Pani Zosia – znam ją od dzieciństwa. Lubię ją, bo jest bardzo fajną osobą, choć ma jeden mały, malusieńki feler. Malusieńki, ale determinujący jej życie, szczególnie ostatnio.
Ale od początku. Pani Zosia, lat 77 i pół, wdowa, matka, babcia i prababcia. Ze względu na długoletnią przyjaźń z moją Mamą, dość często u niej bywam. U niej, bo pani Zosia od 3 lat stała się rekluzą w 95%. Bardzo niechętnie i rzadko opuszcza dom. Rachunki i zakupy załatwia jej syn, a pani Zosia dzielnie trwa w domu, przemieszczając się najdalej na ganek. Tylko w niedzielę pani Zosia, trzymając syna pod rękę, maszeruje na mszę do kościoła (jakieś 200 m). Poza tym pani Zosia opuszcza swój dom jedynie w celu wizytowania lekarzy, ewentualnie od czasu do czasu (rzadko) jej córce udaje się zmóc ją i uwieźć do jej siostry w odwiedziny. Rzadko, bo propozycja opuszczenia domu powoduje u pani Zosi natychmiastową reakcję obronną. Pani Zosia zapiera się wszystkimi czterema kończynami, napada ją gwałtowny i obezwładniający ból głowy, bądź nóg i całą sobą krzyczy NIEE (z podwójnym ee). Bardzo chętnie i z radością udziela audiencji u siebie, bo lubi ludzi, natomiast wyciągnąć ją w gościnę do siebie niepodobna. Rozsmakowała się w swojej pustelni – wspomina „światło swoich oczu”, czyli nieżyjącego męża, modli się za niego, a w wolnych chwilach… nadzoruje ruch na drodze oraz sąsiadów. Pani Zosia lubi trzymać rękę na pulsie i wiedzieć co się dzieje. Nie, nie jest plotkarą – po prostu ten dyskretny gankowy nadzór nad ruchem drogowym i sąsiadami jest dla niej przyjemną odmianą, jakimś takim odświeżającym powiewem. Niewiele z tego, co się dzieje w polu jej widzenia, umknie jej uważnemu spojrzeniu. Poza powyższymi zajęciami pani Zosia lubi popatrzeć w telewizor, żeby śledzić losy bohaterów swojego ulubionego serialu oraz wiadomości, które są dla niej doskonałą inspiracją i paliwem do bulwersacji. A lubi się zbulwersować, ot tak, dla zdrowotności.
Pani Zosia posiada jedną niewątpliwą i prawdziwą chorobę – nerwicę lękową. Skąd się u niej wzięła ta dolegliwość? Z miłości. Klasyczny przykład olśnienia. Zakochała się bez pamięci w swoim mężu. Zakochała się tak, że ani jego alkoholizm, ani niewierność, ani wreszcie kompletna nieodpowiedzialność, nie przygasiły tego płomiennego uczucia. Szalała z zazdrości, przeszła załamanie nerwowe, głęboką depresję, ale wciąż kochała i kocha nadal, choć „światło jej oczu” od kilku lat już nie żyje. Najszczęśliwszym okresem jej życia było tych kilka lat, kiedy jej mąż po udarze był całkowicie od niej zależny – opiekowała się nim z oddaniem i radością, szczęśliwa, że ma go wreszcie wyłącznie dla siebie. Patologiczna, wyniszczająca ją miłość. Po jego śmierci znalazła sobie nową namiętność, której oddała się całkowicie, odnajdując najwidoczniej w niej jakąś radość – hipochondrię. Stała się prawdziwą Nemezis lekarzy w mieście, zadręczającą ich swoimi niezliczonymi, urojonymi dolegliwościami i chorobami. To prawda, że przeszła neurochirurgiczną operacją usunięcia małego oponiaka kilka lat temu (nie trzeba było operować, bo oponiak był maleńki, ale pani Zosia się uparła) oraz rok temu operację biodra (też nie było w złym stanie, ale pani Zosia rozsmakowawszy się najwidoczniej w leczeniu inwazyjnym również się uparła), obecnie jednak, z punktu widzenia klinicznego, jest całkowicie zdrowa. A gdzie tam – ona uważa, że jest jedyną prawdziwie cierpiącą osobą na świecie. Cała reszta to hipochondrycy. Ostatnio przechodzi sama siebie w wymyślaniu sobie dolegliwości i chorób. I zadręcza opowieściami o nich swoich słuchaczy. Bardzo trudno skierować jej uwagę na inny temat, bo rozprawia się z nim prędko, żeby powrócić do tego jednego, ulubionego. Po operacji biodra rok temu, wysunął jej się z żyły venflon, a że otrzymywała heparynę drobnocząsteczkową, trochę krwi jej wypłynęło i usmarowało pościel, co skłoniło ją po powrocie ze szpitala do domu, do postawienia sobie diagnozy, że w dużym stopniu się wykrwawiła i cierpi w związku z tym na nieodwracalny deficyt krwi w organizmie. Na słowa „Pani Zosiu, krew się odtwarza, więc utrata tych kilku mililitrów jest bez znaczenia”, zareagowała podejrzliwym rozczarowaniem, bo dolegliwość się strywializowała. Brany przez kilka dni antybiotyk wywołał autodiagnozę o całkowitym wyjałowieniu organizmu, które niestety również, zdaniem pani Zosi, jest nieodwracalne. „Pani Zosiu, flora bakteryjna się odbudowuje” – reakcja jak wyżej. Niektóre dolegliwości występują u niej napadowo: ból głowy przychodzi i odchodzi na zawołanie, ból nóg również. Zadręcza lekarzy swoimi urojonymi dolegliwościami. Wykonano jej wszystkie możliwe badania – chyba nikt na świecie nie został dotąd równie skrupulatnie przeskanowany. Tomografia komputerowa, rezonans magnetyczny i prozaiczne gastroskopie, kolonoskopie, RTG zatok etc, etc. Wszystkie badania w normie. cdn
Nieuleczalny przypadek.
OdpowiedzUsuńDo czasu, aż jej się coś w głowie przestawi. Oby jak najprędzej, bo takie negatywne myślenie potrafi człowieka całkiem realnie wyniszczyć. Spróbuj przekonać do tego owąż miłą Panią Zosię. Ciebie może posłuchać, masz tę siłę perswazji:).
Niestety jestem bezradny, bo mnie też pani Zosia nie słucha
Usuń