30 marca

Gonił, gonił i...

Gonił cię mój anioł stróż po świecie, o mój Drogi,
biegł wciąż za tobą przez lasy, przez łany,
potrącał cię ku mnie, zapędzał cię do mnie,
ciągnął za obie ręce, spychał z prostej drogi -
o miłości coś szeptał, bredził nieprzytomnie,
pachniał jak wytężone białe nikotiany...
Siedzący noc całą przy tobie na warcie
krzyczał głosem jak trąby złote i waltornie,
to znów o łaskę twoją modlił się pokornie,
zbawienie własne diabłom rzucał na pożarcie!
Wreszcie ciebie ślepego, ciebie niechętnego
zawiódł przemocą do mego pokoju,
gdzie siedziałam płacząca, Pan Bóg wie dlaczego,
jak to się zdarza czasami.
Wpuścił cię naprzód, sam został za drzwiami,
zatańczył w triumfie jakiś taniec boski -
potem twarz zakrył szatą srebrnobiałą,
zamyślił się pełen troski
i jęknął z przerażenia nad tym, co się stało.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska Robota anioła stróża

Gonił, gonił i… Dogonił 30 marca. Koncert muzyki klasycznej - „Pasja wg św. Mateusza” Jana Sebastiana Bacha. Po koncercie Szarooki podszedł do mnie, uśmiechnął się i powiedział:
- Miło mi pana spotkać ponownie. Mariusz Jakiśtam – podał mi rękę.
- Witam. Adam Madulski – odpowiedziałem.
- Jakie wrażenia po koncercie? Ja jestem zachwycony.
- Podobał mi się. Bardzo. Wie pan, ja uwielbiam Bacha.
Porozmawialiśmy chwilę o koncercie, wymieniając się swoimi wrażeniami. Świetnie nam się rozmawiało, tak łatwo i przyjemnie, jakbyśmy się znali od dawna. 
- Czy ja mógłbym coś zaproponować? – zapytał w pewnym momencie.
- Proszę bardzo – odpowiedziałem z uśmiechem.
- Czy moglibyśmy sobie mówić po imieniu?
- Oczywiście. Adam – podałem mu rękę.
- Mariusz. Dziękuję.
Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, nie pomnę o czym. Pamiętam natomiast doskonale jego błyszczące, uśmiechnięte oczy, które sprawiały, że kolana mi miękły i czułem się jakiś taki bezbronny. W pewnym momencie odniosłem wrażenie, że lekko się napiął. Dalej swobodnie rozmawiał i uśmiechał się, ale jakoś tak czujniej. Bardziej to wyczuwałem, niż dostrzegałem. Pomyślałem sobie: „O co kaman? Skumał, że mi się podoba, albo co?”. Spodziewałem się zgrabnej wolty i rejterady, jednak wbrew mojej prognozie, Szarooki miast uciekać, zapytał:
- Zobaczymy się jeszcze kiedyś?
Niby nic się nie stało, a stało się wszystko, bo pytając spojrzał mi w oczy w taki sposób, że zrozumiałem.
- Masz przy sobie telefon? Bo ja zostawiłem mój w domu – zapytałem.
- Tak, mam.
- To jest mój numer: 503xxxxxx. Będzie mi miło, jeśli się odezwiesz – uśmiechnąłem się.
Wyraźnie się rozluźnił. Wpisał mój numer w swoją komórkę. Pożegnaliśmy się i każdy udał się w swoją stronę. Każdego dnia wyczekiwałem jakiejś wiadomości, On jednak milczał. Zastanawiałem się, czy się odezwie, czy zobaczę go znowu, czy jeszcze usłyszę jego głos. Myślałem o tym z niepokojem, jakimś takim tęsknym napięciem. Myśl, że może się nie odezwać i mogę go więcej nie zobaczyć budziła we mnie smutek. Wyjechałem do Mamy w góry na Święta Wielkanocne. Cały czas o nim myślałem i czekałem, coraz bardziej zasmucony tym bezowocnym oczekiwaniem. Myślałem, że skoro dotąd się nie odezwał (minął tydzień), to już się nie odezwie, bo po cóż miałby zwlekać. Jednak myliłem się, bo w Wielkanocną niedzielę otrzymałem od niego smsa ze świątecznymi życzeniami. Czuł się niepewnie, dlatego wolał wysłać smsa. Oddzwoniłem i chwilę wesoło porozmawialiśmy. W poniedziałek wielkanocny zadzwonił z propozycją umówienia się na kawę i pogadania zaraz po moim powrocie do naszego wielkiego miasta. Nie mogłem się doczekać spotkania. Godziny dłużyły mi się jak lata. Byłem podekscytowany, pełen nadziei i tęsknoty. Normalnie jak jakiś napalony nastolatek...

Czas mija nieubłaganie, a mnie wciąż się wydaje, jakby to było wczoraj. Tak dobrze pamiętam. Czułem dziś rano wyraźnie, jak On się za mnie modlił. Wiem, że pamięta tak, jak ja… W pierwszą rocznicę naszego spotkania usłyszałem od niego: „Kocham Cię tak bardzo, że to aż boli”... Tych już bez niego nawet przypominać sobie nie chcę. Nauczyłem się bez niego żyć. Nie znaczy to, że przestałem go kochać. Dziwne to jednak uczucie – stępione przez czas i kalekie, bo nieodwzajemniające się i niespełniające, karmiące się wspomnieniami. I tęsknotą. Za ciepłem jego ramion, za tym szczególnym spojrzeniem, ufnym i niepewnym zarazem, za jego obecnością, samochodem pachnącym wanilią...

4 komentarze:

  1. Piękne wspomnienie, takie ciepłe.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nawet dość bardzo:))
    I bez martyrologii:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Blizny nadają charakteru twarzy tak, jak makijaż go zakrywa. Sam wymyśliłem ;)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger