Idąc do pracy znalazła przy drodze sponiewierane zwłoki lisa, sine od odniesionych obrażeń. Ujęta ich niezwykłym fioletowym kolorem pomyślała, że szkoda byłoby, gdyby takie dobro się zmarnowało, podniosła je więc i okręciła wokół szyi. Zupełnie przypadkiem pasował idealnie do reszty jej garderoby, równie jak lisie truchło sinej. Pracowała cały dzień z tym lisim denatem u szyi, którego łapki smętnie majdały przy każdym jej co żwawszym ruchu. To był porażający widok. Koleżanka dba, żebyśmy się za szybko nie uodpornili na jej jakże efektowne stylizacje...
ojej, chyba bym tego widoku nie zniosła...
OdpowiedzUsuńZniosłem. Musiałem.
UsuńDziś moje Pierdolino było opóźnione z powodu "potrącenia zwierzyny leśnej". Może bohaterka pracuje już nad nową kreacją.
OdpowiedzUsuńNie zdziwiłoby mnie za nadto, gdyby któregoś dnia przybyła do roboty spowita futrem jakiegos ubitego w nieszczęśliwym wypadku komunikacyjnym zwierza:)
UsuńLisa? Lisa????? Weto!
OdpowiedzUsuńAno lisa. Jakby jeszcze tego mało było, ufarbowanego na fioletowo. Horror
UsuńLis alkoholik może, co się dziwić, nie każdy może sączyć martini z oliwką.
OdpowiedzUsuńAż boję się pomyśleć, co zrobi z jeżem. Chodzi w czapkach?
Chodzi. Ma nawet jedną lisią
UsuńW tym szalenstwie jest zatem metoda!
OdpowiedzUsuńJest. I żelazna konsekwencja
UsuńMoże to był jedynie wełniany odlew zwłok, zwany dzierganą maską pośmiertną?
OdpowiedzUsuńNiestety to były zwłoki lisa a nie żaden fantom czy dziergana maska pośmiertna. To było lisie truchło.
Usuń