19 czerwca

Skrupulatnie

Otrzymałem właśnie wiadomość od Kolegi wspierającego. Pisze, że nie ma się co biczować, bo emocje rozsądkiem się nie kierują. Słusznie prawi. Tyle, że ja się nie biczuję, bo masochizm nie należy do moich ulubionych rozrywek. Te blogowe wynurzenia to swego rodzaju introspekcja porządkująca, rodzaj ekshibicjonistycznej autoterapii, która odpowiada mi i jest prawie zupełnie bezbolesna. Wysłanie myśli w duszę bloga i opublikowanie ich sprawia, że po odczytaniu zyskują inną barwę. Może to dziwne, ale uruchamia to proces racjonalizowania, który pomaga łapać dystans. Badam swoje emocje, poddając je skrupulatnej analizie, żeby uzyskać odpowiedzi na swoje pytania. Od czasu jak historia z Szarookim przyschła nie czułem się samotny. Praca, jakieś tam przyjemności, różne zajęcia… Czas tak szybko pędził, że nie miałem czasu na czucie się samotnym. A może tylko wypierałem to uczucie? Jeśli tak, to sprawnie to robiłem. Jakkolwiek było, zmieniło się. Sprawiły to brązowe oczy. Zastanawiam się dlaczego i nie potrafię sobie odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiem dlaczego z wszystkich oczu tej ogromnej aglomeracji, w której mieszkam, właśnie te brązowe. Wbrew zdrowemu rozsądkowi. Nie myślałem o Nim. Owszem, jak się mijaliśmy uśmiechając się do siebie, myślałem „miły i dekoracyjny” i tyle. Może ten błysk samotności, który ujrzałem w Jego oczach miesiąc temu sprawił, że zwróciłem na Niego uwagę i zaczął istnieć w moich myślach? Może. Nie wiem nawet, czy to wszystko nie jest wytworem mojej wyobraźni, która z niewiadomych przyczyn próbuje spłatać mi niemiłego figla. Poddaję się skrupulatnej autoanalizie. Odpowiedź, jaką otrzymuję nie jest satysfakcjonująca, ale satysfakcjonująca być nie może, dopóki Brązowooki jej nie zweryfikuje. Jedno wiem – nie jestem zakochany. To nie zakochanie i nie miłość. Aż tak rozchwiany nie jestem, żeby zakochać się w człowieku, którego znam w zasadzie jedynie z widzenia i z którym zamieniłem jedynie kilka zdań. To ciekawość, otwartość i gotowość na poznawanie. Wielka chęć poznania. A tak naprawdę… Cóż… Wiem…

Gdzieś, w najgłębszym zakamarku mojego wnętrza spała tak cichutko że niemal zapomniałem o jej istnieniu, ale zbudziła się i leniwie otwierając oczy nieśmiało wyszeptała imię. Zajrzałem w siebie i ujrzałem ją - miała brązowe oczy, dołeczki w policzkach, uśmiechała się. Znam tę twarz... Tęsknota za miłością.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger