11 grudnia

Gocha

Gocha zainspirowana moim krótkim pobytem w Brukseli zadzwoniła kilka dni temu, żeby podzielić się ze mną dramatyczną opowieścią o swoim własnym tam pobycie przed kilku laty. Chociaż zupełnie nie interesowały jej moje stamtąd wrażenia, bo zbyt zajęta była referowaniem swoich własnych, ku mojemu zaskoczeniu Gocha, która uwielbia być w opozycji, tym razem zgodziła się ze mną, że jeśli o Brukselę chodzi, to szału nie ma. Co gorsza, w pełni podzieliła mój umiarkowany entuzjazm do latania. Zaniepokoiłem się, dlaczego taka zgodna – nawąchała się czegoś, ujarała, albo w głowę uderzyła? Taka spolegliwość to u niej ewenement. Sprawa szybko się wyjaśniła. Okazało się, że jej rezerwa do Brukseli oraz do lotnictwa cywilnego mają swoje źródło w przebytej traumie. Gocha bowiem wracała z Brukseli samolotem, a że zima była i mróz, przed odlotem jej (!) samolot polano jakąś dziwną brązową substancją, czym poczuła się obrażona, zbezczeszczona i zbrukana, bo przyjęła to jako złośliwość wymierzoną w jej osobę. Chyba pomyślała biedaczka, że samolot polali zawartością szamba, żeby w ten sposób ją uczcić. Oburzenie z jakim to opowiadała mogło sugerować ten trop, co przy jej bezgranicznie rozbuchanej megalomanii nie byłoby niczym niezwykłym. Gocha wyjazgotała swoją dramatyczną opowieść, napawając się swoim własnym głosem. Trudno to znieść na dłuższą metę, a zaznaczyć muszę, że jej monologi nigdy do krótkich nie należą. Zniecierpliwiony jej przedłużającą się perorą wszedłem jej w słowo, ale bezskutecznie, bowiem Gocha zwyczajne próby przerwania jej narracji zwyczajnie ignoruje, traktując jak nieistotne zakłócenia. Jedynym efektem takiej próby jest wzmocnienie przez nią przekazu za pomocą przeniesienia go na wyższy poziom jazgotu. Nie ma innego sposobu na przebicie się, jak tylko powiedzieć głośniej od niej, bo tylko wtedy Gocha, nieprzywykła do przerywania jej wypowiedzi (wszechświat wszak czeka z drżeniem na jej błogosławione słowa), zapowietrza się oburzona taką profanacją i wtedy dopiero można coś powiedzieć.

Zdziwiło mnie trochę to, że Gocha z brukselskimi refleksjami obudziła się dwa miesiące po fakcie. Szybko okazało się, że to był tylko pretekst, mający zwrócić moją uwagę na bezprecedensowe wydarzenie artystyczne w postaci wernisażu fotograficznego, który odbył się był w mikołajki na profilu fejsbukowym Gochy. Gocha, w myśl zasady, że fotografia bez niej jest fotografią straconą i zbędną, przebrawszy siebie i swoje dzieci mikołajkowo zarządziła sesję zdjęciową, wykonaną, jak mniemam, przez któregoś z zachwyconych rodziców, którą można by zatytułować: „Caryca i jej cheruby”. Zepsuła sobą wszystkie zdjęcia, bo dzieci akurat ma ładne. Gdyby jeszcze były to tylko zdjęcia, ale nie – każde zostało opatrzone komentarzem w stylu Gochy. A styl Gochy jest jak brazylijski wosk: człek dwa takie komentarze przeczyta i okolice bikini ma gładkie jak jedwab. Czterdziecha zbliża się ku niej wielkimi krokami, ale mentalność niezmiennie pozostaje na poziomie dwunastolatki. Nie wiem, czy współczuć, czy zazdrościć. Gocha ma unikalną właściwość, z tego co wiem, oddziałującą tak nie tylko na mnie: jest jedną z nielicznych osób, budzących czasem przedziwne pragnienie przełożenia jej sobie przez kolano i strzaskania jej tyłka tak, że albo oddzieliłby się od reszty i odpadł, albo okładający zemdlałby ze zmęczenia. Zależy, co nastąpiłoby pierwsze. Wzruszam się nad sobą, że taki łagodny i tolerancyjny jestem, skoro to wyzwalane przez nią pragnienie pozostaje jedynie w sferze nierealizowanych marzeń. Jednak, by nie kusić losu, Gochy starannie unikam. Ktoś mógłby pomyśleć, że życie Gochy ma same blaski, a sama Gocha skłonna byłaby raczej powiedzieć, że głównie cienie. Na przykład przedszkole uwzięło się na nią, żeby ją wykończyć, nasyłając na nią, za pośrednictwem jej własnego cheruba, wirusy o wyjątkowej zjadliwości, z którymi Gocha musi się zmagać. Na dodatek czasem własnymi dziećmi zająć się musi, wzruszając się nad swoim ciężkim matczynym losem. To sprawia, że utyrana jest ponad miarę. Na szczęście Święta zbliżają się wielkimi krokami. Wkrótce Gocha zarządzi przygotowania, zagoni do nich rodziców i wreszcie będzie mogła zrelaksować się wydając dyspozycje, krytykując, utyskując i zrzędząc tak, jak lubi najbardziej. Albowiem nic tak Gochy nie raduje, jak rola poganiacza niewolników. Gdyby jeszcze tylko ręka tak się od dzierżenia bicza nie męczyła… 

12 komentarzy:

  1. Pytanie pierwsze i ostatnie- po co Gocha, skoro tylko wk**ia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po co Gocha?
      1. dla rozrywki. Jej megalomania mnie śmieszy
      2. dla gładkich jak jedwab okolic bikini
      3. dla ciotki, którą bardzo lubię
      Gocha nie tylko wk...wia, Gocha też czasem śmieszy.

      Usuń
    2. No tak, jeśli Gocha nie przekracza pewnych dawek to może śmieszyć. Ale np być dzień w dzień z taką Gochą... uj.

      Usuń
    3. Gocha przekracza wszelkie dawki, ale jestem w tej komfortowej sytuacji, że to ja decyduję ile Gochy sobie dawkować. Gocha na codzień? Pod jednym dachem? Boże broń!

      Usuń
    4. Każdy ma w rodzinie Gochę czy Hiacyntę.

      Usuń
  2. Hm... czasami się rozpędzam/rozkręcam i piszę taki post, w którym z detalami rozpisuję się o żółci, która wylewa się i rozlewa. Czytam, kasuję i tyle tego.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie jesteś pierwszą osobą fantazjującą o spankingu, ale chyba lepiej wybrać do tego zajęcia jakiś milszy obiekt... :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nawet ma swoją nazwę? Człowiek uczy się całe życie:) Czuję się zatem rozgrzeszony z tych moich fantazji

      Usuń
    2. No i zdeprawowałam niewinnego!

      Usuń
    3. Bardzo mi przyjemnie. Jak będziesz chciał dać się zbrukać, wiesz gdzie mnie znaleźć :DDDDD

      Usuń

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger