25 grudnia

Święta

Aura zdecydowanie wielkanocna, a nie bożonarodzeniowa. Wczoraj świeciło słońce, temperatura 10 st na plusie, dzisiaj pochmurno, trochę siąpi deszcz, temperatura 4 st na plusie. Przebiśniegi, bratki i wilcze łyko kwitną. Pełnia wiosny. Ja nie pamiętam tak ciepłych Świąt Bożego Narodzenia tutaj w górach. Trochę mi brakowało śniegu i jego skrzypienia pod stopami w drodze na Pasterkę. Uwielbiam Święta Bożego Narodzenia. Uwielbiam Wigilię. W moim domu jest ona bardzo tradycyjna, postna i galicyjska. Po postnym śniadaniu, nie je się aż do kolacji wigilijnej, do której siadamy około 17. Modlitwa, łamanie się opłatkiem i życzenia. Potem siadamy do stołu. Barszcz z uszkami (z grzybami), ryba (mintaj, bo nie lubimy karpia) z sałatką ziemniaczaną (ziemniaki i ogórek kiszony pokrojone w kostkę, z odrobiną drobniutko posiekanej cebulki, skropione oliwą z oliwek), pierogi z kapustą, kapusta z grochem i grzybami, pierogi z suszonymi śliwkami ze śmietaną, makowiec, sernik wiedeński i kompot z suszu. Niemal wszystkie te potrawy zarezerwowane są na kolację wigilijną. Naszą rodzinną tradycją jest również telefoniczna powigilijna rozmowa z Ciotką oraz udział w Pasterce o północy. Brązowooki i Szarooki na pewno, jak co roku, też uczestniczyli w tej pięknej nocnej mszy…  

W pierwszy dzień Świąt nie składa się wizyt i nie gotuje się – to też jest taka tutejsza, górska tradycja. Na późne śniadanie serwuje się wędliny z sałatką jarzynową, a na obiad i kolację pozostałości powigilijne. Po obiedzie ruszyliśmy się na spacer, żeby przerwać to hedonistyczne obżarstwo i nie zgnuśnieć zupełnie. Popołudnie natomiast spędziliśmy w towarzystwie pań z „Cranford” (absolutnie fenomenalne Judi Dench i Eileen Atkins). Odwiedzili nas też kolędnicy. Jacyś tacy byle jacy. Byle jak wystrojeni, byle jak zaśpiewali kolędy, trochę tak bez przekonania, każdy na swoją własną nutę, skasowali i poszli dalej. W drugi dzień Świąt składa się i przyjmuje wizyty gości. Mama zadzwoniła dzisiaj przed południem do pani Zosi, żeby ją zaprosić do nas na jutro, ale pani Zosia wymówiła się bólem głowy, który z całą pewnością nawiedzi ją jutro i uniemożliwi przemieszczenie się do nas. Stanowczo jednak nie przeszkodzi jej podjąć nas u niej. Pani Zosia w swoim obrzydzeniu do opuszczania domu jest chroniczna, więc stanęło na tym, że jak zwykle, my odwiedzimy panią Zosię. Kolejny miejscowy zwyczaj mówi, że na wizytę świąteczną nie wypada udać się z pustymi rękoma, więc na jutrzejszą audiencję do pani Zosi udamy się wraz z kawałem sernika po wiedeńsku. Pani Zosia również zaserwuje ciasto – jabłecznik, jak znam życie i panią Zosię. Posiedzimy, pogadamy i będzie bardzo miło. Piękny świąteczny czas – leniwy, ciepły, rodzinny, niemal beztroski. Niemal…


6 komentarzy:

  1. Moje święta w Polsce wyglądały podobnie, może dlatego, że moja mama jest góralką... Wspaniałego czasu i pysznego jabłecznika :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo klasycznie i niezmiennie od stuleci. W domu rodzicow nie bylo juz tak klasycznie, a w moim wlasnym jest jeszcze bardziej na luzie. Wraz z naszymi przodkami wymieraja lub zmieniaja sie tradycje.
    Ale milo przeczytac, ze gdzies jeszcze swietuje sie wedlug najstarszych wytycznych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staramy się zachować tradycje wigilijne, aczkolwiek jeśli chodzi o samo świętowanie, to świętujemy na luzie. Tradycja miejscowa mówi o nie wychodzeniu z domu w pierwszy dzień Świąt (oprócz wyjścia do kościoła), a my złamaliśmy tę tradycję wczorajszym spacerem. Dzisiaj natomiast udajemy się w gości, czyli, jak mówi się tutaj - "idziemy na chałpy".

      Usuń
  3. Swieta po galicyjsku :))) az usmiecha sie we mnie moja dusza :))). Swieta mam w duszy!. Ech ale nie do duszy. W 'gorskim' (nie znaczy goralskim) celebrowaniu swiat jest pewna upartosc i samokontrola, samozaparcie. Gdy sie namoknie jej tradycja za mlodu, nawet po chwilowym [nawet dwudziestoparoletnim odstepstwie od tradycji na rzecz laicyzmu] w dojrzalszym wieku zaczyna sie za nia tesknic i po czesci wracac do ... tradycji chocby sie bylo pod innym biegunem :)))
    Barszcz z uszkami... smak, ktory odszedl wraz z moja Babcia, pierogi z kapusta z przezroczystymi skwarkami - one odeszly jakos same, makowiec - prawie nieosiagalny ze wzgledu na brak maku, kompot z szuszonych sliwek ... wyparty przez pewnego rodzaju podpiwek (bezalkoholowy zupelnie), ktory przywraca wrazliwosc na smaki potraw wigilijnych. Post od sniadania powoduje, ze potrawy wigilijne smakuja ... bardzo smakuja... w ten wieczor wigilijny.
    A chodzenie po chałpach... tego brakuje. Za kolednikami nie tesknie wcale, to tylko wspomnienie dziecinstwa... niech we wspomnieniach pozostanie. Do oplatka nie ma zbytnio chetnych i oplatek coraz rzadziej dolaczony jest do kartek swiatecznych... szkoda... to taka bardzo polska tradycja (skladanie sobie zyczen za pomoca dzielenia sie oplatkiem-chleben z bliskimi jest taki naturalny). Pasterka i jej teatralnosc przyciaga nawet tych, ktorzy sie wcale nie modla przy stole ani w innych okolicznosciach...
    Troche zazdroszcze :) Ci tych Swiat tam ... w gorach. Twojej Mamie zycze sto lat ( z wiadomych powodow, abys mog u niej bywac i pisac o tym na swoim subiektywnym blogu... :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Równiez życzę wszystkiego dobrego. Właśnie tutaj w górach przechodzi zadymka śnieżna, nazywana tutaj kurniawą, i jest przepięknie. Za chwilę wyruszamy "na chałpy" do pani Zosi:)

      Usuń

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger