14 lutego

The man I love

The man I love

06 lutego

Tabu

Tabu
Jest rok 1814. Wojna między rodzącymi się Stanami Zjednoczonymi a Anglią wciąż trwa. James Delaney po 10 latach spędzonych w Afryce, na wieść o śmierci ojca wraca do Londynu, by objąć po nim schedę – upadający biznes i strategiczny kawałek ziemi położony na hipotetycznej granicy pomiędzy tworzącymi się Stanami a wciąż pozostającą we władaniu Anglii Kanadą. Owego kawałka ziemi pragnie również Kompania Wschodnioindyjska. Delaney, mający co do tego skrawka lądu swoje własne plany, znajduje się w samym środku niebezpiecznej rozgrywki trzech potężnych graczy, dzięki swojemu sprytowi i bezwzględności stając się czwartym rozgrywającym. 
„Tabu” to autorski projekt Toma Hardy’ego. Napisał go wspólnie z ojcem, Edwardem "Chipsem" Hardy’m, scenarzystą i pisarzem oraz Stevenem Knightem, mającym na koncie rewelacyjne „Peaky Blinders”. Za produkcję serialu odpowiada Ridley Scott. Koprodukcja BBC i stacji FX, łącząca angielskie wyrafinowanie z amerykańskim rozmachem, to spełnienie marzeń wielbicieli produkcji kostiumowych. Szalenie efektowne, pięknie sfilmowane, doskonale zagrane. Dużo tu mroku, makabry, groteski, karykaturalnych postaci, z których większość ma zaawansowaną próchnicę, a niektóre również widoczne skutki chorób wenerycznych, bardzo powszechnych w XIX wieku. No i jest znakomite aktorstwo Toma Hardy’ego, jednego z najciekawszych i najzdolniejszych aktorów swojego pokolenia. Oszczędne, głębokie, niejednoznaczne i szalenie wysublimowane. Jego bohater jest dziki, mściwy i bezwzględny, ale też zmysłowy i intrygujący. Kipi w nim mrok, żądza zemsty, ale również wielka namiętność do ukochanej sprzed lat.
   
Tytuł serialu to nie przypadek. Dla Brytyjczyków prawda o Kompanii Wschodnioindyjskiej przez lata była tabu. Ta gigantyczna organizacja, dzięki której Wielka Brytania stała się imperium, parała się nie tylko handlem (również niewolnikami), ale też polityką, wywiadem, lichwą, korupcją i zbrodnią. Jej działalność zapoczątkowała królowa angielska Elżbieta I nadając jej przywilej monopolu handlowego z Indiami Wschodnimi. Na terenach kolonizowanych przez Brytyjczyków instytucja ta miała szerokie uprawnienia polityczne i administracyjne, daleko wykraczające poza tradycyjny handel. Mogła utrzymywać własną armię, zawierać układy polityczne i sojusze, wypowiadać wojnę, miała prawo do posiadania własnej waluty i pobierania podatków. Na przestrzeni XVII i XVIII wieku podbiła Indie, którymi de facto rządziła aż do 1858 r., mając zasadniczy wpływ na kreowanie brytyjskiej polityki imperialnej. W 1813 r. rząd brytyjski zniósł monopol kompanii na handel z Indiami, a w roku 1858, po powstaniu sipajów, przejął władzę w Indiach. Kompania została rozwiązana w roku 1874. 

Po obejrzeniu czterech odcinków mogę powiedzieć, że jestem tym serialem oczarowany. To majstersztyk, wymagający stuprocentowej uwagi widza, ale za tę uwagę szczodrze się odwdzięczający. Szczerze polecam.

04 lutego

Wyścig

Obudziły mnie nad ranem dreszcze i wzbierające mdłości. Zerwałem się z łóżka... Choć nie, nie zerwałem się. Wstałem godnie, bo zawroty głowy nie pozwoliły mi się zerwać. Asekurując się ścianą poczłapałem do łazienki najszybciej, jak tylko się dało. Prawa łapka na ścianie, lewa nózia, prawa nózia, prawa łapka, lewa nózia, prawa nózia, prawa łapka, lewa nózia, prawa nózia… Drzwi. Korytarz pokonałem jednym posuwistym, chwiejnym krokiem. Dopadłszy łazienki… Cóż, powiem tylko tyle, że wyścig z pawiem udało mi się wygrać. Droga powrotna do łóżka wyglądała podobnie, jak ta do łazienki, z tą różnicą, że nieponaglany womitem kroczyłem z chwiejną godnością, asekurując się dla odmiany lewą łapką. Przemieszczając się pomyślałem sobie, że złapałem cholerną grypę, bo ciążę, którą owe poranne mdłości mogłyby sugerować,  z całą pewnością mogłem wykluczyć. Zsunąłem się wdzięcznie do łóżka i zapadłem w taki dziwny półsen, który trwał aż do dzisiejszego ranka. Już jest lepiej, co znaczy, że zaczynam zdrowieć. 

24 stycznia

SOS dla Michała

SOS dla Michała
Michał ma 36 lat, choruje na stwardnienie rozsiane. Na przełomie lutego i marca ma zaklepane miejsce na turnusie rehabilitacyjnym szytym na jego miarę. W Bornem Sulinowie rehabilituje się pacjentów chorych na stwardnienie rozsiane, ale niestety to kosztuje. W sumie niewiele, bo 3 tysiące, ale Michał takiej sumy nie ma. Pomóżmy Mu. Gdyby ktoś z Szanownych Czytelników zechciał się dołączyć, wystarczy kliknąć w poniższe zdjęcie (ulotka), na którym można znaleźć wszystkie potrzebne dane.
Lub zajrzeć na bloga Skorpiona w rosole, czyli Moniki i tam o Michale poczytać.

Dziękuję.

12 stycznia

Truchło

Weszła niosąc przewieszone na ramieniu, uwieszone na dwóch uchach, dosadnie pomarańczowe, włochate, rozdęte, bezwładne truchło gigantycznej gąsienicy, której kudłate wypustki w takt jej kroków falowały, hipnotycznie ogniskując na sobie spojrzenia wszystkich obecnych. Wrażenie było piorunujące. Zauważyła to i zadowolona uśmiechnęła się nieznacznie. Doszedłszy do swojego miejsca usiadła, a gąsienicowy zezwłok z czułością złożyła na krześle obok. Przyjrzałem się truchłu z bezpiecznej odległości, bo przecież mogło spać jedynie i obudzone rzucić w moją stronę, żeby ukąsić, albo i opluć nawet. Moja ostrożna kontemplacja przerwana została przez koleżankę, która rozpiąwszy gąsienicy włochaty kubraczek, wyciągnęła z jej wnętrza swój telefon komórkowy, uświadomiwszy mi tym gestem, że to coś, co wziąłem za zwłoki zmutowanej gąsienicy, w istocie było… torebką. Koleżanka w myśl zasady, że to dodatki odróżniają nas od zwierząt, dba, żeby jej były niezapomniane.

11 stycznia

Unforgettable

Unforgettable

26 grudnia

George Michael

George Michael
Media poinformowały rano, że wczoraj odszedł George Michael. Wspaniały artysta, który popełnił jedną z moich ulubionych płyt „Listen without prejudice”. Piosenka „Freedom” i nakręcony do niej teledysk w 1991 roku były objawieniem. Wystąpiły w nim Cindy Crawford, Linda Evangelista, Christy Turlington, Naomi Campbell – ikoniczne top modelki i piękne kobiety. Do „Listen without prejudice” mam stosunek szczególny, bowiem towarzyszyła ona wielu ważnym momentom mojego życia. To moja muzyka terapeutyczna. Żałuję, że George Michael zaśpiewa mi już tylko z nagrań. Niech odpoczywa w pokoju.

24 grudnia

Święta

Święta

Takie prościutkie przemyślenie
na Święta w głowę mi się wwierca,
że każde Boże Narodzenie
to jest pytanie o kształt serca

Gdy złączy nas stajenka cicha,
czujemy jedną chwilkę małą,
że nasze serce jeszcze dycha,
że nie ze wszystkim nam stwardniało,

że został mały punkt, szczelina,
gdzie się choć jedna iskra złoci,
od której nagle się zaczyna
płomyk nadziei i dobroci.

Spójrz: znowu mamy po lat siedem,
w kolebce Panna Syna pieści,
w krąg jest inteligencka bieda,
ale stół biały wszystkich zmieści.

Jest przy nim nas gromadka liczna
i chociaż goło, lecz wesoło,
i Twoja Matka - jaka śliczna!-
ściska się z Tobą pod jemiołą.

Pamiętasz to? Poczułeś dreszcze?
To znaczy, że nie zginiesz w tłumie.
Wzruszyłeś się? Pożyjesz jeszcze
i sercem parę słów zrozumiesz,

bo jest w tym chyba jakaś racja,
że Święta w białych pól kobiercu
to jest magiczna operacja
czyniona na otwartym sercu.

Z tym sercem zawsze stara bida,
stwardniałe, zimne, ciężko chodzi,
więc taki zabieg mu się przyda
na Święta, gdy się Chrystus rodzi.

Nim się kłopotów zwali tyle,
co zawsze były, są i będą,
otwórz swe serce i na chwilę
spróbuj podleczyć je kolędą...

Wojciech Młynarski Wiersz na Boże Narodzenie

Spokojnych Świąt!

13 grudnia

Rocznica stanu wojennego

Pamiętam stan wojenny jak przez mgłę. W zasadzie pojedyncze obrazy, bo cóż więcej mogło zapamiętać kilkuletnie dziecko. Pamiętam swoje rozczarowanie, kiedy w telewizji zamiast koguta w czołówce Teleranka ujrzałem przemawiającego Jaruzelskiego, mamę wychodzącą o 3 w nocy do kolejki do mięsnego, żeby kupić jakąś wędlinę na Święta. Nie kupiła – brakło i wróciła z niczym. O dziwo, w mojej górskiej miejscowości MO nie robiło problemu kobietom stojącym w kolejkach w nocy, czy też do tych kolejek idącym. Legitymowali je i zostawiali w spokoju. Chyba nawet oni rozumieli, że kolejka to nie demonstracja. Zresztą mieli swoje matki i żony, być może też stojące w jakichś kolejkach, choć mówiło się, że partyjni (w MO tylko nieliczni tacy nie byli) zaopatrywali się w specjalnych, niedostępnych dla zwykłego szarego obywatela sklepach. Pamiętam dziadka siedzącego przy kuchennym stole, słuchającego Wolnej Europy, w której mówili o pacyfikacji kopalni Wujek w Katowicach, szaroburość, przygnębienie, solone masło, dżem truskawkowy na chlebie bez masła, karmel zrobiony przez mamę z cukru na łyżeczce nad gazem, gazetę zamiast papieru toaletowego. Jak niesamowicie kreatywne były nasze matki ubierając nas i karmiąc tym, co było dostępne, a bardzo niewiele tego było. Wkurza mnie, gdy ktoś mówi, że wtedy było lepiej. Komu? Wkurza mnie zawłaszczanie tej znamiennej daty, wykorzystywanie jej do uprawiania politycznej hucpy, nachalnej propagandy i demagogii. Retoryka wszystkich (!) stron politycznej sceny bardzo przypomina tamtą. Choć jej nie pamiętam, to znam ją z ówczesnych gazet. Arogancja, protekcjonalność, pogarda i narzucanie swoich interesów politycznych innym. 

12 grudnia

Boa

Przyszła ubrana skromnie jak mniszka. W dwóch tylko odcieniach pastelowego różu. Rzecz to u niej niebywała, dlatego zaniepokoiłem się, czy aby nie stało się coś złego. Zanim zdążyłem zapytać, schyliła się do torebki, z której coś wyciągnęła, rozwinęła i założyła. Był to rodzaj boa w czterdziestu tysiącach odcieni różu, fuksji i fioletu. Nie przypuszczałem, że może być ich aż taka obfitość. Nie było to jednak jakieś banalne boa z piór. To szokujące cudo uczynione było z elementów przypominających ręcznie wydziergane małe serwetki, nanizane na nitkę. Oniemiałem. Zauważyła to, uśmiechnęła się zadowolona i gładząc owo niebywałe szalowo-serwetkowe boa czule, powiedziała: „Piękne, nie?”. Stupor nie pozwolił mi odpowiedzieć. A nawet gdybym był w stanie, to przecież i tak nie powiedziałbym jej, że w życiu nie widziałem niczego równie szkaradnego. I tak by nie zrozumiała.

11 grudnia

Gocha

Gocha zainspirowana moim krótkim pobytem w Brukseli zadzwoniła kilka dni temu, żeby podzielić się ze mną dramatyczną opowieścią o swoim własnym tam pobycie przed kilku laty. Chociaż zupełnie nie interesowały jej moje stamtąd wrażenia, bo zbyt zajęta była referowaniem swoich własnych, ku mojemu zaskoczeniu Gocha, która uwielbia być w opozycji, tym razem zgodziła się ze mną, że jeśli o Brukselę chodzi, to szału nie ma. Co gorsza, w pełni podzieliła mój umiarkowany entuzjazm do latania. Zaniepokoiłem się, dlaczego taka zgodna – nawąchała się czegoś, ujarała, albo w głowę uderzyła? Taka spolegliwość to u niej ewenement. Sprawa szybko się wyjaśniła. Okazało się, że jej rezerwa do Brukseli oraz do lotnictwa cywilnego mają swoje źródło w przebytej traumie. Gocha bowiem wracała z Brukseli samolotem, a że zima była i mróz, przed odlotem jej (!) samolot polano jakąś dziwną brązową substancją, czym poczuła się obrażona, zbezczeszczona i zbrukana, bo przyjęła to jako złośliwość wymierzoną w jej osobę. Chyba pomyślała biedaczka, że samolot polali zawartością szamba, żeby w ten sposób ją uczcić. Oburzenie z jakim to opowiadała mogło sugerować ten trop, co przy jej bezgranicznie rozbuchanej megalomanii nie byłoby niczym niezwykłym. Gocha wyjazgotała swoją dramatyczną opowieść, napawając się swoim własnym głosem. Trudno to znieść na dłuższą metę, a zaznaczyć muszę, że jej monologi nigdy do krótkich nie należą. Zniecierpliwiony jej przedłużającą się perorą wszedłem jej w słowo, ale bezskutecznie, bowiem Gocha zwyczajne próby przerwania jej narracji zwyczajnie ignoruje, traktując jak nieistotne zakłócenia. Jedynym efektem takiej próby jest wzmocnienie przez nią przekazu za pomocą przeniesienia go na wyższy poziom jazgotu. Nie ma innego sposobu na przebicie się, jak tylko powiedzieć głośniej od niej, bo tylko wtedy Gocha, nieprzywykła do przerywania jej wypowiedzi (wszechświat wszak czeka z drżeniem na jej błogosławione słowa), zapowietrza się oburzona taką profanacją i wtedy dopiero można coś powiedzieć.

Zdziwiło mnie trochę to, że Gocha z brukselskimi refleksjami obudziła się dwa miesiące po fakcie. Szybko okazało się, że to był tylko pretekst, mający zwrócić moją uwagę na bezprecedensowe wydarzenie artystyczne w postaci wernisażu fotograficznego, który odbył się był w mikołajki na profilu fejsbukowym Gochy. Gocha, w myśl zasady, że fotografia bez niej jest fotografią straconą i zbędną, przebrawszy siebie i swoje dzieci mikołajkowo zarządziła sesję zdjęciową, wykonaną, jak mniemam, przez któregoś z zachwyconych rodziców, którą można by zatytułować: „Caryca i jej cheruby”. Zepsuła sobą wszystkie zdjęcia, bo dzieci akurat ma ładne. Gdyby jeszcze były to tylko zdjęcia, ale nie – każde zostało opatrzone komentarzem w stylu Gochy. A styl Gochy jest jak brazylijski wosk: człek dwa takie komentarze przeczyta i okolice bikini ma gładkie jak jedwab. Czterdziecha zbliża się ku niej wielkimi krokami, ale mentalność niezmiennie pozostaje na poziomie dwunastolatki. Nie wiem, czy współczuć, czy zazdrościć. Gocha ma unikalną właściwość, z tego co wiem, oddziałującą tak nie tylko na mnie: jest jedną z nielicznych osób, budzących czasem przedziwne pragnienie przełożenia jej sobie przez kolano i strzaskania jej tyłka tak, że albo oddzieliłby się od reszty i odpadł, albo okładający zemdlałby ze zmęczenia. Zależy, co nastąpiłoby pierwsze. Wzruszam się nad sobą, że taki łagodny i tolerancyjny jestem, skoro to wyzwalane przez nią pragnienie pozostaje jedynie w sferze nierealizowanych marzeń. Jednak, by nie kusić losu, Gochy starannie unikam. Ktoś mógłby pomyśleć, że życie Gochy ma same blaski, a sama Gocha skłonna byłaby raczej powiedzieć, że głównie cienie. Na przykład przedszkole uwzięło się na nią, żeby ją wykończyć, nasyłając na nią, za pośrednictwem jej własnego cheruba, wirusy o wyjątkowej zjadliwości, z którymi Gocha musi się zmagać. Na dodatek czasem własnymi dziećmi zająć się musi, wzruszając się nad swoim ciężkim matczynym losem. To sprawia, że utyrana jest ponad miarę. Na szczęście Święta zbliżają się wielkimi krokami. Wkrótce Gocha zarządzi przygotowania, zagoni do nich rodziców i wreszcie będzie mogła zrelaksować się wydając dyspozycje, krytykując, utyskując i zrzędząc tak, jak lubi najbardziej. Albowiem nic tak Gochy nie raduje, jak rola poganiacza niewolników. Gdyby jeszcze tylko ręka tak się od dzierżenia bicza nie męczyła… 

06 grudnia

Mikołajki

Mikołajki
Moi drodzy Mikołajowie, apeluję o przestrzeganie mikołajowego BHP i nie wchodzenie z prezentami przez komin!  

05 grudnia

Konsola

Moi drodzy Szaleni Mikołajowie.

Uzbieraliśmy kwotę potrzebną na zakup konsoli do gier dla Szalonego Marcina! Daliśmy radę! Ogromnie się cieszę i bardzo Wam dziękuję. Bez Waszej wrażliwości, empatii i hojności nie byłoby to możliwe. Cieszę się, że w bezkresnych odmętach internetów można napotkać tak wspaniałych, dobrych Ludzi, jak Wy.

Konsola dla Marcina zostanie zakupiona i między Świętami a Nowym Rokiem wręczona wraz z okolicznościową kartką, sporządzoną w imieniu całego szacownego Grona Szalonych Mikołajów przez Olę piszącą bloga >>PapierOlki<<. Można sobie na Jej blogu tę kartkę pooglądać >>KLIK<<. Olu dzięki.

Myślę, że Dyrekcja Domu Pomocy coś wymyśli w ramach dokumentacji, więc prawdopodobnie uda nam się w fotograficzno-filmikowej formie ujrzeć, jak Marcin hiperwentylując się, wystrzeliwuje się na orbitę za pomocą konsoli.

Mamy moc!

Dziękuję!

28 listopada

Szalony Marcin

Szalony Marcin
Dzięki pewnej Szalonej Mikołajce, mogącej poszczycić się fantasmagoryjną puszystą lisią kitą, uświadomiłem sobie, że nie przedstawiłem Szalonego Marcina należycie, śpieszę więc naprawić to moje niedopatrzenie. Szalony Marcin mentalnie jest dzieckiem, natomiast metrykalnie ma 35 lat. Oto, jak Komitet DezOrganizacyjny Robótki Go scharakteryzował:

(...) Szalony Marcin (35). Nie ma takiego drugiego! Energia niewyczerpywalna! Marcin nigdy nie męczy się opowiadaniem. Nigdy nie milknie. Nawija, nakręca, snuje i splata wątki. Buduje w tych opowieściach swoje barokowe światy i tarza się w wyobraźni. Jeśli nie mówi to śpiewa. Potrafi akompaniować sobie na dwie ręce, a nogi mu w tym czasie same tańczą. Gdy się cieszy, to całym sobą. Radość wyraża skokami, bieganiem, fikaniem koziołków i gromkimi okrzykami. Zawsze ma przy sobie notes i długopis, by zapisywać numery telefonów i przekazywać grepsy do świętego Mikołaja. Wakacje w Hiszpanii, lot samolotem dookoła świata, dom z basenem i samochód mercedes z otwieranym dachem to czołówka z listy życzeń do Świętego. Ale bez obaw, czekolada z orzechami, płyta ze skoczną muzą albo tomik poezji (!) ucieszą Marcina tak samo, jak kluczyki do własnego merca.
(Jedno marzenie Szalonego Marcina powtarza się już od dawna. Ogromne marzenie. Komitet DezOrganizacyjny musiał je sobie kilkakrotnie zapisać w notatniku, a Marcin kilkanaście razy sprawdzał, czy aby na pewno to marzenie tam jest... otóż Marcin pragnie, śni i pożąda konsoli do gier. Gdyby zatem, była tu jakaś równie Szalona Grupa Mikołajów, która wspólnie rozbiłaby skarbonki w tej intencji albo Indywidualny Mikołaj, który kupił sobie lepszą konsolę, a starej używa jako przycisku do papieru, to hallo! hallo! jest tu akurat nadzwyczajna okazja, aby wystrzelić Marcina w kosmos radości!) (...) [Źródło: http://jestrobotka.blogspot.de/p/kawalerowie-2016.html].

Myślę, że jesteśmy blisko zebrania potrzebnej kwoty. Poproszę jutro Woźną Bebe, żeby zasięgnęła języka u Dyrekcji Domu Pomocy w Niegowie w sprawie sumy wpłat, jakie wpłynęły na konto Ośrodka na ten cel. Jak tylko będę coś wiedział, natychmiast się podzielę. Tymczasem, moi drodzy Szaleni Mikołajowie, pozdrawiam Was najserdeczniej. Jak również wszystkich szanownych Czytelników zaglądających w moje progi. 

Gdyby ktoś z szanownych Czytelników chciał jeszcze przyłączyć się do naszego planu wystrzelenia Marcina w kosmos radości konsolą do gier, serdecznie zapraszam w imieniu Szalonej Grupy Mikołajów, której mam zaszczyt być koordynatorem. Służę wszelkimi potrzebnymi danymi.

18 listopada

Szaleni Mikołajowie

Szaleni Mikołajowie
Ogłaszam niniejszym, że przezacne i ekskluzywne grono Szalonych Mikołajów bezpruderyjnie przytuli wszystkich chętnych, którzy mieliby na to ochotę. A pamiętać należy, że Szaleni Mikołajowie potrafią przytulać, że ho ho. Dlatego nie ma się co namyślać, tylko skorzystać trzeba, skoro jest okazja. Wystarczy niewygórowane wpisowe i już można się puszyć członkostwem. Cel: >>KLIK<<

Przedstawicielka Komitetu DezOrganizacyjnego, prześwietna Woźna Bebe, zasięgnęła była języka u Dyrekcji Domu Pomocy Społecznej dla Dzieci w Niegowie, w sprawie sumy wpłat na konsolę dla Szalonego Marcina i informację ową uzyskawszy, czym prędzej doniosła koordynatorowi Szalonych Mikołajów, czyli mnie. Jakżeż ja lubię takie donosy! Otóż usiądźcie sobie drodzy Szaleni Mikołajowie i rozeprzyjcie się wygodnie w waszych fotelach, krzesełkach, czy na czym tam sobie lubicie przycupnąć. No chyba, że stać wolicie, ale uprzedzam, zydelek jakiś nogą przysuńcie i blisko miejcie, bo i tak sobie usiądziecie, jak przeczytacie, że...

Do południa udało nam się zebrać całe 730 zł!  

Czyż to nie kapitalna wiadomość? Finisz tuż tuż. Jeszcze tylko jedna prosta w kwocie ok 400 zł i podstępny plan wyorbitowania Szalonego Marcina będzie można wdrożyć. Ach, co to będzie za wydarzenie! Wyobrażacie sobie? Na pewno nie. Nawet sam Szalony Marcin, mistrz świata w radości, wyobrazić sobie jeszcze tego nie jest w stanie. Sprawmy więc, by doświadczył.

Lista Szalonych Mikołajów >>KLIK<< jest otwarta i bardzo liczę, że będzie pęczniała od nazwisk i nicków. Bycie Szalonym Mikołajem to stan serca. Dopóki istnieje w nas potrzeba ucieszania i pomagania, jesteśmy bogaczami. Wykręćmy tę konsolę dla Marcina, ku Jego i naszej radości!

15 listopada

Szalona Grupa Mikołajów

Szalona Grupa Mikołajów
Jest do zrobienia robótka. Ja się przyłączam. Ty również możesz. Kliknij w poniższy obrazek, a wszystkiego się dowiesz.

Chciałbym bardzo spełnić marzenie Szalonego Marcina, który "pragnie, śni i pożąda konsoli do gier.". Niniejszym ogłaszam się założycielem i pierwszym członkiem "Szalonej Grupy Mikołajów rozbijających swoje skarbonki w tej właśnie intencji". Potrzebna jest kwota ok 1200 zł. Jeśli chciałabyś/chciałbyś się przyłączyć i zostać członkiem Szalonej Grupy Mikołajów, a co za tym idzie wnieść swój wkład w "wystrzelenie Szalonego Marcina w kosmos radości" za pomocą konsoli do gier, odezwij się do mnie>>KLIK<<. Może wspólnie uda się zebrać tę kwotę. W chwili obecnej Szalona Grupa Mikołajów liczy 3 osoby (ja i moi bliscy) z wkładem 400 zł z rozbitej skarbonki. Potrzeba jeszcze ok 800. Przyłączysz się? Formalnie wyglądałoby to tak, że kwotę, którą chciałabyś/chciałbyś dorzucić do konsoli dla Marcina wpłaciłabyś/wpłaciłbyś na rachunek Domu opieki przelewem (służę wszelkimi potrzebnymi danymi) z adnotacją, że to na konsolę dla Marcina, a Dyrekcja Ośrodka, w naszym, Szalonej Grupy Mikołajów imieniu zakupu by dokonała. Głęboko wierzę, że razem uda nam się uszczęśliwić Marcina. Oczywiście, jeśli zdecydujesz się zostać Członkiem Szalonej Grupy Mikołajów, Twoje imię i nazwisko, względnie pseudonim lub nick (zgodnie z Twoim życzeniem) zostaną wyryte czarną czcionką na białym tle (szalenie elegancko) na specjalnej, ekskluzywnej stronie poświęconej tej Grupie,>>KLIK<< gdzie pozostaną na wieki wieków. Amen.

update 16.11.2016 g. 19:12

Myślę, że na chwilę obecną mamy już ponad połowę potrzebnej kwoty. Bardzo dziękuję, licząc wciąż na Waszą hojność. Jestem też wdzięczny za Wasze zainteresowanie i deklaracje pozostawione w komentarzach. Proszę jednocześnie osoby deklarujące o kontakt mejlowy do mnie >>KLIK<< - z dziką przyjemnością powitam w ekskluzywnym gronie Szalonych Mikołajów i podam też dane do przelewu. Śmiało, śmiało. Nie gryzę. No chyba, że ktoś poprosi, A i wtedy też nie zawsze:)

14 listopada

Ekstrawagancja

Moja koleżanka, mająca słabość do niebanalnych kostiumów, przybyła dziś do pracy spowita w czarno-srebrny płaszcz, który skrzącą migotliwością swych srebrzystości zogniskował spojrzenia wszystkich obecnych, a który - jak się po chwili okazało - był jedynie skromnym zwiastunem tego, co skrywało się pod nim, bowiem gdy go zdjęła, wyłoniła się spod niego zwiewna tunika koloru zielonego, łudząco przypominająca koszulę nocną. Można by pomyśleć, że koleżanka zapomniała się rano przebrać i przybyła do pracy tak, jak wstała z łóżka, jednak rude legginsy i zwiewne koronkowe elementy zdobiące jej ochędóstwo tu i ówdzie (z naciskiem na ówdzie) jednoznacznie wskazywały, że to nie był wypasiony model pidżamy, a strój jak najbardziej wizytowy. Przyznać muszę, że rzadko można ujrzeć kolor aż tak zielony, zwłaszcza w zestawieniu z tak bardzo rudym, jednak koleżanka mając (chyba) wrodzoną i (na pewno) chroniczną skłonność do ani trochę nie rzucających się w oczy kolorów w odcieniach neonowych, właśnie w takich zestawieniach gustuje. Jej dzisiejszy anturaż, który nazwać ekstrawaganckim to zdecydowanie za mało, tak mnie ujął, że zanim zdążyłem ugryźć się w język, wypowiedział on zdanie: „Jaki masz zwiewny strój. Taki… oniryczny”. Zamurowało ją, szczęka jej literalnie opadła, a uruchomiona próbą procesu dedukcyjnego burza synaps odmalowała się na jej obliczu bogatą paletą barw, obnażających jej myśli, gdyż nie znając znaczenia słowa oniryczny, wahała się, czy nie jest ono synonimem słowa onanistyczny, zaczynając się bowiem od oni- i kończąc na -czny brzmieniowo prawie pasowało. Choć to środkowe -ry- i brak jednej sylaby psuły jej nieco tę analogię, podążyła jednak tą właśnie ścieżką i na wszelki wypadek zdecydowała oburmuszyć się z głębi swej urażonej cnoty. Zauważywszy uczynione ku temu przygotowania w postaci adekwatnego uplastycznienia twarzy, w chwili, w której brała oddech by je wyartykułować, wyjaśniłem jej, co owo słowo znaczy. Zawiesiła się na krótką chwilę, po czym nieco oszołomiona spróbowała zachichotać, ale i tak nie zdołała zamaskować zawstydzenia z analogii, jaka przyszła jej na myśl. Powstrzymałem śmiech bohaterskim wysiłkiem i pognałem jak wicher do sąsiedniego pomieszczenia, by tam, po zatrzaśnięciu za sobą drzwi, uwolnić go. Do łez.

09 listopada

Sen

Przedzierające się przez mgłę słońce wpadało do środka przez wielkie, zajmujące niemal całą ścianę od sufitu aż po podłogę, w połowie przesłonięte udrapowaną firaną okno, tworząc na podłodze jasnożółtą plamę. Stał naprzeciwko. Jego bujna czupryna mocno już przyprószyła się siwizną. Miał na sobie czarne dżinsy i gładką granatową koszulę z długim rękawem, a na stopach czarne adidasy. Jego oczy były równie błyszczące jak dawniej, choć twarz sprawiała wrażenie nieco zmęczonej, a czoło przecinały dwie mocno zaznaczone poziome bruzdy. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu, poddając drobiazgowemu oglądowi każdy fragment naszych twarzy, każdą zmarszczkę, bruzdę i krostkę, jakby ucząc się ich na pamięć. Panująca cisza sprawiała wrażenie nienaturalnie sterylnej, a czas zdawał się nie istnieć. Wszystko jakby zastygło w bezruchu. Wszystko prócz mnie i smugi światła rozlanej na podłodze, zaskakująco żwawo pełznącej ku ciemnej plamie drzwi na przeciwległej ścianie. Nagle cały obraz zakołysał się, tracąc ostrość i zaczął się rozpływać. Nie było już okna ani podłogi - była bezkresna przestrzeń i gwałtowne spadanie. Pikowaliśmy w dół z ogromną prędkością, objęci, kręcąc w powietrzu dzikie piruety. Nieokreślona zieloność pod nami szybko zaczęła nabierać kształtów i po chwili rozpoznać już można było las, a w następnej nawet kępy drzew zbliżające się z zawrotnym pędem. Przez moją głowę przemknęła myśl, że oto zginiemy nadziani na drzewa. Chciałem krzyczeć z przerażenia, ale pęd powietrza zdusił mój krzyk, wciskając mi go z powrotem do gardła. Wierzchołki drzew były tuż tuż – wzmocniłem uścisk, zaciskając jednocześnie mocno powieki... 

Leśna polana zalana była przedzierającym się pomiędzy drzewami słońcem. Powietrze pachnące igliwiem i rozgrzaną ziemią pełne było unoszących się w nim szmerów gałęzi, ptasiego świergotu i trzepotu skrzydeł, bzyczenia owadów, szumu wiatru w koronach drzew. Daleko za horyzontem lasu majaczyły góry o szczytach spowitych mgłą, od których wiał rześki wiaterek, delikatnie muskając moją twarz. 
- Pięknie tu – szepnął zza moich pleców, obejmując mnie i przyciskając brodę do mojego ramienia.
- Bardzo  – odszepnąłem opierając skroń o jego policzek. – Wiesz, śniło mi się, że spadamy...
- Wiem - przerwał mi łagodnie. - Ja też śniłem ten sen...

26 października

Weekend

Weekend
W miniony weekend włóczyłem się po Wrocławiu, gdzie rozpieszczany byłem jak jakiś celebryta. Dziękuję H&D. Podróżowałem autokarem firmy, której nazwa może sugerować, że jest przewoźnikiem narodowym. Ma świetną ofertę, bo za naprawdę bardzo małe pieniądze (zwłaszcza w porównaniu z absurdalnie drogimi biletami PKP) można przejechać kawałek Polski. Podróż z Katowic do Wrocławia i z powrotem kosztowała mnie całe 30 zł. Bilet zakupuje się przez Internet i pokazuje kierowcy przy wsiadaniu, a że liniami tymi podróżują często tłumy, proces boardingu (celowa analogia lotnicza) trwa dobrą chwilę. Bohaterskim czynem udało mi się dopchać do miejsca w autobusie, znacząc szlak mojej ku niemu wędrówki obalonym i leżącym pokotem ludem, który ośmielił się stanąć mi na drodze. Przed odjazdem kierowca, jak kapitan w samolocie, powitał podróżnych, powiedział jak długo potrwa podróż i przypomniał o zapięciu pasów bezpieczeństwa, w które wyposażone są wszystkie autokarowe siedzenia. Ready for take off - pomyślałem i wystartowaliśmy w drogę. Po wygodnym umoszczeniu się na fotelu (mało miejsca na nogi, ale dało się wytrzymać te nieco ponad 2 godziny) rozejrzałem się ciekawie po pokładzie. Przede mną zasiadła pani o włosach ufarbowanych na fioletowo, naczapierzonych w misterną konstrukcję, podpartą od tyłu kwiatem z szarego woalu, którego płatki wystając poza jej głowę poruszały się przy każdym jej ruchu, jak macki jakiegoś kosmicznego ukwiału wczepionego w jej potylicę. Jak się później okazało z jej rozmowy telefonicznej z przyjaciółką, której byłem mimowolnym świadkiem, anturaż ów przybrała nie na wesele, jak mogłoby się wydawać, a w odwiedziny do syna. No tak – pomyślałem – Wrocław ponoć zajmuje trzecie miejsce w rankingu najmodniejszych miast do życia, po Warszawie i Krakowie, więc to zobowiązuje. Trzeba wyglądać. Pomyślawszy to, poprawiłem świeżo (rano) wyżelowane (odrobinkę, by poskromić ich naturalną skłonność do rozchełstu) włosy i rzuciwszy okiem na swój własny anturaż, strzepnąłem pyłek z ulubionych granatowych chinosów, który bezczelnie uczepił się ich na wysokości prawego kolana oraz poprawiłem szarą bluzę maskującą nie do końca odzyskaną wiotkość talii. Zadowolony z wyników owej inspekcji rozparłem się w fotelu wygodnie. 
Miejsce za mną zostało zajęte, ale nie oglądałem się, więc nie wiedziałem przez kogo. Obok tej osoby, po drugiej stronie przejścia (czyli po mojej nieco skośnej prawej) zasiadł całkiem przystojny pan, nieco starszy ode mnie, który poddał mnie wnikliwej, acz nienachalnej lustracji. Nie powiem, miło jest być w ten sposób zlustrowanym – to podnosi poczucie własnej atrakcyjności. Mój sąsiad po diagonalu i osoba siedząca za mną podróżowały razem. Mieli chyba coś wspólnego ze sztuką i teatrem, przynajmniej tak wywnioskowałem z ich rozmowy. Pojawiło się w niej sformułowanie sztuka reżyserska, wypowiedziane sarkastycznie. "Jak się obejrzy parę takich, to dwa lata potem na psychoterapię trzeba chodzić" powiedział mocno przepalony głos siedzący za mną, który wydawał się należeć do namiętnej palaczki 60+. Zerknąłem dyskretnie i pani z przepalonym głosem okazała się długowłosym panem 40+. Nie uszedł jego uwagi fakt zlustrowania mnie przez jego sąsiada i chyba partnera, skoro wydał mu komendę "Przesiadamy się!", którą tamten posłusznie wykonał. Dalszej mojej lustracji dokonał długowłosy pan tzw. złym okiem, co jeszcze bardziej połechtało moją próżność...

[Sławomir Nowak przyjął obywatelstwo Ukrainy. Krzyknął mi onet prosto w gałki oczne.  

(Tu nastąpiło powalenie na podłogę w celu wytarzania się w szale dzikiego, nieopanowanego śmiechu do łez i posmarkania się.)

No. 

Mogę pisać dalej.] 

Na moich oczach, pan siedzący po drugiej stronie przejścia, tak filigranowy, że zajmujący sobą półtora siedzenia, pożarł dwie wielkie chałwy. Zrobił to z tak wyuzdaną, pornograficzną wręcz pasją, że nieomal słyszałem ich krzyk uszami duszy. Pomyślałem, że jeśli zje jeszcze parę takich, to do końca podróży rozrośnie się na ową wolną połowę siedzenia. Po dwóch wielkich chałwach przyszła kolej na dwa duże serki topione sautè, które zostały błyskawicznie wessane przez czarną czeluść w twarzy zamykaną wargami. Potem dwie bułki z kiełbasą, której zapach rozszedł się po całym autobusie, popite półlitrową colą, następnie chipsy paprykowe, pół kilo solonych orzeszków, banan i druga półlitrowa cola. Nie pamiętam co było dalej w menu, a musiało być i to dużo, skoro kąt mojego oka rejestrował permanentny ruch jego żuchwy, perfekcyjnie zsynchronizowany z ruchami prawej ręki, co uprawdopodobniało moje śmiałe domniemanie, że nie był to bezproduktywny tik. W połowie podróży pan podjął próbę podniesienia podłokietnika, co w jego wypadku było operacją trudną, zakończoną jednak (częściowym) powodzeniem, bowiem po podniesieniu zrezygnował i podłokietnik opuścił. Dyskretny rzut oka pozwolił wydedukować, że wpił mu się on w fałdę troskliwie wyhodowaną w pasie, dzieląc ją na pół i zakłócając w ten sposób swobodę jej naturalnej chlupotliwości. Aby zająć czymś czas pomiędzy ruchami szczęki i ręki, pan słuchał muzyki przez słuchawki. Jakoś potrafił połączyć to w harmonijną całość z kompulsywnym żerowaniem, chrupaniem i żuciem w kontrapunkcie, co uświadomiło mi, jak mało umiem, bo ja bym nie potrafił. Cieszyłem się, że nie siedzi bezpośrednio przede mną, bo oparcie jego fotela wygięło się nienaturalnie do tyłu, skrzypiąc rozpaczliwie przy każdym jego ruchu i opierając się niemal o rachitycznie wychudzoną pierś długowłosego pana siedzącego za nim. Aż mnie ciarka przeszła na myśl, że mógłby siedzieć obok mnie. Perspektywa rozprasowania na szybie i zgonu na skutek uduszenia wydała mi się niezbyt pociągająca, dlatego, w takim wypadku, pozostałoby mi jedynie siedzenie w przejściu…

-To tu jest ta toaleta? - zapytała bardzo sympatyczna pani przerywając moje rozmyślanie. - Jezu, jak tu wejść?! - dodała po otwarciu drzwi do autobusowego klaustrofobicznego przybytku westchnień. Czym uświadomiła mojemu sąsiadowi po prawej konieczność odwiedzin w owym miejscu. Próba została podjęta zaraz po jej wyjściu. I to z powodzeniem! Oniemiałem z podziwu nad zdolnością takiego zagospodarowania dobrostanu i ułożenia go, by mógł zostać wciśnięty do mikroskopijnej autobusowej toalety. Obawiałem się, że zostanie tam na zawsze, a przynajmniej do czasu rozmontowania połowy autobusu w celu oswobodzenia, jednak pan zdołał się nawet tam obrócić (!), bo wyszedł poprzedzany swoim przodem, czyli normalnie. Nie wiem, jak tego dokonał. Nie mam pojęcia. I nie chcę wiedzieć. „Są rzeczy, o jakich nie śniło się filologom” mawiała Młoda lekarka na rubieży. To była właśnie jedna z nich i niech taką pozostanie. Mistrz to. Mistrz ekwilibrystyki ciałem. 

A Wrocław? Jak to Wrocław- śliczny. Zarówno za dnia jak i w nocy.








25 października

Chrumcissima

- Przez sen robisz groźne miny. I chrapiesz. Okropnie. Jak chrumcissima.
- Kto? – zapytał Szarooki przeciągając się.
- Lokatorka chlewika...
- No, ty się wreszcie doigrałeś! – Szarooki zerwał się i chichocząc usiadł na nim okrakiem, po czym zarzuciwszy sobie kołdrę na ramiona pochylił się ku niemu przykrywając nią siebie i jego… 

***

Dziś są jego urodziny...

12 października

Delegacja

Wróciłem z wyjazdu służbowego. Zawiało mnie do Belgii na kilka dni i przywiało z powrotem. Dosłownie i w przenośni, bowiem podróżowałem samolotem.

Nie lubię wyjazdów służbowych. Co prawda podróż samolotem to wielka oszczędność czasu, hotel też był bardzo dobry, ale ja najbardziej lubię swoje własne łóżko. Nie lubię też tego, że rzadko zdarza się, żeby na służbowych wyjazdach było na tyle wolnego czasu, by można było pozwiedzać, więc turystyczne potrzeby zaspokoić trzeba w pośpiechu. Tym razem jednak było inaczej, więc zdołałem złazić Brukselę wzdłuż i wszerz.

Moja koleżanka, udającą się ze mną w ową delegację, zaoferowała się, że przyjedzie po mnie i pojedziemy na lotnisko, gdzie auto zostanie na parkingu, by na nas czekać, a po powrocie odwiezie mnie też do domu. Trafiła do mnie, ale do wyjazdu na autostradę musiałem ją pilotować. Może to była moja wina, może ja źle ją prowadziłem, ale takiej jazdy dawno nie przeżyłem. Mówię: ”Skręć w prawo i zajmij środkowy pas”, a ona, ku memu przerażeniu, skręca w lewo, krzyczę więc: „W prawo! W prawo! Nie pod prąd!”. Wróciła na prawy pas. Dobrze, że wczesne rano i ruch żaden. Jedziemy dalej. Mówię: „Zjedź na prawy skrajny pas, bo będziemy zjeżdżać”, a ta znowu chce skręcać w lewo, pod prąd. Ponownie wołam: ”W to prawo! W to!”, dodając gestykulację, żeby nie miała wątpliwości, o którym prawym mówię. Nie wiem, może naoglądała się tych filmików na YouTube o kierowcach jeżdżących pod prąd i też chciała zaistnieć? Jakoś dojechaliśmy do autostrady. Podróż na lotnisko przebiegła bez większych niespodzianek, może dlatego, że kierunki ruchu dzieli barierka i pas zieleni, dlatego nie kusiło ją by jechać w lewo, aczkolwiek koleżanka jest dość osobliwym kierowcą i czasem wykonuje manewry, których ja nie rozumiem. Zauważyłem, że inni kierowcy również. Kilkakrotnie włączył się mój wewnętrzny, niezwerbalizowany skowyt i zajęczał kurrrrrwaaaa! W drodze powrotnej również. Boję się z nią jeździć i nic na to nie poradzę, nie wypadało mi jednak powiedzieć, żeby się przesiadła i ja poprowadzę, choć kilkakrotnie ochotę miałem wielką. Nie chcę też sugerować, że kobiety są złymi kierowcami, bo zdarza mi się jeździć z prowadzącymi znakomicie, ale ona – makabra. Jej sposób prowadzenia auta objęty jest jakimś obłędem i tylko czujności innych kierowców zawdzięcza to, że nie miała dotąd wypadku. Nie wsiądę więcej do żadnego pojazdu, który ona miałaby prowadzić, bo na samą myśl o jeździe z nią cały dygoczę wewnętrznie. 

Robiąc fotograficzną dokumentację wyjazdu, by móc się podlansować na fejsie, zdołałem przywabić jednego z ochroniarzy lotniska. Niestety nie zadziałał mój urok osobisty ani nieodparty czar, a procedury, zrobiłem bowiem parę fot strefy kontroli bezpieczeństwa - natychmiast podszedł do mnie bardzo przystojny pan, uprzejmie zażądał pokazania zdjęć, które przed chwilą zrobiłem i tonem nie znoszącym sprzeciwu nakazał je wykasować, co też potulnie uczyniłem, bo taki był władczy. Grzecznie przycupnąłem sobie w poczekalni i nie prowokując więcej incydentów doczekałem odlotu. A przyznać muszę, że entuzjastą latania jestem umiarkowanym. Ogromnie doceniam oszczędność czasu, szybkość i wygodę, jednak entuzjazm swój wspierać muszę magiczną romboidalną pastylką, która w czarodziejski sposób powstrzymuje mnie przed zafundowaniem sobie i współpasażerom efektownego performensu w postaci dorodnego napadu paniki, spowodowanego przebywaniem w zamkniętym pomieszczeniu, z którego nie da się wysiąść, jak z autobusu. Poza tą drobną niedogodnością, pacyfikowaną magiczną mocą pastylki, jestem wprost stworzony do latania, w którym też jest coś z magii, bo pół Europy można przebyć w półtorej godziny, a ocean w siedem, choć za samolotowym okienkiem wygląda to tak, jakby wisiało się w powietrzu bez ruchu. Lot do Brukseli przebiegł spokojnie, pomimo lekkich turbulencji i pilota, który popisał się średnio, gwałtownie podrywając maszynę przy starcie i lądując też nie najprzyjemniej, twardo siadając na pasie. Chyba humoru nie miał na subtelne manewry. 

Sama Bruksela zaskoczyła mnie swoimi stosunkowo niewielkimi rozmiarami, bardzo zwyczajnym centrum i prześlicznym Wielkim Placem wpisanym na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Manneken Pis, będący symbolem i najważniejszym punktem turystycznym Brukseli, jest zaskakująco mały i łatwo go przeoczyć. Jakoś nieszczególnie mnie poruszył, choć selfie sobie cyknąłem, żeby mieć dowód zaliczenia. O wiele ciekawszym dla mnie miejscem było Królewskie Muzeum Sztuki Dawnej, w którym wystawione są prace Cranacha Starszego, Bruegla, Rubensa, van Dycka i Boscha. Bardzo podobała mi się również brukselska katedra z przepięknymi witrażami. Na wszystkich turystycznych trasach (również na lotnisku) widać dużo policji pod bronią, co stwarza dość przygnębiające wrażenie. Moim zdaniem Kraków, Wrocław i Warszawa są od Brukseli dużo piękniejsze. 

Czasem pół Europy przebyć trzeba, by po raz pierwszy w życiu na własne oczy ujrzeć zjawisko, jakie widywało się dotąd jedynie w telewizji. Idąc z Wielkiego Placu w stronę Manneken Pisa spotkałem laskę z wygoloną na zero i na kolorowo wytatuowaną głową oraz zakolczykowaną szczelnie twarzą. Miała kolucha w uszach, brwiach, nosie i wargach. Z tym całym badziewiem ważyła chyba 15 kg więcej niż bez niego. Swoją całkiem ładną buzię (przyjrzałem się dyskretnie) ukryła pod tym szajsem. Tak bardzo przylgnęła do oryginalności, że zrobiła z siebie dziwowisko. A może właśnie taką miała intencję?    

To nie objaw rasizmu, jedynie moja obserwacja z kilkudniowego tam pobytu: niemal wszystkie sklepy z pamiątkami i knajpy w centrum prowadzą Arabowie, przed sklepami spożywczymi rozkładając towary na chodnikach, jak na jakimś suku. Niektórzy dość nachalnie zaczepiają potencjalnych klientów. Do tego jeszcze ci policjanci pod bronią i tajniacy przyglądający się uważnie ludziom, a nie zabytkom, co jest konsekwencją marcowych zamachów terrorystycznych - wszystko to sprawiło, że po zmroku nie czułem się w centrum Brukseli komfortowo. Spotkałem tam też dwóch przedstawicieli brukselskiej elity, zwanej żulerią. Co ciekawe, rozmawiali po polsku… 

Znajoma zażyczyła sobie magnesik na lodówkę, przy okazji zwiedzania rozejrzałem się więc za jakimś. Trudne to nie było, bo na turystycznych szlakach sklepów z pamiątkami obfitość wielka, a w nich magnesików ile dusza zapragnie, choć na wszystkich Manneken Pis w najróżniejszych kolorystycznych konfiguracjach i rozmiarach. Najbardziej wstrząsnęła mną wersja wykonana z porcelany, wielkości spodeczka, w której Manneken obsypany obficie złotym brokatem prezentował się na równie zabrokatowanym srebrnym tle. Właściciel sklepu z pamiątkami najpewniej uznał ten model za najpiękniejszy dostępny u niego bibelot, dzieło sztuki nieomal, skoro wycenił go na całe 15 euro. Nie nabyłem go jednak, choć mógłby być chlubą każdej magnesikowej kolekcji, bo nie wiedziałem, czy znajoma byłaby w stanie znieść aż tyle… piękna. Wykosztowałem się na mniej wstrząsający wariant, w którym czarny szklany Menneken sika na przeźroczystym szklanym tle. Nie dane mu jednak było opuścić Belgii. Wróciwszy do hotelu zapakowałem go dla bezpieczeństwa do torby na laptopa, którą miałem zabrać z sobą jako bagaż podręczny na pokład samolotu. Przy odprawie musiałem wyciągnąć laptopa oraz ładowarkę z torby i przy tej operacji mannekenowy magnesik wypadł i strzaskał się był na sto szklanych okruszków. W całości pozostały jedynie sam magnesik oraz mannekenowa łapka trzymająca siusiaka, dlatego przekroczywszy bramkę grzecznie przeprosiłem i pamiątkę ową porzuciłem. Oczywiście bramka z konieczności została wyłączona z użytku, bo rozsypane szklane confetti stanowiło zagrożenie dla stóp pasażerów, z których większość musi do kontroli zdejmować buty i przekraczać bramkę bez nich. Jeśli w TV mówili o zatorze przy bramkach kontroli osobistej na brukselskim lotnisku, to winny byłem ja – nie żaden Arab.

Lot powrotny był idealny (start i lądowanie wprost mistrzowskie), choć nie obyło się bez pewnych niedogodności, bo próbowano nas, pasażerów, upiec, zamrozić, znowu upiec i ponownie zamrozić. Zabawnie było obserwować jak ludziska rozbierali się, potem ubierali, żeby znowu się rozebrać i ubrać ponownie, jak sterowani. Komfortowa temperatura ustaliła się dopiero po około pół godzinie lotu, czyli pokonaniu 1/3 trasy. Startowaliśmy przed świtem. Pod chmurami była ciemność, ale po wzniesieniu nad chmury ujrzeliśmy cudowną, olśniewającą jasność rozświetlającą horyzont. Dzień się budził bardzo efektownie...

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger