25 września

Kąpiółka

Tytułem niezbędnego wstępu:

Bożena Brygida, zwana dalej (przez wszystkich znajomych) Bibi, od pierwszych liter imion, to postać niezwykła. Bardzo inteligentna manipulatorka i emocjonalna szantażystka, dumna z siebie cyniczka, uzdolniona literacko, deklarująca się jako niewierząca-ale-praktykująca polonistka w szkole katolickiej, obsypana nagrodami, bardzo przez młodzież lubiana i autentycznie młodzieży oddana. Wyzwolona feministka, bojowniczka o prawa kobiet, uważająca siebie za owych praw jedyną beneficjentkę, z powodzeniem wznosząca megalomanię do poziomu sztuki. Toksyczna wampirka wysysająca z otaczających ją osób energię i dlatego posiadająca jej nadmiar, zabójczyni zegarków elektronicznych i zaklinaczka drobnego AGD oraz RTV, które w jej obecności samo się włącza (radia i suszarki do włosów, podłączone do gniazdka, ale wyłączone) i wyłącza (komputery, laptopy, tablety i smartfony – cudze, bo jej własne są uodpornione). Wielka entuzjastka każdego przejawu oryginalności i inności, a więc najlepsza psiapsiółka (zwłaszcza w swoim własnym mniemaniu) gejów i lesbijek. Towarzyska i wesoła, małostkowa, zawistna, nielojalna, wyrachowana, mściwa i podstępna. Jednym słowem kobieta-legenda, o której będę opowiadał cudzym wnukom, bo swoich mieć nie będę. Widuję ją rzadko, często za to o niej słyszę, jest bowiem przyjaciółką mojego przyjaciela, tworząc z nim przyciągający się przeciwieństwami, barwny tandem. Przyjaźń ta wieloletnia, pełna wzlotów i upadków, pasożytnicza, niezmiennie jest dla mnie źródłem uciechy, bowiem jako powiernik jednej ze stron, jestem tej burzliwej relacji audytorium.

Jakąś dekadę temu dom rodzinny mojego (i Bibi) przyjaciela został podzielony na dwie części: on objął w posiadanie parter, jego rodzice zaś urządzili swoją rezydencję na poddaszu, robiąc przy tej okazji gruntowny remont. Bibi odwiedzała przyjaciela w ciągu owej dekady wielokrotnie, nigdy jednak nie miała okazji by obejrzeć tamto mieszkanie. Nie dlatego, że nie chciała, bo ochotę miała wielką, tak się jednak jakoś zawsze składało, że kiedy z odwiedzinami wpadała, byli również (u siebie) jego rodzice, a Bibi, jak przystało na kobietę z klasą, nigdy nie dokonuje oględzin cudzego mieszkania niezaproszona przez właścicieli. Co innego pod ich nieobecność. Złożyło się bowiem tego lata, że rodzice przyjaciela wyjechali na zasłużony urlop nad morze i w tym właśnie czasie Bibi zjawiła się z wizytacją. Sam wielokrotnie u niego bywałem, uważnie synchronizując terminy z nieobecnością Bibi (bo choć ją uwielbiam, to jednak reglamentować ją sobie muszę) i wiele razy zdarzyło się, że jego rodzice byli poza domem, nie przyszło mi jednak do głowy, żeby pod ich nieobecność łazić po ich domu, jak Bibi. Wróciwszy z przyjacielem ze wspólnego wyjazdu służbowego i zorientowawszy się, że nie ma właścicieli pałacu na poddaszu, który już od dawna chciała zobaczyć, Bibi ad hoc uknuła plan, by swoją turystyczną ciekawość zaspokoić. W takim improwizowaniu planów ku zaspokojeniu własnych chuci Bibi jest znakomita. Zawsze była. Im bardziej był niecny, tym uknucie go szybsze, a determinacja we wdrożeniu większa. Nie inaczej było i tym razem. Uwaliwszy się teatralnie na kanapie stwierdziła, że musi poleżeć po podróży, bo jeśli nie poleży, to padnie na sromoty, więc jeśli przyjaciel chce, może pójść do (jedynej na parterze) łazienki, by zażyć odświeżającej kąpiółki. Chciał, bo prowadził kilka godzin, na dodatek wysłuchując przy okazji monologu Bibi. A w monologowaniu Bibi jest niezmordowana i znakomita, bo literacko uzdolniona, a i inteligencji też jej nie brakuje. Nic tylko zapisać i wydać, a literacki Nobel gwarantowany. O ile kapituła nie zorientowałaby się w jednym, malutkim, tyciusieńkim defekcie: owych monologów bohaterem lirycznym, dramatycznym, onanistycznym i onirycznym jest zawsze i niezmiennie sama Bibi. Usłyszawszy plusk wody wskazujący na to, że przyjaciel zainstalował się już w kąpieli, rozpoczęła wdrażanie spontanicznie obmyślanej intrygi, rzucając nagle głośno w stronę łazienkowych drzwi, że musi do łazienki i to już, a skoro jego rodziców nie ma i łazienka u nich jest wolna, to ona skorzysta, bo musi. Zabrzmiało to nagląco, więc odkrzyknął „leć!”, nie chcąc, by mu Bibi zapaskudziła salony gwałtowną i nie cierpiącą zwłoki potrzebą natury, jak chciała by domniemywał, fizjologicznej. Bibi porwała się na nogi, w mgnieniu oka wyskoczyła z ciuchów i spowiwszy się w oślepiająco żółty peniuar (w zasadzie to rodzaj krótkiego kimona, ja jednak nazwałem to ochędóstwo peniuarem i zwał je tak będę, bo semantycznie koreluje mi z jej rozbuchaną kobiecością), jak wicher pognała do łazienki piętro wyżej, po drodze zwiedziwszy tam też kuchnię, salon i sypialnię. Dokonawszy lustracji postronnych pomieszczeń z szybkością błyskawicy, dotarła do docelowego – łazienki, w której, jak się okazało, zainstalowana była wielka, narożna wanna z hydromasażem, którą sobie rodzice przyjaciela przy okazji remontu zafundowali, żeby łazienka bogato wyglądała. Jako że jej własna, jak i ta piętro niżej, hydromasażu były pozbawione, Bibi zapragnęła doświadczyć owego dekadenckiego luksusu, a że niechętnie odmawia sobie czegokolwiek, napełniła wannę wodą, zrzuciła swój zupełnie niezwracający uwagi peniuar i rozparła się w kąpieli wygodnie. Aby zintensyfikować relaksację uruchomiła hydromasaż włączając aparaturę, która – czego świadoma nie była - od nowości użyta była jeden jedyny raz przez pana, który ją montował. Wtedy zadziałała, teraz również, choć nie do końca tak, jak Bibi oczekiwała, bo miast relaksacyjnych bąbelków, tudzież innych wodnych atrakcji mających wypieścić obłe jej ciało, z dysz wydobył się złowróżbny bulgot, a po chwili wystrzeliła maź o barwie, konsystencji i zapachu guano, przyozdabiając punktowo łazienkę oraz całą Bibi, bowiem przez około 10 lat trwania w stanie nieużywalności zgromadziło się w tych dyszach mnóstwo materiału w postaci kurzu i zbędnych resztek właścicieli, które z siebie spłukali zażywając w owej wannie pryszniców, nie używając wszakże maszynerii do produkowania bąbelków, z oszczędności czasu, wody oraz prądu. Materiał ten w postaci sypkiej zdawał się bezwonny, zmieniwszy jednak stan skupienia na płynny, nabrał mocy rażenia. Przyozdobiona i uperfumowana nim Bibi rączo wyskoczyła z wanny, przy okazji uzupełniając nową aranżację wnętrza łazienki ornamentem w postaci własnego, autorskiego womitu. Nie dość, że siebie musiała przywrócić do stanu używalności publicznej, to jeszcze musiała zatrzeć ślady swojego rozpasania w cudzej łazience. Zaczęła od siebie. Na szczęście. Bo kiedy przyjaciel zaniepokojony jej przedłużającą się nieobecnością przybył sprawdzić, czy aby kloaka jej nie wessała (przy jej gabarytach to ona mogłaby kloakę!), a złapawszy ją na gorącym, umytą już jednak i zapeniuarowaną (oszczędzony został mu widok Bibi sauté, z którego mógłby się nigdy nie otrząsnąć!), zdołał wydusić z siebie jedynie „sprzątaj, sprzątaj”, zanim padł na kanapę tarzać się ze śmiechu. Bibi sprzątanie zajęło zaledwie jakieś dwie godzinki i jedną butelkę Domestosa. I malować nie było trzeba, bo pragmatyczna i oszczędna właścicielka kazała wykafelkować łazienkę aż po sufit, za co Bibi błogosławiła ją w myślach. Ślady zostały zatarte skutecznie, jeśli nie liczyć ledwo wyczuwalnego, podejrzanej proweniencji odorku, który przez jakiś czas w łazience na poddaszu się unosił, ku zmartwieniu posiadającej wyczulony zmysł węchu właścicielki, a o który posądzona została jakaś nieszczelność infrastruktury sanitarnej. Szczęśliwie jednak po kilku dniach smrodek ten zniknął równie tajemniczo, jak się pojawił i właścicielka nie dowiedziała się dotąd, że pochodził z dysz jej własnej,  zdeflorowanej przez Bibi wanny… 

21 września

Szybki przelot

Matrix mi się zaciął i dni tygodnia pomieszały. Mało brakowało, a w sobotę rano zamiast do pracy pojechałbym na delegację, bo byłem pewny, że to niedziela. Dzień wcześniej spakowałem nawet bagaż. Na szczęście tuż przed wyjściem rzuciłem przytomnym okiem na komórkę i odkryłem, że to sobota, więc skorygowałem azymut na firmę. Staję się roztargniony. Jakież to romantyczne. 

W ową sobotę musiałem po drodze do pracy wstąpić do mojej Alma Mater, gdzie wpadłem przypadkiem na mojego przyjaciela z pierwszych lat studiów. Przyjaźń ta, jak to czasem w życiu bywa, zmarła była śmiercią naturalną po ukończeniu studiów. Nie wiem nawet, czy można ją nazwać przyjaźnią, choć w owym czasie taką się być wydawała. To było miłe przypadkowe spotkanie, bo chwilę porozmawialiśmy serdecznie. Przypomniały mi się radosne i beztroskie czasy studenckie.

Wróciłem z delegacji nad ranem, wykończony. Zazdroszczę osobom, które potrafią spać w pociągu czy autobusie – ja niestety nie potrafię, więc męczę się w takim upierdliwym, przykrym trwaniu między czuwaniem a spaniem. 

Poranki i wieczory są już jesiennie rześkie i wilgotne, z drzew zaczynają powoli opadać liście. W powietrzu czuć nadchodzącą jesień. Jeszcze parę dni i studenci się zjadą, zacznie się rok akademicki. Szarooki i Brązowooki rozpoczną drugi rok swoich studiów. Studenci z czuprynami poprzetykanymi siwizną… 

11 września

Gorszący eksces

Przemaszerował dostojnie środkiem kościoła ku pierwszym ławkom, wyprzedzany o dwa kroki przez troskliwie wyhodowane, wielkie, krągłe jak gigantyczna piłka brzuszysko. W ławce po prawej, którą pan ów wybrał sobie na cel, zasiadała już białogłowa w leciech dojrzała i równie jak on wysmukła. Uniosła się, by przepuścić pana, nie opuszczając jednak ławki. Pan, jak na dżentelmena przystało, usiłował minąć ją przodem i wtedy właśnie ich brzuszyska utknęły na sobie, zwarłszy się jak w wrestlingu. Pani oblała się pąsem, poczuwszy na sobie spojrzenia niezliczonych par ócz żądnej sensacji gawiedzi. Pąs nabrał jeszcze żywszego koloru, kiedy uświadomiła sobie, że u postronnego widza to ich zwarcie może inspirować szalenie niestosowne w okolicznościach świątynnych skojarzenie z bliskością, z jakiej biorą się dzieci. Również sprawca owego mimowolnego happeningu zawstydził się nieco czując, jak spojrzenia zebranych ogniskują się również na nim, a że nie przywykł do takiej ekspozycji, wdrożył czym prędzej czynności zaradcze, mające zakończyć ten krępujący spektakl. Szarpnął się w bok raz, drugi i trzeci - bezowocnie jednak. Dopiero, kiedy pani zsynchronizowała swój ruch z jego ruchem – on szarpnął się w prawo, a ona w lewo - brzuszyska prześlizgnęły się po sobie z ostrym zgrzytem, przypominającym odgłos tarcia styropianem o szybę, od którego wszystkim obecnym szkliwo na zębach ścierpło. Cały kościół z uwagą śledził te zabiegi i kiedy zaowocowały, dało się słyszeć wyraźne westchnienie ulgi, które dobyło się z niezliczonej ilości piersi, bowiem istniało niebezpieczeństwo, że zostaną w tak gorszącej bliskości aż do przyjazdu dźwigu, który trzeba byłoby ściągnąć, by ich od siebie uwolnić…

02 września

Kaganiec

Internetowa czeluść namierzyła mnie i zaanektowawszy całą powierzchnię monitora, strzyknęła mi prosto w oczy reklamą. „ROZMIAR TWOJEJ MĘSKOŚCI ZALEŻY OD CIEBIE. WIEDZIAŁEŚ? MOŻESZ POWIĘKSZYĆ GO 2,5 KROTNIE” – wrzasnęła do mnie literami w kolorze czerwieni rajdowej na wypalającym rogówkę seledynowo-żółtym tle. O święty Odynie – wzdrygnąłem się – ale dlaczego z tym do mnie?! 
To wspaniale, że wymyślili ustrojstwo do trenowania owej muskulatury (sarkazm), bo panowie uznający, że mają jej za mało, będą mogli przypakować i pewnie (znając życie) niejeden przeszarżuje, czego efekty mogą być tragikomiczne. Ja jednak nie skorzystam. A internetowej czeluści założę kaganiec w postaci aplikacji blokującej wyskakujące reklamy, żeby mnie więcej nie straszyła.

30 sierpnia

Lisia refleksja pościelowa

"Zaczynasz się starzeć dopiero wtedy, kiedy rozwieszasz na balkonie kołdrę i nie masz ochoty pod nią wymościć sobie bazy." Lis Refleksja pościelowa

23 sierpnia

Zasłyszane (2)

Miejsce akcji: tramwaj. Na jednym z przystanków wsiada do niego pan w podeszłym wieku, zobaczywszy jadącego tym tramwajem znajomego, równie jak on wiekowego, przemieszczając się w jego kierunku woła zaaferowany:

- Ty wiesz, że w naszym bloku mieszka murzyn?!
- No coś ty!
- Ja go nie widziałem, ale moja go widziała.

kurtyna

20 sierpnia

Zasłyszane

Miejsce akcji: Biedronka. W koszach wystawiony towar w postaci zeszytów szkolnych, kredek, bloków rysunkowych i innych pierdół. Małżeństwo sześćdziesięciolatków ogląda wystawione dobra. Ona przebiera i komentuje, on tylko z rzadka wtrąca coś między wypowiedzi małżonki. W jednym z koszy poduszki jaśki z podobiznami piesków, kotków oraz...

- Popatrz, już nawet w Biedronce Lewandowskiego kupić sobie można i się o niego oprzeć.
- Ja pierdolę.

kurtyna

15 sierpnia

Pomroczność jasna

Ataku pomroczności jasnej chyba doznałem, bo nawiedziłem wczoraj gejowskie targowisko próżności, jakim jest fellow. Skłoniła mnie do tego czynu otrzymana wiadomość od jakiegoś pana, a że wziąłem sobie do serca moją niedawną rozmowę z przyjaciółką, postanowiłem dać szczęściu szansę. Po przeczytaniu wiadomości i zwizytowaniu profilu pana, kita szczęściu opadła, bowiem wiadomość liczyła całe trzy słowa i dwa znaki interpunkcyjne: „hej, poznamy się?”, a spłodził ją pan liczący wiosen ni mniej ni więcej a dwadzieścia. Moje poczucie własnej wartości zostało mile połechtane, bo skoro odezwał się do mnie pan o dwadzieścia lat ode mnie młodszy i wizualnie atrakcyjny, jak wynikło z oględzin zdjęcia zamieszczonego na jego profilu, to znaczy, że nie jest ze mną jeszcze źle. Z tego chwilowego samozadowolenia wyrwał mnie detektor ściemy, który odpalił malutką czerwoną żaróweczkę z tyłu mojej głowy, jednak odpisałem panu, bo mama mówiła, że na wiadomości należy odpowiadać, a ja słucham się mamy. Czasem. I dobrze zrobiłem, bo dalsza wymiana wiadomości, która nastąpiła, nabrała niewątpliwych walorów rozrywkowych. Pamiętając o tym, że mam do czynienia z przedstawicielem tzw. pokolenia sms, starałem się nie przekraczać 160 znaków w wiadomościach, co czasem mi się nawet udawało. W odpowiedzi na jego wiadomość powitalną napisałem, że owszem, możemy się poznać, ale zanim to nastąpi, powinien zwrócić swą uwagę na fakt, że jestem od niego o dwadzieścia lat starszy. Odpisał mi na to błyskawicznie, że jemu to nie przeszkadza. Czerwona żaróweczka z tyłu mojej głowy zapulsowała trochę mocniej. Zasugerowałem panu, żeby nie śpieszył się z deklarowaniem chęci poznania, skoro nie wie nawet jak wyglądam, bowiem zdjęcia mam zahasłowane (można je sobie obejrzeć dopiero po wpisaniu hasła). Tu pan zawiesił się na kilka minut. Domniemywam, że opędzał w tym czasie innych interlokutorów - kilku, a może nawet kilkunastu. Odpisał jednak po pewnym czasie, że to też mu nie przeszkadza, bo obejrzy mnie sobie, jak się spotkamy. To się nazywa optymizm – pomyślałem i napisałem „OK.”. Krótki ten komunikat sprawił, że pan się nieco rozluźnił i stał się jakby trochę bardziej rozmowny, bo zapytał mnie bardzo bezpośrednio o to, czy jestem pracujący, niezależny i zmotoryzowany, na co odpisałem, że owszem, ale nie szukam utrzymanka, na co otrzymałem wiadomość-focha o długości, która zrobiła na mnie wrażenie. Pozwolę sobie zacytować ją w całości: „Nie oczerniaj ludzi bo pewnie wiesz po sobie jak to było mając 20 lata. tylko Ciebie pewnie mamusia musiała niańczyć. Wyprowadziłeś się już od mamusi? myślisz o sobie, że jesteś pępkiem świata i jeszcze masz jakieś wymagania”. Parsknąłem śmiechem, a że ciekawy byłem, co będzie dalej, napisałem panu, że nikogo nie oczerniam, a jedynie staram się rozwiewać swoje wątpliwości, dotyczące naszej ewentualnej znajomości. Tu pan ponownie zamilkł na kilka minut, by – jak mniemam - znowu załatwić zaległą korespondencję z innymi panami. Korzystając z tej przerwy poszedłem do kuchni zrobić sobie kawę. Jak wróciłem czekała już na mnie wiadomość, która rozczuliła mnie swoją lapidarnością. „Hasło” brzmiała. Jeśli myślisz szanowny Czytelniku, że pan zażądał dostępu do mojego konta bankowego, to jesteś w błędzie, bowiem na fellow priorytetem jest dostęp do zahasłowanych zdjęć, a dopiero potem do informacji dotyczących zasobności w dobra materialne. Twoje domniemanie drogi Czytelniku, że owo żądanie sprowokowało mnie do spuszczenia pana w internetową czeluść jest również błędne, bowiem powodowany pomrocznością jasną dałem panu to, czego zażądał. Podałem mu hasło do moich zdjęć na profilu. Oględziny musiały wypaść pozytywnie, skoro napisał mi łaskawie „fajny jesteś”. Rozbawił mnie, więc odpisałem, że hasło do zdjęć mu podałem, ale do konta bankowego nie dam. Obraził się i napisał, że nie lubi „osób, które od razu nastawiają się na nie i zawsze znajdą powód by coś im nie pasowało”, po czym zniknął w odmętach fellow. Nie powiem, że żałuję.
W międzyczasie napatoczył się drugi absztyfikant – nie sądziłem, że to możliwe, a jednak – jeszcze bardziej lakoniczny niż ja. Mój rówieśnik. Pozwolę sobie zacytować naszą korespondencję niemal w całości.
- Cześć… - pan zagaił. Od razu zwróciłem uwagę na wielokropek, którego, jak się w dalszej korespondencji okazało, pan lubił używać oraz na to, że zdania zaczynał od wielkiej litery, co zdradzało jakieś intelektualne aspiracje.
- No cześć. Co tam? – odpowiedziałem.
- W pracy póki co… Szukam na seks na weekend… 
- Czy to propozycja? – zapytałem uprzejmie, jak już otarłem monitor z resztek kawy.
- Jeśli jesteś zainteresowany…
- Nie znasz mnie, nigdy mnie nie widziałeś, a seks mi proponujesz? 
- Nie rozumiem… - odpisał. 
- Może okazać się, że wcale nie będziesz miał ochoty na… hm… zbliżenie ze mną. Albo ja z Tobą – napisałem rozbawiony.
- Moje h uiop – brzmiała lapidarna odpowiedź na moje wątpliwości. Zajrzałem na jego profil i odhasłowałem zdjęcie, z którego spojrzał na mnie przystojny jasnooki brunet z brodą. 
- Twoje h – wytknął mi zaniedbanie konwenansu, uznając najpewniej, że skoro podał mi hasło do swoich zdjęć, choć go o to nie prosiłem, moim obowiązkiem był rewanż. Podałem mu je ciekawy dalszego ciągu. 
- Fajny… - zrecenzował moje fotki, co znaczyło, że inspekcja mojego profilu wypadła pomyślnie. Dalsze wiadomości również o tym miały zaświadczyć.
- Będziemy w kontakcie… - poinformował.
- Ok – odpowiedziałem ostrożnie.
- Możemy się umówić w jakiś dzień… - kontynuował. - Ten weekend mam już zajęty, bo już się z kimś umówiłem… - zakończył jak zwykle wielokropkiem.
- Na seks? – zapytałem niedyskretnie.
- Tak… - odpowiedział bez skrępowania. 
- Baw się zatem dobrze – odpowiedziałem. 
- Thx – podziękował, już bez wielokropka. 

[kurtyna]

W ciągu mojej blisko półtorarocznej nieobecności na fellow, mój detektor grozy uległ przytępieniu. Wczoraj został na nowo skalibrowany, co przypomniało mi, dlaczego tak długo tam nie byłem.

02 sierpnia

Komunikacja

Luśka potrafi się komunikować na razie w sposób uproszczony mruczando-szczeko-ruchowy. Na razie. Bo jeśli będzie dalej się tak rozwijać – a zdolna – to kto wie, może mówić się nauczy, a nawet czytać i pisać. Stała dzisiejszego ranka na balkonie pochylając się nad wiadereczkiem (pozostałość po powidłach śliwkowych), w którym ma wystawioną wodę. W domu w kilku miejscach ma wodę w miseczkach, ale tylko na balkonie w wiadereczku, być może właśnie z tego powodu aktualnie to jej ulubiony wodopój. Stała więc na balkonie i mruczała w sposób bardzo charakterystyczny – robi tak tylko wtedy, kiedy czegoś chce. Pomyślałem, że może zauważyła gumowy krążek, który niby przypadkiem zrzuciłem z balkonu, żeby nie musieć go jej rzucać i domaga się, żebym go jej przyniósł, by mogła mnie ponownie eksploatować jako dyżurnego ciskającego, w czym umiaru nie ma. "Yhm, już się rozpędzam Luśka i po niego pędzę” – pomyślałem z przekąsem i wziąłem Luśkę na przeczekanie nie reagując. Po chwili znowu zamruczała chcem, chcem, daj mi!, trochę już zniecierpliwiona, a że ponownie nie doczekała się mojej reakcji, wzięła w zęby wiadereczko, przyniosła je do pokoju i położyła mi na kolanach. PUSTE. Luśka spragniona była, a woda rozstawiona w domu w miskach, ze znanych tylko jej powodów, nie była tak dobra jak w wiadereczku. Wziąłem owo naczynie, poszedłem do kuchni i nalałem wody do pełna, ku widocznej radości Lusławy, która towarzyszyła mi w tej czynności uważnie obserwując. Po zaniesieniu przeze mnie na balkon pełnego naczynia, wypiła trochę, po czym spojrzała na mnie wymownie, żebym dolał, co też ku jej radości uczyniłem. Aż strach pomyśleć co będzie, jak Luśka się mówić nauczy…

29 lipca

Cojones

Piorun grzmotnął niedaleko domu. Huk był ogłuszający. Luśka w poczuciu misji chronienia rodziny zerwała się, wyskoczyła na balkon i oszczekała burzę, żeby sobie nie myślała, że taka groźna. Pozbawić burzę złudzeń - to się nazywa mieć cojones...

26 lipca

Szybki przelot

Jestem zafascynowany retoryką Rosjan w sprawie dopingu, ale też w każdej innej ich dotyczącej. Twierdzenia, że białe jest czarne, a czarne białe, wygłaszane spokojnie, stanowczo i konsekwentnie, robią wrażenie. Owa retoryka, rodem z najlepszych lat bolszewizmu, miewa się tam znakomicie. Muszę przyznać, że wznieśli cynizm do poziomu sztuki.

***

Szarooki podpisał w Paryżu kontrakt na 5 lat, zostaje tam więc, jak można się było spodziewać. Aktualnie spędza część swojego urlopu w Bieszczadach: Polańczyk nad Soliną, Cisna, Wetlina, połoniny. Trochę żeglowania, trochę pluskania i dużo wędrowania po górach – tak jak lubi. Brązowooki również spędzi poza ojczyzną następne pięć lat, bowiem, jak się okazało, robi na obczyźnie specjalizację, którą zakończy doktoratem.

***

Luśka nauczyła się piszczeć swoim ulubionym barankiem. Zapiszczałem nim raz, Luśka ze zdziwienia uszy podniosła, a potem przez pół dnia kombinowała aż zlokalizowała element piszczący w baranku i nauczyła się go obsługiwać. Teraz nosi go po domu i popiskuje. Zdolna Luśka.

18 lipca

dotąd

dotąd doszliśmy. Tu się rozwiązały
koniec z początkiem. Przekłady Homera
na brzegu siedząc przeglądamy teraz.
Nikt nie przypływa po nas. Puste oceany.
Spokój gwałtowny. Może to już sierpień.
Może strach. Rozegrany przez nas umiejętnie.
Jest mi tak jakby już było za późno.
Może to sierpień. Ale drzew tu nie ma
a sierpień zawsze dojrzewa na drzewach.
Nikt nie przypływa. Homerycki żart
i wiatr z kamieni nam wróży jak z kart.
Nikt nie przypływa.

Ewa Lipska [dotąd doszliśmy]

14 lipca

O Luśce, musze i Kajtku

Lusława utyrana wypełnianiem domowych obowiązków towarzyskich rozgongoliła się na kanapie, rozżabiła i ucięła sobie regeneracyjną drzemkę, która została zakłócona w sposób arcyniemiły przez jakąś wredną muchę, która wdarłszy się przez otwarte okno do domu, zamachnęła się na nią. Nie sądzę, żeby zastosowała wobec Luśki przemoc fizyczną w jakiejkolwiek formie, jednak przelatując bzyknęła niebezpiecznie blisko strefy newralgicznej, na punkcie której Lusława jest nieco przeczulona od czasu pomiaru temperatury przez weta, czym spłoszyła ją i zmusiła do awaryjnego opuszczenia kanapy i ucieczki na pańciowe kolana. Zabezpieczywszy tyły, z bezpiecznej tej pozycji Luśka przeprowadziła wnikliwą lustrację pomieszczenia w poszukiwaniu owej muchy, a zlokalizowawszy ją zeskoczyła z kolan i nie spuszczając już z niej oka, śledziła ją czyhając na okazję do wywarcia zemsty za niecne zakłócenie sjesty. Niestety plan nie zaowocował, bo mucha opuściła dom tą samą drogą, którą przyleciała, odprowadzona rozczarowanym wzrokiem Lusławy, która po jej odlocie wykonała kilka terapeutycznych okrążeń sprintem wokół pokoju, zakończonych efektownym wyskokiem i triumfalnym uwaleniem się na kanapie, w celu dalszej relaksacji.

Wspominałem już, że Luśka mała jest i musi uważać, gdyż świat dybie na jej bezpieczeństwo, dlatego czujna jest. Rzekłbym nawet, że przeczulona. Śliczny, malutki (niemal o połowę mniejszy od niej), bardzo towarzyski ratlerek, który przybiegłszy do niej w celach towarzyskich próbował obwąchać jej trzecie (wsteczne) oko, jak to mają w zwyczaju pieski, przeraził ją tak, że w pół sekundy przebiegła dystans dzielący ją ode mnie i trzęsąc się jak osika schowała się za moje nogi. Kajtek – tak się wabił ów piesek – nie zrezygnował i przytruchtał za nią, na co zareagowała awanturą taką, jakby już w połowie ją pożarł i to bez jej zgody. „Wstydziłabyś się Luśka tak histeryzować!” – wjechałem jej na ambit biorąc ją na ręce, żeby zakończyć ten sensacyjny happening. Bynajmniej nie zawstydzona Lusława uniesiona nad ziemię przestała osikować i nie spuszczając podejrzliwego oka z Kajtka, obwarczała go prewencyjnie, żeby se nie myślał!  Interpsie relacje Lusławy bywają burzliwe…

13 lipca

O Euro i szumie

Deklarowałem tu kilkukrotnie, że nie jestem fanem piłki nożnej, mimo to finałowy mecz obejrzałem. Ot taka fanaberia. Rozczarowany jestem wynikiem, bo kibicowałem Francuzom, którzy moim zdaniem grali lepiej od Portugalczyków, ale cóż, nie zawsze wygrywa najlepszy – czasem ten, kto ma trochę więcej szczęścia. Szarooki pochwalił się na fb, że oglądał ten mecz z trybun stadionu w Saint Denis. Z jednej strony trochę zazdroszczę bezpośredniego uczestnictwa, z drugiej jednak te dzikie rozwrzeszczane tłumy, do których cóś mnie nie ciągnie…

***

Zwykle nie komentuję bieżących wydarzeń i dziś też tego nie zrobię. Nie napiszę, że zdegustowany jestem poziomem uprawiania dziennikarstwa: manipulacjami, nierzetelnością, tendencyjnymi nadinterpretacjami, kreowaniem nieprawdziwego obrazu politycznego i innymi objawami braku etyki. Nie napiszę tego, bo nie jestem naiwny i wiem od dawna, że media nie są apolityczne, wydawało mi się jednak do niedawna, że starały się sprawiać (nie zawsze udolnie) wrażenie jakiejś bezstronności, a to, co dzieje się teraz nabiera rozmiarów rozśmieszająco zatrważających - aż strach włączać telewizor, bo nie wiadomo czy śmiać się, czy szlochać. Ta refleksja dotyczy wszystkich mediów, bez względu na wspieraną (sic!) opcję polityczną. Skąd owa refleksja? Ano z medialnego szumu po wypowiedziach Obamy na szczycie NATO. Przepychanka przekładowo-interpretacyjna, jaką zaserwowały media zdumiała mnie, jak chyba wszystkich znających na tyle angielski, żeby zrozumieć jego wypowiedzi bez pośrednictwa tłumacza. Krzepię się jednak myślą, że dopóki media się ścierają, nie jest jeszcze bardzo źle. Niech antyrządowe punktują rząd, a prorządowe opozycję, obnażając ignorancję i prywatę. Gdyby mówiły unisono, zacząłbym się bać.

18 czerwca

O kibicowaniu

Pisałem już kiedyś tutaj, że piłka nożna zupełnie mnie nie kręci i nie kibicuję, a jednak… Jestem dumny z naszej drużyny. Jestem dumny, że zremisowali z Niemcami. Nie dać się mistrzom świata to jest coś! Brawo chłopaki! Nie oglądałem meczu, ale dzikie ryki przetaczające się przez osiedle sprawiły, że słuchowo w nim uczestniczyłem. Powietrze gęste było od wibrujących emocji, a przeszywające je latające kurwy, przypomniały mi moją ciotkę, która choć sportu nie uprawiała żadnego, była namiętną kibicką futbolu. Pamiętam z dzieciństwa mistrzostwa świata, z któregoś tam roku, kiedy z jej córką zasiadaliśmy wygodnie i oglądaliśmy ją oglądającą mecze, pękając ze śmiechu. Ciotka w kibicowskiej gorączce w ogóle nie zwracała na nas uwagi i choć prawie nigdy nie przeklinała, a już na pewno nie przy dzieciach, oglądając mecz nie kontrolowała wybuchów swoich sportowych emocji i kurwą zdarzało jej się rzucić.

15 czerwca

Upojenie

Upojenie
Jest wiatr, co nozdrza mężczyzny rozchyla;
Jest taki wiatr.
Jest mróz, co szczęki mężczyzny zmarmurza;
Jest taki mróz.
Nie jesteś dla mnie tymianek ni róża,
Ani też „czuła pod miesiącem chwila” –
Lecz ciemny wiatr,
Lecz biały mróz.

Jest deszcz, co wargi kobiety odmienia;
Jest taki deszcz.
Jest blask, co uda kobiety odsłania;
Jest taki blask.
Nie szukasz we mnie silnego ramienia,
Ani ci w myśli „klejnot zaufania”,
Lecz słony deszcz,
Lecz złoty blask.

Jest skwar, co ciała kochanków spopiela;
Jest taki skwar.
Jest śmierć, co oczy kochanków rozszerza;
Jest taka śmierć.
Oto na rośnych polanach Wesela
Z kości słoniowej unosi się wieża
Czysta jak skwar,
Gładka jak śmierć.

Stanisław Grochowiak "Upojenie"
_______________________________
Bardzo lubię ten wiersz, jego zmysłowy rytm, barwę słów. To jeden z najpiękniejszych erotyków.

Podoba mi się sugestywna żarliwość, z jaką Michał Żebrowski interpretuje wiersze. Lubię też jego głos, również z powodów sentymentalnych - Szarooki ma bardzo podobny. Powyżej interpretacja "Upojenia" nagrana przez niego i A. M. Jopek. Czy udana? Mnie się podoba. Żebrowski stworzył głosem intrygujący nastrój, w który Jopek ładnie się wpasowała swoim łagodnym, ciepłym wokalem. Całkiem przyjemnie się tego słucha.

14 czerwca

Nie tylko o genach

Aśkę-strasznego-babola odwiedziła dziś w pracy progenitura. Nie miałem żadnych wątpliwości, czyją zstępną jest to dziewczę, bowiem jest mamci klonem doskonałym, tyle że o dwadzieścia parę lat młodszym. Ja nie wiem, jak się tam te geny zmieszały, że z mamci wszystko, a z tatka nic. Może się nie pomieszały? Może zaraz po zapłodnieniu geny mamci zeżarły geny tatka i dlatego taka do mamci podobna? I lico krągłe, i udo potężne, i tyłek monstrualny, i oczka chytre, rozbiegane, taksujące wszystko i wszystkich wokół. Po prostu mamcia wypisz wymaluj. Zaraz po wejściu zdmuchnęła z mamcinego talerza dwa kawałki ciasta, które pożarła z marszu, popijając półlitrową colą przyniesioną z sobą. Zniknęły tak błyskawicznie, jakby je w całości połknęła, bez żucia. Jak pelikan. To też ma po mamci. Ma czternaście lat, a wygląda na trzydzieści, bo tak jest utuczona. Biedne dziecko. Tak sobie pomyślałem, jak na nią popatrzyłem, że gdyby dzieciak którejś z koleżanek wrzucił w siebie za jednym zamachem dwa kawałki ciasta, Aśka-straszny-babol miałaby temat do gadania na kilka dni: że żarłoczny, nie nauczony umiaru, itd., a u swojej własnej progenitury tego nie dostrzega…

***

Urlop zbliża się wielkimi krokami i jest tuż tuż. I całe szczęście, bo moja tolerancja spada, a wraz z nią próg wkurwu się obniża. Wiem, że koleżeństwo ma tak samo, więc zaciskając zęby żegluję po firmowym akwenie starając się omijać mielizny i rafy oraz inne okręty. I choć czasem miałbym ochotę dokonać abordażu i skopać jakąś koleżeńską dupę – myślę, że takie pragnienie jest udziałem każdego człeka od czasu do czasu – heroicznie odmawiam sobie tej przyjemności, wzruszając się sam nad sobą, żem taki wyrozumiały i empatyczny. A tak naprawdę, to od kilku dni jestem „nieprzysiadalny”, jak napisał kiedyś Marcin Świetlicki. Ta moja „nieprzysiadalność” nie wynika tylko ze zmęczenia pracą, koleżeństwem, miastem, ale również, a może przede wszystkim, z powodu rozstrajającej mnie nieco, zbliżającej się rocznicy rozstania z Szarookim. Odrobinę roluję się do środka kontemplując mały okołorocznicowy żalek i nie chcę, żeby ktoś mi ten proces zakłócał, bo robię się wtedy opryskliwy. A skoro już o Szarookim: doktoryzuje się na UŚ i w związku z tym, dość regularnie bywa w Katowicach. Ptaszki zaćwierkały, że z życia i pracy w Paryżu jest bardzo zadowolony i nie planuje powrotu do kraju. Cieszę się, że jest mu tam dobrze. Ściął króciutko włosy i nosi stale kilkudniowy zarost. Wygląda megazajebiaszczo.

12 czerwca

Urodziny

Urodziny
Rok temu, pisząc notkę na pierwsze urodziny mojego bloga, zastanawiałem się, czy będą drugie. Są. Dzisiaj mija drugi rok odkąd powstał. Przetrwał i miewa się nieźle, choć rzadziej od jakiegoś czasu publikuję. A może właśnie dlatego?

Poczytałem sobie notki napisane w tym drugim roku istnienia bloga i zaryzykuję stwierdzenie, że opublikowałem najlepsze jak dotąd – nie tylko moim zdaniem – posty: Dyptyk, Rozszczepienie i zagięcie, Deja vu i Etiudy. Te posty - i parę z pierwszego roku - przypominają mi, że potrafię nieźle pisać. Czasem. Jak złapię flow. A o to od jakiegoś czasu u mnie trudno.

Przywiązałem się do tego bloga i pisanie – choć rzadsze – wciąż sprawia mi przyjemność, jest więc bardzo prawdopodobne, że za rok obchodzić będę jego trzecie urodziny.

Wszystkiego dobrego mój blogu. 

Uwaga: poniższy filmik i pojawiające się w nim śliczne męskie pupiny oglądasz na własną odpowiedzialność.


07 czerwca

I po deja vu

I po deja vu
Jeden z ostatnich bastionów czasów słusznie minionych z postacią je ilustrującą zakończył swoją działalność. Sklep na rogu, królestwo pani Krysi, został zamknięty. Przekonałem się o tym wczoraj organoleptycznie, chcąc bowiem kupić bułkę na kolację odbiłem się od zamkniętych drzwi, pocałowawszy klamkę. W pierwszej chwili pomyślałem, że może remanent, spojrzałem na kartkę zawieszoną na drzwiach chcąc potwierdzić swoje domniemanie, ale zamiast słowa renament… Tak, tak, pani Krysia z koleżankami robiły renament i z taką informacją kartkę na drzwiach do sklepu wywieszały, co nie dziwi, wziąwszy pod uwagę jej rozbuchaną osobowość. Tak sobie myślę, że gdyby kazać jej zrobić remanent, jak w innych placówkach handlowych, mogłaby się poczuć dotknięta, że chce się jej użyć do zadania tak trywialnego. Co innego renament. Już samo to słowo ma w sobie coś ekscytująco dekadenckiego. Spojrzałem zatem na wiszącą kartkę i wyczytałem z niej, że sklep został zlikwidowany. Nie powiem, żeby ta informacja mnie zaskoczyła, bo już od jakiegoś czasu zastanawiałem się, jakim cudem ten sklep jeszcze działa, mając w pobliżu konkurencję w postaci Biedronki i Fresh marketu. Odbiwszy się od zamkniętych drzwi upadłego królestwa pani Krysi, skierowałem swe kroki do zlokalizowanego w pobliżu Fresh marketu, żeby tam zakupić pieczywo. Obsłużyła mnie jedna z jej koleżanek, która w owym Freshu znalazła zatrudnienie. Zapytałem ją o ten zlikwidowany sklep bez nadziei na otrzymanie odpowiedzi, bo miałem wrażenie, że zaprogramowana była wyłącznie do wypowiadania profesjonalnych komunikatów, w stylu:  coś jeszcze?, dwadzieścia trzy pięćdziesiąt, dziękuję, zapraszam ponownie, itp. Wyemancypowawszy się jednak spod buta pani Krysi - a pamiętać należy, że siła owego buta była miażdżąca, zważywszy na gabaryty samej jego właścicielki – ku mojemu zaskoczeniu odpowiedziała na moje pytanie chętnie i wyczerpująco. Sklep mianowicie został zlikwidowany, bo już od dawna przynosił straty, pani Krysia zaś przeszła na zasłużoną emeryturę, ale nie zamierzała się emerytalnie rozleniuchować. Hodowanie kwiatków w skrzynkach na balkonie, bądź obrabianie działki pod miastem, tudzież tyłków sąsiadów, nie wydały się jej wystarczająco pociągające, co jest oczywiste, bowiem tak bogate i barwne osobowości, na dodatek o tak imponującej karierze ekspedienckiej, trudno zadowolić. Pani Krysia wpadła jednak na godny i satysfakcjonujący plan na swoje dalsze życie i postanowiła wykorzystać wolność, jaką dała jej emerytura. Zdecydowała, że czas najwyższy, żeby ujrzeć kawałek świata, a pierwszym jego skrawkiem, który postanowiła obejrzeć będzie Irlandia, do której wyemigrował jej syn z rodziną przed kilkoma laty. Wybiera się tam, by przy okazji sprawdzić - zdaniem jej byłej już koleżanki z pracy - czy aby znienawidzona przez nią niegodna synowa nie zaniedbuje jej synusia. Jednego z czterech, których powiła. Synowa podobno już szaleje ze szczęścia…

A skoro już o sklepie - znajoma przysłała mi dziś takie zdjęcie z zakupów:

Rozczulające, nieprawdaż?

05 czerwca

O konfrontacji

- Pyszny ten sos pieczarkowy. Nawet lepszy niż mojej mamy.
- O, dziękuję ci kochanie. Cieszę się, że wytrzymał konfrontację z kulinarnym autorytetem twojej mamy.
Śmiech.

[kurtyna]

Zrobiłem dziś ten sos do razowego spaghetti. Rzeczywiście pyszny.

04 czerwca

O nagłym zrobieniu się lata

O nagłym zrobieniu się lata
Nagle zrobiło się lato. Każdego ranka wybucha gwar ptaków, owady latają jak szalone, krzewy kwitną, kwiatki pachną, topole rozrzucają te swoje waciki, które latają w powietrzu i wdzierają się do mieszkań przez otwarte okna. Wszystko, co żyje korzysta ze słońca i ciepła. Ja też. Uwielbiam późnowiosenne, letnie i wczesnojesienne poranki pełne światła, gwaru i życia, tak różne od ciemnych i cichych, choć przyjemnie rześkich poranków późnojesienno-zimowych, które też bardzo lubię. Cieszę się słońcem, ciepłem, ptasimi trelami, bzyczeniem owadów i zapachami - niektóre z nich uruchamiają we mnie geometrię wspomnień, jak na przykład specyficzna, słodkawa woń białych kwiatów krzewu kwitnącego na przełomie maja i czerwca. Krzewy te rosły pod oknami akademika, w którym mieszkałem i ich aromat docierał do mojego pokoju przez otwarte okno, aktualnie zaś mijam taki krzak idąc do pracy. Ich zapach przypomina mi czasy studenckie, a zwłaszcza ekscytujący finisz pierwszego roku studiów. Byłem wtedy taki zakochany... Co prawda prędko okazało się, że absztyfikant nie zasługiwał na moje zainteresowanie i znajomość tę zakończyłem, ale sam stan owego zakochania wspominam bardzo miło. A jak się krzaczor ten nazywa nie wiem. Sfotografowałem go i może ktoś rozpozna? 
Odliczam dni do urlopu, bo jestem już bardzo zmęczony. Od dawna nie miałem wolnego całego weekendu. Dzisiaj też muszę pokazać się w pracy popołudniu. Na szczęście tylko na dwie godziny, ale to i tak rujnuje mi sobotę. Dobrze, że jutro będę mógł poleniuchować. Pisząc tego posta, złapałem się na tym, że dłuższą chwilę zajęło mi przypomnienie sobie pozytywnych synonimów słowa „zapach”, bo na myśl przychodziły mi same negatywne: odór, fetor, wyziew. To jeden z symptomów przemęczenia. Jak i obniżająca się tolerancja dla zbezczelnień koleżeństwa. Wkurza mnie zwłaszcza jeden kolega, który drzemie w pracy. Przychodzi, siada i drzemie pochylony z półotwartymi oczyma, wolno mrugając powiekami, wyłączony, niezainteresowany tym, co dzieje się wokół, od czasu do czasu pozorując jakieś ruchy, żeby zmylić otoczenie, że niby nie drzemie. Wkurza mnie to tym bardziej, że zanosi się na to, że będę musiał spuścić z łańcucha drzemiącą we mnie zimną sukę i zrobić mu klasyczną zjebkę, żeby przestał się opierdzielać, a wbrew pozorom, wcale nie lubię być bitch, choć czasem jestem zmuszony. 
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger