25 września

Kąpiółka

Tytułem niezbędnego wstępu:

Bożena Brygida, zwana dalej (przez wszystkich znajomych) Bibi, od pierwszych liter imion, to postać niezwykła. Bardzo inteligentna manipulatorka i emocjonalna szantażystka, dumna z siebie cyniczka, uzdolniona literacko, deklarująca się jako niewierząca-ale-praktykująca polonistka w szkole katolickiej, obsypana nagrodami, bardzo przez młodzież lubiana i autentycznie młodzieży oddana. Wyzwolona feministka, bojowniczka o prawa kobiet, uważająca siebie za owych praw jedyną beneficjentkę, z powodzeniem wznosząca megalomanię do poziomu sztuki. Toksyczna wampirka wysysająca z otaczających ją osób energię i dlatego posiadająca jej nadmiar, zabójczyni zegarków elektronicznych i zaklinaczka drobnego AGD oraz RTV, które w jej obecności samo się włącza (radia i suszarki do włosów, podłączone do gniazdka, ale wyłączone) i wyłącza (komputery, laptopy, tablety i smartfony – cudze, bo jej własne są uodpornione). Wielka entuzjastka każdego przejawu oryginalności i inności, a więc najlepsza psiapsiółka (zwłaszcza w swoim własnym mniemaniu) gejów i lesbijek. Towarzyska i wesoła, małostkowa, zawistna, nielojalna, wyrachowana, mściwa i podstępna. Jednym słowem kobieta-legenda, o której będę opowiadał cudzym wnukom, bo swoich mieć nie będę. Widuję ją rzadko, często za to o niej słyszę, jest bowiem przyjaciółką mojego przyjaciela, tworząc z nim przyciągający się przeciwieństwami, barwny tandem. Przyjaźń ta wieloletnia, pełna wzlotów i upadków, pasożytnicza, niezmiennie jest dla mnie źródłem uciechy, bowiem jako powiernik jednej ze stron, jestem tej burzliwej relacji audytorium.

Jakąś dekadę temu dom rodzinny mojego (i Bibi) przyjaciela został podzielony na dwie części: on objął w posiadanie parter, jego rodzice zaś urządzili swoją rezydencję na poddaszu, robiąc przy tej okazji gruntowny remont. Bibi odwiedzała przyjaciela w ciągu owej dekady wielokrotnie, nigdy jednak nie miała okazji, by obejrzeć tamto mieszkanie. Nie dlatego, że nie chciała, bo ochotę miała wielką, tak się jednak jakoś zawsze składało, że kiedy z odwiedzinami wpadała, byli również (u siebie) jego rodzice, a Bibi, jak przystało na kobietę z klasą, nigdy nie dokonuje oględzin cudzego mieszkania niezaproszona przez właścicieli. Co innego pod ich nieobecność. Złożyło się bowiem tego lata, że rodzice przyjaciela wyjechali na zasłużony urlop nad morze i w tym właśnie czasie Bibi zjawiła się z wizytacją. Sam wielokrotnie u niego bywałem, uważnie synchronizując terminy z nieobecnością Bibi (bo choć ją uwielbiam, to jednak reglamentować ją sobie muszę) i wiele razy zdarzyło się, że jego rodzice byli poza domem, nie przyszło mi jednak do głowy, żeby pod ich nieobecność łazić po ich domu, jak Bibi. Tyle, że ja nie posiadam ani jej klasy, ani rozbuchanej wyobraźni. Wróciwszy z przyjacielem ze wspólnego wyjazdu służbowego i zorientowawszy się, że nie ma właścicieli pałacu na poddaszu, który już od dawna chciała zobaczyć, Bibi ad hoc uknuła plan, by swoją turystyczną ciekawość zaspokoić. W takim improwizowaniu planów ku zaspokojeniu własnych chuci Bibi jest znakomita. Zawsze była. Im bardziej był niecny, tym uknucie go szybsze, a determinacja we wdrożeniu większa. Nie inaczej było i tym razem. Uwaliwszy się teatralnie na kanapie stwierdziła, że musi poleżeć po podróży, bo jeśli nie poleży, to padnie na sromoty, więc jeśli przyjaciel chce, może pójść do (jedynej na parterze) łazienki, by zażyć odświeżającej kąpiółki. Chciał, bo prowadził kilka godzin, na dodatek wysłuchując przy okazji monologu Bibi. A w monologowaniu Bibi jest niezmordowana i znakomita, bo literacko uzdolniona, a i inteligencji też jej nie brakuje. Nic tylko zapisać i wydać, a literacki Nobel gwarantowany. O ile kapituła nie zorientowałaby się w jednym, malutkim, tyciusieńkim defekcie: owych monologów bohaterem lirycznym, dramatycznym, onanistycznym i onirycznym jest zawsze i niezmiennie sama Bibi. Usłyszawszy plusk wody wskazujący na to, że przyjaciel zainstalował się już w kąpieli, rozpoczęła wdrażanie spontanicznie obmyślanej intrygi, rzucając nagle głośno w stronę łazienkowych drzwi, że musi do łazienki i to już, a skoro jego rodziców nie ma i łazienka u nich jest wolna, to ona skorzysta, bo musi. Zabrzmiało to nagląco, więc odkrzyknął „leć!”, nie chcąc, by mu Bibi zapaskudziła salony gwałtowną i nie cierpiącą zwłoki potrzebą natury, jak chciała by domniemywał, fizjologicznej. Bibi porwała się na nogi, w mgnieniu oka wyskoczyła z ciuchów i spowiwszy się w oślepiająco żółty peniuar (w zasadzie to rodzaj krótkiego kimona, ja jednak nazwałem to ochędóstwo peniuarem i zwał je tak będę, bo semantycznie koreluje mi z jej rozbuchaną kobiecością), jak wicher pognała do łazienki piętro wyżej, po drodze zwiedziwszy tam też kuchnię, salon i sypialnię. Dokonawszy lustracji postronnych pomieszczeń z szybkością błyskawicy, dotarła do docelowego – łazienki, w której, jak się okazało, zainstalowana była wielka, narożna wanna z hydromasażem, którą sobie rodzice przyjaciela przy okazji remontu zafundowali, żeby łazienka bogato wyglądała. Jako że jej własna, jak i ta piętro niżej, hydromasażu były pozbawione, Bibi zapragnęła doświadczyć owego dekadenckiego luksusu, a że niechętnie odmawia sobie czegokolwiek, napełniła wannę wodą, zrzuciła swój zupełnie niezwracający uwagi peniuar i rozparła się w kąpieli wygodnie. Aby zintensyfikować relaksację uruchomiła hydromasaż włączając aparaturę, która – czego świadoma nie była - od nowości użyta była jeden jedyny raz przez pana, który ją montował. Wtedy zadziałała, teraz również, choć nie do końca tak, jak Bibi oczekiwała, bo miast relaksacyjnych bąbelków, tudzież innych wodnych atrakcji mających wypieścić obłe jej ciało, z dysz wydobył się złowróżbny bulgot, a po chwili wystrzeliła maź o barwie, konsystencji i zapachu guano, przyozdabiając punktowo łazienkę oraz całą Bibi, bowiem przez około 10 lat trwania w stanie nieużywalności zgromadziło się w tych dyszach mnóstwo materiału w postaci kurzu i zbędnych resztek właścicieli, które z siebie spłukali zażywając w owej wannie pryszniców, nie używając wszakże maszynerii do produkowania bąbelków, z oszczędności czasu, wody oraz prądu. Materiał ten w postaci sypkiej zdawał się bezwonny, zmieniwszy jednak stan skupienia na płynny, nabrał mocy rażenia. Przyozdobiona i uperfumowana nim Bibi rączo wyskoczyła z wanny, przy okazji uzupełniając nową aranżację wnętrza łazienki ornamentem w postaci własnego, autorskiego womitu. Nie dość, że siebie musiała przywrócić do stanu używalności publicznej, to jeszcze musiała zatrzeć ślady swojego rozpasania w cudzej łazience. Zaczęła od siebie. Na szczęście. Bo kiedy przyjaciel zaniepokojony jej przedłużającą się nieobecnością przybył sprawdzić, czy aby kloaka jej nie wessała (przy jej gabarytach to ona mogłaby kloakę!), a złapawszy ją na gorącym, umytą już jednak i zapeniuarowaną (oszczędzony został mu widok Bibi sauté, z którego mógłby się nigdy nie otrząsnąć!), zdołał wydusić z siebie jedynie „sprzątaj, sprzątaj”, zanim padł na kanapę tarzać się ze śmiechu. Bibi sprzątanie zajęło zaledwie jakieś dwie godzinki i jedną butelkę Domestosa. I malować nie było trzeba, bo pragmatyczna i oszczędna właścicielka kazała wykafelkować łazienkę aż po sufit, za co Bibi błogosławiła ją w myślach. Ślady zostały zatarte skutecznie, jeśli nie liczyć ledwo wyczuwalnego, podejrzanej proweniencji odorku, który przez jakiś czas w łazience na poddaszu się unosił, ku zmartwieniu posiadającej wyczulony zmysł węchu właścicielki, a o który posądzona została jakaś nieszczelność infrastruktury sanitarnej. Szczęśliwie jednak po kilku dniach smrodek ten zniknął równie tajemniczo, jak się pojawił i właścicielka nie dowiedziała się dotąd, że pochodził z dysz jej własnej,  zdeflorowanej przez Bibi wanny… 

15 komentarzy:

  1. Niesamowite! Dopraszam się o więcej:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Brakuje, jeszcze, by wanna oderwała się od podłoża i poszybowała lotem koszącym w przestworza, też bym uwierzyła. Bo historia opowiedziana brawurowo, jestem oniemiana! Tak, jeszcze, jeszcze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wanna może i by sobie polatała, ale na pewno nie z ładunkiem w postaci Bibi - ruptury by się nabawiła od jej dźwigania, albo innego cholerstwa.

      Usuń
  3. Też miałam taką wannę przez dwanaście lat, rany, co za niefart. I wielu znajomych moich dzieci miało podobne problemy do Bibi :) hehe

    Kisses

    OdpowiedzUsuń
  4. Przynajmniej teraz ktoś inny może już z wanny korzystać.
    Uśmiałem się zdrowo! :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Cudowne, zrobiłeś mój dzień.

    OdpowiedzUsuń
  6. Opis Bibi...mega:D Naprawdę, z charakterystyki miałbyś u każdej polonistki 6:D
    I zdeflorowana wanna.....jeny nie mogę się przestać śmiać:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Frida miło Cię znowu widzieć. Cieszę się, że Cię rozbawiłem:)

      Usuń

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger