26 grudnia

Pani Zosia

Odwiedziłem panią Zosię. Jej niewyczerpana inwencja jest źródłem mojej radości. Wrócił mianowicie temat deficytu krwi. Pani Zosia doszła do wniosku, że po wysunięciu się wenflonu w szpitalu straciła co najmniej 2 litry krwi i od tego czasu wiruje jej w głowie. Konsekwentnie twierdzi, że funkcjonuje bez tych 2 litrów krwi i stąd te wszystkie dolegliwości, które ją opadły i dręczą. Może i krew odtwarza się w ciągu dwóch tygodni, jak twierdzi nauka, ale nie u niej. Ona jest wyjątkiem. Nie prostowałem, nie tłumaczyłem. Poddałem się, bo tłumaczenie i tak byłoby bezcelowo – pani Zosia tak przesieje, że i tak zostanie jej tylko to, co chce, żeby zostało. Nawiedziła neurologa – stosunkowo młodą lekarkę, która jeszcze pani Zosi nie zna. Potraktowała poważnie dolegliwości pani Zosi i skierowała ją na tomografię głowy, żeby znaleźć przyczynę tego wirowania w głowie. Pani Zosia zadowolona, że będzie kosztochłonnie diagnozowana, jest pełna nadziei, że ta lekarka ją z pewnością z tej głowowej wirówki wyleczy. Najpewniej tomografia będzie czysta. Wszystkie tomografie od operacji neurochirurgicznej przed kilku laty, a było tych tomografii wiele, są czyste. Prawdopodobnie pani Zosia ponownie usłyszy, że klinicznie jest zdrowa. Zastanowiam się, czy gdyby panią Zosię zażyć psychologicznie i podać jej we wlewie 100 ml krwi zgodnej, poczułaby się uzupełniona w krew i wirowanie w głowie by od tego ustało? Oczywiście nie mogłaby wiedzieć, że to nie 2 litry, bo efekt terapeutyczny byłby chybiony – ustałoby wirowanie w prawo, natomiast w lewo dalej by wirowało. Ale oprócz ulubionego wątku pani Zosi, był również wątek rozrywkowy. Pani Zosia opowiedziała, jak lata temu pracując w jednym z sanatoriów musiała wstąpić do dyżurki pielęgniarek, gdzie trafiła na imprezę i została przez napranego jak meserszmit lekarza powitana słowami: „Co jedna to ładniejsza”. Miała wtedy już dobrze po sześćdziesiątce, więc ten mocno spóźniony komplement wzbudził w niej spontaniczny atak nieokiełznanej wesołości.

Zatrzymałem się i przeczytałem to, co napisałem. Sporo piszę o pani Zosi i ktoś mógłby pomyśleć, że trochę się nad Nią pastwię. Nie, nie pastwię się. Lubię Ją i martwię się o Nią. Pani Zosia oklapła. Dopóki opiekowała się leżącym mężem była sprawna, żywotna, kręciła się jak fryga, nie narzekała. Po jego śmierci straciła motywację, rozsiedziała się w domu i bardzo się broni przed jakąkolwiek fizyczną aktywnością. Siedzi tylko i rozmyśla, szukając przyczyn swoich dolegliwości i wymyśla coraz bardziej odjechane. Ożywia się tylko wtedy, jak ją ktoś odwiedza. Na pewno w tym wszystkim nie pomaga jej syn alkoholik, który z nią mieszka. Bezrobotny, bo z każdej roboty wylatuje za pijaństwo. Pani Zosia żywi go, ubiera, daje na papierosy. Na alkohol bierze sobie sam – zawsze jakieś 2 lub 3 zł na zakupach uszczknie i na jakiegoś mózgotrzepa uskłada. Pani Zosia udaje, że tego nie widzi. Żal mi się wczoraj zrobiło Pani Zosi, kiedy zrezygnowana powiedziała „Co poradzi”. I tak jest dzielna – radzi sobie jakoś opędzając wszystko swoją emeryturą, choć z pewnością bywa jej ciężko, szczególnie pod koniec miesiąca. Przyjrzałem się wczoraj pani Zosi. Zawsze była wesoła i lubiła się śmiać. Od jakiegoś czasu stała się jakaś taka przygaszona, jakby łapnęła lekką depresyjkę. Posunęła się w ciągu ostatniego roku. Lubię panią Zosię i mam nadzieję, że się ogarnie i to przygaszenie minie.

1 komentarz:

  1. Wspaniale jest mieć taką swoją "panią Zosię".
    Ja też miałam. Na imię było jej Tosia.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger