Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prasówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prasówka. Pokaż wszystkie posty

07 lutego

Prasówka

Michał pojedzie na turnus rehabilitacyjny. Dwie wspaniałe, świetliste Osoby sprawiły, że udało się uzbierać niezbędną kwotę: >>Monika<< i >>Małgosia<<. Chwała im za to!   

***

Spędziłem ostatni weekend w górach zasypanych śniegiem. Było pięknie, śnieżnie, mroźno i radośnie. Luśka była przeszczęśliwa – powitała mnie bardzo efektownie piskami, skomleniem, szczekaniem i cyrkowymi niemal akrobacjami. Mam ogromną zaletę, szalenie dla niej wartościową - to ja dzierżę kierownicę i transportuję ją w góry, jestem więc kluczowym elementem wolności powiewającej w jej uszach. Luśka to prawdziwa piękność. I do tego - wbrew stereotypowi, że urodzie z intelektem nie po drodze - bardzo inteligentna. Jestem przekonany, że w poprzednim wcieleniu była człowiekiem. I to co najmniej z doktoratem. I modelką też mogłaby być. Wykasowałaby z kretesem te wszystkie zasuszone, grzechoczące kośćmi modelki, bo jest po prostu od nich ładniejsza.

***

Nie wszystko się zmienia. U mnie na przykład jedno pozostało niezmienione: moja okołoangielska ambicja. Zaliczyłem tuż przed wyjazdem kolokwium z angielskiego obejmujące materiał z całego semestru na 87%. Najlepiej z całej grupy. Teoretycznie powinienem być zachwycony, ale nie, nie byłem. Moje zadowolenie skutecznie zmąciła moja nadambicja, atakując mnie myślą: dlaczego TYLKO 87%, a nie 100?! Odświeżam angielski w jednej z katowickich uczelni. Pomimo kilkunastoletniej przerwy, ten język wciąż mnie kręci.

***

Aśka-straszny-babol zasnęła dziś w pracy na siedząco. Jej tyłek rozżelował się na krześle, twarz opadła wraz z powiekami, a za tym podążyła też żuchwa. Widząc ją wyprostowaną, z oklapłą bezwładnie dolną wargą, pomyślałem sobie: umarła! No bo przecież niemożliwe, żeby ktoś, kto najgłośniej sprzeciwia się każdej, najmniejszej nawet oznace lenistwa, kto widząc osobę przysypiającą dostaje niemal apopleksji z oburzenia; po prostu niemożliwe, żeby ktoś taki zasnął i to w dodatku tak ostentacyjnie! Kiedy już miałem rzucić się ku niej, by obaliwszy na podłogę zdefibrylować, mlasnęła przez sen i ta oznaka tlącego się w niej życia uspokoiła mnie. Randka Aśki-strasznego-babola z Morfeuszem nie uszła uwagi reszty koleżeństwa - ich mordercze spojrzenia zogniskowały się na jej obwisłej wardze odcinając prawdopodobnie dopływ powietrza, bo obudziła się, łypnęła złym okiem wokół i poprawiwszy się na krześle, jak kura na grzędzie, odstawiła pantomimę mającą przekonać nas, że nie ucięła sobie drzemki, ale zamyśliła twórczo nad pracą.

27 maja

O identyfikacji, lustracji i kompilacji

O identyfikacji, lustracji i kompilacji
Cały wczorajszy wieczór czułem się nieswój. Brakowało mi jakiegoś elementu towarzyszącego w kontrapunkcie. Nie potrafiłem go jednak zidentyfikować, a że jego brak mi nie doskwierał, przestałem zawracać sobie tym głowę. Dziś rano sprawa wyjaśniła się sama, a w zasadzie wyjaśnił mi ją sąsiad, kiedy stałem się mimowolnym audytorium jego telefonicznych zwierzeń, snutych na balkonie przy paleniu papierosów. Mianowicie któryś z sąsiadów wreszcie nie zdzierżył jego popołudniowo-wieczornych muzycznych transmisji, którymi nas uszczęśliwiał do późna i zwrócił mu uwagę, którą on zignorował. Kiedy przedwczorajszym wieczorem ponownie obdarował nas tradycyjnym łomotem, tuż po 22 któryś z sąsiadów nasłał na niego policję. Nie powiem, że mnie to nie uradowało, bo sam wielokrotnie miałem ochotę to uczynić, kiedy moje łóżko wraz z podłogą podskakiwało w rytm aplikowanych przez niego łomotów. Mam nadzieję, że zmiana okaże się trwała.

***

Nie wiem, czy to z powodu oszołomienia ciszą, czy może dziesięciogodzinnego, cudownego wyspania się, a może z obu powodów, podczas lustracji mojej własnej, osobistej twarzy, dokonanej w łazienkowym zwierciadle dziś rano podczas mycia zębów, zakiełkowała we mnie refleksja, która prawie nigdy mi się nie zdarza, że jeszcze całkiem fajnie sobie wyglądam na gębie, nawet lepiej niż dwadzieścia lat temu. Pokrzepiony tą niespodziewaną myślą oddaliłem od siebie pokusę wielogodzinnego kontemplowania własnej urody, w celu zrobienia zapasu dobrej refleksji na gorsze poranki...

***

Robiąc kompilację piosenek do słuchania w aucie odnalazłem kilka, o których dawno zapomniałem, a kiedyś bardzo lubiłem. Tak już mam, że piosenki spinają się w mojej głowie z wydarzeniami, ludźmi, miejscami, zapachami i słuchane nawet po wielu latach uruchamiają geometrię wspomnień, czasem niewyraźnych, zamglonych, zredukowanych przez czas jedynie do poczucia niejasnego ciepła, które trudno z czymkolwiek konkretnym powiązać, a czasem pełnych kolorów, twarzy i słów zastygłych w powietrzu. „Come along” Titiyo jest właśnie jedną z tych obfitujących w barwne wspomnienia… 


12 października

Delegacja

Wróciłem z wyjazdu służbowego. Zawiało mnie do Belgii na kilka dni i przywiało z powrotem. Dosłownie i w przenośni, bowiem podróżowałem samolotem.

Nie lubię wyjazdów służbowych. Co prawda podróż samolotem to wielka oszczędność czasu, hotel też był bardzo dobry, ale ja najbardziej lubię swoje własne łóżko. Nie lubię też tego, że rzadko zdarza się, żeby na służbowych wyjazdach było na tyle wolnego czasu, by można było pozwiedzać, więc turystyczne potrzeby zaspokoić trzeba w pośpiechu. Tym razem jednak było inaczej, więc zdołałem złazić Brukselę wzdłuż i wszerz.

Moja koleżanka, udającą się ze mną w ową delegację, zaoferowała się, że przyjedzie po mnie i pojedziemy na lotnisko, gdzie auto zostanie na parkingu, by na nas czekać, a po powrocie odwiezie mnie też do domu. Trafiła do mnie, ale do wyjazdu na autostradę musiałem ją pilotować. Może to była moja wina, może ja źle ją prowadziłem, ale takiej jazdy dawno nie przeżyłem. Mówię: ”Skręć w prawo i zajmij środkowy pas”, a ona, ku memu przerażeniu, skręca w lewo, krzyczę więc: „W prawo! W prawo! Nie pod prąd!”. Wróciła na prawy pas. Dobrze, że wczesne rano i ruch żaden. Jedziemy dalej. Mówię: „Zjedź na prawy skrajny pas, bo będziemy zjeżdżać”, a ta znowu chce skręcać w lewo, pod prąd. Ponownie wołam: ”W to prawo! W to!”, dodając gestykulację, żeby nie miała wątpliwości, o którym prawym mówię. Nie wiem, może naoglądała się tych filmików na YouTube o kierowcach jeżdżących pod prąd i też chciała zaistnieć? Jakoś dojechaliśmy do autostrady. Podróż na lotnisko przebiegła bez większych niespodzianek, może dlatego, że kierunki ruchu dzieli barierka i pas zieleni, dlatego nie kusiło ją by jechać w lewo, aczkolwiek koleżanka jest dość osobliwym kierowcą i czasem wykonuje manewry, których ja nie rozumiem. Zauważyłem, że inni kierowcy również. Kilkakrotnie włączył się mój wewnętrzny, niezwerbalizowany skowyt i zajęczał kurrrrrwaaaa! W drodze powrotnej również. Boję się z nią jeździć i nic na to nie poradzę, nie wypadało mi jednak powiedzieć, żeby się przesiadła i ja poprowadzę, choć kilkakrotnie ochotę miałem wielką. Nie chcę też sugerować, że kobiety są złymi kierowcami, bo zdarza mi się jeździć z prowadzącymi znakomicie, ale ona – makabra. Jej sposób prowadzenia auta objęty jest jakimś obłędem i tylko czujności innych kierowców zawdzięcza to, że nie miała dotąd wypadku. Nie wsiądę więcej do żadnego pojazdu, który ona miałaby prowadzić, bo na samą myśl o jeździe z nią cały dygoczę wewnętrznie. 

Robiąc fotograficzną dokumentację wyjazdu, by móc się podlansować na fejsie, zdołałem przywabić jednego z ochroniarzy lotniska. Niestety nie zadziałał mój urok osobisty ani nieodparty czar, a procedury, zrobiłem bowiem parę fot strefy kontroli bezpieczeństwa - natychmiast podszedł do mnie bardzo przystojny pan, uprzejmie zażądał pokazania zdjęć, które przed chwilą zrobiłem i tonem nie znoszącym sprzeciwu nakazał je wykasować, co też potulnie uczyniłem, bo taki był władczy. Grzecznie przycupnąłem sobie w poczekalni i nie prowokując więcej incydentów doczekałem odlotu. A przyznać muszę, że entuzjastą latania jestem umiarkowanym. Ogromnie doceniam oszczędność czasu, szybkość i wygodę, jednak entuzjazm swój wspierać muszę magiczną romboidalną pastylką, która w czarodziejski sposób powstrzymuje mnie przed zafundowaniem sobie i współpasażerom efektownego performensu w postaci dorodnego napadu paniki, spowodowanego przebywaniem w zamkniętym pomieszczeniu, z którego nie da się wysiąść, jak z autobusu. Poza tą drobną niedogodnością, pacyfikowaną magiczną mocą pastylki, jestem wprost stworzony do latania, w którym też jest coś z magii, bo pół Europy można przebyć w półtorej godziny, a ocean w siedem, choć za samolotowym okienkiem wygląda to tak, jakby wisiało się w powietrzu bez ruchu. Lot do Brukseli przebiegł spokojnie, pomimo lekkich turbulencji i pilota, który popisał się średnio, gwałtownie podrywając maszynę przy starcie i lądując też nie najprzyjemniej, twardo siadając na pasie. Chyba humoru nie miał na subtelne manewry. 

Sama Bruksela zaskoczyła mnie swoimi stosunkowo niewielkimi rozmiarami, bardzo zwyczajnym centrum i prześlicznym Wielkim Placem wpisanym na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Manneken Pis, będący symbolem i najważniejszym punktem turystycznym Brukseli, jest zaskakująco mały i łatwo go przeoczyć. Jakoś nieszczególnie mnie poruszył, choć selfie sobie cyknąłem, żeby mieć dowód zaliczenia. O wiele ciekawszym dla mnie miejscem było Królewskie Muzeum Sztuki Dawnej, w którym wystawione są prace Cranacha Starszego, Bruegla, Rubensa, van Dycka i Boscha. Bardzo podobała mi się również brukselska katedra z przepięknymi witrażami. Na wszystkich turystycznych trasach (również na lotnisku) widać dużo policji pod bronią, co stwarza dość przygnębiające wrażenie. Moim zdaniem Kraków, Wrocław i Warszawa są od Brukseli dużo piękniejsze. 

Czasem pół Europy przebyć trzeba, by po raz pierwszy w życiu na własne oczy ujrzeć zjawisko, jakie widywało się dotąd jedynie w telewizji. Idąc z Wielkiego Placu w stronę Manneken Pisa spotkałem laskę z wygoloną na zero i na kolorowo wytatuowaną głową oraz zakolczykowaną szczelnie twarzą. Miała kolucha w uszach, brwiach, nosie i wargach. Z tym całym badziewiem ważyła chyba 15 kg więcej niż bez niego. Swoją całkiem ładną buzię (przyjrzałem się dyskretnie) ukryła pod tym szajsem. Tak bardzo przylgnęła do oryginalności, że zrobiła z siebie dziwowisko. A może właśnie taką miała intencję?    

To nie objaw rasizmu, jedynie moja obserwacja z kilkudniowego tam pobytu: niemal wszystkie sklepy z pamiątkami i knajpy w centrum prowadzą Arabowie, przed sklepami spożywczymi rozkładając towary na chodnikach, jak na jakimś suku. Niektórzy dość nachalnie zaczepiają potencjalnych klientów. Do tego jeszcze ci policjanci pod bronią i tajniacy przyglądający się uważnie ludziom, a nie zabytkom, co jest konsekwencją marcowych zamachów terrorystycznych - wszystko to sprawiło, że po zmroku nie czułem się w centrum Brukseli komfortowo. Spotkałem tam też dwóch przedstawicieli brukselskiej elity, zwanej żulerią. Co ciekawe, rozmawiali po polsku… 

Znajoma zażyczyła sobie magnesik na lodówkę, przy okazji zwiedzania rozejrzałem się więc za jakimś. Trudne to nie było, bo na turystycznych szlakach sklepów z pamiątkami obfitość wielka, a w nich magnesików ile dusza zapragnie, choć na wszystkich Manneken Pis w najróżniejszych kolorystycznych konfiguracjach i rozmiarach. Najbardziej wstrząsnęła mną wersja wykonana z porcelany, wielkości spodeczka, w której Manneken obsypany obficie złotym brokatem prezentował się na równie zabrokatowanym srebrnym tle. Właściciel sklepu z pamiątkami najpewniej uznał ten model za najpiękniejszy dostępny u niego bibelot, dzieło sztuki nieomal, skoro wycenił go na całe 15 euro. Nie nabyłem go jednak, choć mógłby być chlubą każdej magnesikowej kolekcji, bo nie wiedziałem, czy znajoma byłaby w stanie znieść aż tyle… piękna. Wykosztowałem się na mniej wstrząsający wariant, w którym czarny szklany Menneken sika na przeźroczystym szklanym tle. Nie dane mu jednak było opuścić Belgii. Wróciwszy do hotelu zapakowałem go dla bezpieczeństwa do torby na laptopa, którą miałem zabrać z sobą jako bagaż podręczny na pokład samolotu. Przy odprawie musiałem wyciągnąć laptopa oraz ładowarkę z torby i przy tej operacji mannekenowy magnesik wypadł i strzaskał się był na sto szklanych okruszków. W całości pozostały jedynie sam magnesik oraz mannekenowa łapka trzymająca siusiaka, dlatego przekroczywszy bramkę grzecznie przeprosiłem i pamiątkę ową porzuciłem. Oczywiście bramka z konieczności została wyłączona z użytku, bo rozsypane szklane confetti stanowiło zagrożenie dla stóp pasażerów, z których większość musi do kontroli zdejmować buty i przekraczać bramkę bez nich. Jeśli w TV mówili o zatorze przy bramkach kontroli osobistej na brukselskim lotnisku, to winny byłem ja – nie żaden Arab.

Lot powrotny był idealny (start i lądowanie wprost mistrzowskie), choć nie obyło się bez pewnych niedogodności, bo próbowano nas, pasażerów, upiec, zamrozić, znowu upiec i ponownie zamrozić. Zabawnie było obserwować jak ludziska rozbierali się, potem ubierali, żeby znowu się rozebrać i ubrać ponownie, jak sterowani. Komfortowa temperatura ustaliła się dopiero po około pół godzinie lotu, czyli pokonaniu 1/3 trasy. Startowaliśmy przed świtem. Pod chmurami była ciemność, ale po wzniesieniu nad chmury ujrzeliśmy cudowną, olśniewającą jasność rozświetlającą horyzont. Dzień się budził bardzo efektownie...

21 września

Szybki przelot

Matrix mi się zaciął i dni tygodnia pomieszały. Mało brakowało, a w sobotę rano zamiast do pracy pojechałbym na delegację, bo byłem pewny, że to niedziela. Dzień wcześniej spakowałem nawet bagaż. Na szczęście tuż przed wyjściem rzuciłem przytomnym okiem na komórkę i odkryłem, że to sobota, więc skorygowałem azymut na firmę. Staję się roztargniony. Jakież to romantyczne. 

W ową sobotę musiałem po drodze do pracy wstąpić do mojej Alma Mater, gdzie wpadłem przypadkiem na mojego przyjaciela z pierwszych lat studiów. Przyjaźń ta, jak to czasem w życiu bywa, zmarła była śmiercią naturalną po ukończeniu studiów. Nie wiem nawet, czy można ją nazwać przyjaźnią, choć w owym czasie taką się być wydawała. To było miłe przypadkowe spotkanie, bo chwilę porozmawialiśmy serdecznie. Przypomniały mi się radosne i beztroskie czasy studenckie.

Wróciłem z delegacji nad ranem, wykończony. Zazdroszczę osobom, które potrafią spać w pociągu czy autobusie – ja niestety nie potrafię, więc męczę się w takim upierdliwym, przykrym trwaniu między czuwaniem a spaniem. 

Poranki i wieczory są już jesiennie rześkie i wilgotne, z drzew zaczynają powoli opadać liście. W powietrzu czuć nadchodzącą jesień. Jeszcze parę dni i studenci się zjadą, zacznie się rok akademicki. Szarooki i Brązowooki rozpoczną drugi rok swoich studiów. Studenci z czuprynami poprzetykanymi siwizną… 

13 lipca

O Euro i szumie

Deklarowałem tu kilkukrotnie, że nie jestem fanem piłki nożnej, mimo to finałowy mecz obejrzałem. Ot taka fanaberia. Rozczarowany jestem wynikiem, bo kibicowałem Francuzom, którzy moim zdaniem grali lepiej od Portugalczyków, ale cóż, nie zawsze wygrywa najlepszy – czasem ten, kto ma trochę więcej szczęścia. Szarooki pochwalił się na fb, że oglądał ten mecz z trybun stadionu w Saint Denis. Z jednej strony trochę zazdroszczę bezpośredniego uczestnictwa, z drugiej jednak te dzikie rozwrzeszczane tłumy, do których cóś mnie nie ciągnie…

***

Zwykle nie komentuję bieżących wydarzeń i dziś też tego nie zrobię. Nie napiszę, że zdegustowany jestem poziomem uprawiania dziennikarstwa: manipulacjami, nierzetelnością, tendencyjnymi nadinterpretacjami, kreowaniem nieprawdziwego obrazu politycznego i innymi objawami braku etyki. Nie napiszę tego, bo nie jestem naiwny i wiem od dawna, że media nie są apolityczne, wydawało mi się jednak do niedawna, że starały się sprawiać (nie zawsze udolnie) wrażenie jakiejś bezstronności, a to, co dzieje się teraz nabiera rozmiarów rozśmieszająco zatrważających - aż strach włączać telewizor, bo nie wiadomo czy śmiać się, czy szlochać. Ta refleksja dotyczy wszystkich mediów, bez względu na wspieraną (sic!) opcję polityczną. Skąd owa refleksja? Ano z medialnego szumu po wypowiedziach Obamy na szczycie NATO. Przepychanka przekładowo-interpretacyjna, jaką zaserwowały media zdumiała mnie, jak chyba wszystkich znających na tyle angielski, żeby zrozumieć jego wypowiedzi bez pośrednictwa tłumacza. Krzepię się jednak myślą, że dopóki media się ścierają, nie jest jeszcze bardzo źle. Niech antyrządowe punktują rząd, a prorządowe opozycję, obnażając ignorancję i prywatę. Gdyby mówiły unisono, zacząłbym się bać.

09 września

O przybyciu jesieni i dubeltowym grzechu ciężkim

Jesień przylazła. Jest już. Mam na to dwa niezbite dowody:

1. Tryb mi się zmienił z ranny ptaszek na śpioch. Budzik drąc mordę o 7 rano zadaje mi gwałt wyrywając mnie brutalnie z głębokiego snu. Oszołomiony czynię heroiczny wysiłek, żeby otworzyć oczy, bo powieki nie chcą się unieść, co jest konieczne dla obudzenia oczu, bo za nimi podąży reszta ciała. Próbuję więc unieść powieki, co nie bardzo się udaje, bo są jak z ołowiu i nie chcą współpracować, mając na poranek inny, lepszy plan: dalsze spanie. Dobrze, że mocując się z nimi, jakimś nadludzkim wysiłkiem siadam, bo postawione przed faktem dokonanym unoszą się, budząc oczy i dając mi w ten sposób szansę na wygramolenie się z łóżka. Wstawanie to bohaterstwo. Szczęśliwie takie pobudkowe martyrologium potrwa jedynie kilka dni i się wyrówna, bo gdyby trwało całą jesień i zimę, mogłoby wykończyć psychicznie.

2. Tryb wiosenno-letniego niewinnego podjadania, objawiającego się łapaniem w przelocie i przegryzaniem jakichś drobiażdżków, zmienił się na tryb jesienno-zimowej żarłocznej oskomy, objawiający się pielgrzymowaniem do kuchni, łapaniem w pazury wszystkiego co jadalne i kompulsywnym pożeraniem. To też potrwa tylko kilka dni. I całe szczęście, bo gdyby potrwało dłużej… Strach pomyśleć. Moja koleżanka ze studiów mawiała, że jedni tyją w brzuch, inni w tyłek, a jeszcze inni w cycki. Niedawno przekonałem się, że z tych trzech opcji, ta pierwsza nie jest najgorsza…

***

Całkiem niedawno jeden z Blogerów, którego bardzo lubię czytać, napisał w komentarzu pod jednym z moich postów, że nigdy nie przekraczam cienkiej granicy między liryczną ironią, a cynicznym sarkazmem, czym pochlebił mi ogromnie. Zgadzam się z Nim, a nawet w pochlebnej autorefleksji pójdę dalej: prędzej język bym sobie odgryzł niż obmówił bliźniego. Jednak omówienie to co innego. Do rzeczy zatem. Spotkałem ową wspomnianą wyżej koleżankę ze studiów niedawno na mieście. Choć nie byliśmy jakimiś bliskimi przyjaciółmi, nawet jakoś szczególnie nie zakumplowaliśmy się, mieliśmy jednak dla siebie sporo sympatii. Po studiach kontakt się urwał, jednak Katowice to nie Nowy Jork i co jakiś czas wpadamy na siebie przypadkiem. Te nasze okazyjne spotkania zawsze są bardzo miłe. Ostatnio z Olą spotkaliśmy się na zakupach, a że upalne lato jeszcze było, włożyła przewiewną sukienkę i – to takie moje domniemanie, bo inaczej nie potrafię sobie tego wytłumaczyć – nie okiełznała swojego zawsze obfitego biustu pancerną uprzężą, ale poszła na żywioł i puściła go wolno... Bardzo wielki błąd, zwłaszcza w sytuacji, kiedy słowo biust jest nieadekwatnym eufemizmem na opisanie dźwiganego dubeltowego grzechu ciężkiego! Sorry za dosadność, ale w życiu takich cycków nie widziałem! Gdyby zamajtnęła jednym, sam pęd powietrza wybiłby wszystkie okna i zęby istotom żywym w promieniu 100 metrów. Gdyby zaś uruchomiła nieopatrznie oba, rozgruzowałaby połowę miasta, zabijając przy okazji wszystko co się rusza, z sobą włącznie. Ten jej gigantyczny biust na codzień ogarnięty uprzężą, nie robi takiego porażającego wrażenia, jak w tym zastanym wtedy przeze mnie stanie swobodnego rozchełstania i budzącej grozę chlupotliwości. A swoją drogą, ciekawe jak ona go porządkuje, żeby zmieścić w uprząż? Zwija i upycha? Biedna Ola. Nosić taki ciężar… Śląskie chopy lubią takie walory, lubią jak jedna waży tona, a druga niezważona. Nie zamierzam z nimi polemizować, bo... nie używam. Nie przyswoiłem śląskiej gwary i nawet nie próbuję przyswoić, bo uważam, że w ustach kogoś spoza, nieautochtona, brzmi nieprawdziwie, jednak wiem, co to cycyhalter. Zapamiętałem, bo jak usłyszałem to słowo pierwszy raz, przez tydzień tarzałem się po podłodze w amoku niepohamowanej wesołości. Biust mi nie straszny, bo żaden mi nic nie zrobił. Nie jestem nim zainteresowany, ani doń uprzedzony. Uważam jednak, że wynikającą z owej bizantyjskiej nadobfitości, arogancko chlupotliwą niesubordynację jego stanu przyrodzonego należy spacyfikować, poskromić i okiełznać maszynerią do tego przeznaczoną, żeby ludzi nie straszyć. W takim wypadku cycyhalter to kwestia nie tylko estetyki, ale również bezpieczeństwa. Publicznego.

15 sierpnia

Takie tam...

Takie tam...
Trochę zaniedbałem ostatnio mojego bloga, ale cóż, te afrykańskie upały nie wpływają stymulująco na moją blogową wydajność wytwórczą. Zauważam, że te tropikalne okoliczności przyrody sprawiły, że praca zyskała nowy walor, a to za sprawą klimatyzacji. Walor na tyle atrakcyjny, że rozważałem nawet przekoczowanie w pracy do końca tych upałów, ale stwierdziłem, że - choć lubię swoją pracę - to byłaby przesada. Rozsmakowuję się więc pracą (klimatyzacją), napawam się nią i delektuję, doceniając jej walory, bo… w domu mam pierdylion stopni i to w cieniu. Próbowałem pracować nad tym, żeby było trochę mniej (pierdylion-1), ale to syzyfowy wysiłek, więc ograniczyłem się do pootwierania wszystkiego, co dało się otworzyć i wietrzenia. W desperacji próbowałem otworzyć nawet to, czego nie da się otworzyć, co z kolei zaowocowało głęboką refleksją psychologiczno-filozoficzną, którą można z powodzeniem streścić do odkrywczej tezy: czego nie da się otworzyć, otworzyć się nie da. Jest gorąco. Cholernie. Ale nie będę narzekał, bo strasznie lubię słońce, więc te upały traktuję jako pewnego rodzaju dobarwienie (czasem trochę męczące, to prawda) radości, jaką sprawia mi słoneczna pogoda. Choć muszę przyznać, że noce są ciężkie, bo w tym gorącu kiepsko śpię. Nie tylko z powodu temperatury, ale również z powodu skutków ubocznych otwartych okien. Moich i sąsiadów… Na przykład sąsiad mieszkający pode mną… Oceniając jego walory jako kochanka po efektach akustycznych, dałbym mu 4+. Dlaczego tyle? Ano dlatego, że wśród nadobfitości zaprezentowanych efektów wokalno-akustycznych brakło tylko arii Toski. A wiadomo, że bez arii Toski nie idzie pociś. A jak nie idzie pociś, to i celująco być nie może. Również fakt zmuszenia mnie do zamykania okna w sypialni na noc nie działa na jego korzyść, bo choć jestem za tym, żeby się ludziska kochali, to jednak niekoniecznie maratońsko i na pewno nie kosztem mojego snu, do którego jestem jednak przywiązany… 
Już od wtorku ma być chłodniej. I dobrze, bo we wtorek mam zaplanowane zwiedzanie Krakowa, a w weekend Wrocławia, z Michasiem i Halinką w roli kaowców. Cieszę się na te wyjazdy.  
***
Szarooki obwieścił jakiś czas temu na fejsie, że od 17 sierpnia zaczyna pracę w Paryżu. Doszły mnie jednak słuchy, że z przyczyn losowych jego wyjazd się przesunie. Oswoiłem tę jego emigrację i jest ok. Wprawdzie nie raduje mnie ona, ale też i nie smuci. Znaczy równowaga jakaś jest.
***
Ta piosenka usłyszana wczoraj w radio podczas jazdy na zakupy, chodziła za mną cały dzień i grała mi w głowie.
Dziwne, bo disco to zupełnie nie moja stylistyka i nie mój klimat. To wzniesienie się, czy stoczenie do ABBY?

Poszukując na YouTube teledysku do powyższej piosenki, trafiłem też na ten:
Wzruszyła mnie ta srebrna dubeltowa groza, którą pani w granatowym wdzianku założyła na swoje nogi. Ten podwójny horror na jej nogach w połączeniu z pumpami sprawia wrażenie - niezamierzone jak mniemam – jakby ta pani poruszała się na protezach. Daleki plan i dreptanie potęgują to wrażenie, dlatego sugeruję dooglądać do momentu przełączenia na daleki plan. Naprawdę warto. 

26 kwietnia

O rytmie, żarłoczności i zadyszce

Przedwczorajszy sen oraz przyjazd Szarookiego do naszego miasta wytrąciły mnie z rytmu. Choć wynajduję sobie różne zajęcia, żeby o nim nie myśleć, nie udaje mi się to. Tęsknię trochę za nim. 
***
Wyciągając z zamrażarki pierogi na obiad, znalazłem pudełko niedojedzonych lodów z ubiegłych wakacji. Miałem je wyrzucić, bo przecież nie jem takich rzeczy, kiedy zwiotczam talię, ale… zeżarłem te lody! Spontanicznie wpierdzieliłem je całe po obiedzie! Wyskrobałem pudełko do ostatniej kropelki! Starannie stłumiłem wyrzuty sumienia na czas konsumpcji i dopiero wyrzucając pusty pojemnik naubliżałem sobie, nazywając się w myślach żarłocznym wieprzkiem!
***

Pomyślałem sobie wczoraj popołudniu, że dobrze byłoby się trochę poruszać. Ujęty tą zbożną myślą zebrałem się szybko i zanim zdążyłem się rozmyślić, wyszedłem z domu, żeby pobiegać. Zmotywowany potrzebą zapodziania zbędnych 3 kilogramów, ruszyłem żwawym truchtem... Nawet całkiem nieźle mi szło. Przez chwilę. Bo choć intencję miałem chwalebną i szczerą, to jednak zdołałem przebiec tylko 200 m i musiałem się zatrzymać, bo myślałem, że skonam, tak się zadyszałem! Jestem kompletnie bez formy. Muszę zgubić te 3 kilogramy, bo miałem wrażenie, że fałdka, którą na brzuchu bardziej czuję niż widzę, chlupotała jak biegłem. Głupie uczucie...

03 kwietnia

Przedświątecznie

Jestem w górach u Mamy. Przyjechałem wczoraj koło południa. Tu jest inny świat. W ciągu nocy napadało dużo śniegu i zrobiła się piękna zima tej wiosny. Pogoda oszalała i zmienia się jak w kalejdoskopie – śnieżyce przeplatają się z pięknym słońcem. W tej chwili z nieba leniwie spadają wielkie płaty śniegu. Może dlatego jestem oklapły, zmierzły i nic mi się nie chce. Przygotowania do Świąt powoli się toczą, z moim epizodycznym udziałem. Zostałem bowiem zagoniony przez Mamę do krojenia sałatki jarzynowej. Mama szaleje z mikserem i robi ciasta. Miał być sernik wiedeński i drożdżowa baba wielkanocna, ale okazuje się, że robi się jeszcze ciasto-spontan: biszkoptowe z masą budyniową i owocami. Moja ulubiona potrawa wielkanocna również jest już gotowa. Mam na myśli chrzan z jajkiem i majonezem. Przed chwilą zastałem Mamę w kuchni klęczącą przed piekarnikiem. Jak się okazało, podglądała sernik. Poinformowała mnie, że jeszcze dziesięć minut i będzie gotowy. Jajka na jutrzejszą święconkę gotują się tradycyjnie w łuskach cebuli. Po wystygnięciu zostaną nabłyszczone olejem i wylądują w koszyku, w towarzystwie chrzanu z jajkiem i majonezem, małej babki drożdżowej, wędliny i sam nie wiem czego jeszcze, bo ostateczną zawartość koszyka poznam dopiero jutro.
***
W ciągu ostatnich dwóch miesięcy przybrałem o 4 kg i ważę aktualnie 79 kg. Co prawda mieści się to w prawidłowym dla mnie BMI, ale uważam,  że to za dużo. Zaszaleję w Święta, ale po powrocie do mojego wielkiego miasta, zamierzam pozbyć się tych 4 zbędnych kg. Ograniczę ilość karmy i trochę więcej się poruszam. Za miesiąc tradycyjne minięcie się z Brązowookim, więc chcę wyglądać powabnie. O ile to w ogóle możliwe:-)
***
Nie palę dziesiąty miesiąc.

30 listopada

Dziewczę w bordowym Tico

Śliczne blond dziewczę w bordowym Tico sprawiło dziś, że szczęka mi opadła. Nie, nie w podziwie nad jej naprawdę wyjątkową urodą. Ale po kolei. Wracałem do domu drogą szybkiego ruchu. Przede mną jechało bordowe Tico. Jakoś tak dziwnie jechało, jakby niepewnie. Miałem się na baczności, bo z doświadczenia wiem, że tak jeżdżą kierowcy lubiący robić niespodzianki. I niespodzianka była, a jakże. Aż trudno mi wciąż w to uwierzyć. Z tej drogi szybkiego ruchu odchodzą zjazdy na obwodnice miasta oraz na pobliską autostradę. Dziewczę w bordowym Tico minęło sobie taki zjazd i… gwałtownie zahamowało, wrzuciło wsteczny i dalejże cofać! Całe szczęście, że działo się to dzisiaj, a nie w dzień roboczy w godzinach szczytu, bo doszłoby do gigantycznego karambolu! Widziałem, że była zła, że ja i stojące za mną samochody, nie cofamy, żeby jej umożliwić powrót i zjechanie na wybrany zjazd, bo rozkładała rękami i coś pyskowała. Zrezygnowała jednak, kiedy stojący za mną kierowcy zaczęli trąbić. Pojechała przed siebie. Wyprzedziłem ją – prześliczne blond dziewczę! Kto jej, na litość, dał prawo jazdy!
***
Dzisiaj jest pierwszy dzień adwentu i drugi prawdziwie zimowy dzień. Choć śniegu nie ma, temperatura utrzymuje się poniżej zera (-5) przez cały dzień. Wróciłem do domu z kościoła, odpaliłem ogrzewanie (pierwszy raz tej zimy) i pijąc gorące cafe late cieszę się ciepłem domowego ogniska - w tym wypadku gorących kaloryferów. Dziś już nie wychylam nosa z domu. Pamiętam z dzieciństwa jaką frajdą było dla mnie codzienne wędrowanie z Mamą i lampionem na roraty na 6.30. W górach od początku grudnia leżał już śnieg, mróz czasem był siarczysty, nawet poniżej -20 st. Uwielbiałem jak zmrożony śnieg skrzypiał pod stopami... 

19 listopada

Welcome to the real world (2)

Śnił mi się Brązowooki. Siedziałem w jakiejś długiej ławce, jakby w kościele, a on stał obok tej ławki, po lewej stronie i rozmawiał z kimś. Spojrzałem na niego, nasze oczy się spotkały, zarumienił się i spuścił wzrok. Miał skośne oczy. Zastanowiłem się, dlaczego on ma skośne oczy? Dziwny sen. Zresztą jak wszystkie moje sny. 
***
W pracy ciężki dzień. Musiałem odwiedzić nadszefa, żeby zdać mu relację z wykonania czynności, którą mi powierzył. Uraczył mnie następnym zadaniem, które wcale, ani trochę mi się nie podoba, a które wykonać będę musiał. Pogoda dzisiaj paskudna, ludzie jacyś tacy nerwowi, podminowani, niecierpliwi. W powietrzu kotłowały się niedobre emocje, sprawiając, że napinałem się wewnętrznie. Zmęczyło mnie to. Nie mam weny do pisania, bo jakiś taki jałowy się czuję...
***
To były trudne dwa tygodnie - pełne napięcia i emocji. Dwie życzliwe mi osoby, powiedziały mi dzisiaj, że schudłem. Znaczy, że te emocje po mnie widać. Zważyłem się po powrocie do domu i rzeczywiście zjechałem z 77 na 75 kg w ciągu tygodnia.
***
Zdecydowałem nie kupować HUGO Hugo Bossa - chcę odpocząć od tego zapachu, bardzo pięknego, ale jednoznacznie kojarzącego mi się z Szarookim. To objaw rozsądku. Chyba.

20 lipca

Trochę

Gocha zadzwoniła wczoraj wieczorem do mnie i nieco zbolałym głosem podziękowała za ciuszki dla dziecka, które wysłałem przez Ciotkę. Nie będę dociekał, czy ten telefon to jej własna inicjatywa, czy sugestia Ciotki. Wysłuchałem piętnastominutowego monologu na temat dziecka, wtrącając od czasu do czasu monosylaby – nie było szans wbicia się w monolog Gochy z jakimś zdaniem, ponieważ Gochę interesuje wyłącznie to, co ona ma do powiedzenia. Byłem miły, zawsze dla Gochy jestem miły, choć nie jestem jej fanem. Czasem nawet mi jej żal. Cóż, skoro Gocha uważa, że nie musi się zmieniać.
***
Spotkałem się dzisiaj z kolegą ze studiów, który zagościł w mojej górskiej miejscowości. Bardzo rzadko widujemy się i kontaktujemy z sobą. Na studiach kumplowaliśmy się dość blisko, po studiach jakoś to się tak rozluźniać zaczęło i krok po kroczku zupełnie się rozluźniło.  W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że jednostronnie podtrzymuję to kumpelstwo… Ostatnio widzieliśmy się kilka lat temu. Dzisiaj przed południem umówiliśmy się na kawę na mieście. Było jak w czasie studiów – pogadaliśmy i uśmialiśmy się. Było fajnie, ale jak mawia moja przyjaciółka, która w poniedziałek ma przyjechać: „Nie ma już melodii”. Drogi się rozeszły – mam swoje życie i swoje sprawy, on swoje. 
Jak to dziwnie czasem życie się układa, że ludzie, z którymi przyjaźń miała być na zawsze, zapominają i odchodzą swoją drogą, a ludzie, z którymi kontakt nie zapowiadał dłuższej relacji zostają, stając się najbliższymi przyjaciółmi. Życie pisze swoje scenariusze nie pytając nas o zdanie...
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger