25 stycznia

(...)

(...)

Mięknę. Drzemiąca we mnie zimna suka już nie taka zimna. Wczoraj okulistka przy okazji badania kontrolnego zapytała ile mam lat. „Nie wygląda pan” – powiedziała otrzymawszy tę informację. Chyba zaczynam się starzeć skoro ludzie zaczynają mi mówić, że wyglądam młodo. W byciu po 40. najbardziej podoba mi się to, że mam wyjechane na wiele spraw, które zaciskały mi zwieracze, kiedy byłem po 20. Polubiłem się i sam się sobie wreszcie podobam, choć gęstość skóry już nie ta i tyłek też już nie tak zajebisty...

23 stycznia

SOS dla Michała

Michał obchodzi dziś 37 urodziny. Dzielnie walczy ze stwardnieniem rozsianym, które pożera jego sprawność w szybkim tempie. Jeszcze dwa lata temu zdrowy, teraz już zmuszony do chodzenia z balkonikiem, bo stwardnienie dobrało się do jego równowagi i koordynacji ruchowej, przy okazji nadgryzając też jego wzrok i pamięć. Aby spowolnić postępy tej strasznej choroby potrzebuje intensywnej rehabilitacji w ośrodku specjalizującym się w rehabilitowaniu cierpiących na SM - Centrum Rehabilitacji dla Osób Chorych na Stwardnienie Rozsiane w Bornem Sulinowie. NFZ refunduje tam zabiegi rehabilitacyjne, jednakże pobyt, wyżywienie i dojazd musi opłacić sam. Koszt turnusu bez rehabilitacji to 3200 zł. Dla niego kwota niebotyczna. Gdybyś chciał Drogi Czytelniku wesprzeć Michała w jego walce, poniżej jest link, który przeniesie Cię na stronę, na której będziesz to mógł uczynić. W zeszłym roku udało się uzbierać te pieniądze, głęboko wierzę, że w tym roku również tak się stanie. Dziękuję.

20 stycznia

Blue Friday

Zaczęło się już o świcie, kiedy budzik wyrwał mnie brutalnie z mojego pięknego snu o niczym. Później było już tylko lepiej. Wstąpiwszy w pracy do sekretariatu po korespondencję nadziałem się na nadszefa.
- Byliśmy umówieni na dzisiaj – powiedział podając mi rękę na powitanie. – Zapraszam.
- Byliśmy? – zdziwiłem się szczerze, bo nie pamiętałem w jakiej sprawie miało być to spotkanie. Improwizowałem, bo spraw służbowych nigdy nie brakuje. Gdzieś z tyłu mojej głowy kołatała się dziwna myśl, że to ja prosiłem o to spotkanie. Kwadrans po opuszczeniu gabinetu nadszefa przypomniałem sobie, po co byliśmy umówieni, więc wróciłem. Nawet nie patrzył na mnie dziwnym wzrokiem, był zbyt zajęty. Cały dzień w pracy spędziłem w jakimś takim roztargnionym rozprzężeniu, wykonując swoje obowiązki automatycznie. Stan ten osiągnął apogeum po pracy, może dlatego, że resztki koncentracji i zborności zużyłem na pokonanie samochodem drogi do domu. Gdzie czekał ciekawy mejl od jednego z blogerów na temat deliberacji, który musiałem przeczytać kilka razy, żeby zrozumieć, a zwykle nie mam problemu z czytaniem ze zrozumieniem. No i odpowiedzieć, co zajęło mi również o wiele więcej czasu niż standardowo. Towarzysząca tym czynnościom refleksja, że oto demencja pożarła resztki mojego intelektu, nie zdołała mnie zgnębić tylko dlatego, że późny wieczór zlitował się nade mną każąc pójść spać…     

***

Blogger zdurniał kompletnie i przeniósł większość komentarzy spod postów do spamu. Pewnie zupełnie bym się w tym nie złapał, gdyby nie chwila mniejszego roztargnienia. Zwróciłem mianowicie uwagę na informację o pojawieniu się nowego komentarza pod postem, którą otrzymałem mejlem. Chcąc na niego odpowiedzieć nawiedziłem swojego bloga i ze zdziwieniem skonstatowałem, że komentarzy żadnych nie ma. WTF pomyślałem i zadumałem się egzystencjalnie, co też zaowocowało, dlatego warto się czasem zadumać. Przypomniałem sobie, że eM coś wspominała u siebie o znikających komentarzach i Mr Aberfeldy, wszedłem więc w spam w ustawieniach i tam je odnalazłem. Chyba serwery źle znoszą zmasowany atak blogerów przenoszących swoje blogi z zamykanego blog.pl.

08 stycznia

Foch

Od jakiegoś już czasu obserwuję, że osób sfrustrowanych jest wokół coraz więcej. Głównie młodych, takich w okolicach trzydziestki. Na jednego takiego trafiłem dziś w sklepie. Mało atrakcyjny pan z wózkiem dziecięcym, płaskim tyłkiem i łupieżem na kołnierzu kurtki wyłożył swoje zakupy na końcu taśmy przy kasie. W czasie, kiedy podawał dziecku soczek, taśma przesunęła się, robiąc miejsce na moje zakupy, które zacząłem wykładać.  
- Po co pan to przesuwa!!? – zaatakował mnie, kiedy przesuwałem zgrzewkę mojej wody bliżej jego bio papierów toaletowych i drożdżówki w foliowym woreczku. 
- Bo mogę? – odpowiedziałem pytaniem nieco zaskoczony.
- Nie ogarniam tego – żachnął się na wysokim fochu, myśląc najpewniej, że przesunąłem jego zakupy, żeby zrobić miejsce na swoje.
- Widzę, że pan nie ogarnia, ale tym nie należy się chwalić – odpowiedziałem spokojnie nie patrząc na niego. – Nie ruszałem pańskich zakupów, to taśma się przesunęła, więc z tym fochem to nie do mnie. Dziękuję. 
Kasjerka nie zdołała powstrzymać chichotu, co pana trochę otrzeźwiło. Nie przeprosił jednak,  ale przynajmniej kasjerce podziękował i poszedł oburmuszony, pchając przed sobą wózek, z którego wystawały różowa czapeczka i dwie radośnie majdające różowo obute  nózie...

07 stycznia

Korona królów

Obejrzałem pierwszy odcinek. I... Mój Boże. Od czego tu zacząć? Może od samego początku. Już na samym wstępie jakiś wyjec w muzycznym intro doskonale wprowadza to, co następuje zaraz potem: kiepski scenariusz, banalne dialogi, żenująco słabe aktorstwo, papierową scenografię, że o realiach epoki nawet nie wspomnę. I niech to starczy za całą recenzję. Czy jestem rozczarowany? Absolutnie nie, bo właśnie czegoś tak słabego się spodziewałem, no bo czegóż można oczekiwać od serialu, którego cały budżet jest równy budżetowi jednodniowego kateringu serialu "Gra o tron". W tym kontekście buńczuczne zapowiedzi reklamujące ową produkcję jako polską „Grę o tron” wydają się uzasadnione, choć ja raczej określiłbym ją jako kostiumowe „M jak miłość”. Miłośnikom tego serialu „Korona królów” zapewne się spodoba, mnie jednak pusty śmiech ogarnął, a że starczyło go tylko do połowy pierwszego odcinka, następnych z pewnością nie obejrzę...

Update 08.01.2018

Drogi Czytelniku szczerze polecam zalinkowaną poniżej (za pandeMonią) recenzję. Jest świetna.
Recenzja "korony królów"

06 stycznia

Manowce (nie)praworządności

Wczoraj po raz pierwszy w życiu świadomie i z premedytacją złamałem przepisy drogowe* i 30 cm tylko brakło, a zostałbym za to dotkliwie ukarany. Chciałem sobie skrócić drogę zawracając na skrzyżowaniu, na którym nie wolno zawracać, bo jego ruchem steruje sygnalizacja kierunkowa - strzały pokazują kierunek jazdy i ewentualnego skrętu, a jak wiadomo, jeśli na takim skrzyżowaniu nie ma znaku dozwalającego zawracanie, zawracać nie można. Wczoraj przez chwilę miałem w tej kwestii zdanie odmienne. Próbując zawrócić, skupiłem się na przepuszczeniu samochodów nadjeżdżających z naprzeciwka i kompletnie zapomniałem o jeżdżących środkiem skrzyżowania tramwajach, widocznych w ostatniej chwili, bo tory biegną tam łukiem. No i byłbym się z jednym spotkał. Brakło 30 cm. Uratowała mnie przytomność motorniczego i mój nawyk sygnalizowania skrętów, dzięki któremu miał on czas, by zareagować i zahamować. Co za stres. I co za głupota. Moja. Nie dla mnie manowce niepraworządności…
________________________
* przekraczanie prędkości dozwolonej w granicach 10 km/h nie uważam za złamanie przepisów, a jedynie za ich drobną nadinterpretację. 

04 stycznia

Pogawędka

- Nie cierpię Sylwestra! Nie znoszę tego szumu, pierdół puszczanych w telewizji! No i te fajerberki (sic)! Po co to tak cudować?! Zawsze boję się, że któryś zostanie nieumyślnie wycelowany w mój dom i spłonę. Dlatego nie spałam, tylko czuwałam, śledząc przez okno, gdzie lecą…
- Przez otwarte? – odważyłem się przerwać jej pełną pasji narrację.
- No a jakie? – zapytała lekko zaskoczona.
- No tak, oczywiście. To wyjaśniłoby też pani Zosiu, dlaczego pani taka zakatarzona… - dodałem nieco zaczepnie.
- Nie rozmawiam o starociach! – żachnęła się i chcąc odwrócić uwagę od swoich osobliwych sylwestrowych zwyczajów i ich kataralnych konsekwencji, poderwała się i poszła do kuchni ukroić hojny kawałek sernika, zupełnie ignorując moją prośbę o to, żeby porcja była malutka…

03 stycznia

Postanowienie noworoczne

Czyniąc zadość prastaremu słowiańskiemu zwyczajowi, w Sylwestrowy wieczór uczyniłem noworoczne postanowienie i obiecałem sobie sadzić więcej warzyw. Jakoże w starym roku nie zasadziłem żadnego, a przedwczoraj w górach zasiałem w doniczce kolendrę, postanowienie wypełniłem w 100% już pierwszego dnia nowego roku. Bardzo to pozytywnie wpłynęło na moje poczucie optymizmu oraz własnej wartości… 

01 stycznia

Nowy


Drodzy! Na ten Nowy Rok życzę Wam dobrego, mądrego i wrażliwego świata, żeby za Wami nadążał! Niech się Wam darzy!



Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger