21 kwietnia

Takie tam...

Mam w pracy kolegę, który czuje nieodpartą potrzebę zabawiania otoczenia żartami, okraszonymi wybuchami jego mocno nadekspresyjnego śmiechu. A że jest z gatunku tych, którzy z własnych żartów śmieją się najgłośniej, a jego żarty to najczęściej straszne suchary, które nikogo poza nim nie bawią, to jego poczucie misji bywa czasem nieco uciążliwe. Uraczył mnie dziś z samego rana jednym ze swoich sucharów, z którego nieznośnie wręcz hałaśliwie się uśmiał. Toczył się we mnie jeszcze proces wybudzania się, więc tolerancję miałem niską i najmniejszej ochoty na pajacowanie.
- Spójrz na mnie – powiedziałem spokojnie. – Patrz na moją twarz.
Spojrzał, a całe jego ciało naprężyło się w oczekiwaniu na mój zabawny wkład w tę jego wesołkowatość. Był jak sportowiec w blokach startowych, gotowy wystrzelić śmiechem jeszcze głośniejszym, bardziej żywiołowym, na granicy histerii i usmarkania się. 
- Czy ja wyglądam na ubawionego? – zapytałem znudzonym tonem.
Szczęka mu literalnie opadła, a śmiech, który chciał się z niego wyrwać, uwiązł mu w gardle. Wybałuszył oczy i trwał tak przez dłuższą chwilę nie poruszając się, nie oddychając, nawet powiekami nie mrugając. Minę miał taką, jakby miał się zaraz rozpłakać – rozbawiło mnie to trochę i niechcący się uśmiechnąłem, co zostało przez kolegę odczytane jako sygnał do wybuchu żywiołowej wesołości. Nie zachęcałem, nie podsycałem, więc szybko skończył. Ku mojej uldze. Czasem jestem strasznym bitch.

***

Posadzkę będą zmieniać na moim piętrze, bo okazało się, że firma, która ją kładła półtora roku temu, pochachmęciła coś z gatunkiem kamienia. Biała na początku posadzka zrobiła się w ciągu roku szaro-bura i wygląda jak brudna, choć szwadron sprzątaczek pod komendą Heli szoruje ją codziennie. Nadszef wspomniał coś o wykonanej ekspertyzie, która wykazała, że zamiast kamienia najwyższej klasy, jak było w umowie, firma położyła najgorszy gatunek, bardzo porowaty. Kamil stwierdził, że na eksperta powołana została zmierzła Hela i to ona wykonała ową ekspertyzę. Uklękła, polizała podłogę, pociumkała w ustach próbkę jak somelier wino, wypluła przez lewe ramię, co by jakiego uroku z tego nie było i głosem nie znającym sprzeciwu, autorytarnie (sic) orzekła: „Najgorszy gatunek, bardzo porowaty! Tfu! Z Chin!”. Od orzeczeń Heli odwołania nie ma, więc będzie wymiana. Kamil jest wielkim fanem zmierzłej Heli, odkąd przepędziła go z męskiej toalety. Podłogę umyć chciała, a czekać nie przywykła…

***

Ten tydzień w robocie to regularna rzeźnia. Byle tylko przetrwać do soboty.

15 kwietnia

Masaż

Wpadłem wczoraj do mojej lekarki pierwszokontaktówki po receptę na Ortanol. Siedząc i czekając chwilę na swoją kolej pooglądałem sobie wielki, zajmujący połowę ściany plakat reklamujący masaż kamieniami, który można sobie zafundować u pani Asi, przychodnianej rehabilitantki. Z autopsji wiem, że pani Asia masuje kiepsko, za to do mistrzostwa opanowała trudną sztukę monologu, której oddaje się namiętnie i niestrudzenie, uszczęśliwiając pacjentów niekończącymi się opowieściami o wszystkim i o niczym. Głównie jednak o niczym. Pomyślałem sobie, że masaż kamieniami to akurat w sam raz dla pani Asi i moja wynaturzona wyobraźnia wyprojektowała mi od razu jeden z możliwych scenariuszy owego zabiegu:

Pani Asia niosąc na tacce kamienie, wyprowadza delikwenta przed przychodnię, gwiżdże na palcach dając w ten sposób sygnał do startu i kiedy delikwent ucieka zygzakiem, pani Asia ciska w niego owymi kamieniami. Korzyści z takiego masażu całe mnóstwo: bieg zygzakiem służy zdrowiu, celne razy kamieniami masują, a ileż odstresowującej radości z takiego ukamienowania dla pani Asi. I nie szkodzi, że zabieg ten pozostawia na ciele delikwenta siniaki i obrzęki, bo czegóż się nie robi dla zdrowotności.

Owa wizja spodobała mi się tak bardzo, że musiałem się nią podzielić z moją lekarką pierwszokontaktówką. Chyba dość plastycznie to zrobiłem, skoro popłakała się ze śmiechu...

03 kwietnia

Etiudy

- Kurrrrwaaaaa! – zajęczał Kamil, markując bicie głową w ścianę. - Dopiero zaczęliśmy, a ja już mam dość!
Zanim zdążyłem zachichotać, pochylił się w moją stronę i konspiracyjnie przyciszonym głosem dodał:
- Ty widziałeś, co Aśka-straszny-babol na siebie włożyła?
Kamil uwielbiał Aśkę-strasznego-babola wprost bezkrytycznie, odkąd naraziła mu się prawiąc mu jakieś bezinteresowne złośliwości. Musiała porządnie mu dogryźć skoro pałał żądzą zemsty. Spojrzałem w stronę Aśki-strasznego-babola i mój wzrok zderzył się z jej monstrualnym, opiętym dżinsami tyłkiem.
- No sam widzisz - podjął Kamil ze złośliwym błyskiem w oku. - Dżinsy biodrówki! Ona! Horror i makabra! Osoba mająca dupsko, którego nie udałoby się uwędzić nawet w pożarze lasu, nie powinna zakładać biodrówek! Gdyby przechodząc trochę mocniej poruszyła biodrami, rozjebałaby wszystko w promieniu dwudziestu metrów…
- Ależ Kamilu, jak możesz! Jak możesz używać takich słów! Jak możesz! – zakrzyknąłem z egzaltacją, teatralnie przyciskając prawą dłoń do serca. - Jestem kompletnie zdewastowany i straumatyzowany! Kamilu! Ja interpeluję do ciebie: bądź damą!
- A idź mi! – powiedział Kamil śmiejąc się.
- Cicho! Ja ci tu scenę zrobić próbuję, a ty mi chichotem nastrój rujnujesz!

***

Dwie godziny później:

- Powiedz to Kamilu! Widzę w twoich oczach, że chcesz to powiedzieć. Zrób to! - zakrzyknąłem teatralnie, szarpiąc go za ramię. – Zrań mnie! Ja to zniosę!
- Ale co? – zapytał rozbawiony Kamil.
- Powiedz, że gardzisz moim brzuchem!
Kamil ostentacyjnie zawiesił wzrok na wysokości mojego brzucha i śmiejąc się powiedział:
- Sam sobie powiedz!

***

Pięć minut później:

- Zeszczuplałeś…
- Ja? - zapytałem autentycznie zdziwiony.
- Ty.
- Chcesz mnie chyba ostatecznie pognębić mówiąc to.
- Ależ skąd – powiedziała niepewnie. – Wysmuklałeś.
- Chyba w uszach – odpowiedziałem śmiejąc się.
- A przynajmniej sprawiasz takie wrażenie – brnęła.
- Wrażenie może takie sprawiam, bo brzuch wciągam, ale gruby się czuję.
Zamilkła skonsternowana.

27 marca

Alleluja

Alleluja

Wspaniałych, spokojnych, radosnych i beztroskich Świąt. 

Cieszcie się i radujcie, bo takie świętowanie sprawi, że wszystkie świąteczne przepyszności będą miały zerową kaloryczność:-)


25 marca

Bestia straszliwa (2)

Luśka nie cierpi deszczu. Załatwia wtedy swoje sprawy szybko i pędzi z powrotem do domu. Śnieg natomiast uwielbia. Jak pierwszy raz go zobaczyła, stanęła w progu jak wryta, zaskoczona kompletnie zmienionymi okolicznościami okołodomowymi i chyba doszła do wniosku, że nie podobają jej się, bo zrobiła krok w tył. Z daleka obwąchała, nieśmiało zrobiła krok, najpierw jedną łapką - nic się nie stało. Potem drugą - znowu nic. Wyskoczyła więc wszystkimi czterema na zewnątrz i przebiegła kawałek. Zimno jej było w łapki i najchętniej wszystkie cztery uniosłaby ponad śnieg, ale niestety się nie dało. Już miała prysnąć z powrotem do domu, ale zauważyła, że robiąc tych kilka kroków w śniegu, utoczyła małą kulkę, co bardzo ją zainteresowało. Polizała – nic się nie stało. Wzięła ostrożnie w pyszczek, a że kulka była mięciutka, rozpadła się. Sunia wymyśliła nową zabawę – toczenie łapkami kulki śniegowej i branie jej w pyszczek w celu zmiany stanu jej skupienia. Bardzo to lubi.

Luśka mała jest i większa już nie urośnie, zatem uważać musi, bo wielki świat dybie na jej bezpieczeństwo. Nawet w jej własnym domu. Któregoś ranka, wracając z porannego siur, Luśka usłyszawszy, że jestem już w kuchni, ruszyła rączo na moje powitanie. Pełną prędkością pokonała zakręt, wpadła do kuchni, wykonała trzy długie susy i wyskok, a że źle go obliczyła, zamiast z moim udem, spotkała się z szufladami. Zniosła to spotkanie dzielnie, jeśli nie liczyć pisku, który z siebie wydała. W wyniku zderzenia jedna z szuflad się wysunęła, co zainspirowało Luśkę do wydania z siebie jeszcze jednego, głośniejszego i wyższego intonacyjnie pisku oraz ucieczki, uznała bowiem, że to jakaś straszna paszcza się rozwarła, by ją pożreć. Zwiała więc z kuchni i przez otwarte drzwi zaglądała ostrożnie, czy ów monster z otwartą gębą jeszcze tam jest. Szuflada została zamknięta, co Luśka odczytała jako sygnał o minięciu zagrożenia, przyszła więc zbadać, czy monstrum, które pożreć ją chciało, nie pozostawiło po sobie aby jakichś śladów. Skrupulatnie obwąchała wszystkie szuflady. Odsunąłem jedną, żeby mogła zobaczyć, że to nie paszcza. Schowała się za moją nogę, by z bezpiecznej tej pozycji obserwować dalszy rozwój wypadków, a że nie stało się nic, ostrożnie podeszła, zapuściła żurawia w szufladę i chyba jej się spodobała, bo gdybym jej nie powstrzymał, wlazłaby do niej.

W związku z tym, że Luśka wieku sprawnego zaczęła dobiegać, trzeba było zadbać o jej antykoncepcję. Zdecydowaliśmy pozostawić ją w stanie dziewiczym i infantylnym, dlatego wybraliśmy metodę radykalną w postaci sterylizacji. Luśka zabieg zniosła bardzo dobrze, choć przez parę dni bardzo słaba była i oklapła. Żal nam jej było, ale cóż, mus był. Jakoś niespecjalną sympatią zapałała do przychodni weterynaryjnej i samego weterynarza, skądinąd bardzo sympatycznego faceta. Naraził się jej bardzo, bo na wizycie kontrolnej wraził jej w zadek termometr i temperaturę zmierzył, przeciwko czemu żywiołowo zaprotestowała. Po wizycie kontrolnej i wyszczepieniu przeciw wściekliźnie i nosówce, Luśka wyraziła całą swoją bezmierną pogardę dla tego miejsca i na znak owej pogardy zostawiła w poczekalni dorodną kupę, żeby sobie tam nie myśleli, że tacy fajni!

24 marca

Bestia straszliwa (1)

Piszę ukryty pod kołdrą, bo muszę być cichutko. Żadnego kaszlnięcia czy chrząknięcia, bo wystarczy, że westchnę, a bestia czająca się pod drzwiami usłyszy i od razu spróbuje wyważyć drzwi, żeby się do mnie dostać. Uda jej się to przy moim udziale i… Straszne rzeczy się wtedy dziać będą, bo bestia szaleć będzie, ganiać, lizać, nawet pod kołdrę wpełznie, żeby do nóg sie dobrać i tym sposobem z łóżka wykurzyć, albowiem ranny sen zwierz ten ma w pogardzie, zwłaszcza cudzy. Bestia ta straszna ma dziewięć miesięcy, jest prześliczną, małą sunią rasy wieloras. Ma wesołe brązowe oczka, klapnięte uszka, turbo ogonek i szalenie pracowity języczek. Nosi wdzięczne imię Luśka. Cały dom i wszystkie rzeczy, które w nim się znajdują są jej własnością, ale chętnie udostępnia je domownikom w użytkowanie. Jest posiadaczką piszczącego baranka, z którym uwielbia spać i którego uszko lubi czasem ssać jak smoczek oraz różowej świnki, nad którą uwielbia się znęcać, rzucając nią, podgryzając i ciągając po domu. Niedawno oślepiła świnkę odgryzając jej oczy. Prawdopodobnie w poprzednim swoim wcieleniu Luśka nałogowo paliła, bo uwielbia pety. Jak jakiegoś znajdzie, bierze w pyszczek i ssie jak smoczka. Nie ucieka, jak chce się jej takiego wyssanego już peta odebrać, tylko grzecznie otwiera pyszczek i oddaje. Uwielbia też papiery, woreczki foliowe i chusteczki higieniczne, które zamienia w pył. Znaczy Luśka zmieniając stan ich skupienia, proekologiczna jest i popiera recykling. Nie znosi konkurencji – widok innego psa w granicach jej habitatu, zwłaszcza jej gabarytów, budzi w niej głośno wyrażane oburzenie. Nawet samą siebie odbitą w szybie oszczekuje i atakuje dzielnie. Bardzo lubi zabiegi pielęgnacyjne, a kąpiel uważa za zajebiaszczą zabawę. Bardzo ją kręci woda ciurkająca z kranu i szumiąca z prysznica. Już pierwszą swoją kąpielą była zachwycona, natomiast to, co nastąpiło po owej kąpieli podobało jej się trochę mniej, bowiem została wysuszona za pomocą ręcznika i…. suszarki do włosów. Oczywiście w trybie bardzo letniego dmuchania, ale i tak zabieg ten uznała za zbyt kontrowersyjny. Od czasu owych zabiegów pokąpielowych sunia wchodząc do łazienki prewencyjnie oszczekuje suszarkę leżącą na półce.

Luśka to gryzakowy niszczyciel jest, bo wciąż rosną jej zęby. Jednej nocy przegryzła kabel od radia całkowicie, na amen i zabrała się za drugi od lampki nocnej i też go przegryzła, tym razem jednak efektownie, bo błysnęło, huknęło i wywaliło korki. Nic jej się nie stało, ale wystraszyła się tak, że kable przez jakiś czas omijała. Nie można jej spuszczać z oczu, bo zgryzie wszystko, co tylko do zgryzienia się nada. Zwłaszcza guziki, zamki, sznurówki i wszystkie inne wystające artefakty, którym oprzeć się nie potrafi. Luśka generalnie kocha cały świat i ma w sobie zero agresji. Potrafi zająć się sobą i sama się zabawić, jednak osobisty kontakt ceni najbardziej. Uwielbia uwalać się na domownikach, drzemać leżąc na udach, a jeśli to zbyt dla niej niewygodne, obok. Lubi też czasem popatrzeć na świat z innej perspektywy. Staje wtedy na tylnych łapkach, drapie delikatnie przednimi i merdając ogonkiem wydaje z siebie krótkie szczeknięcie. Mama wyjaśniła mi, że Luśka w ten sposób mówi „weź mnie na ręce i ponoś”. Biorę i noszę, a Luśka uwielbia mnie bezkrytycznie. Jak przyjeżdżam, wita mnie zawsze w ten sam sposób: wylatuje z prewencyjnym szczekaniem, po czym robi w biegu powitalne siur, co niezmiennie ją dziwi, bo przysiada i sprawdza szybko, czy aby pipka jest na swoim miejscu. Ustaliwszy to ekspresowo, podrywa się i przybiega tańczyć przy stopach, szczekając i skamląc z radości. Nie odstępuje mnie potem na krok. Nawet jak do łazienki pójdę, szczeka pod drzwiami, domagając się, żebym ją wpuścił. Któregoś dnia wszedłem na moment do mojego pokoju, żeby coś zabrać i wychodząc zamknąłem drzwi. Po kilkunastu minutach zorientowałem się, że jest za spokojnie i zapytałem Mamę, czy sunia jest z nią - nie była. Zagwizdałem na nią i odpowiedziało mi ciche skomlenie. Zawołałem ją idąc ku drzwiom wyjściowym i usłyszałem pełne oburzenia szczeknięcie, bo słyszała, że głos się oddala. Luśka wślizgnęła się za mną do pokoju niezauważona. Wypuściłem ją i sprawdziłem, czy szkód mi nie narobiła, na przykład rozprawiając się z kablami ładowarek do laptopa i komórki, lub odgryzając guziki od pościeli. Nic nie zmalowała, aż dziw, ale prawdopodobnie zdrzemnęła się była na mojej poduszce i narozrabiać po prostu nie zdążyła...

19 marca

O zakończeniu sezonu narciarskiego

Dwie dziewoje wchodzące w wiek średni postanowiły z pompą zakończyć sezon narciarski, wybrały się więc do Ustronia pojeździć trochę, a że daleko nie miały, wsiadły w auto i po godzince były na miejscu. Zanim jednak wybrały się poszusować, wstąpiły do knajpy, w której wypiły po dużym grzańcu, a że głodne były, bo się obie odchudzały, w głowach im zaszumiało, na nogach lekko się zachwiały, jednak dzielnie zdecydowały skorzystać i poszły na wyciąg krzesełkowy. Zupełnie zignorowały dziwne spojrzenie człowieka, który je na krzesełko zainstalował i pojechały. Bez nart. W trakcie kilkuminutowej podróży pogrzańcowa kalamaja wzmocniła się tak, że obie próbując zsiąść zrobiły hopsa, które w zamierzeniu miało być zgrabnym zeskokiem. Niestety z powodu miękkich kolan z hopsa zrobiło się bam i runęły obie bezwładnie jak worki kartofli, rozbijając sobie swoje śliczne noski. Chwilę trwało zanim oszołomione, z pomocą obsługi wyciągu oderwały swoje nadobne, choć nieco spłaszczone, oblicza od ziemi. Były tak pijane, że GOPRowcy musieli je zwieźć z góry w tych swoich sankach ratunkowych. „Mówię ci, jaki wstyd! W życiu już do Ustronia nie pojadę!” opowiadała mi dziś jedna z nich. Jako jeden z nielicznych poznałem prawdziwą przyczynę jej nieco odmienionego wyglądu, bowiem oficjalna wersja brzmi: „Pies pociągnął i upadłam”. 

18 marca

Pamięć

Mój biedny kilkuletni laptop zaczął wykazywać objawy niewydolności. Aplikacje uruchamiały się bardzo długo, a strony w przeglądarce ładowały wiek cały. Zwierzyłem się kumpeli, której mąż – w przeciwieństwie do mnie - jest dobry w komputerowe klocki. Wypożyczyła mi go przez zdalny pulpit, by obejrzał mojego laptopa i przeprowadził diagnostykę, co też uczynił. Okazało się, że po przejściu z Windows 7 na 10 pamięć operacyjna przestała wyrabiać i dławiła się, bo za chudziutka była. Poradził, co zrobić, żeby temu problemowi zaradzić, nawet stronę pokazał ze sklepem, gdzie można nabyć lekarstwo ze zdjęciem onego. Wystarczyło tylko kliknąć i kupić. Kliknięcie odłożyłem na dzień następny, spisawszy sobie nazwę kostki pamięci, którą miałem kupić. Następnego dnia zakupu dokonałem i zmotywowany zapewnieniem męża kumpeli, że sobie poradzę, ambitnie postanowiłem samodzielnie część tę wymienić. Przybyła do mnie rankiem kolejnego dnia, rozpakowałem ją, obejrzałem ze wszystkich stron i przez moją głowę przeleciała myśl, że jak na kostkę do laptopa, to jest trochę duża. Nie to, żebym uważał się za znawcę, nie. Po prostu wydawało mi się, że części do laptopa są mniejsze od tych do kompa stacjonarnego. Nic to – pomyślałem i podjąłem czynności operacyjne. Laptopa rozkręciłem, zajrzałem do środka w jego bebechy i pomyślałem WTF, przecież nie ma tam podobnej części, którą mógłbym wymienić. Ta, którą miałem w ręku zdecydowanie nie pasowała do żadnego elementu bebechów laptopowych. Poprzyglądałem się organom wewnętrznym lapa i moją uwagę zwróciła naklejka "Memory" przyklejona na element wzbudzający od początku moje podejrzenia. Trzeba było jednak od razu kliknąć i dokonać zakupu, bo robiąc to następnego dnia kupiłem pamięć o niemal identycznej nazwie, ale przeznaczoną do komputerów stacjonarnych. Skląłem w myślach swoją głupotę, ale refleksja, która na mnie spłynęła przeszkodziła mi w tym, bowiem pragmatycznie pomyślałem, że skoro tę kość do stacjonarnego już mam, to czemu jej nie wykorzystać. Rozkręciłem kompa stacjonarnego i spróbowałem dokonać wymiany, jednak kość nie pasowała do slotu, więc się nie udało. Spakowałem ją i odesłałem do sklepu, w którym ją nabyłem. Czekam na zwrot pieniędzy, bo tania nie była. Zakupiłem też właściwą kość pamięci do mojego laptopa i własnymi ręcami (tak, tak, aż się sam nad sobą wzruszyłem) wymieniłem ją. Laptop odzyskał młodzieńczy wigor, jakby łyknął całe opakowanie Viagry i hula aż miło. Jak nowy.

06 marca

Atrakcje

Miałem wczoraj w pracy ciężki dzień. W ogóle mam za sobą ciężki, pracowity tydzień, więc - by się trochę rozerwać i zresetować - odwiedziłem wczorajszym późnym popołudniem psiapsiółę ze studiów. Zamiast jednak rozerwać się, jeszcze bardziej się zmęczyłem, bo musiałem wysłuchać jej niekończącego się, monotonnego narzekania ogólnoegzystencjonalnego na wszystko i wszystkich. Gdybym wiedział, że tak to będzie wyglądało, pojechałbym po pracy prosto do domu. Z przykrością muszę się przyznać, że pożegnałem ją wczoraj z ulgą i z przyjemnością wróciłem do domu. Każdy dom (czy mieszkanie) ma swój unikalny zapach, będący częścią jego atmosfery, sprawiającej, że postrzegamy je jako przytulne lub nie. Bardzo lubię zapach mojego mieszkania. Pachnie moimi rzeczami, perfumami, płynem do płukania – moim domem. Wczoraj zaraz po wejściu do domu powitany zostałem niemiło jakimś fetorem, jakby nieświeżego jedzenia. Uruchomiłem tryb detektywistyczny i przeszukałem wszystkie kąty, ale niczego podejrzanego nie znalazłem. Coś jednak śmierdziało i co zastanawiające, tylko przy drzwiach wejściowych. Otworzyłem je, wystawiłem głowę na korytarz i zaciągnąłem się korytarzowym powietrzem, stwierdzając, że zapachowo jest ok. Obejrzałem wycieraczkę pod drzwiami, wszystkie buty, czy aby nie ma pod nimi przypadkowo wdepniętego psiego szczęścia – nie było. Na wszelki wypadek umyłem drzwi wejściowe. Obwąchałem łazienkę – też nic. Włożyłem głowę do lodówki, poniuchałem i choć zapach lodówkowy był w normie, umyłem ją w ramach prewencji. Przesunąłem też łóżko w sypialni, bo pomyślałem, że mogła mi spaść za nie jakaś przekąska. Tyle, że ostatnio na łóżku przekąszałem tak dawno, że nawet jeśli coś spadło, to powinno już było wyschnąć na nieśmierdzący wiór. Nie znalazłem za łóżkiem niczego ciekawego, prócz kurzu, który zmyłem ścierą. W całym domu podłogę zresztą umyłem, jednak przy drzwiach czuć było dalej. Pomyślałem, że może to z szafy, gdzie trzymam odkurzacz, który mógł przecież zassać coś, co się tam teraz psuje, wytrzepałem więc odkurzaczowego wora (a właściwie pojemnik, bo odkurzacz mam bezworkowy), ale też niczego podejrzanego nie znalazłem, prócz takich tam prozaicznych odkurzaczowych paprochów. Narobiłem się jak głupi, ale smrodek czuć było dalej. Poddałem się i położyłem do łóżka z myślą, że czynności detektywistyczne wznowię rano, ale i tak pół nocy nie spałem zastanawiając się, gdzie może być źródło owej perfumy. Niczego jednak nie wymyśliłem i w końcu zasnąłem. Rano sprawa sama się rozwiązała, bo chcąc włożyć do zmywarki brudny kubek, otworzyłem ją i zostałem porażony tym właśnie fetorem, który czułem przy drzwiach wejściowych do mieszkania, tylko tak skoncentrowanym, że aż mnie zatkało. Nie miałem czasu uruchomić zmywarki wczoraj rano, bo wyszedłem do pracy, wieczorem zaś byłem tak zajęty przeprowadzaniem śledztwa, że zapomniałem, a załadowana była do pełna, między innymi artefaktami sprzed trzech dni. Włożyłem w nią wczoraj po śniadaniu ostatnie możliwe do upchnięcia naczynia i pozostawiłem niedomkniętą, a że wróciłem do domu dopiero wieczorem, zdążyła uwolnić z siebie aromaty. Nastawiłem program 70 stopni i odpaliłem ją, oddychając z ulgą, bo moja wyobraźnia zaczynała już snuć wizje rozkutych ścian, wyprutych rur i ogólnego zniszczenia…

04 marca

Umartwienie

W ramach piątkowego umartwienia pożarłem garść chipsów. Wiem, wiem. Ohyda. Fuj. Ale takie pyszne były, że nie mogłem się powstrzymać...  

02 marca

Okruchy

Słowa rozsypane po domu... Głosy i śmiech zawisłe w drżącym powietrzu... Cienie przy stole... Spojrzenia zaplątane w firankę... Kocham Cię i Ja Ciebie też kocham schowane pod poduszkami... Echa czułych szeptów i miłosnych westchnień wstydliwie ukryte za zagłówkiem łóżka...

27 lutego

Weekendowy dodatek obowiązkowy

Najmodniejszym dzisiejszym weekendowym dodatkiem obowiązkowym jest BEZTROSKA. Nosi się ją bardzo wygodnie i przyjemnie użytkuje, bowiem jest lekka, bardzo ciepła, ale przy tym przewiewna, promienna i rozkoszna. Aplikowana z radością jest bardzo twarzowa - rozświetla oczy i świetnie robi duszy. Poza weekendami i urlopem należy jednak dawkować rozsądnie i z umiarem, bowiem nadużyta może mieć skutki uboczne. 

07 lutego

Performens

Całe swoje życie pani Zosia dba o to, żeby żyć po cichu, nie dając plotkarom asumptu do noszenia jej na jęzorach, więc dla zachowania równowagi rekompensuje sobie ową życiową cichość ekscentryzmem medycznym, zmieniając lekarzy jak rękawiczki. Pisałem jakiś czas temu o przygodzie pani Zosi z psychiatrą, która okazała się przejściowym incydentem, bowiem, jak to w życiu czasem bywa, pani Zosia postawiła się w obliczu konieczności wyboru sposobu na jedną z płaszczyzn swojego życia i takiego wyboru dokonała. Terapię przerwała, uznając najwidoczniej, że życie bez nerwicowych dygotek i somatycznych bólów głowy straciło smak. Stwierdziła przy tym, że przez psychiatrę jej się pogorszyło. Nie wiem co, bo mogło być tylko lepiej, ale nie dociekałem. Skoro panią Zosię uszczęśliwiają jej dolegliwości, niech je sobie ma. Są różne rodzaje miłości i różne psychiczne jazdy – pani Zosi udało się połączyć je w jedno, umiłować i rozsmakowując się w nich, osiągać satysfakcjonujący ją błogostan. Niezrozumiany dla mnie. Ale czy ja muszę wszystko rozumieć? Każdy wybiera to, co lubi. Zupełnie jak pani Zosia, lubiąca przy tym pewną widowiskowość, której w rozstaniu z psychiatrą nie mogło zabraknąć, bowiem w wigilię wyznaczonej u niego wizyty, pani Zosia zległa była na tajemniczą (antypsychiatryczną) chorobę, z powodu której - jak twierdziła później - prawie była zeszła, co zmusiło ją dnia następnego do zamienienia wizyty u psychiatry na wizytę domową lekarza rodzinnego, którego wezwała o poranku. Chyba tak źle nie było, skoro mogła na lekarską pomoc poczekać do rana. Zrekompensowała to sobie jednak, bo jak przyjechał, urządziła taki performens, że biedak wyekspediował ją do szpitala. Dorocznemu rytuałowi stało się zadość. Pani Zosia nacieszywszy się zainteresowaniem lekarzy, przy okazji zeskanowana i laboratoryjnie wybadana (wyniki jak zawsze idealne), została wypisana ze szpitala rankiem dnia następnego. Lekarz, który ją wypisywał – jak to później zreferowała pani Zosia własnymi usty – zabronił jej leczenia się u psychiatry (sic!) i zapisał jej lek, dzięki któremu cudownie ozdrowiała i tak wspaniale się czuje, że żadnego innego już nie potrzebuje: Acard! Przyznam, że tym urojeniem objawieniem pani Zosia tak mnie rozwaliła,  że nie byłem w stanie powstrzymać chichotu, który wyrwał się był ze mnie spontanicznie ku jej niezadowoleniu. Zdusiłem go opanowawszy się i z pokerową twarzą powiedziałem tylko: "Cudownie pani Zosiu. Nic, tylko łykać". Zebrałem się pośpiesznie i wyszedłem. Z trudem zaniosłem swoją radość do domu, gdzie padłszy na kanapę zaniosłem się tak szalonym śmiechem, że aż łzy płynęły mi po twarzy. Dobrą chwilę trwało, zanim opanowałem się na tyle, żeby móc powtórzyć dramatyczną opowieść pani Zosi Mamie, która również popłakała się ze śmiechu. Pani Zosia skonfabulowała, chcąc jakoś uzasadnić swoją woltę. A że nie do końca to się udało... Cóż… W jej wieku może jej się już trochę lapcyć*.
___________________________________
* bredzić - synonim używany przez gawiedź w moim górskim raju. Czyż nie śliczny?

01 lutego

Skok w bok

Mój dentysta, z którego usług korzystam już od ponad 10 lat, ma same zalety (fachowość, a do tego jeszcze prezencję) i tylko jedną wadę. A w zasadzie dwie: jest heterykiem i ma gabinet w ścisłym centrum miasta, gdzie cholernie ciężko zaparkować. Trzeba krążyć czasem nawet pół godziny po okolicy, żeby znaleźć wolne miejsce. Pomyślałem sobie, że może poszukam jakiegoś innego stomatologa bliżej, a najlepiej na osiedlu, na którym mieszkam. Zapytałem wujka Google na tę okoliczność i wskazał mi dentystkę przyjmującą dosłownie siedem minut spacerkiem od mojego domu. Zadzwoniłem pod numer, który wujek G. mi podał i umówiłem się z panią na zapoznawczą wizytę. Tak czy siak, do dentysty udać się musiałem, bo jeden z moich zębów zaczął reagować na temperaturę, co niechybnie zwiastowało jakiś z nim problem. W umówionym terminie przyszedłem do gabinetu, który okazał się być bardzo ładnie urządzony i wyposażony. Pani doktór – malutka i krąglutka, po 50 - zajrzała w moją paszczę i stwierdziła, że plomba zaczęła przeciekać, dlatego ząb reaguje. Nie boję się dentysty i nie znieczulam się do zwykłego borowania, zatem na pytanie pani doktór o znieczulenie, odpowiedziałem, że nie potrzebuję. Błąd, jak się później okazało, bo pani doktór tę moją odpowiedź wzięła sobie do serca aż za bardzo. Rozwierciła starą plombę, obejrzała zęba w środku i mruknęła - bardziej chyba do siebie niż do mnie - że miękki. Wzięła w tłuściutką łapkę wiertło, którego nie znoszę (wolnoobrotowe) i zanim zdążyłem zaprotestować, przygwoździła mnie nim do fotela tak, że w minutę - bo mniej więcej tyle to trwało - zwiedziłem odległą galaktykę. Narobiłem takiego jęku, że prawdopodobnie wypłoszyłem czekających w poczekalni pacjentów i ją samą chyba też, bo się poddała. Włożyła w zęba jakieś lekarstwo, zaklajstrowała go fleczerem, wypisała skierowanie na prześwietlenie i dopiero wtedy poinformowała mnie, że otworzyła kanały i zatruła zęba. Gdyby mnie o tym uprzedziła, poprosiłbym o znieczulenie. Pomarudziła trochę, że nie wie, czy podejmie się leczenia kanałowego tego zęba, kazała mi jednak przyjść za dwa tygodnie ze zdjęciem rtg i wtedy zdecyduje. Podziękowałem i wyszedłem myśląc: „O nie kochana, z całą pewnością więcej się nie spotkamy.”. Wróciłem do domu z bolącym zębem, łyknąłem dwa Ibupromy, złapałem za telefon i zadzwoniłem do mojego dentysty umówić się na wizytę. Najbliższy wolny termin miał za tydzień. Dotrwałem jakoś na Ibupromie. Muszę wyznać, że nie przyznałem mu się do zdradzenia go z konkurencją w naszym mieście, ale skłamałem, że zdrada nastąpiła w moim górskim raju. Otworzył tego zęba, pooglądał go, zrobił rtg, które również uważnie obejrzał i stwierdził, że pani doktór udało się otworzyć dwa kanały, natomiast trzeci pozostał nieruszony. Zapytał, czy naprawdę zrobiła to bez znieczulenia. Potwierdziłem. „Twardziel z pana, skoro nie uciekł jej pan z fotela” – powiedział. Zęba znieczulił i zrobił co trzeba. Spędziłem na fotelu ponad godzinę, bo tyle trwało udrożnienie kanałów i ich zabezpieczenie pod wypełnienie, miałem więc czas na refleksję. Taką mianowicie, że zdrada to ryzyko, które może się zemścić, dlatego należy uważnie przyjrzeć się, z kim chce się owej zdrady dokonać i skrupulatnie rozważyć, czy to się opłaci. Można się bowiem naciąć. Jak ja. Warto też pamiętać, że zdradzany ma nad ewentualnymi rywalami tę przewagę, że wie, jak nie lubimy się bawić, co nie tylko w wypadku stomatologa ma znaczenie. Mój na przykład wie, że jeśli o mnie chodzi, to może zabawiać się tym gwiżdżącym pneumatycznym wiertłem do woli, natomiast wolnoobrotowym wcale, a jeśli już to tylko do polerowania plomby, a i to niechętnie.

28 stycznia

Antybloger

Naczytałem się dzisiaj, jak dobra robota blogerska ma wyglądać i doszedłem do wniosku, że jestem beznadziejnym blogerem, albowiem:
  1. Piszę tylko wtedy, jak mam natchnienie i czuję potrzebę pisania. Niedobrze.
  2. Nie buduję persony. Nie wiem, co to za cholera, ale bez niej ani rusz. Bardzo niedobrze.
  3. Piszę przede wszystkim dla siebie, bo lubię i jest to dla mnie przyjemność, a nie robota. Źle.
  4. O żesz kurdesz, nie napisałem posta o wyrzucaniu choinki. Niewybaczalne. 
  5. Jakiś cień nadziei na poprawę jednak jest, bo „wstrzykuję własny styl” w to, co piszę.
  6. No i tytuły wychodzą mi całkiem nieźle, a to podobno 80% sukcesu. Mogę zatem uznać, że jestem na dobrej drodze.
  7. Nie, jednak nie, nadziei dla mojego bloga nie ma, bo nie stosuję tzw. kluczy fascynacji, a na dodatek (może uniosę brzemię tej mojej blogowytwórczej herezji, o ile nie spłonę za to na stosie) piszę o tym, co czuję, co myślę, wyrażam swoje poglądy, osobiste przemyślenia, a to jest pisanie „o dupie Maryny”, bo każdy może popełnić takie posty jak ja. 
W kontekście powyższego, kariery blogerskiej nie zrobię, bo bloguję nieprofesjonalnie. Zgadzam się z tym. I będę pisał dalej. Na szczęście nie muszę sobie owych wytycznych brać do serca,

26 stycznia

Takie tam...

I znowu jestem o rok starszy. Dwadzieścia lat temu, na drugim roku studiów zastanawiałem się, jak to będzie mieć tyle lat ile mam teraz. Wtedy była to kompletna abstrakcja, teraz rzeczywistość, bo już wiem. To wciąż ja. Trochę jednak inny niż dwadzieścia lat temu: nie tak radosny, parę kilogramów cięższy, mniej naiwny, dużo mniej mówiący. Ale jestem.

25 stycznia

Blue Monday

Blue Monday

01 stycznia

Noworocznie

Dobrego i zdrowego Nowego Roku. 

24 grudnia

Wesołych Świąt

Wesołych Świąt
Szanowni

W ten wyjątkowy świąteczny czas życzę Wam spokoju, radości i beztroski. Radujcie się, świętujcie, cieszcie bliskimi, odpoczywajcie i jedzcie pyszności. Bez wyrzutów. Odchudzać będziemy się po Nowym Roku. Wesołych Świąt!


22 grudnia

Przedświątecznie

Okres przedświąteczny budzi w narodzie demony. Dzikie tłumy z obłędem zakupowym w oczach miotają się pomiędzy regałami, czyniąc wzmożone przygotowania do Świąt. A to wszystko z towarzyszącym w tle podkładem muzycznym w postaci kolęd porażających uszy i wdzierających się w głowy, przerywanych przez głos sterujący ruchem tłumu z wózkami. Wózki słuchają tego głosu i jak urzeczone podążają tam, gdzie je skieruje. Czary? Nie. Promocje ogłaszane na bieżąco. Wózki taranując wszystko na swej drodze pędzą jak stado owiec od regału do regału, od kosza do kosza, miotając się po hali, jak w jakimś szalonym kontredansie. Naród za promocjami wprost przepada i jest skłonny zakupić wiele różnych dóbr potrzebnych oraz zbędnych badziewi, byle w promocji. Dopiero wtedy, jak limity kart kredytowych, debetów, kredytów konsumpcyjnych, w ostateczności zaś chwilówek, zostaną wyczerpane, naród gwałtownie traci wrażliwość na komunikaty czarownego głosu ogłaszającego promocje, z oczu narodu znika zakupowy szał, a zastępuje go szał wyścigowy, bowiem naród bierze kurs na kasy i gna nie zważając na nic. Uwielbiam patrzeć na ten sprint do kas.  Starsi ludzie odkrywają w sobie wyczynowych biegaczy i gnają z wózkami, wpadając w zakręty z imponującą prędkością, gubiąc po drodze to i owo oraz co drobniejszą dziatwę. Tylko czerwone twarze i chrapliwy oddech świadczą o tym, jak wielkim wysiłkiem była dla nich ta gonitwa. Nic to jednak, bo to poczucie triumfu, jak uda się kogoś wyprzedzić, warte jest nawet stanu przedzawałowego. Chyba nie jestem do końca normalny, bo nie wpadam w te narodowe przedświąteczne zakupowe konwulsje, ale nie robię sobie z tego tytułu wyrzutów, bo obserwowanie narodu miotającego się w owym zakupowym szale i ścigającego się do kas to świetna przedświąteczna rozrywka. Zgrabnie klucząc pomiędzy rozpędzonymi wózkami minąłem gejątko shoppingujące (młodzi nie robią teraz zakupów jak inni ludzie – młodzi shoppingują) w towarzystwie koleżanki. Wychudzone było i tak rachityczne, że nie wiem skąd miało siłę, żeby popychać wyładowany po brzegi wózek. Pchało go jednak dzielnie, słaniając się z wysiłku na swoich długich, chudych jak patyki szkitkach, obleczonych w obcisłe rurki. Szczebiotało przy tym do koleżanki na nieznośnych ultradźwiękach i gięło się tak, że przy tej jego rozbuchanej kobiecości, nie tylko ta jego koleżanka, ale każda kobieta wydawałaby się męska...

***

Jadąc w góry zauważyłem nową świecką tradycję, która zaczyna się plenić na drogach: przydrożny ekshibicjonizm mikcyjny młodych mężczyzn. Minąłem kilku takich w drodze w góry. Rozczulił mnie zwłaszcza jeden, który na stacji, na której jest darmowa toaleta, zdecydował się przewietrzyć swoje imponderabilia, załatwiając przy okazji fizjologiczną potrzebę na oczach innych podróżnych. Bez najmniejszego skrępowania. Są jak widać młodzi faceci lubiący, jak chłodny zimowy wiaterek przewieje im to i owo, odświeżając i przeganiając przy okazji złe humory. Miałem ochotę opuścić szybę i powiedzieć mu, że nie ma się czym chwalić, bo widziałem okazalsze, ale nie zrobiłem tego, bo nie chciałem, żeby z wrażenia obsikał mi samochód. Sorry. Widok męskiego przyrodzenia nie szokuje mnie, rozumiem też sytuacje, że jest mus, bo wiadomo, że jak mus, to mus. Ale na stacji, gdzie jest darmowa toaleta? Naprawdę, są jakieś granice.

16 grudnia

Pocałunek z kobrą

Miałem dziś firmowy opłatek, na którym pocałowałem się z kobrą i… żyję. Tak, tak. Można pocałować się z kobrą. Dziś się o tym przekonałem. Kobra podeszła do mnie z opłatkiem, złożyła mi życzenia, ja jej również, cmoknęła mnie w policzek i poszła. Myślałem, że zemdleję z wrażenia, ustałem jednak mężnie, nie okazując szoku. Żmija z niej jadowita i sucz rzadka, ale nawet ona dzisiaj nie kąsała i była rozkoszna. Czyli jak się chce, to można…
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger