14 listopada

Ekstrawagancja

Moja koleżanka, mająca słabość do niebanalnych kostiumów, przybyła dziś do pracy spowita w czarno-srebrny płaszcz, który skrzącą migotliwością swych srebrzystości zogniskował spojrzenia wszystkich obecnych, a który - jak się po chwili okazało - był jedynie skromnym zwiastunem tego, co skrywało się pod nim, bowiem gdy go zdjęła, wyłoniła się spod niego zwiewna tunika koloru zielonego, łudząco przypominająca koszulę nocną. Można by pomyśleć, że koleżanka zapomniała się rano przebrać i przybyła do pracy tak, jak wstała z łóżka, jednak rude legginsy i zwiewne koronkowe elementy zdobiące jej ochędóstwo tu i ówdzie (z naciskiem na ówdzie) jednoznacznie wskazywały, że to nie był wypasiony model pidżamy, a strój jak najbardziej wizytowy. Przyznać muszę, że rzadko można ujrzeć kolor aż tak zielony, zwłaszcza w zestawieniu z tak bardzo rudym, jednak koleżanka mając (chyba) wrodzoną i (na pewno) chroniczną skłonność do ani trochę nie rzucających się w oczy kolorów w odcieniach neonowych, właśnie w takich zestawieniach gustuje. Jej dzisiejszy anturaż, który nazwać ekstrawaganckim to zdecydowanie za mało, tak mnie ujął, że zanim zdążyłem ugryźć się w język, wypowiedział on zdanie: „Jaki masz zwiewny strój. Taki… oniryczny”. Zamurowało ją, szczęka jej literalnie opadła, a uruchomiona próbą procesu dedukcyjnego burza synaps odmalowała się na jej obliczu bogatą paletą barw, obnażających jej myśli, gdyż nie znając znaczenia słowa oniryczny, wahała się, czy nie jest ono synonimem słowa onanistyczny, zaczynając się bowiem od oni- i kończąc na -czny brzmieniowo prawie pasowało. Choć to środkowe -ry- i brak jednej sylaby psuły jej nieco tę analogię, podążyła jednak tą właśnie ścieżką i na wszelki wypadek zdecydowała oburmuszyć się z głębi swej urażonej cnoty. Zauważywszy uczynione ku temu przygotowania w postaci adekwatnego uplastycznienia twarzy, w chwili, w której brała oddech by je wyartykułować, wyjaśniłem jej, co owo słowo znaczy. Zawiesiła się na krótką chwilę, po czym nieco oszołomiona spróbowała zachichotać, ale i tak nie zdołała zamaskować zawstydzenia z analogii, jaka przyszła jej na myśl. Powstrzymałem śmiech bohaterskim wysiłkiem i pognałem jak wicher do sąsiedniego pomieszczenia, by tam, po zatrzaśnięciu za sobą drzwi, uwolnić go. Do łez.

13 komentarzy:

  1. Rzadko kiedy zdarza mi się czytać tak poetycko-ironiczną prozę. Mistrzostwo! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Chciała zostać zauważona? Chciała. No to została.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chcesz przebić ten efekt, po prostu przyjdź do pracy nago.

      Usuń
    2. Pomysł wart rozważenia, choć obawiam się, że musiałbym się cały obsypać brokatem, żeby choć spróbować z nią konkurować

      Usuń
  3. Adamie, prawdziwie wielkie entrée to Ty byś zrobił wkraczając w podobnej kombinacji kolorystycznej. Nie musiałaby być nawet zwiewna. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aber, ja wiem, że ładnemu we wszystkim ładnie, jednak tak drastycznych zestawień kolorystycznych jeszcze nie użytkowałem. I użytkował nie będę, bo na to za mało wyrafinowany jestem.

      Usuń
    2. Choć gdyby dodać do tego różowe boa to kto wie? Może i bym się skusił?:))))

      Usuń
  4. Zawsze mówiłem, że używanie niezrozumiałych słów doprowadzi prędzej czy później do jakiegoś cum grano salis.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wujek Google powiedział, że cum grano salis oznacza sceptycyzm, a ja w powyżej opisanej scence sceptycyzmu nie zauważyłem. Może dlatego, że bylem tej scenki aktywnym uczestnikiem.

      Usuń
    2. Cholera, znów mi się to przytrafia. Ciut za dużo sarkazmu i pierwiastek humorystyczny psu w dupę. No nic, muszę nad sobą jeszcze popracować :)

      Usuń

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger