03 października

Panaceum pani Zosi

Stała się rzecz niebywała! Epokowa i rewolucyjna! Pani Zosia dała radę! Komu/czemu? Już opowiadam. Zanim jednak zacznę, tym, którzy nie mieli okazji poznać pani Zosi, sugeruję rzucić okiem na posty oflagowane tagiem Pani Zosia. Zapoznanie się z nimi może być – abstrahując już od samego obcowania z ich niewątpliwymi walorami artystyczno-rozrywkowymi (żarcik taki) -  istotne dla pełnego zrozumienia poniższej opowieści.

Pani Zosia wybrała się jakiś czas temu do dużego ośrodka akademickiego na spotkanie z lekarzem laryngologiem. Nie udała się tam sama, córka ją zawiozła, ale to dla dalszej narracji szczegół nieistotny. Umówiła się z owym lekarzem w nadziei, że znajdzie on panaceum na jej dolegliwości. I nie zawiodła się. Znalazł. Co prawda nie do końca takie, jakiego pani Zosia oczekiwała, ale skuteczne, jak się okazało. Ów lekarz klinicysta –  tu wspomnieć należy, że lekarze klinicyści cieszą się u pani Zosi szczególnym poważaniem, jako ci najbieglejsi w sztuce, bowiem czerpiący z samego źródła medycznej wiedzy – po obejrzeniu skanów pani Zosi oraz jej samej stwierdził, że są idealne (skany), a pani Zosia zdrowa. Na jej nieśmiały protest odpowiedział sugestią wizyty u specjalisty w celu leczenia nerwicy. Choć słowo sugestia nie jest tu odpowiednie, bowiem lekarz ów powiedział jej to nie siląc się na eufemizmy. Wspomógł się nawet lewą kończyną górną, którą wskazał na swoją głowę, żeby pani Zosia nie miała wątpliwości, o lekarzu jakiej specjalności mówił. Podobne apele kierowane przez bezradnego lekarza rodzinnego, cyklicznie przez nią nachodzonego i dręczonego puszczała mimo uszu, choć – jak się w konsekwencji okazało - jakoś ją z samą ideą oswoiły. Walczyła z sobą miesiąc cały, ale przemogła się i zadzwoniła do przychodni, żeby zapisać się do psychiatry. Kiedy przyszedł termin, kazała wieźć się do przychodni córce, której powiedziała, że ma wizytę u ortopedy. O wizycie u psychiatry pani Zosia nie przyznała się nikomu, nawet własnym dzieciom. To najgłębiej skrywana tajemnica, o której nie wie nikt. Absolutnie nikt! Nawet CIA nie wie, ani MI6! Nikt! Jedynie pani Zosia i Matka Boska. No i moja Mama, która została przez panią Zosię wciągnięta w tę konspirę, bo wsparcia psychicznego i potwierdzenia słuszności swojej decyzji o zapoznaniu się z tym specjalistą pani Zosia jednak potrzebowała. Pielęgniarka w rejestracji oraz lekarz psychiatra się nie liczą, bo usta mają zakneblowane etyką zawodową. Wizyta zaowocowała trójpierścieniowym lekiem antydepresyjnym, który pani Zosia zaczęła łykać, choć na początku dość nieufnie. Trochę marudziła na działanie leku, bo lekko ją ogłupiał, szczególnie rano. Do tego jeszcze pozbycie się objawów nerwicowych w postaci dygotek oraz szczególnie przez panią Zosię ulubionych somatycznych bólów głowy - do których pani Zosia była jednak bardzo przywiązana, a które po leku przestały ją nawiedzać i cieszyć – rozbiło ją nieco i sprawiło, że poczuła się w tej nowej sytuacji lekko zagubiona. Zaczęła nawet przebąkiwać coś o odstawieniu leku. Przebąkiwanie zostało przez moją Mamę zdławione w samym zarodku, zanim dojrzało na tyle, żeby zmienić się w czyn i zostały, z moim udziałem, podjęte czynności zaradcze. Pani Zosia – to jej stały numer - potrzebowała opinii niezależnego eksperta, czyli innego lekarza. I taka opinię otrzymała. Tu mężem prawdziwie opatrznościowym okazał się Michaś (kochany Michaś), który za moim pośrednictwem takiej opinii udzielił. Pani Zosia uspokojona farmakoterapii poddała się dzielnie i stwierdziła, że jest innym człowiekiem, co oznaczało, że wyluzowała się i uspokoiła. Oczywiście siłą przyzwyczajenia ponarzekała na wizycie kontrolnej u psychiatry, ale tylko po to, żeby lekarz nie pomyślał sobie, że jakimś cudotwórcą jest albo co. Nie zrobiło to na nim zbyt wielkiego wrażenia, skoro zapisał pani Zosi trójpierścieniowy lek przeciwdepresyjny, działający niemal identycznie jak poprzedni, ale pod inną nazwą, czym panią Zosię uradował, bo poczuła się wysłuchana i rzetelnie leczona. A tak na serio, to szacun dla pani Zosi, za wzniesienie się ponad stereotypy i wynikające z nich lęki. Wielki szacun!

5 komentarzy:

  1. to ja teraz czekam na notkę o tym, że pani zosia opowiedziała dzieciom i sąsiadkom, że psychiatra nie gryzie i to żaden wstyd do niego chodzić. bez tego historia będzie jak tort bez wisienki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wymagajmy od pani Zosi az tak wysokiego uniesienia sie nad stereotypy, bo juz i tak podskoczyła naprawdę zaskakująco wysoko. Nie przyzna się. Na pewno nie.

      Usuń
  2. Pani Zosia jest absolutnie niesamowita:)
    Czyżby teraz system nfztowski mógł już czuć się bezpiecznie:)))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie system może odetchnąć:)

      Usuń
    2. Mam nadzieję, że nie na długo. Mimo wszystko liczę bardzo na panią Zosię w tej kwestii:))))

      Usuń

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger