08 stycznia

Gila

Gila. Ruda suka. Owoc bezwstydnego mezaliansu rasowej wilczurzycy z jakimś kundlem. Ukochana sunia pani Stefy, sąsiadki pani Zosi. Psina urocza, radosna, przyjazna, kochająca cały świat i całemu światu tę miłość okazująca. Liźnięciem z doskoku. Gila w celu wykonania owego liźnięcia przybierała postawę dwunożną, z oparciem łap przednich na piersi istoty, która miała zostać wylizana. Akrobacje te zazwyczaj budziły protest istot przez Gilę obskakiwanych, ponieważ przednie jej odnóża pozostawiały na ich garderobie ślady. Istoty protestowały, acz bez brutalności, więc kontakty z istotami kojarzyły się Gili z radością i beztroską. Do czasu. Któregoś pięknego letniego poranka, kiedy słonko spiło już z trawki poranną rosę, pani Stefa wypuściła była Gilę na pole, ażeby Gila mogła raniutko łyknąć świeżego powietrza, a przy okazji załatwić swoje biznesa natury fizjologicznej. Gila wyskoczyła była z domu wszystkimi czterema łapami, jak to miała w zwyczaju, zaciągnęła się świeżą poranną bryzą i już przykucnęła, żeby załatwić biznesa, nie zdążyła jednak, bo… przy furtce pojawiła się istota. Pojawienie się istoty wyzwalało w Gili wewnętrzny, nieprzezwyciężony przymus okazania miłości. Nie inaczej było i tym razem. Gila zdecydowała, że biznesa będą musiały poczekać, bo zanim zostałyby załatwione, istota mogłaby zniknąć. Poderwała się więc była z kucków i pognała na powitanie istoty… Biegnąc nie wiedziała, że to spotkanie będzie wyraźną cezurą w jej radosnym i beztroskim życiu. Nie podejrzewała, że po tym spotkaniu nie będzie już tą samą Gilą, którą dotąd była. Owego pięknego letniego poranka bowiem Gila radośnie pognała na spotkanie przeznaczenia. Już, już miała wykonać podskok z poderwaniem łap przednich… Nie zdążyła jednak, albowiem... Gila miała pecha owego ranka, bo nadziała się była na Eduardo, uosabiającego całe bogactwo znaczeniowe słowa cham. Eduardo huknął był na nią swym głosem tubalnym, nazywając ją drastycznie grubym słowem na k… Gila nie będąc przyzwyczajoną do takiej werbalnej brutalności, wyhamowała gwałtownie, zrobiła w tył zwrot i ze skowytem zwiała schować się za swoją panią. Pani Stefa słysząc, jakim słowem zbezczeszczona została jej ukochana sunia, uruchomiła się i nawet usiłowała coś tam pysknąć, ale Eduardo spacyfikował ją miażdżącą argumentacją, wobec której pani Stefa, jak każda istota mająca wrażliwość większą od ameby, musiała wymięknąć. Tego ranka Gila na własnej swojej rudej skórze przekonała się, że życie oprócz radosnego i beztroskiego oblicza, może mieć też oblicze ponure i brutalne. Gila, która niczego się dotąd w swoim psim życiu nie bała, owego ranka doznała traumy i poczęła się odtąd bać chamstwa. Uznała, że to nie jest jej żywioł, dlatego, żeby uniknąć ewentualnej ponownej konfrontacji, chowała się w najciemniejszy kąt, jak tylko doszedł jej uszu głos Eduardo. Wychodziła zeń, jak głos Eduardo zginął już gdzieś w oddali. Opuszczała ów najciemniejszy kąt rozglądając się czujnie, czy aby na pewno Eduardo oddalił się już dostatecznie daleko, bo „cham chamem, na wieki wieków amen” – jak zwykła czasem mawiać pani Zosia. Gila zdecydowanie podzielała to zdanie. Po tym niemiłym incydencie stała się mniej wylewna w okazywaniu uczuć istotom i przestała wykonywać wyskoki. Czego akurat nikt nie miał jej za złe.

Pani Stefa, jak już wspomniałem, ogromnie Gilę kochała i... przekarmiała. Gila zaś ze swej natury strawą nie gardziła, bo apetyt miała taki, że ile by dostała, tyle by zżarła. Zaspokajanie oskomy było jej największą namiętnością i sensem jej życia. A że miała nieco łajdacką naturę, po błyskawicznym wymieceniu wszystkiego z wielkiej michy w domu (zapełnianej przez panią Stefę trzy razy dziennie!), Gila, która przekąsiłaby jeszcze jakowąś pychotkę, wyruszała niesiona ową zachcianką na poszukiwania czegoś smakowitego. Zazwyczaj udawało jej się coś znaleźć lub wyżebrać, bo i do takich metod Gila się posuwała. Koło sklepu na ziemi można czasem natknąć się na jakąś mniam-pychotkę, można też udać przed istotą wychodzącą ze sklepu z zakupami, słaniającą się z głodu biedną psinę. Zadanie będące dla Gili prawdziwym aktorskim wyzwaniem. Tak pracowicie wyszukane smakołyki w postaci kawałka skórki chleba, bądź wędliny, były dla Gili prawdziwymi rarytasami! Efekt tego aprowizacyjnego rozpasania był taki, że z wyglądu przypominała rozdętego guźca. Pani Stefa, bynajmniej nie reglamentująca Gili strawy, w dbaniu o nią też czasem przesadzała. Zdarzyło się pewnej jesieni, że Gila zrobiła sobie na dwa dni przerwę od... załatwiania biznesu, który dotąd miała zwyczaj załatwiać każdego ranka w pełnej skupienia zadumie. Fakt ten wzbudził w pani Stefie podejrzenie jakiejś dramatycznej gastrycznej niedomogi u suni. Pani Stefa postanowiła powstrzymać się jeszcze od gwałtownych alarmowych kroków do ranka dnia następnego. Kiedy i następnego ranka historia z kucaniem nie znalazła swojego zwyczajowego epilogu, pani Stefa narobiła rabanu i zawezwała weterynarza na wizytę domową. Weterynarz zjawił się, Gilę zbadał i stwierdził, że przekarmiona jest i… tyle. Chciał wypisać receptę na jakiś środek, który łagodnie by Gilę rozluźnił i rozwolnił, ale pani Stefa ofuknęła go, że ma ratować jej ukochaną sunię już, teraz, natychmiast, bo zanim ów środek zacznie działać, to jej najdroższa Gilunia może się rozpuknąć i zrobić zejście. Weterynarz powiedział ok, wszak „klient nasz pan”, i skoro pani Stefa się napierała… napoił Gilę od drugiej strony. Enemą. Gila najwidoczniej zupełnie inaczej sobie ten zabieg wyobrażała, bo zdecydowanie powiedziała Enemie "never again!” i tego postanowiła się trzymać do końca swoich dni. Co dzień raniutko wyskakiwała na pole wszystkimi czterema łapami i kucając tak długo załatwiała swoje biznesa, aż… je załatwiła! Choćby przyszło jej kucać z wybałuszonymi oczyma do wieczora! Gila – suka bohaterka… 

2 komentarze:

  1. Smakowite! :) Jakbys o mojej Kiruni pisal, ona tez wszystkich kocha, z ta tylko roznica, ze nie jest przekarmiana. Ale chamow boi sie tak samo. :)))

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger