30 listopada

Dziewczę w bordowym Tico

Śliczne blond dziewczę w bordowym Tico sprawiło dziś, że szczęka mi opadła. Nie, nie w podziwie nad jej naprawdę wyjątkową urodą. Ale po kolei. Wracałem do domu drogą szybkiego ruchu. Przede mną jechało bordowe Tico. Jakoś tak dziwnie jechało, jakby niepewnie. Miałem się na baczności, bo z doświadczenia wiem, że tak jeżdżą kierowcy lubiący robić niespodzianki. I niespodzianka była, a jakże. Aż trudno mi wciąż w to uwierzyć. Z tej drogi szybkiego ruchu odchodzą zjazdy na obwodnice miasta oraz na pobliską autostradę. Dziewczę w bordowym Tico minęło sobie taki zjazd i… gwałtownie zahamowało, wrzuciło wsteczny i dalejże cofać! Całe szczęście, że działo się to dzisiaj, a nie w dzień roboczy w godzinach szczytu, bo doszłoby do gigantycznego karambolu! Widziałem, że była zła, że ja i stojące za mną samochody, nie cofamy, żeby jej umożliwić powrót i zjechanie na wybrany zjazd, bo rozkładała rękami i coś pyskowała. Zrezygnowała jednak, kiedy stojący za mną kierowcy zaczęli trąbić. Pojechała przed siebie. Wyprzedziłem ją – prześliczne blond dziewczę! Kto jej, na litość, dał prawo jazdy!
***
Dzisiaj jest pierwszy dzień adwentu i drugi prawdziwie zimowy dzień. Choć śniegu nie ma, temperatura utrzymuje się poniżej zera (-5) przez cały dzień. Wróciłem do domu z kościoła, odpaliłem ogrzewanie (pierwszy raz tej zimy) i pijąc gorące cafe late cieszę się ciepłem domowego ogniska - w tym wypadku gorących kaloryferów. Dziś już nie wychylam nosa z domu. Pamiętam z dzieciństwa jaką frajdą było dla mnie codzienne wędrowanie z Mamą i lampionem na roraty na 6.30. W górach od początku grudnia leżał już śnieg, mróz czasem był siarczysty, nawet poniżej -20 st. Uwielbiałem jak zmrożony śnieg skrzypiał pod stopami... 

28 listopada

Dubeltowa anatema

Jakiś czas temu na moich oczach rozpoczęła się, błyskawicznie przebiegła i zakończyła się historia miłosna. Zenon poczuł miętę do Maryśki – swoim wzdychaniem robił przeciągi na korytarzach, wpatrywał się w Maryśkę maślanym wzrokiem i kilka miesięcy się zbierał, żeby przypuścić na Maryśkę szarżę ułańską. Powiernicą jego sercowych rozterek została koleżanka o swojsko brzmiącym słowiańskim imieniu Marika. Maryśka z Zenonem mogliby stworzyć stadło doskonałe, ponieważ ich systemy operacyjne wykazywały kompatybilność. Marika też nie powiem, świetnie pasowała i razem stanowili tercet niebywale barwny. Maryśka patologiczna konfabulatorka, Zenon bajkopisarz i Marika kupidynka – posłanka miłości. Po kilkumiesięcznym robieniu przeciągów wzdychaniem i wpatrywaniu się w Maryśkę maślanym wzrokiem, zmotywowany przez Marikę Zenon uczynił wysiłek i pościemniał Maryśce niestworzone historie o sławie i szczęściu. Maryśka wysłuchała, odpaliła wbudowany zestaw surwiwalowy, napięła się, nadęła, przemieliła w sobie i… wyskoczył wynik negatywny dla Zenona. Zenon miał jedną wadę, która go dyskwalifikowała – nie był mianowicie prezesem, ani dyrektorem, ani nawet kierownikiem nie był. Rzecz z perspektywy Maryśki niewybaczalna. Maryśka, jako osoba empatyczna, delikatnie poinformowała Zenona, że nie jest zainteresowana, uzasadniając to… Trudno uwierzyć, że to zrobiła, ale myślę, że zrobiła to naprawdę: powiedziała mianowicie Zenonowi, że nie może się z nim związać, ponieważ Zenon zdradzałby ją z… Mariką! Zenon uzasadnienie przyjął ze zrozumieniem i odszedł z opuszczoną głową…. Prosto do Mariki po wsparcie. Otworzył przed Mariką serce i poskarżył się jej, że Maryśka go odrzuciła i powiedział dlaczego. Marika wysłuchała, wsparła i pojechała do domu. Otwierając drzwi do domu doznała nagłego olśnienia i doszło do jej świadomości uzasadnienie odrzucenia Zenona przez Maryśkę – ręka Marice zadrżała, klucze złowrogo zadźwięczały. Nagły szlag Marikę trafił. Była jak furia, nawet jej własne koty, które kocha, pochowały się gdzieś po kątach i bały się wychylić nosy, ze strachu, że mogłyby podejść wściekłej Marice pod rękę. Mąż również starał się raczej nie rzucać jej w oczy. Szlag Marikę trafił, trzymał do białego rana i nie puszczał. Przywiozła ten szlag do pracy, dopadła Maryśkę i rzuciła się na nią z zamiarem przegryzienia jej aorty szyjnej. Maryśka w desperackim akcie ratowania życia wyparła się wszystkiego i zwaliła na wybujałą fantazję Zenona. Też ją szlag trafił, że Zenon wylaptał wszystko Marice. Zwarły szyki i jak dwie Walkirie pogalopowały na niczego nie spodziewającego się Zenona. Przypadkiem byłem tego świadkiem. Wjechały jak dwie furie i zahamowały frontalnie przed siedzącym Zenonem. Marika złowrogo, acz w miarę dyskretnie, powiedziała: ”Zenon, czy możemy cię prosić na słowo?”. Zenonowi krew się ścięła w żyłach, tyłek przykleił do krzesła i wstać nie był w stanie. Marika ponowiła prośbę, tym razem jednak już nie tak dyskretnie: „Zenon pozwól na słowo!”. Zenon dalej nie reagował. Maryśka nie bawiąc się w konwenanse ryknęła: „Zenon marsz z nami na korytarz!”. Tu ściszyła teatralnie głos i syknęła: ”No chyba, że wolisz, żebyśmy to załatwiły tutaj, przy świadkach?”. Nie, Zenon zdecydowanie tego nie chciał! Odkleił tyłek od krzesła i posłusznie pomaszerował za swoimi oprawczyniami. Nie wiem, co tam na korytarzu się stało, ale cokolwiek tam zaszło, te dwie Walkirie rozprawiły się z nim szybko. Zenon wrócił i zasiadł na swoim krześle, ale już jako kastrat. Aż żal było na niego patrzeć. Sojusz Mariki z Maryśką trwał tylko do tej ich husarskiej szarży na Zenona, bo Marika miała bardzo poważne podejrzenia, że Zenon tylko powtórzył produkt niebywale wyrafinowanej umysłowości Maryśki, ale nie mając dowodów, nie mogła Maryśce przegryźć aorty, tak jak w pierwszej chwili planowała. Natomiast Maryśka nie była pewna, czy Marika jednak tego nie będzie chciała zrobić, więc nie czuła się bezpiecznie. Maryśka pełna oburzenia zrelacjonowała mi całą sprawę w drodze z pracy. A Zenon? Został obłożony dubeltową anatemą. Marika teatralnie uniosła rękę i powiedziała mu, że z nim skończyła i nie chce mieć z nim więcej nic do czynienia. Maryśka powtórzyła gest i to, co przed chwilą powiedziała Marika i tym oto sposobem rzucona została na niewinnego, acz niemądrego Zenona podwójna anatema… Marika przez kilka dni dąsała się na Maryśkę, ale szybko się pogodziły, jak na pokrewne dusze przystało. Myślę, że Zenon powtórzył tylko po Maryśce. To moje domniemanie graniczy niemal z pewnością. To bajkopisarz i konfabulator, tak, ale w porównaniu z Maryśką to niewinna, prawdomówna dziecina...

26 listopada

Sale 85%

Przedwczoraj wyciągnąłem z szafy zimową kurtkę, rękawiczki, szalik i czapkę, i tak zimowo okutany otworzyłem wczoraj sezon zimowy. Moja zimowa kurtka… W wielkim  centrum handlowym, w którym robię zakupy, bo mam je po drodze, w głównej alejce znajduje się sklep z bardzo markową odzieżą. Wędrując ową alejką do głównej hali, wielokrotnie mijałem ten sklep. W witrynie sklepu plastikowi panowie puszyli się przybrani prześlicznymi ciuchami, wśród nich jeden puszył się najbardziej, bo miał na sobie absolutnie cudowną zimową, czarną bawełnianą kurtkę. Nie jestem fetyszystą markowych produktów, naprawdę nie jestem. Kosztują o wiele za dużo! Lubię ładne rzeczy, ale nie muszą być markowe – ważne, żeby były wygodne i żeby mi się po prostu podobały. Owa prześliczna kurtka kosztowała 2400 PLN – cena, jakiej absolutnie nie wyłożyłbym nawet za coś tak ładnego. Ja wiem, że to i tak cena umiarkowana, jak na niektóre markowe rzeczy, ale i tak zdecydowanie zbyt wysoka. Przechodziłem koło sklepu, spoglądałem na kurteczkę, wzdychałem, wyobrażałem sobie, jak ładnie by na mnie wyglądała, wzdychałem ponownie i szedłem dalej. Aliści pewnego pięknego, lutowego, sobotniego przedpołudnia przechodząc koło tego sklepu zobaczyłem wielki napis SALE 30-85%. Miałem przejść wzdychając, jak zwykle, ale coś mnie natchnęło i pomyślałem, że wejdę i zapytam ile za tę kurtkę sobie powinszują po przecenie. Okazało się, że kurtka była ostatnią niesprzedaną końcówką kolekcji i przecenili ją o 85%! Do tego rozmiar L! 360 PLN za takie cudo to prawie za darmo. Złapałem kurtkę warcząc ostrzegawczo, żeby nikt się nie zbliżał do mojego łupu! Zapłaciłem, przywiozłem do domu, odpakowałem, założyłem na siebie i zapytałem zwierciadło: „Zwierciadełko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie?”. Odpowiedziało: „Ty Adasiu, ale tylko w tej kurteczce”. Od tego czasu uwielbiam moją kurtkę i bezwstydnie się do tego przyznaję.

25 listopada

Na satysfakcję!

Byłem dziś w pracy. To nic niezwykłego, wiem. Bywam tam parę razy w tygodniu. Dziś jednak mój wyjazd do pracy okraszony został niespodziewaną atrakcją. Do pracy (i z pracy) jeżdżę samochodem. Taka moja fanaberia. Ekonomicznie uzasadniona, ale nie o tym chciałem. Pojazd (nie pierwszej już młodości) parkuję nieopodal bloku, w którym mieszkam. Zaszedłem na parking dzisiaj rano i ze zdziwieniem skonstatowałem, że kluczyk przestał pasować do zamka! Wczoraj pasował, dzisiaj nie pasuje. Pomyślałem „what the f…k!” i ponownie spróbowałem włożyć kluczyk w zamek. Ni cholery nie wejdzie! Ciut się wkurzyłem, że nie uda mi się otworzyć auta i do roboty będę musiał pojechać komunikacją miejską. Myślę sobie, czemu ten cholerny kluczyk nie wchodzi w ten cholerny zamek, przecież nie było mrozu i nie mógł zamarznąć! Zresztą pragmatycznie zafukałem zamek preparatem mającym zapobiec jego zamarznięciu. Wypuszczane przeze mnie w powietrze …rwy nie pomogły – kluczyka nie dało się włożyć do zamka! Olśniło mnie jednak, że przy kluczyku jest pilot i mogę spróbować otworzyć auto pilotem. Udało się. Gwoli wyjaśnienia – auto na parkingu zamykam zawsze kluczykiem, żeby nie aktywować alarmu, który nie wiedzieć czemu ma zwyczaj włączać się bez powodu średnio co jakieś 4 godziny. Absolutnie bez żadnego powodu. Tak po prostu ma i kropka. Mechanicy sprawdzali ten alarm wiele razy i za każdym razem stwierdzali, że wszystko jest ok i alarm nie ma prawa włączać się ot tak bez powodu. Oni twierdzili swoje, a alarm swoje – włączał się ca co 4 godziny, nieproszony, nieprowokowany, nietykany! Stanęło na tym, że to jakieś czary albo cóś. Pomyślałem, poważna sprawa, bo cóś mi się zdaje, że owego cósia nie da się zmóc, więc trzeba poradzić w inny sposób. Jestem prospołeczny, dlatego, żeby oszczędzić sobie i sąsiadom akustycznych wrażeń, szczególnie w nocy, litościwie zamykam auto kluczykiem, nie aktywując alarmu. Wczoraj mój bezbronny z tego powodu samochód stał się celem sabotażu – cóś zostało wciśnięte w zamek, żeby go zablokować. Teraz będzie brzydko, więc co wrażliwsze osoby, tudzież czytelników z tzw. klasą, proszę o odwrócenie wzroku, ewentualnie o przeskoczenie o jedną linijkę niżej. Jakaś pieprzona swołocz, jakieś ścierwo cholerne, jakaś nagła franca wcisnęła mi w zamek blaszkę od długopisu! Dojechałem do pracy, a tam mój kolega, który wozi w aucie chyba każde narzędzie, jakie kiedykolwiek mogłoby się przydać, wyciągnął pęsetę, którąż włożywszy w zamek, wyciągnął z niego owąż blaszkę od długopisu (którąż, owąż – podoba mi się ten zawijas ąż, bo zakręca się w uściech tak wyrafinowanie). Nie, nie zdenerwowałem się. Pomyślałem tylko, co w takim łbie musi się dziać, że ów łeb zmusza właściciela do wciskania w zamki samochodów blaszek od długopisu lub innych mających zapchać zamek militariów. Urwać taki łeb właścicielowi to byłoby za mało dla mnie na satysfakcję, ale gdyby urwać jeszcze do kompletu łapki…. Hmmm… Tak, to byłoby satysfakcjonujące.

21 listopada

Welcome to the real world (4)

Reperkusje dnia wczorajszego. Mam wrażenie, że kolega czuje się skrzywdzony tym, że nie doceniam jego błyskotliwej kreatywności i nie chcę załatwić za niego jego spraw z nadszefem. Wykastrowałem jego rozdęte ego. Zrobiłem w nim dziurę i zeszło trochę powietrza. Powiedział mi dziś „cześć” zbolałym, oburmuszonym głosem, czym mnie zresztą zaskoczył, bo spodziewałem się raczej, że śmiertelnie zbezczeszczony nie będzie się do mnie odzywał. Nie zamierzam robić niczego wbrew własnemu sumieniu i nie będę za kogoś załatwiał jego spraw tylko dlatego, że nadszef mnie szanuje. Uczciwie i ciężko zapracowałem na swoją pozycję zawodową i na to, że jestem szanowany, i nie zamierzam stracić swojej zawodowej wiarygodności, bo koledze się uroił firmowy mesjanizm. Nie będę rekomendował bzdur tylko z litości dla czyjegoś ego. Przykro mi, ale kolega będzie musiał sobie z tym poradzić i żyć dalej.

Koleżanka Ola po przeczytaniu mejla ode mnie, zadzwoniła do mnie późnym wieczorem wytłumaczyć się. Pościemniała, że nie miała nic złego na myśli, że to „niech się cieszy” oznaczało, że pewnie będę niezadowolony, że zawraca mi tym głowę, i tym podobne tłumaczenia. Ściemy, bo wiem, że to była złośliwość, że niby to taki ważny jestem. W gruncie rzeczy nawet lubię Olę. Chętnie wyręcza się innymi, jak ma okazję, ale wynika to z lenistwa, a nie z wredoty. Dałem się przeprosić. Nie zrobię za nią jej roboty i nie pozostawiłem jej w tym względzie żadnych wątpliwości, ale powiedziałem, że mogę te papiery sprawdzić, jak je zrobi. Powiedziałem też, co dalej zrobić z tymi papierami. Ola ma tupet, to fakt, ale nie jest wredna. 

20 listopada

Welcome to the real world (3)

Co za tydzień w pracy! Dzisiejszy dzień, to był dzień prawdy i dwoje moich współpracowników nadziało się na mnie i tę prawdę usłyszało. Kolega, który wymyślił sobie, że jest zbawieniem dla firmy, usiłował wymusić na mnie poparcie jego kandydatury na samodzielne stanowisko. Wymyślił sobie, że nadszef mnie lubi, więc pójdę do nadszefa i zarekomenduję mu tego kolegę i jego pomysły! Wyobrażacie sobie coś takiego??!! Patrzyłem na tego kolegę zafascynowany tym, co mu się w głowie uroiło. Przedstawił mi swoje pomysły i... nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy płakać. To były jakieś kuriozalne brednie! Powiedziałem mu, że nie poprę go, bo ja go na tym stanowisku nie widzę. Zapytany dlaczego, uzasadniłem szczerze. Nie dam mojego poparcia komuś, kogo moralność i etyka zawodowa są bliskie zeru. Uświadomiłem mu też, że jest coś takiego jak zawodowa wiarygodność, a ja gdybym zarekomendował kolegę i jego pomysły, właśnie zawodową wiarygodność straciłbym bezpowrotnie. Przyznam szczerze, że widok opadającej ze zdziwienia twarzy tego mojego kolegi, po moim uzasadnieniu, wart był każdej ceny. Nie lubię, jak ktoś próbuje zrobić ze mnie idiotę i nawet nie zadaje sobie trudu, żeby to zamaskować. Drugą osobą była moja współpracownica Ola. Poprosiła mnie o udostępnienie jej mojego autorskiego materiału i pozwolenie wykorzystania go jako wzorca, a ja naiwny i durny, zgodziłem się. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po jakiejś godzinie otrzymałem od niej mejla ze skomleniem, żebym tę robotę za nią zrobił, bo ona biedna nie wie, co i jak i gdzie ma to wysłać. Trochę mnie to ruszyło, bo dostała wzorzec, w którym miała zmienić tylko nazwy i nawet tego nie chciało jej się zrobić. Nie zdążyłem zareagować, bo podeszła do mnie Kaśka i położyła przede mną bez słowa jakieś papiery. Zapytałem co to jest. Odpowiedziała, że to Ola kazała te papiery u mnie zostawić na przechowanie i jutro je ode mnie odbierze. Powiedziałem Kaśce, żeby zabierała te papiery i przechowała je dla Oli u siebie. Kaśka wyciągnęła telefon i odczytała mi smsa, którego otrzymała od Oli. W tym smsie Ola napisała mniej więcej coś takiego: "Te papiery zostaw u Adama, niech się cieszy. Odbiorę sobie je od niego jutro". Kaśka odwróciła wyświetlacz do mnie, żebym mógł zobaczyć, że nie ściemniała. Wkurzyłem się. Kazałem Kaśce zabrać w cholerę te papiery, bo nie jestem Oli sekretarzem. Zabrała i poszła oburmuszona. Otworzyłem pocztę i wysmarowałem Oli tak jadowicie sarkastyczną odpowiedź (na chwilę wcześniej otrzymanego od niej mejla, w którym skomlała, żebym zrobił za nią jej robotę), że nagły szlag ją trafi, jak tego mejla ode mnie przeczyta. Niektórzy ludzie nie mają wstydu, przyzwoitości i sumienia!

19 listopada

Welcome to the real world (2)

Śnił mi się Brązowooki. Siedziałem w jakiejś długiej ławce, jakby w kościele, a on stał obok tej ławki, po lewej stronie i rozmawiał z kimś. Spojrzałem na niego, nasze oczy się spotkały, zarumienił się i spuścił wzrok. Miał skośne oczy. Zastanowiłem się, dlaczego on ma skośne oczy? Dziwny sen. Zresztą jak wszystkie moje sny. 
***
W pracy ciężki dzień. Musiałem odwiedzić nadszefa, żeby zdać mu relację z wykonania czynności, którą mi powierzył. Uraczył mnie następnym zadaniem, które wcale, ani trochę mi się nie podoba, a które wykonać będę musiał. Pogoda dzisiaj paskudna, ludzie jacyś tacy nerwowi, podminowani, niecierpliwi. W powietrzu kotłowały się niedobre emocje, sprawiając, że napinałem się wewnętrznie. Zmęczyło mnie to. Nie mam weny do pisania, bo jakiś taki jałowy się czuję...
***
To były trudne dwa tygodnie - pełne napięcia i emocji. Dwie życzliwe mi osoby, powiedziały mi dzisiaj, że schudłem. Znaczy, że te emocje po mnie widać. Zważyłem się po powrocie do domu i rzeczywiście zjechałem z 77 na 75 kg w ciągu tygodnia.
***
Zdecydowałem nie kupować HUGO Hugo Bossa - chcę odpocząć od tego zapachu, bardzo pięknego, ale jednoznacznie kojarzącego mi się z Szarookim. To objaw rozsądku. Chyba.

17 listopada

Welcome to the real world

Nadszef mnie dzisiaj zaprosił do siebie na rozmowę. Nie, nie osobiście – zrobił to za pomocą swojej sekretarki. Stawiłem się, no bo cóż mogłem zrobić – „pan każe, sługa musi”. Wiem, że nadszef szanuje moje kwalifikacje i umiejętności, bo okazywał mi to już nie raz, a co za tym idzie, szanuje moje zdanie. Miło jest być docenianym, ale dzisiaj zostałem zaskoczony pytaniem, które wprawiło mnie w osłupienie i sprawiło, że włączył się we mnie system alarmowy. Mianowicie padło pytanie, czy jest coś, o czym nadszef powinien się dowiedzieć. W pół sekundy zrobiłem rachunek sumienia z ostatniego roku pracy, czy aby czegoś nie zawaliłem, ale nie, na pewno nie. Zapytałem więc, co nadszef ma na myśli, bo ja nie mam pomysłu, o jakich służbowych sprawach ode mnie nadszef powinien się dowiedzieć. Podkreśliłem słowo „służbowych”. Nadszef uśmiechnął się tylko i sprecyzował. To jego specyficzne poczucie humoru! Odetchnąłem, bo poprosił mnie o załatwienie pewnej służbowej sprawy w jego imieniu. Jest nadszefem i może dywersyfikować obowiązki jak mu się podoba. Czasem zleca mi takie służbowe czynności w jego imieniu. Napisałem na początku, że szanuje moje zdanie. Odkryłem dlaczego. Mianowicie nigdy nie wyrażam swojego zdania do nadszefa niepytany, nie podlizuję się, nie obmawiam koleżeństwa i nie donoszę, nie spoufalam się, nie zawracam mu głowy pierdołami. Kiedyś poprosił mnie (on nigdy nie wydaje poleceń, ale prosi, co jest i tak równoznaczne z poleceniem, brzmi jednak nieporównanie sympatyczniej) o zadziałanie w jego imieniu, mówiąc: „Bardzo proszę, żeby to pan się tym zajął panie Adamie, bo tu potrzebny jest takt”. Powiedział to przy trójce moich współpracowników, intensywnie zabiegających o nadszefowskie względy. Chwilę wcześniej dali taki popis lizusostwa, że aż przesadzili, bo nadszef poczuł się nieco zażenowany, a ja udawałem, że mnie tam w ogóle nie ma.  Nadszef jest nie tylko znakomitym fachowcem, ale również człowiekiem z klasą. Nie lubi takich sytuacji. A jak wspomniana wyżej trójka koleżeństwa? A zazdroszczą. Ale otwarcie nie mają odwagi zaatakować. W tym, co robię jestem naprawdę dobry i mam osiągnięcia. I już nie raz chroniłem im tyłki, jak coś zawalili. Mam pełną świadomość, że gdybym ja coś zawalił, z pewnością zostałoby to wykorzystane przeciwko mnie. Konkurencja znaczy. 

01 listopada

Bo to był człowiek!

Moja Mama zrelacjonowała mi telefonicznie ostatnią swoją bytność u pani Zosi. Przedwczoraj zaszła do niej na chwilę i zastała u niej ową Bronkę, która kiedyś usiłowała przesłuchać syna pani Zosi na okoliczność jej przychodniano – szpitalnego szoł (post Sensacja). Ożywiona rozmowa toczyła się wokół sąsiada Bronki, Nowaka*, alkoholika nieszkodliwego, choć aspirującego do pijackiej elity, czyli żulerii. Bronka generalnie spolegliwa nie jest, więc drze koty z wszystkimi sąsiadami, również z Nowakami. Obsobaczała zatem Nowaka zajadle, ku radości pani Zosi. Nie, żeby pani Zosia miała coś do Nowaka, absolutnie nie! Radość sprawiała jej sama relacja Bronki – zawszeć to jakieś urozmaicenie w życiu rekluzy. A relacja Bronki jędrna była i obficie okraszona słowami, które swój rodowód jakoby miały w łacinie. Ów wywód Bronki na temat Nowaka i jego alkoholizmu, pani Zosia podsumowała wnioskiem, że Nowakowa powinna oddać Nowaka na przymusowy odwyk. Moja Mama, która przysłuchiwała się temu obsobaczaniu Nowaka w milczeniu, nie wytrzymała i wypaliła:
- Zocha, a ty czemu swojego męża na przymusowy odwyk nie wysłałaś?
Pani Zosia, której mąż zdecydowanie nie wylewał za kołnierz, osłupiała na moment, ale szybko odzyskała rezon i odpowiedziała:
- Bo to był człowiek!!!
- A Nowak to nie człowiek? Zocha ty się zastanów, co ty mówisz!
Jak już Bronka pozbierała się i poszła, moja Mama przypomniała pani Zosi:
- Zocha ty nie bądź do Bronki taka wylewna, bo chyba wiesz, jaka Bronka jest, tak? Do ciebie powie jedno, a do Nowaka drugie, np. to co powiedziałaś o wysłaniu go na przymusowy odwyk. I jeszcze od siebie dołoży drugie tyle. Chcesz mieć tu wizytę Nowaka?
- No nie chcę – odpowiedziała pani Zosia.
- No więc waż słowa, które wypowiadasz do Bronki.
- Masz rację. Ona nie dość, że przekaże, to jeszcze drugie tyle dołoży!
- Przypomnij sobie, jakie były konsekwencje twojej wylewności – powiedziała moja Mama wskazując ręką na dom sąsiadów pani Zosi. Panią Zosię w tym momencie ciarki przeszły, bo przypomniały jej się korowody sądowe sąsiadów, którzy powołali ją na świadka. Kiedyś o tym napiszę.
______________________________________
* nazwisko na potrzeby posta

30 października

Dyżurny szofer

Rozśmiałem się przed chwilą perliście po przeczytaniu smsa od Maryśki. Przeprasza mnie w nim mianowicie za to, że rozporządziła dziś moim samochodem. Zrobiła tak w istocie. Zdziwiłem się trochę widząc, że do mojego auta prawymi drzwiami załadowała się Maryśka, a lewymi Marika. Maryśka z promiennym uśmiechem poinformowała mnie, że Marika się z nami zabiera i mam ją wysadzić po drodze. Ok, pomyślałem, nie będę się czepiał pierdół, czyli tego, że nikt mnie o zdanie nie zapytał, ani zwyczajnie nie poprosił. Chętnie podwożę, ale nie lubię być traktowany jak dyżurny szofer. Maryśka przed chwilą wykoncypowała, że chyba jednak wypadało przynajmniej zapytać. Lepiej późno niż wcale. Odpisałem jej, że jest ok, bo autentycznie rozbawiła mnie pisząc, że „zaproszenie Mariki do Twojego auta Adaś było przyjacielskim odruchem”.

27 października

Nemezis (2)

Odwiedziłem wczoraj panią Zosię, która z wypiekami na twarzy zrelacjonowała mi konsultację neurochirurgiczną, którą miała kilka dni temu.

Wynik konsultacji neurochirurgicznej według pani Zosi:

- Byłam u takiego młodego chłopaka, gdzieś w twoim wieku. Pooglądał tę płytkę z tomografią. Widziałam to wszystko na monitorze. Pooglądał i powiedział, że nie ma co się śpieszyć.
- Z czym nie ma się co śpieszyć pani Zosiu? - zapytałem
- No nie ma się co śpieszyć.
- Z operacją?
- Nie, z rezonansem.
- Czyli neurochirurg zlecił rezonans?
- No zlecił. A po co zlecił, skoro miał na płytce tomografię?
- Bo rezonans jest czulszy od tomografii i dla pewności zlecił.
- Aha.
- Pani Zosiu przykro mi, że muszę panią rozczarować, ale niech się pani nie nastawia na operację, bo żadnej operacji neurochirurgicznej nie będzie. Gdyby cokolwiek się działo widać by to było na tomografii i neurochirurg powiedziałby pani, że coś się dzieje.
- Dzieje się, bo zapytał mnie, czy jak mnie głowa boli, to oczy mi łzawią.
- I co mu pani powiedziała?
- Że łzawią.
- Pani Zosiu litości! Dlaczego wprowadza pani lekarza w błąd mówiąc, że pani oczy łzawią, jak oczy pani nie łzawią!
- Ale łzawią. No popatrz.
Popatrzyłem. Oczy oczywiście nie łzawiły.
- Pani Zosiu oczy pani nie łzawią. Zresztą to nieistotne, bo z łzawieniem bądź nie i tak operacji nie będzie.
- Zapytałam go co z tą operacją – relacjonowała dalej niezrażona pani Zosia – popatrzył na mnie i zapytał o jakiej operacji mówię, to mu powiedziałam, że o operacji głowy. Znowu na mnie popatrzył i powiedział, że żadnej operacji nie będzie, bo wszystko jest ok. No to go zapytałam, po co w takim razie ten rezonans?
- I co pani odpowiedział?
- Że dla pewności.
- No widzi pani, więc chce dokładnie sprawdzić. Niech mi pani powie, co to było z ta neurolożką? Ona powiedziała pani, że będzie potrzebna operacja?
- No powiedziała, że mam rozważyć kolejną operację głowy.
Pani Zosia przypomniała sobie ten szoł przychodniano - szpitalny który zrobiła i ciarki ją przeszły.
- Wkurzona jestem na nią, bo jak można tak człowieka straszyć niepotrzebnie – skonstatowała pani Zosia – jeśli trzeba będzie głowę znowu operować, to myślę, że się zgodzę.
- Pani Zosiu ja na pani miejscu nie robiłbym sobie nadziei na operację, bo żadnej operacji nie będzie, jak pani powiedział neurochirurg.
- Ale ty głupio gadasz – powiedziała na to pani Zosia – przecież czwartej operacji bym nie przeżyła.
- No to ma pani to zmartwienie z głowy, bo neurochirurg powiedział, że operacji głowy nie będzie.
Pani Zosia trochę się stropiła, bo chyba miała ochotę na malutką operacyjkę:-) Jeśli pani Zosia zaplanowała jakąś operacyjkę dla siebie, to z pewnością coś wymyśli, żeby dopiąć swego. Skoro na neurochirurgiczną operację szans nie ma, to może w ramach innych specjalizacji się uda. Pani Zosia wspomniała coś o laryngologu i zapaleniu zatok. Moją uwagę, że gdyby miała zapalenie zatok, na tomografii byłoby to widoczne, puściła mimo uszu. A to może oznaczać, że jakiś laryngologiczny planik w głowie pani Zosi już kiełkuje…

17 października

Dyplomacja

Maryśce coś się popieprzyło i uznała, że jesteśmy przyjaciółmi. Całe szczęście, że nie bierze mnie pod uwagę jako ewentualnego partnera życiowego, bo to by dopiero była jazda. Maryśka, na szczęście dla mnie, mierzy wysoko. Jej ambicje mógłby zaspokoić jedynie prezes firmy lub dyrektor, ewentualnie właściciel prywatnej firmy, ale dochodowej. Maryśka bez ustanku trzepie jęzorem nie kontrolując tego, co jej się z buzi sypie, ale fizjonomię ma ładną, choć nieskalaną żadną myślą. Adoptowała mnie na przyjaciela i wprosiła się na kawę - niedawno wyszła. Musiałem wysłuchać dwugodzinnego monologu o nieszczęściach, które ją opadły i nękają. Dziewięćdziesiąt procent tych nieszczęść to jej urojenia, osiem procent sama powoduje, a dwa procent to rzeczywiste kłopoty od niej niezależne. Wysłuchałem tych zwierzeń. Ta moja nadmierna empatia przysparza mi jednak czasem niezbyt pożądanych wrażeń. Poradziłem jej na tyle, na ile mogłem. Jeśli będę mógł pomóc, pomogę. Ale drugi raz takiej dawki zwierzeń nie zmogę. Byłem dyplomatą. A dyplomata to ktoś, kto spławia w taki sposób, że spławiany cieszy się na tę podróż. Więc tak spławiłem Maryśkę z jej zwierzeniami, a ona ucieszyła się na tę podróż. Powiedziałem jej mianowicie, że chętnie jej pomogę w rzeczywistych problemach, o ile będę w stanie, ale nie znam się na tych wszystkich kobiecych egzystencjonalnych sprawach i z tymi powinna zwrócić się do kobiety. Ma przecież psiapsióły, te, z którymi tak pytluje symultanicznie. Któraś z nich na pewno jej wysłucha. Maryśkę olśniło i postanowiła tak zrobić. Lubię ludzi, jestem życzliwy, pomagam, jeśli jestem w stanie pomóc. Wiele razy pomogłem Maryśce, choć odwdzięczała się za to obmową. Ale jej egzystencjonalnych zwierzeń nie zmogę! Wysłuchiwanie, że kupiła poradnik psychologiczny, jak znaleźć bogatego faceta i ten poradnik nie działa, to ponad moje siły! Sorry. 

13 października

GROZA symultanicznie potrojona

Dzisiaj po raz kolejny dane mi było ujrzeć zjawisko niezwykłe, które choć cykliczne, niezmiennie budzi mój respekt. Zjawisko magiczne, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Trzy kobiety pytlujące jęzorami symultanicznie. Zasypujące się mnóstwem informacji jednocześnie, z szybkością karabinów maszynowych i ogarniające to bez problemu. Ja po trzech słowach wypowiedzianych jednocześnie przez wszystkie trzy, zupełnie się tracę i odnaleźć się nie potrafię. Nie, nie żałuję, że tak się dzieje, bo niezmiernie rzadko mają do powiedzenia coś wartego uwagi. I to zarówno solo, jak i w tercecie. Obserwowałem dzisiaj jak trzepały jednocześnie łozorami, z zachwytem wypuszczając z ust serie słów, dla nich pełnych treści. Z zaangażowania włożonego w tę wymianę informacji oraz wyrazu ich twarzy domniemywałem, że plotkowały. Nie przesadzę ani trochę mówiąc, że wszystkie trzy są tak wysublimowane, że aż łatwo to przeoczyć. U każdej z nich zjawisko mielenia jęzorem jest wartością stałą, bo każda wypuszcza z siebie kaskady słów bez ustanku, od rana do nocy, przerywając to bombardowanie jedynie spaniem, choć nie zdziwiłbym się ani trochę, gdyby gadały też przez sen! Samonapędzające się perpetuum mobile! Każda z nich mogłaby gadaniem zabić! A jak się spotkają, siła rażenia ulega potrojeniu. Całe szczęście, że nie są świadome tego, że gdyby chciały, mogłyby jęzorami rozgruzować połowę miasta (same nie odnosząc najmniejszych obrażeń), bo jeszcze którejś z nich przyszłoby do głowy, żeby to wypróbować. A jak jedna rozpuszcza łozór, to pozostałe czują konieczność nie do przezwyciężenia, żeby się dołączyć. I nieszczęście dla połowy miasta gotowe. W tym symultanicznym entuzjastycznym przekazie one doskonale się łapią. Wiem, bo sprawdziłem. W drodze z pracy przepytałem jedną z tych Czarodziejek – Maryśkę. Czarodziejka Maryśka zreferowała mi szczegółowo, co która z nich mówiła. Zrobiła to z radością i nieskrywaną satysfakcją, że może się tymi rewelacjami ze mną podzielić. Uważam, że zjawisko owo dla mnie zupełnie niezrozumiałe i niedostępne, musi być zjawiskiem magicznym. To musi być magia, skoro Maryśka się w tym z łatwością łapie! A te rewelacje, które tak radośnie sobie przekazały w trzygłosie… Pierdoły takie, że aż żal słuchać. Kobiety pytlujące jęzorami symultanicznie – zjawisko budzące GROZĘ!

12 października

Szybka akcja

Już wiem, jak to jest mieć obcałowany zadziec. Dowiedziałem się wczoraj. Mój wciąż jeszcze zgrabny tyłek został obcałowany przez Marikę i Maryśkę. Obcałowały w ramach naprawy stosunków po awarii (post: Odświeżająca odmiana). Wybaczyłem. Maryśka i Marika są niezwykłe, ale lubię je – nikt w pracy nie potrafi mnie tak rozbawić jak one. W przeciwieństwie do Aśki, strasznego babola. Aśka to intrygantka, bardzo nielubiana, której na przykład Maryśka i Marika boją się straszliwie. Mnie też Aśka porządnie zaszła za skórę i nie lubię jej. Niezbyt dokładnie to ukrywam i chyba dlatego jestem jedyną osobą, oprócz szefostwa, przed którą Aśka czuje respekt. Prawdopodobnie z tego powodu czasem miewa zrywy kumpelstwa, wprawiając mnie tym w zdumienie  i niesmak. Wczoraj miała taki zryw i źle trafiła. Rozmawiałem z kolegą o jego prywatnej sprawie, podeszła i wcięła się w rozmowę swoim komentarzem. Głupim. Obudziła drzemiącą we mnie zimną sukę, która warknęła: „Rozmawiam!”. Ton musiał być naprawdę miażdżący, bo syknęła mi wściekła: „Nie musisz patrzeć na mnie z taką nienawiścią!” i odeszła. Pisałem w którymś poście, że lubię ludzi. Lubię, tak bez naiwności. Jednak jest kilka osób, do których czuję niechęć, m.in. właśnie Aśka straszny babol. Te osoby ciężko na tę moją niechęć zapracowały. Nie robię sobie z tego powodu wyrzutów…

06 października

Odświeżająca odmiana

Mam kolegę w pracy, który czasem przyprawia mnie o ból głowy swoją werbalną nadruchliwością, że tak to eufemistycznie ujmę. Wpada do pracy i… oszaleć można. Robi tyle hałasu, tyle zamieszania, że po kilku minutach czuję się, jakbym kręcił się na jakiejś cholernej karuzeli. Jest w nim nieprzezwyciężona konieczność zabawiania całego świata. To zabawianie wygląda tak, że wpada i na maksymalnym nakręcie zaczyna podniesionym głosem nadawać różne cudowności i śmiać się z nich. Sam. Bo nikt więcej się nie śmieje. Jego ciało chce powiedzieć wszystko od razu, a że ma tylko jedne usta, dusi się chyba od nadmiaru niewypowiedzianych, cisnących się pod niewyobrażalnym ciśnieniem, słów. A tych słów jest tyle i ciśnienie takie, że gdyby miał dziesięć głów, wszystkie naparzałyby jednocześnie i każda mówiłaby, a w zasadzie krzyczała, co innego. Naprawdę oszaleć można z jedną jego głową, a gdyby miał ich dziesięć, byłby zagrożeniem dla ludzkości. Szczęśliwie praca przerywa to jego naparzanie. Staram się być wyrozumiały i tolerancyjny, ale taka ilość wykrzykiwanych pierdół jest po prostu irytująca. Zwłaszcza rano. Zauważyłem pewną prawidłowość: im bardziej pogoda niżowa i ludzie śnięci,  tym kolega jest żwawszy, a słowotok większy i głośniejszy.

W ogóle dzisiejsze przedpołudnie pełne było wrażeń. Najpierw kolega poraził mnie werbalną nadruchliwością, a później poraziły mnie Maryśka z Mariką. Błysnęły i oślepiły. Marika zwierzała się, że w listopadzie zamierza wziąć kilka dni urlopu i pojechać gdzieś z mężem. Mówiła to ogólnie do grupki osób. W tej grupce niestety byłem też ja. Zapytałem uprzejmie Marikę, gdzie się wybiera i odpowiedziała mi, cytuję: „A co cię to obchodzi”. Osłupiałem, bo moje relacje z Mariką były zawsze dobre. Powiedziałem: „No nie obchodzi. Tak tylko z uprzejmości zapytałem. Nie rozumiem Marika, skąd ta niegrzeczna odpowiedź”. Na to odezwała się Maryśka: „Teraz ty, mówiąc to byłeś niegrzeczny dla Mariki”. Marika pokiwała twierdząco głową. Wymiękłem i stwierdziłem, że nie będę boksował się z chamstwem, bo trzeba rzecz nazwać po imieniu. Odszedłem bez słowa. Jakiś czas potem Marika zreflektowawszy się chyba, że przegięła, łaskawie przemówiła do mnie, że jak wróci, to pokaże mi zdjęcia, na co powiedziałem chłodno: „Dziękuję, ale myślę, że nie będzie takiej potrzeby”. Zrobiłem też małą demonstrację po pracy. Maryśka stała w towarzystwie Mariki, czekając, żeby się ze mną zabrać. Przechodząc obok nich, nie patrząc na nie, rzuciłem w powietrze „Do widzenia” i ignorując je zupełnie, wsiadłem do auta i pojechałem. Nie byłem w nastroju do wysłuchiwania pierdół wysypujących się z ust Maryśki. A znając jej wyczucie, pewnie zaczęłaby mnie nauczać zasad grzeczności, a tego bym nie zmógł. Mogę przejść do porządku dziennego z różnymi jej wymysłami i głupotami, ale Maryśki jako wzorca etycznego nie ogarniam i nie akceptuję. A Maryśka lubi przybierać pozę jedynej sprawiedliwej. Pozę, która budzi mój, najczęściej niewerbalizowany, głęboki sprzeciw! Maryśka wróciła dziś do domu tramwajem. Połączenie ma świetne, bo bezpośrednie. Nie ma więc potrzeby użalania się nad nią, że się tramwajem przejechała… Odmiana działa odświeżająco…

01 października

Ałła

Ałła
Byłem w niedzielę świadkiem rozmowy Pani Zosi i mojej Mamy:
- Neurolożka powiedziała mi, żebym rozważyła kolejną neurochirurgiczną operację, ale w moim wieku, to ja już tej operacji nie przeżyję – zwierzyła się Pani Zosia
- Zocha Ty to tak się rozsmakowałaś w medycynie zabiegowej, że nic tylko kazałabyś coś sobie wycinać co i rusz. Dajże spokój z tymi operacjami. A jak już koniecznie chcesz się zoperować, zainwestuj i zrób sobie operację plastyczną. Jak Ałła Pugaczowa, o której wczoraj czytałam, że miała niezliczoną ilość operacji plastycznych. Na zdjęciach wygląda rzeczywiście nieźle, nie jak zombi, co znaczy, że ma dobrego chirurga plastycznego. Jak chcesz, mogę Ci Zocha załatwić numer do niego. A jak już się zoperujesz, to wtedy, tak jak Ałła, znajdź sobie o 30 lat młodszego faceta. Ałła w wieku 64 lat zrobiła sobie in vitro i urodziła bliźnięta. A w czym Ty Zocha jesteś od niej gorsza? No w niczym. Jak już sobie Zocha znajdziesz tego faceta o 30 lat młodszego, zrobisz sobie tak jak Ałła in vitro i może nawet trojaczki powijesz? – powiedziała moja Mama.  Pani Zosia jest matką czworga dzieci, w tym bliźniąt płci żeńskiej. Obie z Panią Zosią położyły się ze śmiechu. Ja też. Jak już się wyśmiały, Pani Zosia skonstatowała:
- Od tego bogactwa niektórym w tyłkach się przewraca! No, żeby w wieku 64 lat dzieci rodzić, to nie jest normalne! To jest chore!



29 września

Pani Zosia (3)

Odwiedziłem dziś Panią Zosię. Po performensie w przychodni doszła do siebie i jest zdecydowanie w bardzo dobrej formie. Najwidoczniej ten show, który zrobiła, podziałał na Nią odświeżająco. Pani Zosia poczuła się zadbana, zauważona i zaopiekowana – po prostu rozkwitła. Udzieliła audiencji zadowolona, radosna, żwawa i energiczna. Wciąż jeszcze odrobinę czuje wyrzut sumienia, że pomówiła moją mamę o udzielenie Bronce informacji o przychodnianym performensie (post pt. Sensacja), bo Pani Zosia jest do mojej Mamy bardzo przywiązana – to ponad trzydziestoletnia przyjaźń. Cieszę się, że Pani Zosia wróciła do formy.

18 września

Pani Zosia (2)

Moja Mama odwiedziła dziś Panią Zosię i stwierdziła, że Pani Zosia po tych ekscesach przychodniano – szpitalnych zaczęła się izolować i wybiórczo wpuszcza do domu. Kilka dni temu nie wpuściła córki, dzisiaj nie wpuściła mojej Mamy. Wstąpiła do Pani Zosi na chwilę idąc na spacer i umówiły się, że jak będzie wracać, zajdzie na pogawędkę. Wracając wstąpiła, ale Pani Zosi się odmieniło i nie otworzyła – udawała, że nie ma Jej w domu. Pani Zosia w ciągu tego roku dość mocno się posunęła. Na temat swoich niezliczonych dolegliwości konfabuluje, zmieniając wersje w zależności od pogody. Moja Mama martwi się o Nią, ale też denerwuje się tymi fochami Pani Zosi, która po tym show, który zrobiła, obraziła się trochę na świat, że się tym show zainteresował. Świat, czyli sąsiadki plotkary. Powiedziałem mojej Mamie, że może Pani Zosi do kolekcji chorób brakowało tylko zawału, więc jak się okazało, że to tylko atak paniki, wkurzyła się rozczarowana. Może zbiera punkty: za zawał 10 punktów, za atak paniki tylko 2. Uśmialiśmy się. To lepsze niż denerwowanie się ekscesami Pani Zosi, która naprawdę stała się ostatnio dość, hmm... ekscentryczna. Czasem opowiada bzdury, w które brnie z uporem trzyletniego dziecka. Jak byłem ostatnio w górach, wstąpiłem do Pani Zosi z Mamą, zaraz po tym show przychodniano - szpitalnym [pisałem o tym w tym poście] zastaliśmy córkę Pani Zosi. Pani Zosia zdawała relację z wydarzeń, a córka siedząc tak, że Pani Zosia jej nie widziała, często gęsto przecząco kiwała głową. Pani Zosi się pieprzy rzeczywistość z wyobraźnią, albo konfabuluje, lub też jedno i drugie. Żal mi Jej, bo ten proces jakiejś takiej wewnętrznej degrengolady u Niej postępuje. Wspomniałem Jej, że psycholog mógłby Jej pomóc i może poczułaby się lepiej. W pierwszej chwili bardzo się zainteresowała, ale zaraz zrobiła się czujna, no bo jak mogłaby pójść do psychologa. No co by powiedziały plotkary, gdyby się o tym dowiedziały - nosiłyby Panią Zosię na jęzorach, a tego by Pani Zosia nie zmogła. Zwęziła tylko oczy w szpareczki, łypnęła na mnie i powiedziała, że ona nie ma żadnych problemów, które nadawałyby się na zawracanie głowy psychologowi. Poddałem się i już więcej o psychologu nie wspominałem. 

08 września

Sensacja

Wczoraj w drodze z gór wstąpiłem z Mamą do Pani Zosi, sprawdzić, w jakiej jest formie. Nerwowa była, bo sąsiadka Bronka zapytała syna Pani Zosi o jej przygody przychodniano – szpitalne. Bronka plotkara jakimś sposobem dowiedziała się o tych przygodach Pani Zosi i mocno zdziwiła się widząc, że Pani Zosia przyszła do kościoła, jakby nigdy nic. Nie dawało jej to spokoju, więc po mszy dopadła syna Pani Zosi i usiłowała przesłuchać na tę okoliczność. Syn doniósł Pani Zosi o tym i Pani Zosia się wkurzyła. Postanowiła wyśledzić od kogo Bronka się dowiedziała. Ledwo usiedliśmy, wycelowała oskarżycielskie spojrzenie w moją Mamę i rzekła:
- Bronka dopadła Marka i pytała o mój piątkowy szpital. Ciekawe od kogo się dowiedziała? – zawiesiła znacząco głos…
Moja Mama się wkurzyła i odpowiedziała Pani Zosi:
- Od tych ostatnich przygód Zocha, w głowie Ci się chyba coś pomieszało. To, że zaistniałaś w przychodni i w szpitalu, nie znaczy od razu, że jesteś jakąś celebrytką. Nie martw się, w Gościu Niedzielnym o tym nie napiszą, ani w TVN24 nie pokażą. Nie patrz na mnie tak znacząco, bo Bronka nie dowiedziała się tego ode mnie.
- Ale ja nie mówię, że to Ty jej powiedziałaś. Ja tylko pytam skąd Bronka wiedziała. No, żeby zaraz taką sensację z tego robić - próbowała wybrnąć Pani Zosia.
- Sensację to sama zrobiłaś, więc się nie dziw, że plotkary są ciekawe szczegółów. Mnie o to pytasz, skąd Bronka wie? Jak jesteś tego ciekawa zapytaj Bronkę, może Ci powie.
- Ale ja nie mówię, że to Ty – brnęła Pani Zosia.
- Nie, nie mówisz, ale pytasz mnie ze wskazaniem. Na mnie.  
Pani Zosia wyznaje zasadę, że trzeba żyć tak skrycie, żeby nie gościć na językach bliźnich. Całe życie o to walczyła i ponosiła klęskę, bo im bardziej kryła, tym bardziej ludziska nosili ją i jej męża na językach.
- Zocha, jak się chce być celebrytką to trzeba się liczyć z tym, że ludzie będą ciekawi i będą gadać. Masz, co chciałaś – zakończyła temat moja Mama i zaczęła się śmiać.
- Ale Ty głupio gadasz – powiedziała na to Pani Zosia i też zaczęła się śmiać. 

06 września

Nemezis

Pani Zosia odwiedziła wczoraj neurologa i… uruchomiła wszystkich lekarzy w przychodni oraz pobliski szpital. Pani Zosia odstawiła taką szopkę, że neurolożka w pół sekundy odświeżyła sobie w głowie kardiologię. Na cito kazała zrobić Pani Zosi EKG i dla pewności wezwała na konsultację kardiologa. EKG było czyste, ale Pani Zosi to nie przekonało, histeryzowała dalej, więc neurolożka wezwała pogotowie i kazała powieźć Panią Zosię do szpitala. Cały oddział chorób wewnętrznych pochylił się nad Panią Zosią z troską, starając się dociec przyczyn nagłej kardiologicznej dolegliwości. Oczywiście bez skutku. Zrobili Pani Zosi wszystkie możliwe badania, które okazały się wszystkie w normie. Pani Zosia szczęśliwa, że tylu lekarzy się o nią zatroszczyło, poczuła się na tyle dobrze, że wypisali ją po 3 godzinach do domu. Jak się później okazało, neurolożka wspomniała coś o neurochirurgu, co Pani Zosia zrozumiała jako skierowanie na operację neurochirurgiczną i wpadła w szał. Nie wiem, czy ze strachu, czy z radości. Złapała się za lewą pierś i odstawiła szopkę z zawałem, wprawiając w popłoch całą przychodnię. Zdała mi dziś relację ze swoich wczorajszych przygód i opowiadała te rewelacje z prawdziwym, nieukrywanym zadowoleniem. Wprawiła w ruch tylu lekarzy, którzy koło niej skakali, że poczuła się zauważona i zadbana. Spodobało jej się to, więc nie zdziwię się, jeśli za jakiś czas tę szopkę powtórzy…

04 września

Taka dama

Mam dziś świetny humor. Z dwóch powodów. Piątek i poniedziałek mam wolne, więc jutro jadę w góry do Mamy, co ogromnie mnie cieszy.
Drugim powodem mojego dobrego humoru było spotkanie z moim kolegą Michałem i jego facetem Mariuszem. Choć myślę, że powinienem napisać odwrotnie - z Mariuszem i jego facetem Michałem.  Dlaczego taka kolejność? Ano dlatego, że Mariusz publicznie trzyma się dzielnie, ale niepublicznie przegina się jak jakaś diva. Strasznie mnie to zawsze śmieszy. Znam ich już parę lat. Wpadli do mnie wczesnym popołudniem na kawę.  Muszę przyznać, że choć Mariusz jest przegięty, choć śmieje się ściągając usta w kurzą dupkę, choć jest mało atrakcyjny, to jest bardzo wesoły, błyskotliwy i ma niesamowite poczucie humoru. Uśmiałem się dzisiaj z jego opowieści. Nasz pierwszy kontakt przed paru laty, telefoniczny, również był bardzo ciekawy. Mój kolega Michał jest cenionym lekarzem klinicystą. Kiedyś spotykaliśmy się – aspirował do bycia moim narzeczonym. Z narzeczeństwa nic nie wyszło, ale zakumplowaliśmy się. Tak się jakoś złożyło, że niedługo po tym, jak Michał zaczął się spotykać z Mariuszem, moja koleżanka poprosiła mnie o załatwienie jej konsultacji u niego. Michał to bardzo fajny, uczynny człowiek i chętnie się zgodził na tę konsultację. Wysłałem mu sms z podziękowaniem: „Misiu dziękuję Ci bardzo. Słodziak jesteś”. Tylko tyle. Jakąś godzinę później telefon zadzwonił, spojrzałem na wyświetlacz i zobaczyłem, że dzwoni Michał. Odebrałem i… usłyszałem krzyk: „Odpierdol się od mojego faceta!”. Ktoś wydzierał się do słuchawki, zachodząc w falset. No darł się niemiłosiernie wyzywając mnie od najgorszych. Od razu zorientowałem się, że jestem obiektem szalonego porywu zazdrości. Słyszałem jak Michał próbował mu odebrać telefon, ale mu się nie udawało. Rozłączyłem się. Po jakichś pięciu minutach telefon znowu zadzwonił, na wyświetlaczu znowu Michał. Odebrałem licząc na ciąg dalszy obsypywania girlandami splecionymi z przekleństw, ale dla odmiany sam właściciel numeru zadzwonił, żeby mnie przeprosić. To była komedia. Spotykam się czasem z Michałami. Zawsze uśmieję się serdecznie z opowieści Mariusza, z jego połamanych nadgarstków, z buzi w ciup, głosu w emocjach zachodzącego w falset. Niezła z niego awanturnica. Mówię do niego „Mania” i jestem jedyną osobą mogącą bezkarnie tak do niego mówić. Przypomniałem mu dzisiaj ten nasz pierwszy telefoniczny kontakt. Ściągnął usta w kurzą dupkę i powiedział:
- Ja przeklinałem? Ja?
- No tak, wyzywałeś mnie słowami, jakich nigdy wcześniej nie słyszałem – powiedziałem.
- Ja taka dama i takie słowa?! – zachichotał.
- Jak widać nawet damie może się przydarzyć - roześmiałem się.
- Ja byłem o ciebie zazdrosny, bo Michał tak dobrze o tobie mówił – zwierzył się.
A już kompletnie rozwaliło mnie to, co powiedział o Michale. Michał ma czterdzieści cztery lata i jest wciąż bardzo przystojny. Mariusz „Mania” ma dziesięć lat mniej, ale niestety o nim nie da się tego powiedzieć. Że przystojny. Wypalił dziś, że Michał się starzeje. Odpowiedziałem mu, że nic podobnego, że fajnie wygląda. Na to „Mania”:
- No popatrz na niego. Starzeje się.
- Mania, co Ty opowiadasz, babolu! Michał fajnie wygląda! – powiedziałem. Michał ze stoickim spokojem przysłuchiwał się tej rozmowie, a w jego oczach widać było błyski wesołości.
- Ale ty nie musisz z nim współżyć – powiedział „Mania” krzywiąc się. Położyłem się ze śmiechu. Oni też, zaraz po mnie. „Mania” ma doktorat z ekonomii, a wychodzi z niego czasem taka idiotka. Ku mojej radości.
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger