12 października

Delegacja

Wróciłem z wyjazdu służbowego. Zawiało mnie do Belgii na kilka dni i przywiało z powrotem. Dosłownie i w przenośni, bowiem podróżowałem samolotem.

Nie lubię wyjazdów służbowych. Co prawda podróż samolotem to wielka oszczędność czasu, hotel też był bardzo dobry, ale ja najbardziej lubię swoje własne łóżko. Nie lubię też tego, że rzadko zdarza się, żeby na służbowych wyjazdach było na tyle wolnego czasu, by można było pozwiedzać, więc turystyczne potrzeby zaspokoić trzeba w pośpiechu. Tym razem jednak było inaczej, więc zdołałem złazić Brukselę wzdłuż i wszerz.

Moja koleżanka, udającą się ze mną w ową delegację, zaoferowała się, że przyjedzie po mnie i pojedziemy na lotnisko, gdzie auto zostanie na parkingu, by na nas czekać, a po powrocie odwiezie mnie też do domu. Trafiła do mnie, ale do wyjazdu na autostradę musiałem ją pilotować. Może to była moja wina, może ja źle ją prowadziłem, ale takiej jazdy dawno nie przeżyłem. Mówię: ”Skręć w prawo i zajmij środkowy pas”, a ona, ku memu przerażeniu, skręca w lewo, krzyczę więc: „W prawo! W prawo! Nie pod prąd!”. Wróciła na prawy pas. Dobrze, że wczesne rano i ruch żaden. Jedziemy dalej. Mówię: „Zjedź na prawy skrajny pas, bo będziemy zjeżdżać”, a ta znowu chce skręcać w lewo, pod prąd. Ponownie wołam: ”W to prawo! W to!”, dodając gestykulację, żeby nie miała wątpliwości, o którym prawym mówię. Nie wiem, może naoglądała się tych filmików na YouTube o kierowcach jeżdżących pod prąd i też chciała zaistnieć? Jakoś dojechaliśmy do autostrady. Podróż na lotnisko przebiegła bez większych niespodzianek, może dlatego, że kierunki ruchu dzieli barierka i pas zieleni, dlatego nie kusiło ją by jechać w lewo, aczkolwiek koleżanka jest dość osobliwym kierowcą i czasem wykonuje manewry, których ja nie rozumiem. Zauważyłem, że inni kierowcy również. Kilkakrotnie włączył się mój wewnętrzny, niezwerbalizowany skowyt i zajęczał kurrrrrwaaaa! W drodze powrotnej również. Boję się z nią jeździć i nic na to nie poradzę, nie wypadało mi jednak powiedzieć, żeby się przesiadła i ja poprowadzę, choć kilkakrotnie ochotę miałem wielką. Nie chcę też sugerować, że kobiety są złymi kierowcami, bo zdarza mi się jeździć z prowadzącymi znakomicie, ale ona – makabra. Jej sposób prowadzenia auta objęty jest jakimś obłędem i tylko czujności innych kierowców zawdzięcza to, że nie miała dotąd wypadku. Nie wsiądę więcej do żadnego pojazdu, który ona miałaby prowadzić, bo na samą myśl o jeździe z nią cały dygoczę wewnętrznie. 

Robiąc fotograficzną dokumentację wyjazdu, by móc się podlansować na fejsie, zdołałem przywabić jednego z ochroniarzy lotniska. Niestety nie zadziałał mój urok osobisty ani nieodparty czar, a procedury, zrobiłem bowiem parę fot strefy kontroli bezpieczeństwa - natychmiast podszedł do mnie bardzo przystojny pan, uprzejmie zażądał pokazania zdjęć, które przed chwilą zrobiłem i tonem nie znoszącym sprzeciwu nakazał je wykasować, co też potulnie uczyniłem, bo taki był władczy. Grzecznie przycupnąłem sobie w poczekalni i nie prowokując więcej incydentów doczekałem odlotu. A przyznać muszę, że entuzjastą latania jestem umiarkowanym. Ogromnie doceniam oszczędność czasu, szybkość i wygodę, jednak entuzjazm swój wspierać muszę magiczną romboidalną pastylką, która w czarodziejski sposób powstrzymuje mnie przed zafundowaniem sobie i współpasażerom efektownego performensu w postaci dorodnego napadu paniki, spowodowanego przebywaniem w zamkniętym pomieszczeniu, z którego nie da się wysiąść, jak z autobusu. Poza tą drobną niedogodnością, pacyfikowaną magiczną mocą pastylki, jestem wprost stworzony do latania, w którym też jest coś z magii, bo pół Europy można przebyć w półtorej godziny, a ocean w siedem, choć za samolotowym okienkiem wygląda to tak, jakby wisiało się w powietrzu bez ruchu. Lot do Brukseli przebiegł spokojnie, pomimo lekkich turbulencji i pilota, który popisał się średnio, gwałtownie podrywając maszynę przy starcie i lądując też nie najprzyjemniej, twardo siadając na pasie. Chyba humoru nie miał na subtelne manewry. 

Sama Bruksela zaskoczyła mnie swoimi stosunkowo niewielkimi rozmiarami, bardzo zwyczajnym centrum i prześlicznym Wielkim Placem wpisanym na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Manneken Pis, będący symbolem i najważniejszym punktem turystycznym Brukseli, jest zaskakująco mały i łatwo go przeoczyć. Jakoś nieszczególnie mnie poruszył, choć selfie sobie cyknąłem, żeby mieć dowód zaliczenia. O wiele ciekawszym dla mnie miejscem było Królewskie Muzeum Sztuki Dawnej, w którym wystawione są prace Cranacha Starszego, Bruegla, Rubensa, van Dycka i Boscha. Bardzo podobała mi się również brukselska katedra z przepięknymi witrażami. Na wszystkich turystycznych trasach (również na lotnisku) widać dużo policji pod bronią, co stwarza dość przygnębiające wrażenie. Moim zdaniem Kraków, Wrocław i Warszawa są od Brukseli dużo piękniejsze. 

Czasem pół Europy przebyć trzeba, by po raz pierwszy w życiu na własne oczy ujrzeć zjawisko, jakie widywało się dotąd jedynie w telewizji. Idąc z Wielkiego Placu w stronę Manneken Pisa spotkałem laskę z wygoloną na zero i na kolorowo wytatuowaną głową oraz zakolczykowaną szczelnie twarzą. Miała kolucha w uszach, brwiach, nosie i wargach. Z tym całym badziewiem ważyła chyba 15 kg więcej niż bez niego. Swoją całkiem ładną buzię (przyjrzałem się dyskretnie) ukryła pod tym szajsem. Tak bardzo przylgnęła do oryginalności, że zrobiła z siebie dziwowisko. A może właśnie taką miała intencję?    

To nie objaw rasizmu, jedynie moja obserwacja z kilkudniowego tam pobytu: niemal wszystkie sklepy z pamiątkami i knajpy w centrum prowadzą Arabowie, przed sklepami spożywczymi rozkładając towary na chodnikach, jak na jakimś suku. Niektórzy dość nachalnie zaczepiają potencjalnych klientów. Do tego jeszcze ci policjanci pod bronią i tajniacy przyglądający się uważnie ludziom, a nie zabytkom, co jest konsekwencją marcowych zamachów terrorystycznych - wszystko to sprawiło, że po zmroku nie czułem się w centrum Brukseli komfortowo. Spotkałem tam też dwóch przedstawicieli brukselskiej elity, zwanej żulerią. Co ciekawe, rozmawiali po polsku… 

Znajoma zażyczyła sobie magnesik na lodówkę, przy okazji zwiedzania rozejrzałem się więc za jakimś. Trudne to nie było, bo na turystycznych szlakach sklepów z pamiątkami obfitość wielka, a w nich magnesików ile dusza zapragnie, choć na wszystkich Manneken Pis w najróżniejszych kolorystycznych konfiguracjach i rozmiarach. Najbardziej wstrząsnęła mną wersja wykonana z porcelany, wielkości spodeczka, w której Manneken obsypany obficie złotym brokatem prezentował się na równie zabrokatowanym srebrnym tle. Właściciel sklepu z pamiątkami najpewniej uznał ten model za najpiękniejszy dostępny u niego bibelot, dzieło sztuki nieomal, skoro wycenił go na całe 15 euro. Nie nabyłem go jednak, choć mógłby być chlubą każdej magnesikowej kolekcji, bo nie wiedziałem, czy znajoma byłaby w stanie znieść aż tyle… piękna. Wykosztowałem się na mniej wstrząsający wariant, w którym czarny szklany Menneken sika na przeźroczystym szklanym tle. Nie dane mu jednak było opuścić Belgii. Wróciwszy do hotelu zapakowałem go dla bezpieczeństwa do torby na laptopa, którą miałem zabrać z sobą jako bagaż podręczny na pokład samolotu. Przy odprawie musiałem wyciągnąć laptopa oraz ładowarkę z torby i przy tej operacji mannekenowy magnesik wypadł i strzaskał się był na sto szklanych okruszków. W całości pozostały jedynie sam magnesik oraz mannekenowa łapka trzymająca siusiaka, dlatego przekroczywszy bramkę grzecznie przeprosiłem i pamiątkę ową porzuciłem. Oczywiście bramka z konieczności została wyłączona z użytku, bo rozsypane szklane confetti stanowiło zagrożenie dla stóp pasażerów, z których większość musi do kontroli zdejmować buty i przekraczać bramkę bez nich. Jeśli w TV mówili o zatorze przy bramkach kontroli osobistej na brukselskim lotnisku, to winny byłem ja – nie żaden Arab.

Lot powrotny był idealny (start i lądowanie wprost mistrzowskie), choć nie obyło się bez pewnych niedogodności, bo próbowano nas, pasażerów, upiec, zamrozić, znowu upiec i ponownie zamrozić. Zabawnie było obserwować jak ludziska rozbierali się, potem ubierali, żeby znowu się rozebrać i ubrać ponownie, jak sterowani. Komfortowa temperatura ustaliła się dopiero po około pół godzinie lotu, czyli pokonaniu 1/3 trasy. Startowaliśmy przed świtem. Pod chmurami była ciemność, ale po wzniesieniu nad chmury ujrzeliśmy cudowną, olśniewającą jasność rozświetlającą horyzont. Dzień się budził bardzo efektownie...

24 komentarze:

  1. Nooo szkoda siusiaka, ale cóż... dobrze, że dobrze :) uściski

    OdpowiedzUsuń
  2. W Brukseli byłem tylko raz, przejazdem, ale to, co widziałem, nie zachęciło mnie jakoś bardzo do powrotu. Manneken Pis to rozczarowanie życia - myślałem, że to figurka przynajmniej naturalnej wielkości dziecka, a to kurde takie małe coś...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mówią, że rozmiar się nie liczy...

      Usuń
    2. Ha! A to on jest mniejszy? Tez dawalam mu z metr przynajmniej.

      Usuń
    3. Nie, to taka maleńka figurka jak barokowe putta w kościele. Tyle że bez skrzydełek.

      Usuń
    4. @xpil: Kłamią - rozmiar ma znaczenie.
      @diabel-w-buraczkach: Manneken ma dokładnie 61 cm wzrostu
      @Marcin: No bo też w Brukseli, poza Wielkim Placem, Królewskim Muzeum Sztuki i katedrą (wszystko to do jednorazowego obejrzenia) nie ma nic ciekawego.

      Usuń
    5. Zdecydowanie, Praga jest mega:)

      Usuń
  3. Ja wiem, że jak się mrozi i rozmraża coś, co zawiera jajka, to źle. Bardzo, bardzo źle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Absolutnie się z Tobą zgadzam, cokolwiek masz na myśli:)

      Usuń
    2. Czasem wypada rozmrozić lodówkę. Ale wówczas nie zawiera ona jajek.

      Usuń
  4. Kiedy Wiewiór mi mówi, że mam skręcić w prawo, a ja pytam w które prawo, to się złości. Zupełnie nie rozumiem o co tyle hałasu :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, mam podobnie :)

      Usuń
    2. Bo dla Wiewióra, podobnie jak dla mnie, pytanie "w które prawo" jest stresujące. My znamy tylko jedno prawo, Wy dwa: prawo-prawo i prawo-lewo:)

      Usuń
    3. Pojęcie prawo-lewo jest względne! Zależy od tego, jak jesteś ustawiony. Moje prawo nie jest tym samym, co jego prawo, jeśli on np jest bokiem do mnie ustawiony. A jak stoi przodem do mnie to jego prawa to moja lewa. Zatem określenia te uważam za skrajnie nieprezycyjne i nic dziwnego, że się chcę dopytać o co mu chodzi. Wolę jak pokazuje ręką, albo powie w stronę różowej kamienicy, albo sklepu z bułkami. Wtedy wiem, czego oczekuje.

      Usuń
    4. Pozwolę sobie nie zgodzić się z Tobą. Jeśli obydwoje jesteście zwróceni w tym samym kierunku, jak w samochodzie, opisana przez Ciebie względność nie występuje. Co innego w innych konfiguracjach. Dopytujesz zanim skręcisz - i słusznie. Koleżanka po prostu skręca, zawsze w lewo. Niestety nie miałem okazji do sprawdzenia, czy gdybym powiedział, żeby skręciła w lewo, wybrałaby przeciwny kierunek

      Usuń
    5. To jest tak Adamie, jedziemy po Dublinie i nie ma czasu na gadu gadu, bo ulice tu tam siam jednokierunkowe i mówię wyraźnie:

      - W prawo skręć, w prawo! No w prawo mówiłam.
      - Myślałem, że w Twoje prawo!

      I znowu robimy wielkie kółko, żeby skręcić w prawo. Ale moje prawo, to jego lewo, więc wiesz, kwestia kto z kim przystaje.

      Usuń
    6. Każdemu może się zdarzyć, to prawda. Mnie też się zdarzyło jeden czy dwa razy. Ale koleżanka jest pod tym względem chroniczna.

      Usuń
    7. Nie tłumaczę jej, ale wiem, że nie jesteśmy z tym sami :) i oczywiście znam takich kierowców, gdzie po jednej wyprawie już z nimi nigdy do auta nie wsiądę :) choćbym miała korzenie zapuścić :)

      Usuń
    8. Po prostu macie więcej wyobraźni:)
      A tę moją chronicznie chcącą podążać na lewiznę koleżankę lubię, ale do auta, które ona miałaby prowadzić nie wsiądę - zwyczajnie boję się.

      Usuń
    9. Rozumiem, rozumiem, kiedyś z Warszawy chciałam wracać pociągiem, bo bałam się wracać z przyjaciółką z północy, która jest prawdziwym piratem drogowym. Po kilku tygodniach od powrotu dostala trzy mandaty do zapłaty i zdjęcia z moim bladym uśmiechem. Raju!

      Usuń
  5. Och, to jakbyś ze mną samochodem podróżował. Ale nie zna życia, kto nigdy ze mną nie parkował;-) Siusiajacego szkoda!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że z Tobą podróżuje się znacznie weselej:)

      Usuń

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger