Przedzierające się przez mgłę słońce wpadało do środka przez wielkie, zajmujące niemal całą ścianę od sufitu aż po podłogę, w połowie przesłonięte udrapowaną firaną okno, tworząc na podłodze jasnożółtą plamę. Stał naprzeciwko. Jego bujna czupryna mocno już przyprószyła się siwizną. Miał na sobie czarne dżinsy i gładką granatową koszulę z długim rękawem, a na stopach czarne adidasy. Jego oczy były równie błyszczące jak dawniej, choć twarz sprawiała wrażenie nieco zmęczonej, a czoło przecinały dwie mocno zaznaczone poziome bruzdy. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu, poddając drobiazgowemu oglądowi każdy fragment naszych twarzy, każdą zmarszczkę, bruzdę i krostkę, jakby ucząc się ich na pamięć. Panująca cisza sprawiała wrażenie nienaturalnie sterylnej, a czas zdawał się nie istnieć. Wszystko jakby zastygło w bezruchu. Wszystko prócz mnie i smugi światła rozlanej na podłodze, zaskakująco żwawo pełznącej ku ciemnej plamie drzwi na przeciwległej ścianie. Nagle cały obraz zakołysał się, tracąc ostrość i zaczął się rozpływać. Nie było już okna ani podłogi - była bezkresna przestrzeń i gwałtowne spadanie. Pikowaliśmy w dół z ogromną prędkością, objęci, kręcąc w powietrzu dzikie piruety. Nieokreślona zieloność pod nami szybko zaczęła nabierać kształtów i po chwili rozpoznać już można było las, a w następnej nawet kępy drzew zbliżające się z zawrotnym pędem. Przez moją głowę przemknęła myśl, że oto zginiemy nadziani na drzewa. Chciałem krzyczeć z przerażenia, ale pęd powietrza zdusił mój krzyk, wciskając mi go z powrotem do gardła. Wierzchołki drzew były tuż tuż – wzmocniłem uścisk, zaciskając jednocześnie mocno powieki...
Leśna polana zalana była przedzierającym się pomiędzy drzewami słońcem. Powietrze pachnące igliwiem i rozgrzaną ziemią pełne było unoszących się w nim szmerów gałęzi, ptasiego świergotu i trzepotu skrzydeł, bzyczenia owadów, szumu wiatru w koronach drzew. Daleko za horyzontem lasu majaczyły góry o szczytach spowitych mgłą, od których wiał rześki wiaterek, delikatnie muskając moją twarz.
- Pięknie tu – szepnął zza moich pleców, obejmując mnie i przyciskając brodę do mojego ramienia.
- Bardzo – odszepnąłem opierając skroń o jego policzek. – Wiesz, śniło mi się, że spadamy...
- Wiem - przerwał mi łagodnie. - Ja też śniłem ten sen...