jestem młody,
a nie minął mnie wielki czas.

I zobaczę w purpurze rubinów
ogień, siły magiczny blask;
może stanę się mocniejszy od czynów
przez ten jeden, jedyny raz".

Tygrys prężył siłę jak wąż,
mięśnie w puchu grały jak harfa.
Na tygrysie jechał drugi mąż,
siwą grzywę w zamyśleniu szarpał.

"Teraz - myślał - po latach tylu,
gdy zobaczę, jak płomienie cudu drżą,
moje czary skarbów mi uchylą,
moje wróżby nabiegną krwią.

Ziemia pełna jak złoty orzech,
pęknie na niej skorupy głaz,
usta jaskiń diamentowych otworzy
przez ten jeden, jedyny raz."

Trzeci król na rybie
wielkiej jak wyspa jechał
przez stepy podobne szybie
błękitnej pod wiatru miechem.

Nucił: "Po latach stu
kwiat początku i końca ogień
w jedno koło związanych nut
gdy zobaczę, sam się stanę Bogiem.

W suche liście moich ciemnych ksiąg
spłynie mądrość odwiecznych gwiazd
i osiądzie w misie moich rąk
przez ten jeden, jedyny raz".

A w pałacach na lądach zielonych,
co jak sukno wzburzonej fali,
mieli króle trzej błękitne dzwony,
w których serca swe na co dzień chowali.

A tak śpiesznie biegli, że w pośpiechu
wzięli tylko myśli pełne grzechu.

Więc uklękli trzej królowie zadziwieni,
jak trzy słupy złocistego pyłu,
nie widząc, że się serca trzy po ziemi
wlokły z nimi jak psy smutne z tyłu.

I spojrzeli nagle wszyscy trzej,
gdzie dzieciątko jak kropla światła,
i ujrzeli, jak w pękniętych zwierciadłach,
w sobie - czarny, huczący lej.

I poczuli nagle serca trzy,
co jak pięści stężały od żalu.

Więc już w wielkim pokoju wracali,
kołysani przez zwierzęta jak przez sny.

Wielbłąd z wolna huśtał jak maszt,
tygrys cicho jak morze mruczał,
ryba smugą powietrza szła.

I płynęło, i szumiało w nich jak ruczaj.
Powracali, pośpieszali z wysokości
trzej królowie nauczeni miłości

Krzysztof Kamil Baczyński Ballada o trzech królach

01 stycznia

No i jest...

No i jest. Przyszedł. Nowy Rok. Mam nadzieję, że jeśli nie będzie mógł być lepszy, to przynajmniej gorszy od ubiegłego nie będzie. Ubiegły był trudny i tęskny, ale nie był zły. I niech to jedno zdanie starczy za całe podsumowanie.

Wczorajszy sylwestrowy wieczór był całkiem przyjemny, choć zdarzyła się mała awaria. Jakiś miesiąc temu nabyłem Prosecco na sylwestrową okoliczność. Prosecco to włoskie wino musujące, odpowiednik francuskiego szampana i równie dobre jak szampan. Wczoraj zabrałem się za otwieranie tego „szampana”, a nie jest to moja ulubiona czynność. Dziwnym trafem zawsze jak otwieram „szampana” wystraszę się i pochlapię, bo wychodzi mi to z hukiem i wylewnie. Ale nie wczoraj. Zabrałem się zatem za otwieranie zachowując najwyższą ostrożność. Zdjąłem folię z korka i… zrobiłem gwałtowny unik, bo zorientowałem się, że korek nie jest zabezpieczony drucikiem i wystraszyłem się, że mi wystrzeli w rękach. Nie pasował mi ten brak drucika do „szampana”. Nic - myślę sobie - technika idzie do przodu jak burza, więc może Włosi wymyślili korki, którym nie potrzeba drucika? Zaraz za tą myślą przyszła następna, mianowicie, jak w takim razie tego „szampana” otworzyć? Ostrożnie, trzymając korek kciukiem, żeby zbyt gwałtownie nie wyskoczył, przekręciłem butelkę w ręku i poczułem, że korek się zakręcił. Hmmm… - pomyślałem – what the f...k? Nie pasowało mi to wszystko do „szampana”. Chrzanić to - pomyślałem - otwieram. Najwyżej obleję się tym Prosecco. Wzruszyłem ramionami, wykręciłem korek i odskoczyłem. Ale nic się nie stało. Cisza. Nic nie huknęło, nic się nie wylało. To wzbudziło moje podejrzenia. Spojrzałem na etykietę i doznałem nagłego olśnienia. Zamiast Prosecco wina musującego zakupiłem Prosecco Grappa, czyli rodzaj okowity z wytłoczyn winogron. Obśmiałem swoje roztargnienie oraz ewolucje towarzyszące otwieraniu tego trunku. Prosecco nie spróbowałem, ale trunek się nie zmarnował. Zakupiłem wczoraj w Biedronce Mojito w kartonie, dolałem Grappa Prosecco i wyszedł bardzo dobry drink, którym spełniony został toast noworoczny.
Modrooki nie przysłał jeszcze życzeń noworocznych. Pewnie jeszcze śpi po imprezie. Zastanawiam się, czy wysłać mu życzenia jako pierwszy, czy poczekać. Nie chciałbym, żeby wyglądało to tak, że ja intensyfikuję kontakt bardziej niż on. Wyślę, co tam.

Ech… Nowy Rok. Oby tylko zdrowy był! Tego najbardziej Tobie i sobie życzę.
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger