Była zawsze odkąd pamiętam. Kiedyś
towarzyska, lubiąca się śmiać i lubiąca ludzi. Ileż odwiedzin, ile
śmiechu, gadania, jej nieśmiertelnych szarlotek, herbat z sokiem
porzeczkowym, ile opowieści z jej dzieciństwa i młodości…
Już od jakiegoś czasu gasła, jakoś tak zapadając się wewnętrznie, coraz mniej zainteresowana światem wokół niej. Szczególnie było to widoczne ubiegłorocznego lata. Patrzyliśmy na nią i mówiliśmy sobie ze smutkiem, że Pani Zosia chyba się pakuje w ostatnią podróż. Podniosła się jednak i jesienią wydawała się w lepszej formie. Nie na długo jak się okazało, bowiem na początku grudnia przeszła zawał serca. Zdawało się, że i tym razem się podniesie, jak to już wiele razy robiła, ale nie zdołała – ostatnie miesiące życia spędziła leżąc. Wreszcie po całych latach wybierania się w tę ostatnią podróż po śladach męża, odeszła. Po cichutku. Kiedy pogotowie ją zabierało, w milczeniu ścisnęła mocno rękę córki, czując, że ten czas ostateczny nadchodzi. Nie cierpiała, bo śmierć przyszła szybko. Mam nadzieję, że gdziekolwiek jest, jest jej dobrze...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz