15 sierpnia

Takie tam...

Trochę zaniedbałem ostatnio mojego bloga, ale cóż, te afrykańskie upały nie wpływają stymulująco na moją blogową wydajność wytwórczą. Zauważam, że te tropikalne okoliczności przyrody sprawiły, że praca zyskała nowy walor, a to za sprawą klimatyzacji. Walor na tyle atrakcyjny, że rozważałem nawet przekoczowanie w pracy do końca tych upałów, ale stwierdziłem, że - choć lubię swoją pracę - to byłaby przesada. Rozsmakowuję się więc pracą (klimatyzacją), napawam się nią i delektuję, doceniając jej walory, bo… w domu mam pierdylion stopni i to w cieniu. Próbowałem pracować nad tym, żeby było trochę mniej (pierdylion-1), ale to syzyfowy wysiłek, więc ograniczyłem się do pootwierania wszystkiego, co dało się otworzyć i wietrzenia. W desperacji próbowałem otworzyć nawet to, czego nie da się otworzyć, co z kolei zaowocowało głęboką refleksją psychologiczno-filozoficzną, którą można z powodzeniem streścić do odkrywczej tezy: czego nie da się otworzyć, otworzyć się nie da. Jest gorąco. Cholernie. Ale nie będę narzekał, bo strasznie lubię słońce, więc te upały traktuję jako pewnego rodzaju dobarwienie (czasem trochę męczące, to prawda) radości, jaką sprawia mi słoneczna pogoda. Choć muszę przyznać, że noce są ciężkie, bo w tym gorącu kiepsko śpię. Nie tylko z powodu temperatury, ale również z powodu skutków ubocznych otwartych okien. Moich i sąsiadów… Na przykład sąsiad mieszkający pode mną… Oceniając jego walory jako kochanka po efektach akustycznych, dałbym mu 4+. Dlaczego tyle? Ano dlatego, że wśród nadobfitości zaprezentowanych efektów wokalno-akustycznych brakło tylko arii Toski. A wiadomo, że bez arii Toski nie idzie pociś. A jak nie idzie pociś, to i celująco być nie może. Również fakt zmuszenia mnie do zamykania okna w sypialni na noc nie działa na jego korzyść, bo choć jestem za tym, żeby się ludziska kochali, to jednak niekoniecznie maratońsko i na pewno nie kosztem mojego snu, do którego jestem jednak przywiązany… 
Już od wtorku ma być chłodniej. I dobrze, bo we wtorek mam zaplanowane zwiedzanie Krakowa, a w weekend Wrocławia, z Michasiem i Halinką w roli kaowców. Cieszę się na te wyjazdy.  
***
Muszę zdementować pewną złośliwą plotkę, która ukazała się była niedawno na blogu, a której autor insynuował, jakobym przybrał w czasie urlopu. Otóż oświadczam, że ten brutalny, bezprecedensowy zamach na mój idealny wizerunek to podłe pomówienie i oszczerstwo! Dwa razy wlazłem na wagę, żeby rzetelnie sprawdzić! Nawet przykucnąłem, żeby mieć pewność, że dobre cyferki widzę. Nie przybrałem ani trochę! Inna sprawa, że również nie schudłem, ale nie o to tu chodzi. Ja nie rozumiem dlaczego ludzie takie rzeczy wypisują! Chyba z zazdrości, no bo z jakiego innego powodu?! Tu jest link do owego oszczerczego wpisu
***
Szarooki obwieścił jakiś czas temu na fejsie, że od 17 sierpnia zaczyna pracę w Paryżu. Doszły mnie jednak słuchy, że z przyczyn losowych jego wyjazd się przesunie. Oswoiłem tę jego emigrację i jest ok. Wprawdzie nie raduje mnie ona, ale też i nie smuci. Znaczy równowaga jakaś jest.
***
Ta piosenka usłyszana wczoraj w radio podczas jazdy na zakupy, chodziła za mną cały dzień i grała mi w głowie.
Dziwne, bo disco to zupełnie nie moja stylistyka i nie mój klimat. To wzniesienie się, czy stoczenie do ABBY?

Poszukując na YouTube teledysku do powyższej piosenki, trafiłem też na ten:
Wzruszyła mnie ta srebrna dubeltowa groza, którą pani w granatowym wdzianku założyła na swoje nogi. Ten podwójny horror na jej nogach w połączeniu z pumpami sprawia wrażenie - niezamierzone jak mniemam – jakby ta pani poruszała się na protezach. Daleki plan i dreptanie potęgują to wrażenie, dlatego sugeruję dooglądać do momentu przełączenia na daleki plan. Naprawdę warto. 

4 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anna Jurksztowicz śpiewała, że "słońce to my, ciemne chmury to my".... Pamiętam. Towarzystwo będzie wyborne.

      Usuń
  2. Jak dziennik XIX wiecznego... nie powiem dandysa, bardziej członka bohemy;) Jest cienka granica między liryczną ironią, a cynicznym sarkazmem.Nigdy jej nie przekraczasz:) Odezwij się, jak będziesz kiedyś w Londynie, wyskoczymy na piwo. Przekimać też można.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Marcin. Komplement doceniam tym bardziej, że uwielbiam dzienniki XIX wiecznych członków bohemy.Jak będę w Londynie (nieprędko obawiam się) dam znać i się umówimy.

      Usuń

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger