11 października

Deja vu

Wracając z kościoła do domu wstąpiłem do sklepu na rogu po jakiś drobiazg, którego zapomniałem kupić. Trafiłem na panią Krysię, która dryfując od lady do półek, jak statek pod pełnymi żaglami, bo taka drobniutka, obsłużyła mnie jak zawsze demonstrując swoją dezaprobatę w sposób dyskretny, acz sugestywny, miną królowej wyświadczającej wielką, absolutnie niezasłużoną łaskę. Pani Krysia bowiem profesjonalistką jest i zawodową klasę ma, więc w robocie nie okazuje swoich antypatii. Ostentacyjnie. A faktem niewątpliwym jest to, że cóś pani Krysi do mnie nie ciągnie. I to od pierwszego tygodnia, kiedy tu się wprowadziłem. Pani Krysia to ekspedientka, której apogeum handlowej kariery przypadło na lata osiemdziesiąte, kiedy pani sklepowa w hierarchii społecznej w naszym pięknym kraju stała zaraz za samym Panem Bogiem, bo również dystrybuowała dobra. Skażona latami osiemdziesiątymi krew wciąż w niej krąży, burząc się czasem resztkami jakiegoś żalu i pretensji za tamtym bajkowym czasem, kiedy czuła się boginią, od której fanaberii zależało zaopatrzenie maluczkich. Jednym skinieniem pilniczka do paznokci decydowała, kto paczkę kawy dostanie, a kto kawałek szynki konserwowej. Oczywiście spod lady. To były czasy! Straszne! Choć dla pani Krysi cudowne. Czasy, w których w jakiejś części wciąż tkwi zarówno mentalnie, jak i wizualnie. Rzekłbym nawet, że mogłaby być ich żywą ilustracją, bowiem platynowe swe włosy za pomocą swych czarownych rączek i hektolitrów lakieru stylizuje w dwudziestocentymetrowe naczapierzone coś, co w połowie lat osiemdziesiątych miało manifestować wyluzowany, artystyczny nieład i już wtedy było kontrowersyjne, a co dopiero dzisiaj. Owo osobliwe monstrum na jej głowie idealnie komponuje się z obłością jej kształtów. Dla pełnego obrazu dodać należy, że pani Krysia jest namiętną palaczką kompulsywną i papieros jest jej atrybutem na równi z białym, nylonowym fartuchem. A handlowcem jest doskonałym. Zwłaszcza w swoim własnym mniemaniu. Miałem z nią malutką awarię już w dzień naszego poznania się, bowiem wcisnęła mi 2 stare bułki i przeterminowany twarożek. Wypakowując zakupione dobroci pomacałem zapakowane przez nią w plastikowy woreczek owe bułki i uświadomiłem sobie, że gdybym nimi cisnął, mógłbym zwalić z nóg dwie osoby. Były twarde jak kamienie. Podejrzliwie spojrzałem na twarożek – dziwnym zbiegiem okoliczności metka z ceną naklejona była na datę przydatności do spożycia. Odkleiłem i okazało się, że ów minął dawno temu. Jak dawno, okazało się po otwarciu – z twarożku zrobił się serek pleśniowy. Szlag mnie nagły trafił i odbił się od pani Krysi rykoszetem, bo zebrałem te starocie i jej zwróciłem. Trzeba było widzieć to jej święte oburzenie: ręce wznoszone do nieba, zaklęcia, że świeżutki towar sprzedała. Narobiła jazgotu na najwyższych tonach zbulwersowania. Choć jęzor mam niewyparzony, powstrzymałem się i bardzo spokojnie odpowiedziałem pani Krysi, że prosiłem o twarożek, a nie ser pleśniowy i o dwie świeże bułki, a nie artefakty archeologiczne. Pani Krysia aż zaniemówiła z oburzenia, tak bardzo zbrukałem żyjącą wciąż w niej boginię handlu z lat osiemdziesiątych. Zdewastowałem, zohydziłem i oplwałem jej zawodową wiarygodność. A najbardziej chyba oburzyła się na te artefakty archeologiczne, bo nie wiedząc co to, uznała je prewencyjnie za obraźliwe i wzdęła podgardle. Jej dwie koleżanki, którymi pomiata i które bojąc się jej histerycznie, podlizują jej się, przyglądały się tej scenie wybałuszonymi oczyma, nie oddychając zupełnie, przerażone i zafascynowane jednocześnie, a ich twarze krzyczały niemo: Co teraz będzie?! Co teraz będzie?! Spodziewały się najwidoczniej jakiegoś trzęsienia ziemi, wypiętrzenia nowego górotworu, albo innego, równie efektownego kataklizmu, a przynajmniej tego, że pani Krysia odgryzie mi głowę i zagra nią w kręgle, ale ku ich rozczarowaniu nic takiego się nie stało. Pani Krysia pewnie by sobie pofolgowała i to jak! Ale z przykrością przypomniała sobie, że to już nie lata osiemdziesiąte i musi przynajmniej udawać, że nie jest niemiła. Zwęziła tylko oczy w malutkie szpareczki i zapakowała do plastikowego woreczka dwie świeżutkie bułeczki (ostentacyjnie sprawdziłem przy niej czy rzeczywiście świeże) oraz świeży twarożek (też rzuciłem okiem na datę ważności). Pani Krysia jest konsekwentna i zawsze jak mnie obsługuje – a obsługuje tylko wtedy, kiedy rzeczywiście musi – patrzy na mnie przyjaznym wzrokiem modliszki. Widocznie tamta zniewaga wciąż w niej żyje, burząc w niej krew zbezczeszczonej bogini. Ale obsługuje, a przecież mogłaby udać, że sklep zamknięty, albo przyjęcie towaru, lub też remanent. I świeżą natkę pietruszki odłoży jak poproszę...

4 komentarze:

  1. Urzekł mnie plastyczny opis fryzury:) Ja to określam "świeżo tapirowany czub"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm... Nie. Raczej neon, bo włos swoją platynowością aż oczy oślepia

      Usuń
  2. Mega!
    Normalnie tę panią Krysię zobaczyłam, jak żywą :))))
    I jak już ją widzę.....nie odważyłabym się z tym serkiem do niej uderzyć ;)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger