Kilka lat temu dane mi było doświadczyć nauczycielstwa. Przez dwa lata zastępowałem koleżankę ze studiów, która powiła dziecię i na czas swojej nieobecności oddała mi na wyedukowanie (i w opiekę) gromadkę swoich uczniów. Mój epizod nauczycielski wspominam z przyjemnością, przede wszystkim właśnie dzięki owej grupce bardzo ciekawych, ambitnych i kreatywnych młodych ludzi. Po powrocie koleżanki z urlopu macierzyńskiego, moja kariera nauczycielska się skończyła. Trochę żałuję, ale nie aż tak, żeby łzy za nauczycielstwem ronić. Skąd nagle o epizodzie nauczycielskim? Ano stąd, że objawiła się w miniony długi weekend moja była uczennica, którą uczyłem w pierwszej klasie liceum (obecnie świeżo po maturze), z prośbą o konsultację. Ocknęła się bowiem właśnie z letargu i uświadomiła, że egzaminy na studia za dwa tygodnie, a przedmiot główny, który będzie zdawała na tym egzaminie, szwenda się czochrając po lesie. Przypomniała sobie, że z owego przedmiotu w pierwszej klasie miała 5 i przeprowadziwszy prosty proces myślowy, wydedukowała, że skoro u mnie miała piątkę, a później już tylko 3, a teraz nawet 2, to znaczy, że jako nauczyciel posiadałem jakąś szczególną właściwość, która wyzwalała w niej potrzebne umiejętności. Asertywny jestem i nie mam problemu z odmową, jednak czasem, przechodzący jak dzisiaj front niżowy, zmiękcza moje granitowe serce. Była uczennica załapała się dzisiaj na owo zmiękczenie i zgodziłem się ją skonsultować. Co tu dużo mówić – to był dramat. Jej umiejętności z przedmiotu, który jest głównym przedmiotem na kierunku, na który chce zdawać, są mierne i ta mierność nie wynika z jej nieogarnięcia, czy lenistwa, lecz z jej ewidentnych ograniczeń, które widziałem już ucząc ją w pierwszej klasie. Pierwszoklasowy materiał i początkowy etap edukowania się w owym przedmiocie, pozwalały jej podstawy sprawnie ogarniać. Wraz z jednak coraz większą ilością materiału i coraz wyższymi wymaganiami jeśli chodzi o umiejętności, coraz mniej ogarniała. Po prostu nie wyszła poza etap pierwszej klasy, dokładnie tak, jak się spodziewałem. I ten pomysł, żeby zdawać na studia, na których ów przedmiot jest przedmiotem głównym. Katastrofa. Powiedziałem jej szczerze, że nie zda egzaminu, bo jej umiejętności są żadne, a w przedmiocie głównym trzeba się wykazać. Dziewczę zaproponowało, że zapłaci mi za korki tyle, ile zażądam, bylebym ją do egzaminu przygotował. Powiedziałem jej, że nie jestem cudotwórcą i w ciągu dwóch tygodni jej nie przygotuję, bo tu i roku byłoby mało, zważywszy na jej brak predyspozycji w tym kierunku. Odmówiłem stanowczo. Nie lubię niszczyć czyichś marzeń, jednak zwykła ludzka uczciwość nie pozwoliła mi postąpić inaczej. Zapytałem ją czego się spodziewała, na co liczyła? Odpowiedziała mi, że miała nadzieję, że nauczyciel, który ją uczył tego przedmiotu po mnie (niestety nie była to moja koleżanka, tylko koleś, który wybitnym, że tak to eufemistycznie ujmę, nauczycielem nie jest) pomylił się i niesprawiedliwie ją ocenił. Powiedziałem jej, że nie lubię się zgadzać z tym panem (ścieraliśmy się w szkole wielokrotnie), ale ocenił ją adekwatnie do jej umiejętności, które są mierne. Szanowała mnie jako nauczyciela i lubiła, więc – choć była bardzo zawiedziona, bo liczyła na inną diagnozę – zgodziła się z moją sugestią wybrania innego kierunku studiów. Po tej dzisiejszej konsultacji pozostał mi jakiś dziwny absmak. Absurdalny, bo przecież postąpiłem uczciwie. Nawet jej nie skasowałem za tę konsultację, bo się nad nią użaliłem, że jej marzenie zarżnąć musiałem. Marzeniobójca!
W ogóle nie rozumiem jak mogłeś porzucić niwę nauczycielską:))))))))))
OdpowiedzUsuńJa też nie rozumiem jak szkoła mogła zrezygnować z moich bezcennych usług, tym bardziej, że zaledwie po roku edukowania dwie moje uczennice osiągnęły sukcesy na ogólnopolskich konkursach (uczone od początku przeze mnie), a ja oberwałem za to nagrodą dyrektorską i listem gratulacyjnym od wojewody podnoszącym moje jakoby wybitne osiągnięcia pedagogiczne. Niestety za tym nie przyszedł etat. Koleżanka wróciła z macierzyńskiego, a mnie szkoła podziękowała. I bądź tu czlowieku wybitny:))))))))
UsuńNo to jest w ogóle skandal nie docenić tak wybitnej jednostki:))))))))
UsuńPrzecież ta chwała i sława spłynęłaby również na ciało dyrektorskie:)
Absolutnie sie z tym zgadzam. Hańba!:)))))))))))
UsuńNic przecie jeszcze straconego! Kokosy czekają - tylko wracać i rwać!
UsuńPamiętam te kokosy. Szczególnie w pierwszym roku edukowania (staż) i w drugim (nauczyciel kontraktowy). Dorobiłem sie w ciągu tych 2 lat bogactwa.:))
UsuńBo to przecież nie o kokosy idzie, a o ten kaganek oświaty:))))))))))))))))
UsuńMisja, powołanie i takie tam...:))))
Z naciskiem na takie tam:)))
UsuńW ogóle nie rozumiem jak mogłeś porzucić niwę nauczycielską:))))))))))
OdpowiedzUsuńNo to jest w ogóle skandal nie docenić tak wybitnej jednostki:))))))))
UsuńPrzecież ta chwała i sława spłynęłaby również na ciało dyrektorskie:)
Bo to przecież nie o kokosy idzie, a o ten kaganek oświaty:))))))))))))))))
UsuńMisja, powołanie i takie tam...:))))
Spotkałam na swojej drodze ludzi, którzy, w przeciwieństwie do Ciebie, cieszyli się, że mogą zbijać kokosy na czyimś braku talentu. Twoja postawa jest właściwa. Wymaga jednak pewności i odpowiedzialności, bo zaważyła na kierunku, który obierze owa młoda osoba...
OdpowiedzUsuńJa tez takich spotkałem. Nie umiem być tak... zaradny. Jestem dobry w swoim fachu i moge to powiedzieć bez fałszywej skromności. Skoro poradziłem jej inny kierunek, to znaczy, że miałem absolutną pewnośc...
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
UsuńBo jestem dobry w swoim fachu. To fakt:)
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
UsuńNie masz czego żałować. To niewdzięczny chleb ("obyś cudze dzieci uczył":).
OdpowiedzUsuńSłusznie postąpiłeś. Marzenia też muszą być jakoś adekwatne.
Nie zdałaby egzaminu wstępnego
UsuńNie masz czego żałować. To niewdzięczny chleb ("obyś cudze dzieci uczył":).
OdpowiedzUsuńSłusznie postąpiłeś. Marzenia też muszą być jakoś adekwatne.
No nie na temat ja chcę mówić :) ale o poście z 2 Czerwca i nie o pani ginekolog (biedaczka nieszczęśliwa), tylko o Twojej zgadze. Wiem że należy porad żadnych czynić, tym bardziej nie proszona o nie,, ale ponieważ jestem osobą współczującą a zgaga to przypadłość paskudna i mnie osobiście niewiele brakowało a małpa jedna udusiła by mnie, to poradzę, możesz dalej nie czytać gdy nie chcesz. :)
OdpowiedzUsuńZa dużo kwasu, bardzo ograniczyć kwaśne potrawy to raz a dwa ratunkiem w przypadku ataku zgagi jest uwaga uwaga ........... cytryna :)). Szklanka wody z wyciśniętą do niej połówką cytryny.
Podobno wygląda to tak że kwas wytwarzany w żołądku i woda z cytryną czyli kwas na kwas i to zmienia się tam w zasadę i natychmiast mija zgaga.
Moim sposobem na zgagę było całkowite usunięcie kawy, nawet nie patrzyłam w jej kierunku. Poza tym żaden chlebuś i żadnego czerwonego mięsa - wołowina zasala nerki. Nie pić mięty!!!! Herbata, gorąca herbata tylko czarna, żadne owocowe a hibiskus to śmierć dosłownie, zupy łagodne i nie tłuste! że podkreślę, na kurczaczku najlepiej na jednej nóżce reszta na następne zupy. Malo, ale często jeść. Surówki z dużą ilością oliwy z pierwszego tłoczenia i nie mam zgagi już od lat. To tylko z czystego współczucia i mojej pamięci o tym co było straszne. :) Zamierzam podczytywać Twój blog ciekawy jest. :)
Dzięki. Zapraszam:)
UsuńNo nie na temat ja chcę mówić :) ale o poście z 2 Czerwca i nie o pani ginekolog (biedaczka nieszczęśliwa), tylko o Twojej zgadze. Wiem że należy porad żadnych czynić, tym bardziej nie proszona o nie,, ale ponieważ jestem osobą współczującą a zgaga to przypadłość paskudna i mnie osobiście niewiele brakowało a małpa jedna udusiła by mnie, to poradzę, możesz dalej nie czytać gdy nie chcesz. :)
OdpowiedzUsuńZa dużo kwasu, bardzo ograniczyć kwaśne potrawy to raz a dwa ratunkiem w przypadku ataku zgagi jest uwaga uwaga ........... cytryna :)). Szklanka wody z wyciśniętą do niej połówką cytryny.
Podobno wygląda to tak że kwas wytwarzany w żołądku i woda z cytryną czyli kwas na kwas i to zmienia się tam w zasadę i natychmiast mija zgaga.
Moim sposobem na zgagę było całkowite usunięcie kawy, nawet nie patrzyłam w jej kierunku. Poza tym żaden chlebuś i żadnego czerwonego mięsa - wołowina zasala nerki. Nie pić mięty!!!! Herbata, gorąca herbata tylko czarna, żadne owocowe a hibiskus to śmierć dosłownie, zupy łagodne i nie tłuste! że podkreślę, na kurczaczku najlepiej na jednej nóżce reszta na następne zupy. Malo, ale często jeść. Surówki z dużą ilością oliwy z pierwszego tłoczenia i nie mam zgagi już od lat. To tylko z czystego współczucia i mojej pamięci o tym co było straszne. :) Zamierzam podczytywać Twój blog ciekawy jest. :)
Adaś...chciałem przeprosić za ciszę. Jestem.
OdpowiedzUsuńSzalenie podoba mi się sposób, w jaki piszesz. Swego czasu nie lubiłem nauczycieli ( powiedzmy sobie szczerze : to specyficzne postacie ) , ale jak wiem, że i Ty nim jesteś widzę więcej słońca nad nimi....
Wyobraź sobie, że ja też swego czasu nie lubiłem nauczycieli, z kilkoma wyjątkami. Nauczycielstwo było dwuletnim epizodem - nie jestem nauczycielem:)
UsuńAdaś...chciałem przeprosić za ciszę. Jestem.
OdpowiedzUsuńSzalenie podoba mi się sposób, w jaki piszesz. Swego czasu nie lubiłem nauczycieli ( powiedzmy sobie szczerze : to specyficzne postacie ) , ale jak wiem, że i Ty nim jesteś widzę więcej słońca nad nimi....