11 listopada

Kolejny 11

Naród dziś świętował, odpoczywał, a nawet demonstrował wydzierając się na manifach, a ja tradycyjnie jak co roku, pracowałem. Niestety bez szwendającego się w tle Brązowookiego, co jest stratą dla tego dnia niepowetowaną, bowiem jego ponadprzeciętna dekoracyjność obchody tego święta wydatnie uatrakcyjniała. Wizualnie. Cóż, trudno. Życie toczy się dalej. Brązowooki doktoryzuje się zagranicą i wróci taki mądry, że ho ho. Co nie znaczy, że aktualnie mądry nie jest. Jest, jest.
A propos toczenia – wpadłem na mojego byłego niedoszłego absztyfikanta tocząc się do domu. To prehistoria sprzed dziesięciu laty. Spotykaliśmy się, nawet zaczynało się robić interesująco i ekscytująco, ale (jak to często bywa) skończyło się, zanim tak naprawdę się zaczęło. Trochę głupio to wpadnięcie na siebie wyglądało, bo nieco nas obu zaskoczyło. Uśmiechnąłem się do niego spontanicznie, ale on wyraźnie się spłoszył i… udał, że mnie nie poznaje. Muszę przyznać, że czterdziecha mu służy, bo bardzo wyprzystojniał od czasu, kiedy widziałem go ostatnio. Wygląda świetnie. Uporządkowałem twarz przeganiając z niej ten mój spontaniczny uśmiech i minęliśmy się, jak nie znający się, przypadkowi przechodnie…
Ptaszki zaćwierkały, że drugi doktoryzujący się mądrala, Szarooki, przybył do Ojczyzny na chwilę odwiedzić swoich rodzicieli. Ma wracać w sobotę, bo Paryż wzywa, Paryż czeka… Wiadomości o nim nie poruszają mnie już jak dawniej, nie wiem, jakie byłyby, gdybyśmy na siebie przypadkiem wpadli, ale z całą pewnością stanąłbym na wysokości zadania i nawet rzęsa by mi nie drgnęła (zaczęłyby mi drgać wszystkie, ale dopiero po, jak mniemam), tak trzymałbym fason. A co!
A z tymi doktoratami to wysyp jakiś. Brązowooki będzie dochtorem (taka potoczna wymowa funkcjonuje u mnie w górach u gawiedzi), Szarooki również. I Michaś, choć już jest, to chce być wydoktoryzowanym dochtorem. Artur, mój przyjaciel, poszedł nawet w tym dalej, bo otworzył habilitację i chce być dochtorem wyhabilitowanym. Niech się chłopcy doktoryzują, a nawet habilitują. Ja jestem już tak mądry, że nie muszę (żarcik taki). 
Kupiłem sobie niedawno śliczny czarny płaszczyk jesienno-zimowy, żeby móc godnie się prezentować przy garniturowych okazjach. Miałem go dzisiaj na sobie. Koleżanka z pracy powiedziała, że wyglądam w nim zajefajnie. Normalnie Brad Pitt. Dodała, że trzy lata temu, kiedy ważyłem 70 kg, wyglądałem bardziej, ale teraz też. Bardzo. Tyle, że trochę utyty. Oboje parsknęliśmy śmiechem. Muszę zgubić parę kilosów. Mówię to od dwóch miesięcy. Mówię i mówię, a ta durna waga jakby głucha była. Ani drgnie!  

6 komentarzy:

  1. Nie narzekaj tak na tę wagę - mogłaby drgnąć w górę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I powiedział to Człowiek noszący sweterki w rozmiarze M:)

      Usuń
    2. Nie wytykaj - oczami wyobraźni, po ostatnich słodkościach, widzę już jak lądują na dnie szafy, zastąpione przez pokrowce na sterowiec. :-(((

      Usuń
    3. Nie wytykam - zazdroszczę po prostu:)

      Usuń
  2. Bo waga to taka wredna małpa jednak jest:))))))))

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger