21 lutego

O obłaskawieniu

Obłaskawiłem wczoraj Helę. Przypadkiem. Hela jest konserwatorką powierzchni płaskich w mojej firmie*. Jest wysoka, chuda i z wyglądu przypomina strzygę w okularach. Z charakteru zresztą też, bo znana jest z tego, że zawsze jest zmierzła, zgryźliwa i goni tych, którzy ośmielą się przeszkadzać jej w robocie, na przykład depcząc świeżo umytą przez nią podłogę. Marny jest los delikwenta, który targnie się swoimi stopami na efekt jej ciężkiej pracy. Wiele o Heli można powiedzieć dobrego, ale na pewno nie to, że Hela promienna jest i przyjazna otoczeniu. Tego, że ma klasę też powiedzieć o niej się nie da, ponieważ Hela prosty klim ma, a więc grubym słowem rzucić lubi i język złośliwy ma. Poważa tylko prezesów, dyrektorów i swoją bezpośrednią przełożoną, przed którymi płaszczy się, podlizuje i czołem bije. Całą zaś resztę światka firmowego nie będącą prezesami, dyrektorami i jej bezpośrednią przełożoną, traktuje z bezceremonialną surowością, bo Hela poczucie misji ma i świadomość, że jest niezastąpiona, bo gdyby nie jej harówa, drobne wszy by nas wszystkich zżarły i syf z malarią zadusiły! Zupełnie marginalnie wspomnę tylko, że Hela czuje się naturalną szefową swoich dwóch koleżanek sprzątaczek (obie bardzo sympatyczne), których pracą lubi zarządzać. Generalnie Hela, jako samozwańcza szefowa, robotą stara się nie przemęczać i nader często zdarza się, że koleżanki Heli sprzątają, a Hela je nadzoruje wydając dyspozycje i gadając. Uwielbiają ją za to! Wczoraj Hela, głównie za pomocą operującej mopem koleżanki, zmywała podłogę na korytarzu. Na swoje zaś działania porządkowe wybrała powierzchniowo najmniejszą, ale za to najruchliwszą część korytarza pomiędzy wejściem służbowym a windami i klatką schodową. Hela zabrała się za mycie podłogi w tym przejściu w godzinie szczytu, czyli rano, kiedy wszyscy śpieszyli się do pracy i MUSIELI tamtędy przejść, bo innej drogi nie ma. Tak się złożyło, że usiadłem na chwilę na sofie naprzeciwko wind, żeby zawiązać sznurówkę buta, kiedy Hela wraz z koleżanką wyjechały z windy ze szmatami i zaczął się cyrk. Zostałem na tej sofie, żeby się nacieszyć tym, jak Hela moje przechodzące korytarzem koleżeństwo wychowuje. A, że ma kobieta styl i do tego przebojowa jest, każdego człeka, który ośmielił się pojawić na korytarzu, raczyła upomnieniem wygłaszanym podniesionym, poirytowanym głosem, przeplatając owe upomnienia refleksjami na temat kultury osobistej, inteligencji, szacunku dla czyjejś roboty i okraszając to wszystko wzdychaniem: „Co za ludzie!”.
- Pani Heleno, po co tak się denerwować? Przecież ludzie śpieszą się do pracy i muszą przejść. Nie ma innej drogi. Czekać też nie mogą aż podłoga wyschnie, bo spóźniliby się do pracy – wyrwało mi się nieopatrznie.
"No to teraz będzie zjebka" – pomyślałem sobie.
Hela łypnęła na mnie podejrzliwym okiem i już miała coś zgryźliwego powiedzieć, ale zmieniła zdanie i uśmiechnąwszy się rzekła:
- To pan zna moje imię? To… Miło mi.
- Tak znam.
Nie powiedziałem Heli, że wszyscy znają jej imię, bo jest kimś w rodzaju firmowej celebrytki, odkąd ludzie, którzy doświadczyli konfrontacji z nią (a było ich wielu) nadali jej miano „Zmierzła Hela”. Nie powiedziałem jej tego nie tylko dlatego, że uznałem, że nasze kumpelstwo jest zbyt świeże, jak na takie osobiste zwierzenia, ale również dlatego, że uświadomienie jej celebryctwa mogłoby przewrócić jej w głowie i jeszcze, nie daj Boże, stałaby się miła, co mogłoby jej zaszkodzić, bo nie przywykła.
- No zobacz pan, co to za kultura! – powiedziała Hela o Kaśce-intrygantce, która idąc do windy zbrukała swoimi szpilkami świeżo maźniętą przez Helę podłogę.
– To jest kultura! Inteligenci! – zmełła to słowo w ustach tak, że zabrzmiało, jak przekleństwo - No tak, pewnie, można brudnymi buciorami przejść po świeżo zmytej podłodze, no bo przecież nikogo nie interesuje to, że ktoś …rwa będzie ją musiał jeszcze raz zmyć!
Kaśka-intrygantka na pewno słyszała tę pochlebną wypowiedź Heli, ale nie zareagowała. Ja też zachowałem pokerową twarz, choć miałem ochotę wytarzać się po świeżo zmytej przez Helę podłodze rycząc ze śmiechu. Kaśka-intrygantka najwyraźniej unikała konfrontacji ze Zmierzłą Helą. Czyżby trafił swój na swego? Na usta cisnęła mi się refleksja, że Hela nie miałaby problemu z wędrującymi korytarzem ludźmi, gdyby zabrała się za sprzątanie korytarza poza godziną szczytu, ale nie chciałem taką nietaktowną (choć trafną) uwagą zniszczyć naszego świeżo pączkującego i bardzo obiecującego kumpelstwa. Hela chyba również doszła do podobnego wniosku (o obiecującym kumpelstwie), bo uznawszy, że trafiła na pokrewną duszę, pociągnęła swoją wypowiedź:
- A pan co? Spać nie może, że tak wcześnie pan przyjechał?
- Muszę wcześniej trochę przyjeżdżać, żeby zaparkować, bo znalezienie miejsca nie jest łatwe.
- Ma się samochód to się wie, ile ta przyjemność kosztuje! Wszystko teraz …rwa takie drogie! – powiedziała Hela sentencjonalnie.
- No właśnie – tylko tyle zdołałem z siebie wydusić w odpowiedzi.
Hela tymczasem dojechała szmatą do sofy, na której siedziałem i zatrzymała się przy moich stopach, patrząc na mnie wymownie. Już miałem się poderwać, ale Hela zatrzymała mnie w miejscu słowami:
- Niech nie wstaje. Nogi tylko niech podniesie.
Podniosłem stopy, Hela przejechała szmatą podłogę i powiedziała:
- Może pan już spuścić nogi.
Tak też zrobiłem. Moje buty spotkały się ze świeżo maźniętą przez Helę podłogą i… Nic się nie stało!  Nie spotkała mnie ze strony Heli żadna wymówka! 
- A czy ja pana nie widziałam w (tu padła nazwa jakiejś knajpy) jakiś miesiąc temu? – podjęła rozmowę Hela.
- A (tu padła nazwa owej knajpy) gdzie się znajduje?
- W (tu padła nazwa ulicy w moim mieście mieszczącej się w areale, od którego, dla własnego bezpieczeństwa, należy się trzymać jak najdalej!).
- Przykro mi pani Heleno, ale nigdy nie byłem w tym, z pewnością bardzo przyjemnym, przybytku.
- Tam zaraz przybytek – żachnęła się lekko Hela - Zwykła piwiarnia.
- To tym bardziej nie byłem, bo w piwiarniach z zasady nie bywam.
Wstałem, bo musiałem pójść do windy.
- Pani Heleno sorry, ale będę musiał przejść do windy.
- Niech pan idzie. Nie ma problemu.
Szok przeżyłem, jak już w windzie odwróciłem się i ujrzałem Helę wycierającą moje ślady i posyłającą mi jednocześnie coś w rodzaju uśmiechu.
- Do widzenia – powiedziałem.
- Do widzenia.
Nikomu nie powiem, że obłaskawiłem Helę, bo gdyby reszta poszła moim śladem, ucierpiałaby firmowa dyscyplina, a ja straciłbym rozrywkę. No bo kto by ich wszystkich rugał?
_________________________________
* sprzątaczka

20 lutego

Jednego serca

Jednego serca
Jednego serca! tak mało, tak mało,
Jednego serca trzeba mi na ziemi!
Co by przy moim miłością zadrżało,
A byłbym cichym pomiędzy cichemi.

Jednych ust trzeba! Skąd bym wieczność całą
Pił napój szczęścia ustami mojemi,
I oczu dwoje, gdzie bym patrzał śmiało,
Widząc się świętym pomiędzy świętemi.

Jednego serca i rąk białych dwoje!
Co by mi oczy zasłoniły moje,
Bym zasnął słodko, marząc o aniele,

Który mnie niesie w objęciach do nieba;
Jednego serca! Tak mało mi trzeba,
A jednak widzę, że żądam za wiele!

Adam Asnyk Sonet (1869)


18 lutego

Hejterska historia - epilog

Myślę, że hejterska historia Kaśka vs Ala znalazła swój epilog. Koleżanka hejterka odczuła dezaprobatę nie tylko z mojej strony, więc dała spokój. Nie jest głupia – ma rozbudowany zestaw surwiwalowy, który każe jej unikać kłopotów, a brnięcie w tę historię oznaczałoby nieuchronną konfrontację z nadszefem, którego się boi. Na mnie się gniewa za ten tekst, że nie doświadczyła kultury osobistej. Trzeba było widzieć tę jej opadającą z zaskoczenia szczękę. Strasznie jest na mnie naburmuszona - wzdęła podgardle i nagdakała na mnie do swoich psiapsiół. Jej zdaniem jestem bezczelnym, wrednym, zadufanym w sobie przydupasem nadszefa i wydaje mi się, że pozjadałem wszystkie rozumy, a tak naprawdę jestem zerem. Jedna z koleżanek mi o tym doniosła. Skomentowałem to tylko jednym krótkim zdaniem: „Prawdę powiedziała”, co tak oszołomiło koleżankę, że odeszła bez słowa. Może liczyła na to, że rzucę się Kaśce do gardła z intencją przegryzienia jej aorty i będzie fajny performance? Niech sobie Kaśka obrabia na zdrowie mój wciąż jeszcze fajny tyłek – taka zaoczna obróbka nie robi na mnie wrażenia. Poznała przedwczoraj drzemiącą we mnie zimną sukę i wie już, że nie zawaham się jej użyć, jeśli będzie to konieczne, dlatego bezpośrednio mnie nie atakuje. Kaśka jest intrygantką, ale muszę uczciwie przyznać, że jest dobrym fachowcem. Aśka-straszny-babol jest jeszcze lepsza. Jest równie dobra jak ja. Jednak tym swoim wrodzonym intryganctwem sama sobie robi czarny PR zarówno u współpracowników jak i u szefostwa. Pracuję w dużej firmie zatrudniającej sporą liczbę osób. Jak w każdej dużej grupie można tu znaleźć osobowości i... osobliwości. Lubię swoją pracę:)

17 lutego

O hejcie i kaśko-aśkowym tandemie

Urlop w górach rozkoszny. Odpocząłem, poleniuchowałem, powłóczyłem się. Bardzo tego potrzebowałem. Moje wielkie miasto przywitało mnie piękną słoneczną pogodą. W pracy sajgon, ale do ogarnięcia. Muszę przyznać, że po tygodniowym lenistwie takie gwałtowne wejście w obowiązki było nieco… hm… męczące. Jednak na horyzoncie tli się nadzieja na długi weekend, bo poniedziałek mam mieć wolny, więc trzymam się dzielnie tej nadziei:)

Poniedziałkowy poranek w pracy powitał mnie burzą. Był hejt i polały się łzy. Nie, nie moje. Niektóre z koleżanek oddają się intrygowaniu z zapałem wartym lepszej sprawy. Celuje w tym Kaśka-intrygantka i jej psiapsióły od plot. Kaśka potrafi być wredna. Tym razem wzięła na cel moją koleżankę Alę, którą lubię. To świetna, życzliwa wszystkim, wrażliwa babka. I dobry fachowiec. A co dla mnie ma szczególne znaczenie, Ala jest jedną z nielicznych osób w pracy, na które mogę liczyć. Dla Kaśki to, że Ala przyznaje się, że jest wierzącą, praktykującą katoliczką, jest problemem. Nazwała ją z tego powodu „ciemną babą”, czym bardzo ją zraniła. Jedna z koleżanek zrelacjonowała mi to, jako wydarzenie ubiegłego tygodnia, jak tylko wczoraj zjawiłem się w pracy. Wczoraj Kaśka w obecności mojej i jeszcze kilku osób ponownie powiedziała coś o ciemnogrodzie, patrząc znacząco na Alę. Oczywiście stanąłem w jej obronie, bo oburza mnie takie zachowanie. Szczególnie, że Ala nie jest osobowością konfrontacyjną i w takich sytuacjach zalewa się łzami, co działa na Kaśkę (jak zresztą na wszystkie indywidua takiego autoramentu) stymulująco i inspirująco. Kaśka ostentacyjnie obnosi się z ateizmem, ale czyjeś przyznawanie się do religii budzi jej głęboki sprzeciw. To bardzo ciekawe: przyznawanie się do ateizmu jest „oświeceniem”, powodem do dumy, natomiast przyznawanie się do religii jest „ciemnotą”, która winna być wstydliwie skrywana! Coś takiego budzi mój sprzeciw, bo dlaczego ktoś, kto obnosi swój światopogląd, mówiąc, że ma do tego prawo, jednocześnie komuś innemu tego prawa odmawia? I to jeszcze w tak chamski sposób! Szacunek dla innych osób i ich światopoglądów jest elementem kultury osobistej, czyli czegoś, o czym Kaśka być może kiedyś przypadkiem słyszała, ale czego nie posiadła i nie doświadczyła! Wkurza mnie wjeżdżanie na światopogląd, żeby komuś dopiec. To niegodne! Szczególnie w kontekście tego, że Ala kilkakrotnie Kaśce pomogła i nie były to drobnostki. Nawet całkiem niedawno, bo jakieś siedem miesięcy temu, Ala wyświadczyła Kaśce wcale nie małą przysługę. Bezinteresownie. Żyję już na tym świecie trochę i wiem, że z tą ludzką wdzięcznością różnie bywa. Ale taki paskudny przejaw niewdzięczności… Wstyd! Ostatnio Kaśka-intrygantka zwąchała się z Aśką-strasznym-babolem. Stanowią tandem doskonały, bo się wzajemnie stymulują. Szkoda, że tylko w hejterstwie. Lubią tak bezinteresownie, dla przyjemności, dokuczyć. Z tego powodu niektóre co wrażliwsze koleżanki się ich zwyczajnie boją. Ja się kaśko-aśkowego tandemu nie boję, bo… z jakiegoś powodu się nie boję i już:)

Kolega od sceny zazdrościprzywitał mnie wczoraj serdecznie, czym nieco mnie zaskoczył, bo spodziewałem się raczej dalszych dąsów. Nie przeprosił za swój wybuch, ale wczoraj i dzisiaj był tak serdeczny i miły, że doceniając to, że poczuł potrzebę naprawienia stosunków i tę potrzebę realizował, postanowiłem przejść z tamtą sprawą do porządku dziennego. Tak naprawdę kolega - poza tymi napadami, kiedy próbuje wydawać mi dyspozycje – jest ok. Choć swoje za uszami ma, to jednak nie jest wredny. 

11 lutego

O celebryctwie, wybitnym artyście i pani Zosi

Kilka lat temu zdarzyło mi się zaistnieć epizodycznie w TV. Wypowiedziałem się dwukrotnie jako ekspert w jednym z najpopularniejszych telewizyjnych programów informacyjnych. To moje pokazanie się w TV wzbudziło tu w górach bardzo duże poruszenie – sąsiedzi zagadywali moją Mamę, gratulowali. Mnie też zagadywali, jak przyjechałem, ale z jakąś taką ostrożnością, z dystansem. Nagle objawiłem im się jako ktoś, kogo w ogóle nie znają, choć przecież znają mnie od dziecka. Pytali, jak to jest wypowiedzieć się w TV, czy to bardzo stresujące, jak wygląda studio telewizyjne itd. Bycie lokalnym chwilowym celebrytą było miłe. Minęło parę lat, jednak, ku mojemu zadziwieniu, jakieś resztki tego mojego celebryctwa jeszcze czasem się tutaj tlą. Ale te resztki giną w konfrontacji z moim osobistym mega celebrytą, którym jest Eduardo uosabiający swoją niezwykle wyrazistą osobowością całe niezmierzone bogactwo znaczeniowe słowa cham. Eduardo spotykając mnie czuje wewnętrzną konieczność podzielenia się ze mną swoimi głębokimi przemyśleniami natury egzystencjonalnej. Czasem nawet w te jego głębokie przemyślenia udaje mi się wtrącić jakąś grzecznościową monosylabę. To zrozumiałe i oczywiste, że celebrytę (Eduarda) ciągnie do „celebryty” (mnie). Wczoraj właśnie w drodze do pani Zosi dane mi było natknąć się na Eduardo. Z doświadczenia wiem, że Eduardo inwencję ma niewyczerpaną, ale po raz kolejny mnie oszołomił. Po jego wczorajszym monologu narzuciła mi się refleksja, że Eduardo to wybitny artysta, mistrz plugawienia mowy ojczystej, wznoszący się na wyżyny językowej obrzydliwości. Nie zacytuję, bo się nie da – to trzeba usłyszeć.
***
Odwiedziłem panią Zosię. Jest w doskonałej formie. Zbliżający się termin kompleksowego pielgrzymowania po specjalistach sprawia, że pani Zosia kwitnie. Jest zadowolona, pogodna i nie narzeka. Wkręciła się w fabułę nowego serialu w TV, którego akcja dzieje się w sułtańskim haremie w Stambule w XVI wieku. Pani Zosia postrzega ową fabułę jako historyczną prawdę i ogląda ten serial namiętnie. Emitowany jest po 16 i o tej porze pani Zosia staje się dziwnie niespokojna. Tak było również wczoraj. Mama uprzedziła mnie o tym, więc sprawdziłem, czy odcinek owego arcydzieła będzie powtarzany. Zbliżająca się pora emisji rzeczywiście sprawiła, że pani Zosia stała się lekko napięta i niespokojna. Cieszyła się z odwiedzin, skrzętnie ukrywając, że trochę szkoda jej traconego odcinka. Powiedziałem jej, że ten tracony odcinek może obejrzeć następnego dnia około południa – pani Zosia się zdziwiła i… rozluźniła. Zapodała mi krótkie streszczenie fabuły, które grzecznie przerwałem informacją, że nie oglądam i oglądał nie będę... Kanikuła pełna wrażeń.

01 lutego

Jesteś o tyle spojrzeń ode mnie

Jesteś o tyle spojrzeń ode mnie.
Jest mi o tyle twych spojrzeń samotniej.
Ciemniej
opada każdy wieczór bez słów,
trudniej słowa rzucone, kwiaty na drodze podnieść.
Cztery spojrzenia ścian miasto zamyka na smutek,
a obce czyny i ludzie ulatują obok.
W którym wieczorze jak ten odnajdę
ciszę przechodzącą przez ugór czasu Bogiem i tobą?
Oto jest znów ulica niedzielna zamknięta w miejski kurz.
Obcy flet kroków, gdzie szopen płacze z okien.
Tak samo, tak samo, tak samo jak kiedyś
niebo patrzy obłe, jak smutek głębokie.
Dni ulatują w trwogę o ciebie,
noc obca gwiazdami zarasta i bladą miejską trawą.
Wiatr wspomnienia — chmurom oderwana gałąź.
A przecież
te same gwiazdy co tam kołyszą noc nad Warszawą.

Krzysztof Kamil Baczyński Jesteś o tyle spojrzeń ode mnie
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger