30 października

Dyżurny szofer

Rozśmiałem się przed chwilą perliście po przeczytaniu smsa od Maryśki. Przeprasza mnie w nim mianowicie za to, że rozporządziła dziś moim samochodem. Zrobiła tak w istocie. Zdziwiłem się trochę widząc, że do mojego auta prawymi drzwiami załadowała się Maryśka, a lewymi Marika. Maryśka z promiennym uśmiechem poinformowała mnie, że Marika się z nami zabiera i mam ją wysadzić po drodze. Ok, pomyślałem, nie będę się czepiał pierdół, czyli tego, że nikt mnie o zdanie nie zapytał, ani zwyczajnie nie poprosił. Chętnie podwożę, ale nie lubię być traktowany jak dyżurny szofer. Maryśka przed chwilą wykoncypowała, że chyba jednak wypadało przynajmniej zapytać. Lepiej późno niż wcale. Odpisałem jej, że jest ok, bo autentycznie rozbawiła mnie pisząc, że „zaproszenie Mariki do Twojego auta Adaś było przyjacielskim odruchem”.

27 października

Nemezis (2)

Odwiedziłem wczoraj panią Zosię, która z wypiekami na twarzy zrelacjonowała mi konsultację neurochirurgiczną, którą miała kilka dni temu.

Wynik konsultacji neurochirurgicznej według pani Zosi:

- Byłam u takiego młodego chłopaka, gdzieś w twoim wieku. Pooglądał tę płytkę z tomografią. Widziałam to wszystko na monitorze. Pooglądał i powiedział, że nie ma co się śpieszyć.
- Z czym nie ma się co śpieszyć pani Zosiu? - zapytałem
- No nie ma się co śpieszyć.
- Z operacją?
- Nie, z rezonansem.
- Czyli neurochirurg zlecił rezonans?
- No zlecił. A po co zlecił, skoro miał na płytce tomografię?
- Bo rezonans jest czulszy od tomografii i dla pewności zlecił.
- Aha.
- Pani Zosiu przykro mi, że muszę panią rozczarować, ale niech się pani nie nastawia na operację, bo żadnej operacji neurochirurgicznej nie będzie. Gdyby cokolwiek się działo widać by to było na tomografii i neurochirurg powiedziałby pani, że coś się dzieje.
- Dzieje się, bo zapytał mnie, czy jak mnie głowa boli, to oczy mi łzawią.
- I co mu pani powiedziała?
- Że łzawią.
- Pani Zosiu litości! Dlaczego wprowadza pani lekarza w błąd mówiąc, że pani oczy łzawią, jak oczy pani nie łzawią!
- Ale łzawią. No popatrz.
Popatrzyłem. Oczy oczywiście nie łzawiły.
- Pani Zosiu oczy pani nie łzawią. Zresztą to nieistotne, bo z łzawieniem bądź nie i tak operacji nie będzie.
- Zapytałam go co z tą operacją – relacjonowała dalej niezrażona pani Zosia – popatrzył na mnie i zapytał o jakiej operacji mówię, to mu powiedziałam, że o operacji głowy. Znowu na mnie popatrzył i powiedział, że żadnej operacji nie będzie, bo wszystko jest ok. No to go zapytałam, po co w takim razie ten rezonans?
- I co pani odpowiedział?
- Że dla pewności.
- No widzi pani, więc chce dokładnie sprawdzić. Niech mi pani powie, co to było z ta neurolożką? Ona powiedziała pani, że będzie potrzebna operacja?
- No powiedziała, że mam rozważyć kolejną operację głowy.
Pani Zosia przypomniała sobie ten szoł przychodniano - szpitalny który zrobiła i ciarki ją przeszły.
- Wkurzona jestem na nią, bo jak można tak człowieka straszyć niepotrzebnie – skonstatowała pani Zosia – jeśli trzeba będzie głowę znowu operować, to myślę, że się zgodzę.
- Pani Zosiu ja na pani miejscu nie robiłbym sobie nadziei na operację, bo żadnej operacji nie będzie, jak pani powiedział neurochirurg.
- Ale ty głupio gadasz – powiedziała na to pani Zosia – przecież czwartej operacji bym nie przeżyła.
- No to ma pani to zmartwienie z głowy, bo neurochirurg powiedział, że operacji głowy nie będzie.
Pani Zosia trochę się stropiła, bo chyba miała ochotę na malutką operacyjkę:-) Jeśli pani Zosia zaplanowała jakąś operacyjkę dla siebie, to z pewnością coś wymyśli, żeby dopiąć swego. Skoro na neurochirurgiczną operację szans nie ma, to może w ramach innych specjalizacji się uda. Pani Zosia wspomniała coś o laryngologu i zapaleniu zatok. Moją uwagę, że gdyby miała zapalenie zatok, na tomografii byłoby to widoczne, puściła mimo uszu. A to może oznaczać, że jakiś laryngologiczny planik w głowie pani Zosi już kiełkuje…

17 października

Dyplomacja

Maryśce coś się popieprzyło i uznała, że jesteśmy przyjaciółmi. Całe szczęście, że nie bierze mnie pod uwagę jako ewentualnego partnera życiowego, bo to by dopiero była jazda. Maryśka, na szczęście dla mnie, mierzy wysoko. Jej ambicje mógłby zaspokoić jedynie prezes firmy lub dyrektor, ewentualnie właściciel prywatnej firmy, ale dochodowej. Maryśka bez ustanku trzepie jęzorem nie kontrolując tego, co jej się z buzi sypie, ale fizjonomię ma ładną, choć nieskalaną żadną myślą. Adoptowała mnie na przyjaciela i wprosiła się na kawę - niedawno wyszła. Musiałem wysłuchać dwugodzinnego monologu o nieszczęściach, które ją opadły i nękają. Dziewięćdziesiąt procent tych nieszczęść to jej urojenia, osiem procent sama powoduje, a dwa procent to rzeczywiste kłopoty od niej niezależne. Wysłuchałem tych zwierzeń. Ta moja nadmierna empatia przysparza mi jednak czasem niezbyt pożądanych wrażeń. Poradziłem jej na tyle, na ile mogłem. Jeśli będę mógł pomóc, pomogę. Ale drugi raz takiej dawki zwierzeń nie zmogę. Byłem dyplomatą. A dyplomata to ktoś, kto spławia w taki sposób, że spławiany cieszy się na tę podróż. Więc tak spławiłem Maryśkę z jej zwierzeniami, a ona ucieszyła się na tę podróż. Powiedziałem jej mianowicie, że chętnie jej pomogę w rzeczywistych problemach, o ile będę w stanie, ale nie znam się na tych wszystkich kobiecych egzystencjonalnych sprawach i z tymi powinna zwrócić się do kobiety. Ma przecież psiapsióły, te, z którymi tak pytluje symultanicznie. Któraś z nich na pewno jej wysłucha. Maryśkę olśniło i postanowiła tak zrobić. Lubię ludzi, jestem życzliwy, pomagam, jeśli jestem w stanie pomóc. Wiele razy pomogłem Maryśce, choć odwdzięczała się za to obmową. Ale jej egzystencjonalnych zwierzeń nie zmogę! Wysłuchiwanie, że kupiła poradnik psychologiczny, jak znaleźć bogatego faceta i ten poradnik nie działa, to ponad moje siły! Sorry. 

13 października

GROZA symultanicznie potrojona

Dzisiaj po raz kolejny dane mi było ujrzeć zjawisko niezwykłe, które choć cykliczne, niezmiennie budzi mój respekt. Zjawisko magiczne, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Trzy kobiety pytlujące jęzorami symultanicznie. Zasypujące się mnóstwem informacji jednocześnie, z szybkością karabinów maszynowych i ogarniające to bez problemu. Ja po trzech słowach wypowiedzianych jednocześnie przez wszystkie trzy, zupełnie się tracę i odnaleźć się nie potrafię. Nie, nie żałuję, że tak się dzieje, bo niezmiernie rzadko mają do powiedzenia coś wartego uwagi. I to zarówno solo, jak i w tercecie. Obserwowałem dzisiaj jak trzepały jednocześnie łozorami, z zachwytem wypuszczając z ust serie słów, dla nich pełnych treści. Z zaangażowania włożonego w tę wymianę informacji oraz wyrazu ich twarzy domniemywałem, że plotkowały. Nie przesadzę ani trochę mówiąc, że wszystkie trzy są tak wysublimowane, że aż łatwo to przeoczyć. U każdej z nich zjawisko mielenia jęzorem jest wartością stałą, bo każda wypuszcza z siebie kaskady słów bez ustanku, od rana do nocy, przerywając to bombardowanie jedynie spaniem, choć nie zdziwiłbym się ani trochę, gdyby gadały też przez sen! Samonapędzające się perpetuum mobile! Każda z nich mogłaby gadaniem zabić! A jak się spotkają, siła rażenia ulega potrojeniu. Całe szczęście, że nie są świadome tego, że gdyby chciały, mogłyby jęzorami rozgruzować połowę miasta (same nie odnosząc najmniejszych obrażeń), bo jeszcze którejś z nich przyszłoby do głowy, żeby to wypróbować. A jak jedna rozpuszcza łozór, to pozostałe czują konieczność nie do przezwyciężenia, żeby się dołączyć. I nieszczęście dla połowy miasta gotowe. W tym symultanicznym entuzjastycznym przekazie one doskonale się łapią. Wiem, bo sprawdziłem. W drodze z pracy przepytałem jedną z tych Czarodziejek – Maryśkę. Czarodziejka Maryśka zreferowała mi szczegółowo, co która z nich mówiła. Zrobiła to z radością i nieskrywaną satysfakcją, że może się tymi rewelacjami ze mną podzielić. Uważam, że zjawisko owo dla mnie zupełnie niezrozumiałe i niedostępne, musi być zjawiskiem magicznym. To musi być magia, skoro Maryśka się w tym z łatwością łapie! A te rewelacje, które tak radośnie sobie przekazały w trzygłosie… Pierdoły takie, że aż żal słuchać. Kobiety pytlujące jęzorami symultanicznie – zjawisko budzące GROZĘ!

12 października

Szybka akcja

Już wiem, jak to jest mieć obcałowany zadziec. Dowiedziałem się wczoraj. Mój wciąż jeszcze zgrabny tyłek został obcałowany przez Marikę i Maryśkę. Obcałowały w ramach naprawy stosunków po awarii (post: Odświeżająca odmiana). Wybaczyłem. Maryśka i Marika są niezwykłe, ale lubię je – nikt w pracy nie potrafi mnie tak rozbawić jak one. W przeciwieństwie do Aśki, strasznego babola. Aśka to intrygantka, bardzo nielubiana, której na przykład Maryśka i Marika boją się straszliwie. Mnie też Aśka porządnie zaszła za skórę i nie lubię jej. Niezbyt dokładnie to ukrywam i chyba dlatego jestem jedyną osobą, oprócz szefostwa, przed którą Aśka czuje respekt. Prawdopodobnie z tego powodu czasem miewa zrywy kumpelstwa, wprawiając mnie tym w zdumienie  i niesmak. Wczoraj miała taki zryw i źle trafiła. Rozmawiałem z kolegą o jego prywatnej sprawie, podeszła i wcięła się w rozmowę swoim komentarzem. Głupim. Obudziła drzemiącą we mnie zimną sukę, która warknęła: „Rozmawiam!”. Ton musiał być naprawdę miażdżący, bo syknęła mi wściekła: „Nie musisz patrzeć na mnie z taką nienawiścią!” i odeszła. Pisałem w którymś poście, że lubię ludzi. Lubię, tak bez naiwności. Jednak jest kilka osób, do których czuję niechęć, m.in. właśnie Aśka straszny babol. Te osoby ciężko na tę moją niechęć zapracowały. Nie robię sobie z tego powodu wyrzutów…

11 października

Drzemiąca zimna suka

Mam w sobie drzemiącą zimną sukę. Zazwyczaj drzemie i jakby jej w ogóle nie było. Tylko czasem się budzi, tryb zimna suka się włącza i wtedy... kurz i wiater, albo jeśli ktoś woli, siwy dym i białe sadze. Jednym pierdnięciem wyrywa język albo prozaicznie kastruje delikwenta, zanim ten w ogóle połapie się, co się dzieje. A jak nieco bardziej się uruchomi, szybkim ruchem pyska odgryza głowę. Błyskawiczny ruch i po sprawie - na zimno, bez pyskowania, bez ciskania się. Bach, ciach i posprzątane. Zdziwiony łeb toczy się po podłodze. Taka z niej zimna suka. No suczysko straszne. Ohydne, wredne i zimne. Ale cieszę się, że jest, bo bez niej byłbym kompletnie bezbronny. To moja sunia, oddana i wierna. Szarooki, pieszczotliwie zwany Szarym, obłaskawił ją tak, że nigdy nawet na Niego nie warknęła. Kłóciliśmy się czasem burzliwie aż ...rwy leciały, ale sunia wiedziała, że to Szary, odwracała się dupą do nas i tyle. Jakby chciała powiedzieć "Mnie w to nie mieszajcie!". Myślałem sobie, o ty suko. Ale ona mądra jest, swojego nie kąsa. Szary był swój, adoptowała Go. Sunia to również suka pasterska - jak trzeba, potrafi rozstawić towarzystwo po kątach. Dlatego grupa oddaje mi rolę przywódcy grupy. Wolę myśleć co prawda, że dzieje się tak dlatego, bo posiadam elementarne poczucie sprawiedliwości, empatię i nie jestem tchórzliwy, ale sunia ma w tym swój udział. Nie potrafię obojętnie patrzeć na krzywdę słabszych. Moja zimna suka dostaje wtedy skrzydeł i to już nie suka a smoczyca - odgryzione łby toczą się po podłodze, ręce i nogi roztrzaskują się na ścianach, jądra tudzież inne przydatki smętnie dyndają pod sufitem, urwane dupy walają się po kątach, a krew sika. Po prostu znęcanie się nad słabszymi budzi moją odrazę i bezwzględną reakcję. Dobra sunia. 

06 października

Odświeżająca odmiana

Mam kolegę w pracy, który czasem przyprawia mnie o ból głowy swoją werbalną nadruchliwością, że tak to eufemistycznie ujmę. Wpada do pracy i… oszaleć można. Robi tyle hałasu, tyle zamieszania, że po kilku minutach czuję się, jakbym kręcił się na jakiejś cholernej karuzeli. Jest w nim nieprzezwyciężona konieczność zabawiania całego świata. To zabawianie wygląda tak, że wpada i na maksymalnym nakręcie zaczyna podniesionym głosem nadawać różne cudowności i śmiać się z nich. Sam. Bo nikt więcej się nie śmieje. Jego ciało chce powiedzieć wszystko od razu, a że ma tylko jedne usta, dusi się chyba od nadmiaru niewypowiedzianych, cisnących się pod niewyobrażalnym ciśnieniem, słów. A tych słów jest tyle i ciśnienie takie, że gdyby miał dziesięć głów, wszystkie naparzałyby jednocześnie i każda mówiłaby, a w zasadzie krzyczała, co innego. Naprawdę oszaleć można z jedną jego głową, a gdyby miał ich dziesięć, byłby zagrożeniem dla ludzkości. Szczęśliwie praca przerywa to jego naparzanie. Staram się być wyrozumiały i tolerancyjny, ale taka ilość wykrzykiwanych pierdół jest po prostu irytująca. Zwłaszcza rano. Zauważyłem pewną prawidłowość: im bardziej pogoda niżowa i ludzie śnięci,  tym kolega jest żwawszy, a słowotok większy i głośniejszy.

W ogóle dzisiejsze przedpołudnie pełne było wrażeń. Najpierw kolega poraził mnie werbalną nadruchliwością, a później poraziły mnie Maryśka z Mariką. Błysnęły i oślepiły. Marika zwierzała się, że w listopadzie zamierza wziąć kilka dni urlopu i pojechać gdzieś z mężem. Mówiła to ogólnie do grupki osób. W tej grupce niestety byłem też ja. Zapytałem uprzejmie Marikę, gdzie się wybiera i odpowiedziała mi, cytuję: „A co cię to obchodzi”. Osłupiałem, bo moje relacje z Mariką były zawsze dobre. Powiedziałem: „No nie obchodzi. Tak tylko z uprzejmości zapytałem. Nie rozumiem Marika, skąd ta niegrzeczna odpowiedź”. Na to odezwała się Maryśka: „Teraz ty, mówiąc to byłeś niegrzeczny dla Mariki”. Marika pokiwała twierdząco głową. Wymiękłem i stwierdziłem, że nie będę boksował się z chamstwem, bo trzeba rzecz nazwać po imieniu. Odszedłem bez słowa. Jakiś czas potem Marika zreflektowawszy się chyba, że przegięła, łaskawie przemówiła do mnie, że jak wróci, to pokaże mi zdjęcia, na co powiedziałem chłodno: „Dziękuję, ale myślę, że nie będzie takiej potrzeby”. Zrobiłem też małą demonstrację po pracy. Maryśka stała w towarzystwie Mariki, czekając, żeby się ze mną zabrać. Przechodząc obok nich, nie patrząc na nie, rzuciłem w powietrze „Do widzenia” i ignorując je zupełnie, wsiadłem do auta i pojechałem. Nie byłem w nastroju do wysłuchiwania pierdół wysypujących się z ust Maryśki. A znając jej wyczucie, pewnie zaczęłaby mnie nauczać zasad grzeczności, a tego bym nie zmógł. Mogę przejść do porządku dziennego z różnymi jej wymysłami i głupotami, ale Maryśki jako wzorca etycznego nie ogarniam i nie akceptuję. A Maryśka lubi przybierać pozę jedynej sprawiedliwej. Pozę, która budzi mój, najczęściej niewerbalizowany, głęboki sprzeciw! Maryśka wróciła dziś do domu tramwajem. Połączenie ma świetne, bo bezpośrednie. Nie ma więc potrzeby użalania się nad nią, że się tramwajem przejechała… Odmiana działa odświeżająco…

01 października

Ałła

Ałła
Byłem w niedzielę świadkiem rozmowy Pani Zosi i mojej Mamy:
- Neurolożka powiedziała mi, żebym rozważyła kolejną neurochirurgiczną operację, ale w moim wieku, to ja już tej operacji nie przeżyję – zwierzyła się Pani Zosia
- Zocha Ty to tak się rozsmakowałaś w medycynie zabiegowej, że nic tylko kazałabyś coś sobie wycinać co i rusz. Dajże spokój z tymi operacjami. A jak już koniecznie chcesz się zoperować, zainwestuj i zrób sobie operację plastyczną. Jak Ałła Pugaczowa, o której wczoraj czytałam, że miała niezliczoną ilość operacji plastycznych. Na zdjęciach wygląda rzeczywiście nieźle, nie jak zombi, co znaczy, że ma dobrego chirurga plastycznego. Jak chcesz, mogę Ci Zocha załatwić numer do niego. A jak już się zoperujesz, to wtedy, tak jak Ałła, znajdź sobie o 30 lat młodszego faceta. Ałła w wieku 64 lat zrobiła sobie in vitro i urodziła bliźnięta. A w czym Ty Zocha jesteś od niej gorsza? No w niczym. Jak już sobie Zocha znajdziesz tego faceta o 30 lat młodszego, zrobisz sobie tak jak Ałła in vitro i może nawet trojaczki powijesz? – powiedziała moja Mama.  Pani Zosia jest matką czworga dzieci, w tym bliźniąt płci żeńskiej. Obie z Panią Zosią położyły się ze śmiechu. Ja też. Jak już się wyśmiały, Pani Zosia skonstatowała:
- Od tego bogactwa niektórym w tyłkach się przewraca! No, żeby w wieku 64 lat dzieci rodzić, to nie jest normalne! To jest chore!



Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger