07 lutego

Performens

Całe swoje życie pani Zosia dba o to, żeby żyć po cichu, nie dając plotkarom asumptu do noszenia jej na jęzorach, więc dla zachowania równowagi rekompensuje sobie ową życiową cichość ekscentryzmem medycznym, zmieniając lekarzy jak rękawiczki. Pisałem jakiś czas temu o przygodzie pani Zosi z psychiatrą, która okazała się przejściowym incydentem, bowiem, jak to w życiu czasem bywa, pani Zosia postawiła się w obliczu konieczności wyboru sposobu na jedną z płaszczyzn swojego życia i takiego wyboru dokonała. Terapię przerwała, uznając najwidoczniej, że życie bez nerwicowych dygotek i somatycznych bólów głowy straciło smak. Stwierdziła przy tym, że przez psychiatrę jej się pogorszyło. Nie wiem co, bo mogło być tylko lepiej, ale nie dociekałem. Skoro panią Zosię uszczęśliwiają jej dolegliwości, niech je sobie ma. Są różne rodzaje miłości i różne psychiczne jazdy – pani Zosi udało się połączyć je w jedno, umiłować i rozsmakowując się w nich, osiągać satysfakcjonujący ją błogostan. Nasuwa mi się tu analogia z przedkładaniem „spajania dusz stanem permanentnego ich mdlenia od nadmiaru niedoumierania”, nad inne interpersonalnie spajające aktywności. Ktoś, kogo lubię orzekł, że to ma potencjał. Wierzę na słowo, choć nie rozumiem. Ale czy ja muszę wszystko rozumieć? Każdy wybiera to, co lubi. Zupełnie jak pani Zosia, lubiąca przy tym pewną widowiskowość, której w rozstaniu z psychiatrą nie mogło zabraknąć, bowiem w wigilię wyznaczonej u niego wizyty, pani Zosia zległa była na tajemniczą (antypsychiatryczną) chorobę, z powodu której - jak twierdziła później - prawie była zeszła, co zmusiło ją dnia następnego do zamienienia wizyty u psychiatry na wizytę domową lekarza rodzinnego, którego wezwała o poranku. Chyba tak źle nie było, skoro mogła na lekarską pomoc poczekać do rana. Zrekompensowała to sobie jednak, bo jak przyjechał, urządziła taki performens, że biedak wyekspediował ją do szpitala. Dorocznemu rytuałowi stało się zadość. Pani Zosia nacieszywszy się zainteresowaniem lekarzy, przy okazji zeskanowana i laboratoryjnie wybadana (wyniki jak zawsze idealne), została wypisana ze szpitala rankiem dnia następnego. Lekarz, który ją wypisywał – jak to później zreferowała pani Zosia własnymi usty – zabronił jej leczenia się u psychiatry (sic!) i zapisał jej lek, dzięki któremu cudownie ozdrowiała i tak wspaniale się czuje, że żadnego innego już nie potrzebuje: Acard! Przyznam, że tym urojeniem objawieniem pani Zosia tak mnie rozwaliła,  że nie byłem w stanie powstrzymać chichotu, który wyrwał się był ze mnie spontanicznie ku jej niezadowoleniu. Zdusiłem go opanowawszy się i z pokerową twarzą powiedziałem tylko: "Cudownie pani Zosiu. Nic, tylko łykać". Zebrałem się pośpiesznie i wyszedłem. Z trudem zaniosłem swoją radość do domu, gdzie padłszy na kanapę zaniosłem się tak szalonym śmiechem, że aż łzy płynęły mi po twarzy. Dobrą chwilę trwało, zanim opanowałem się na tyle, żeby móc powtórzyć dramatyczną opowieść pani Zosi Mamie, która również popłakała się ze śmiechu. Pani Zosia skonfabulowała, chcąc jakoś uzasadnić swoją woltę. A że nie do końca to się udało... Cóż… W jej wieku może jej się już trochę lapcyć*.
___________________________________
* bredzić - synonim używany przez gawiedź w moim górskim raju. Czyż nie śliczny?

8 komentarzy:

  1. Pani Zosia w szczytowej formie jak widzę:)
    I w dodatku powróciła szansa, że Ona jedna ten nfzetowski system rozwali w drobny mak:))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie wiem, jak mawia Pani Zosia, bo odkąd łyka Acard, wspanioale się czuje (a przynajmniej tak twierdzi), wychodzi więc na to, że chyba Acard system ocalił:))))))))))))))))))))))))

      Usuń
    2. Ja jednak wierzę w możliwości Pani Zosi. Byle acard nie może stanąć Jej na drodze:)))))

      Usuń
  2. Do Adama
    Adamie,
    damie się wszystko daruje,
    bo nas sobą czaruje.
    mnie też jedna oczarowała
    i zoną mą została.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zapraszam,
    do pójścia w moje ślady,
    zostawiam je dla ciebie na piasku pustyni, przez którą idę do oazy, by rozkoszować się daktylami i innymi słodkościami,
    jakie czekają na tych, którzy tam podążają.
    Mam nadzieję, że dzieląc się z innymi swoim szczęściem,
    zachęcam ich do szukania szczęścia.
    Szczęśliwej drogi życiowym wędrowcom

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja tak liczyłam na panią Zosię! Miałam nadzieję, że zostanie orędowniczką zdejmowania odium z pacjentów korzystających z pomocy psychiatrów. Ech...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety pani Zosia nie zostanie ambasadorem kampanii propsychiatrycznej:)

      Usuń

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger