31 maja

Pożegnanie z Afryką

Elka. Niegdyś moja bliska przyjaciółka. Choć była kilka lat ode mnie starsza, bardzo dobrze się rozumieliśmy. Tak się złożyło, że w tym samym czasie, kiedy ja wyjechałem do Katowic na studia, Elka, po tym, jak jej małżeństwo się rozpadło, wyemigrowała do UK. Nasza przyjaźń siłą rzeczy rozluźniała się, aż w zasadzie zanikła. W międzyczasie Elka w UK poznała kogoś, z kim była kilka lat. Ten związek również się rozpadł. Choć zawsze kręciło się wokół niej mnóstwo mężczyzn, bo śliczna, Elka rozczarowana dwoma nieudanymi związkami przez jakiś czas była sama, jednak 5 lat temu, zupełnie przypadkiem, poznała kogoś. Zakochali się w sobie jak para nastolatków. Byli razem trzy lata – szczęśliwi, zakochani. Któregoś niedzielnego poranka zbudziła się z poczuciem, że coś jest nie tak. Wzbierający nieokreślony strach sprawił, że odruchowo przytuliła się do niego i wtedy świadomość poraziła ją jak błyskawica: był bezwładny i nie czuła ani nie słyszała jego oddechu. Zerwała się i próbowała go zbudzić – nie reagował. Wezwała pogotowie. Lekarz stwierdził zgon. Autopsja wykazała, że zmarł we śnie z powodu pęknięcia tętniaka aorty. Elka pogrążyła się w rozpaczy. Teraz już jest lepiej, choć wciąż robi sobie wyrzuty za jakiekolwiek objawy swojej radości. Bardzo jej współczuję. Pamiętam nasze niekończące się rozmowy o życiu, o nadziejach i marzeniach. Pragnęła miłości jak w „Pożegnaniu z Afryką” i to jej marzenie spełniło się. Spotkałem przypadkiem jej siostrę, która opowiedziała mi tę smutną historię… 

17 maja

Bibi

Bibi uparcie do niedawna twierdząca, że tylko obłość jest kobieca i seksowna, a szczupłość nieatrakcyjna, niekobieca i aseksualna, Bibi pożerająca codziennie słoiczek Nutelli wielkości bryczki i kanapeczki z plasterkiem sera, który dla osoby o przeciętnej oskomie starczyłby na tydzień, Bibi tak starannie dbająca by kobiecości jej nie ubywało ugięła się była niedawno pod presją lansowanego w mediach kanonu kobiecej atrakcyjności i założywszy sobie plan zmienienia się w powabniejszą wersję Anji Rubik, natychmiast wdrożyła go w czyn, z całą charakterystyczną dla siebie przesadą, bo Bibi już tak ma, że gardzi półśrodkami - jak kocha, to na zabój, jak się śmieje, to jak obłąkana, jak je, to za trzech, jak nie je, to prawie w ogóle. Idąc tym utartym przez siebie szlakiem zamieniła wysokokaloryczną karmę na combo czarnej kawy i papierosów, i schudła bardzo szybko, niemal jak stała, tak, że nadmiar skórki oraz biust pozbawione puchowego podparcia gwałtownie runąwszy plasnęły o podłogę. Bibi pozbierała je, poutykała w bieliznę i zachwycona efektem wdrożyła drugi etap przemiany w atrakcyjniejsze wcielenie Anji Rubik, a mianowicie pozbycie się wszelkich dowodów na to, że jeszcze do niedawna kobiecość jej była rozbuchaną. W praktyce oznaczało to wywalenie wszystkiego z szaf, zapakowanie w wory, wywalenie na śmietnik i zakup nowej, dopasowanej garderoby. Tak sobie pomyślałem ujrzawszy Bibi w nowej odsłonie – a atrakcyjność jak przedtem, tak i teraz się nie pojawiła, bowiem pozostała urody zdecydowanie radiowej - że to nie pierwszy jej flirt z anoreksją i że będzie pewnie jak zwykle bywało, bo to jej sprawne przemieszczanie się pomiędzy dwoma skrajnymi biegunami wagi obserwowałem już wielokrotnie. Po gwałtownej, głodówkowej utracie trzydziestu kilogramów, kilkumiesięcznym desperackim utrzymaniu wagi, powrócą zdrowe żywieniowe nawyki, a za nimi efekt jojo i Bibi odzyska z naddatkiem to, co utraciła i znowu będzie mogła nosić swojego mopsa jak broszkę na piersi. Matka Bibi, kobieta przytomna i znająca córkę, ewakuowała ze śmietnika porzucone przez nią wory z ciuchami i zabezpieczyła je, co świadczy o tym, że ona również ewentualności ponownego przedzierzgnięcia się Bibi w barokowe putto nie wyklucza. Ta myśl dała mi trochę mściwej satysfakcji, bo kiedy skłamałem Bibi, że żyleta i nawet kciuk do góry podniosłem, żeby być bardziej wiarygodnym, ona dziękując omiotła mnie spojrzeniem taksująco-insynuującym…

15 maja

BMI

Obliczyłem sobie wskaźnik BMI i wyszło mi, że jestem za niski...

05 maja

Sesja

Jadąc w góry na długi weekend zajechałem po drodze do ciotki. Wpadłem tylko na moment, ale za to z niesamowitym wyczuciem chwili, w sam środek wielkiego wydarzenia. Nie była to wbrew pozorom jakaś nudna impreza, czy inne party, a coś znacznie bardziej odjechanego. Otóż Gocha zarządziwszy sesję zdjęciową na potrzeby lansu na fb, ubrała swego synka na biało, córeczkę na czerwono, wręczyła im flagę, upozowała, w biegu pocałowała mnie w policzek, rodzicom warknięciem nakazała opuszczenie planu zdjęciowego i bardzo z siebie zadowolona zabrała się za uwiecznianie tego żywego obrazu, który jako żywo mógłby stać się plakatem propagandowym manifestacji pierwszomajowych z okresu słusznie minionego. Rodzice Gochy bezkrytycznie oczarowani jej pomysłem, ze szczerym zachwytem zagrzewali ją do owych działań, ciotka rozemocjonowana współuczestnictwem w tym epokowym i bezprecedensowym wydarzeniu "artystycznym" prawie łkała, za lewą pierś się łapiąc. Cała ta scena była tak absurdalnie idiotyczna, że niestety nie uszanowawszy podniosłości owej chwili, spontanicznie i bezceremonialnie ryknąłem dzikim, nieopanowanym śmiechem do łez. Gocha zupełnie to zignorowała, jak zawsze, kiedy ktoś (lub coś) nie podzielał jej wizji, zdania, czy pomysłu,  aczkolwiek mógłbym przysiąc, że lewa powieka zadrżała jej z oburzenia, jej rodzice zaś popatrzyli na mnie z ledwo skrywaną dezaprobatą, jak na jakiegoś debila, który nie dość, że nie wie, co to dobra zabawa, to jeszcze cierpi na deficyt patriotyzmu oraz brak wyczucia prawdziwej sztuki, czym rozśmieszyli mnie jeszcze bardziej. Mój niestosowny wybuch radości nie zmącił ich zachwytu, bo też nic (i nikt) nie jest w stanie zachwiać kultem jakim otaczają Gochę. Szczerze ucieszyłem się, że jednak do nich zajechałem, bo gdybym tego nie zrobił, ominęłoby mnie tak wiele radości. Przy okazji tej krótkiej, ale jakże owocnej wizyty, dokonałem jeszcze jednej obserwacji: dzieci Gochy, choć obiektami kultu nie są, chowane są na jej kształt i podobieństwo, co czyni je mocno nadekspresyjnymi, że tak to eufemistycznie ujmę. W praktyce oznacza to permanentny wrzask, ryk, pisk i gonitwę – czyli czysty obłęd od otwarcia powiek rankiem, do ich zamknięcia późnym wieczorem.

04 maja

Aplikacja

Po zaaplikowaniu tabletki na odrobaczenie Luśka uciekła z domu, obrażona tym bezceremonialnym pogwałceniem jej nietykalności osobistej i spędziła pół dnia na gigancie. Na balkonie. Wróciła przed chwilą, ciągle jeszcze odrobinę nadąsana, patrząc na mnie podejrzliwie i z wyrzutem...  

01 maja

Herbatka

Pani Zosia hołduje zasadzie, że każda okazja, a nawet jej brak, jest doskonałym pretekstem do napicia się herbaty. Można by ją nawet posądzić o nieświadomy anglofilizm, gdyby nie fakt, że herbatę podaje na sposób zdecydowanie polski, w szklankach ze spodeczkami. Podczas wczorajszej naszej u niej wizyty, pani Zosia podała ukręcone przez siebie ciasto i herbatę. Moja szklanka na rancie miała niezbyt dokładnie zmytą szminkę. Odwróciłem ją dyskretnie. Jednak zauważyła. W trzy sekundy rozstrzygnęła wewnętrzny dylemat, czy doznać zawału i wylewu jednocześnie, czy też porwać się i wymienić szklankę na czystą. Ów proces odmalował się na jej twarzy feerią kilkunastu odcieni czerwieni, począwszy od purpury, przez cynober, na amarancie kończąc. Druga opcja przeważyła, więc zerwała się jak nastolatka, capnęła w locie moją szklankę i pogalopowała z nią do kuchni z szybkością, o jaką już od dawna bym jej nie podejrzewał. Przeszliśmy z tym wypadkiem do porządku dziennego bez słowa, bo też i nie było powodów do ekscytacji czy wzruszeń, jednak krwisty rumieniec, który jeszcze długo kwitł na policzkach pani Zosi świadczył o wzburzeniu owym uszczerbkiem na reputacji gospodyni, jaki poniosła. W swoich własnych oczach. Jakby jeszcze miała nie dość powodów do wzburzeń. Incydent ten jedynie na chwilę wytrącił panią Zosię z równowagi, zakłócając jej emocjonalną opowieść o dolegliwościach ją trapiących. Tak naprawdę pani Zosia, jak na swoją osiemdziesiątkę, trzyma się świetnie i jest w bardzo dobrej formie, bo nic jej nie dolega, prócz tego, co sobie sama wymyśli i wkręci. Aktualnie zdecydowała, że trząść się będzie jak ta osika. Wewnętrznie. Bowiem zewnętrzna powłoka za tą wewnętrzną potrzebą osikowania jednak nie podąża, co nie przeszkadza pani Zosi w snuciu grobowym głosem smętnej opowieści o owych trapiących ją permanentnie telepkach, ilustrowanej przekonywującym i szalenie efektownym demo, w postaci trzepania rękoma…
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger