niedziela, 19 marca 2017

O szyderczym chichocie

(...)

Kompletnie zignorowawszy rachunek prawdopodobieństwa los zaśmiał się szyderczo, po czym perfidnie wycelował dokładnie w tę samą parę, którą już onegdaj sponiewierał wystawiając w kościele na publiczną ekspozycję. Wiedział dobrze, że prawdą jest to, co twierdzi psychologia, że nie uczymy się na swoich błędach, a jedynie je utrwalamy i wykorzystał tę wiedzę z całą bezwzględnością. Czwarta ławka licząc od przodu. Nie wiem, co w sobie ma, że doskonale obły pan i równie idealnie krągła pani ciągną do niej jak ćmy do płomienia, choć zdecydowanie unikać jej powinni, zwłaszcza, że wabi ich ona obydwoje symultanicznie, jak jakaś rosiczka. Obła pani przeszedłszy nawę zatrzymała się przy owej pechowej czwartej ławce, wymownie dawszy siedzącemu już na jej brzegu obłemu panu do zrozumienia, że chce w tę ławkę wejść. Pan nie chciał się rozstać z owym, najwidoczniej ulubionym przez siebie skrajnym miejscem, jednak niepomny doświadczeń sprzed kilku miesięcy nie wyszedł z niej, żeby pani przejść mogła swobodnie, ale uniósł się jedynie, zmuszając ją do przeciskania się, czym niechcący wykreował zdarzenie dla siebie i pani krępujące, acz dla postronnego widza spektakularnie malownicze. Jakieś wspomnienie przebytej traumy musiało się kołatać w pamięci pani, skoro do procedury przeciskania się podeszła odmiennie i zaszła pana tyłem. Swoim. I to dosłownie. Z całą pewnością odniosłaby sukces, gdyby nie jeden drobiazg, który jej w tym przeszkodził – obłość. A w zasadzie dwie, które się na siebie nałożyły. Przeciskawszy się albowiem, pani niechcący ześlizgnęła się wprost w próżnię dokładnie pomiędzy krągłością pana a jego udami i utknęła w niej strategiczną częścią swojej cielesnej powłoki, zwanej przez niektórych niewymowną. Widok był porażająco naturalistyczny. I z całą pewnością odświeżył obydwojgu pamięć o ekscesie sprzed kilku miesięcy, bowiem bezzwłocznie podjęli czynności zaradcze. Pani złapawszy oparcie ławki poprzedzającej ciągnęła ile tylko sił miała, pan zaś pomagał jej w tym usiłując oburącz przesunąć jej biodra w bok, aż obydwoje poczerwienieli na twarzach z wysiłku. Ławka skrzypiąc rozpaczliwie wytrzymała szczęśliwie tę ekstremalną ewolucję, a wspólny wysiłek zaowocował sukcesem, okraszonym dwoma ciężkimi klapnięciami zadanymi siedzisku z nieco większą energią niż to zwykle bywa. Powstrzymawszy z wielkim trudem atak pełnego współczucia śmiechu pomyślałem, że o ileż łatwiej poszłoby im, gdyby pan miast uparcie trwać w półprzysiadzie tworzącym ową więżącą panią próżnię, po prostu usiadł...

(...)

10 komentarzy:

  1. Zdecydowanie powinni poćwiczyć tę ewolucję w ustronniejszym miejscu:))

    OdpowiedzUsuń
  2. Mówisz rosiczka? A może rosówka-gigant?

    OdpowiedzUsuń
  3. Gdyby chociaz, majac w pamieci poprzednie starcie, ubrali sie w sliskie jedwabie - poszloby latwiej! Byle nie w poliestry - bo choc sliskie, to jednak od tarcia mogloby dojsc do skrzesania iskry i ziuuuu...

    Swoja droga, w tym siedzeniu na brzegu cos jest, bo w srodkach komunkacji publicznej ludzie zachowuja sie tak samo, szczególnie wlasnie panie w odrobine juz posunietym wieku. Musi siedziec z brzegu, i juz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też lubię siedzieć z brzegu, lub (jak mawia gawiedź u mnie w górach) z brzega. To chyba jakiś atawizm jest:)

      Usuń
  4. Diable, oni siedzą z brzegu, żeby przy wysiadaniu nie robić komuś problemu takim przeciskaniem się właśnie. Przecież jadą tylko trzynaście przystanków!
    Co za opis, co za opis, Adamie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moniu, Moniu, Ty się tu ze mnie nie natrząsaj:))))))

      Usuń
    2. Wręcz przeciwnie! Nie ma w tym żadnego przekąsu, bardzo lubię Twoje pisanie :) Mniam.

      Usuń