09 listopada

Sen

Przedzierające się przez mgłę słońce wpadało do środka przez wielkie, zajmujące niemal całą ścianę od sufitu aż po podłogę, w połowie przesłonięte udrapowaną firaną okno, tworząc na podłodze jasnożółtą plamę. Stał naprzeciwko. Jego bujna czupryna mocno już przyprószyła się siwizną. Miał na sobie czarne dżinsy i gładką granatową koszulę z długim rękawem, a na stopach czarne adidasy. Jego oczy były równie błyszczące jak dawniej, choć twarz sprawiała wrażenie nieco zmęczonej, a czoło przecinały dwie mocno zaznaczone poziome bruzdy. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu, poddając drobiazgowemu oglądowi każdy fragment naszych twarzy, każdą zmarszczkę, bruzdę i krostkę, jakby ucząc się ich na pamięć. Panująca cisza sprawiała wrażenie nienaturalnie sterylnej, a czas zdawał się nie istnieć. Wszystko jakby zastygło w bezruchu. Wszystko prócz mnie i smugi światła rozlanej na podłodze, zaskakująco żwawo pełznącej ku ciemnej plamie drzwi na przeciwległej ścianie. Nagle cały obraz zakołysał się, tracąc ostrość i zaczął się rozpływać. Nie było już okna ani podłogi - była bezkresna przestrzeń i gwałtowne spadanie. Pikowaliśmy w dół z ogromną prędkością, objęci, kręcąc w powietrzu dzikie piruety. Nieokreślona zieloność pod nami szybko zaczęła nabierać kształtów i po chwili rozpoznać już można było las, a w następnej nawet kępy drzew zbliżające się z zawrotnym pędem. Przez moją głowę przemknęła myśl, że oto zginiemy nadziani na drzewa. Chciałem krzyczeć z przerażenia, ale pęd powietrza zdusił mój krzyk, wciskając mi go z powrotem do gardła. Wierzchołki drzew były tuż tuż – wzmocniłem uścisk, zaciskając jednocześnie mocno powieki... 

Leśna polana zalana była przedzierającym się pomiędzy drzewami słońcem. Powietrze pachnące igliwiem i rozgrzaną ziemią pełne było unoszących się w nim szmerów gałęzi, ptasiego świergotu i trzepotu skrzydeł, bzyczenia owadów, szumu wiatru w koronach drzew. Daleko za horyzontem lasu majaczyły góry o szczytach spowitych mgłą, od których wiał rześki wiaterek, delikatnie muskając moją twarz. 
- Pięknie tu – szepnął zza moich pleców, obejmując mnie i przyciskając brodę do mojego ramienia.
- Bardzo  – odszepnąłem opierając skroń o jego policzek. – Wiesz, śniło mi się, że spadamy...
- Wiem - przerwał mi łagodnie. - Ja też śniłem ten sen...

9 komentarzy:

  1. Znaleźliście czarną dziurę w rzeczywistości snu. Ponoć fizycy teoretyczni obliczyli, że możliwe jest spotkanie się dwóch czarnych dziur z innych wszechświatów, połączenie dwóch studni.

    Pięknie napisałeś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spróbowałem jak najwierniej opisać to, co mi się śniło, nie wiem na ile udatnie. Podoba mi się myśl, że on mógł również śnić ten sen. Dzięki:)

      Usuń
  2. Hej! Byłeś w mojej krainie!:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Niestety, moje sny są bardzo prozaiczne.

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękny sen, piękny opis. Taki sen nie kończy się z chwilą obudzenia. Śni się dalej i dalej.

    OdpowiedzUsuń
  5. https://xpil.eu/k/sny/

    Pozdrawiam zza blogowej miedzy ;)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger