Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szarooki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szarooki. Pokaż wszystkie posty

30 czerwca

Konie zielone

Konie zielone


Wpadła na mnie dziś przypadkiem na YouTube ta piosenka. I zatkało mnie na moment, skąd Wielki Algorytm wiedział, że ją znam...

Nigdy nie byłem harcerzem, ale słyszałem tę piosenkę i pamiętam ją do dzisiaj z ogniska zorganizowanego przez Szarookiego i jego najbliższych przyjaciół. Szarooki, były harcerz i oazowiec, będąc w nastroju ogniskowym złapał za gitarę i wykonał tę piosenkę. Zrobiło to na mnie wrażenie, bo nie spodziewałem się, że potrafił tak ładnie śpiewać. Konie zielone przebiegły galopem i spod ich kopyt wytrysnęły kwiaty śpiewał swoim ciepłym barytonem. To jedno z tych wspomnień, które pozostały tak żywe, jakby dopiero co się wydarzyły...

A dziś mija kolejny rok. Piętnaście ich już minęło. Być może nawet bym o tym nie pomyślał, gdyby nie to przypadkowe spotkanie z piosenką na YouTube, które przywołało wspomnienie. Uśmiechnąłem się, pomimo, że serce ścisnęło się na chwilę...

09 maja

3:03

Otworzył drzwi, wszedł i powiedział radośnie "Hej" zamykając je za sobą. Podszedł, przyciągnął mnie do siebie, oparł czoło o moje czoło i powiedział ciepło:
"Tęskniłem za tobą. Cieszę się, że wreszcie z tobą jestem".
Jego zapach mnie owionął.
 
Otworzyłem oczy.
Wokół była ciemność.
Spojrzałem na zegarek: 3:03.
 
Stała pora jego odwiedzin we śnie.
 
Bardzo dawno mi się nie śnił....  

02 kwietnia

Siódme niebo

Zima była, gdy wysiadłem z autobusu
i rzuciłem się w twoje ramiona,
i twych włosów, twych wieczornych włosów
ogarnęła mnie woń niezmierzona.

Księżyc zniżył się, błysnął nad klamką,
potem odszedł i wplątał się w drzewo.
Pierścień nocy nad nami się zamknął
i zaczęło się siódme niebo.

Konstanty Ildefons Gałczyński – Siódme niebo (1945) 

____________________

Od tamtego dnia mijają dzisiaj dwie dekady...

30 czerwca

Rocznica

Rocznica
Dziś mija jedenaście lat. Kawał życia. Choć czas zrobił swoje i dojmująca martyrologia się wypaliła, wciąż noszę w sobie puste miejsce po nim i taki słodko-tęskny smutek, który pojawia się, kiedy sobie przypominam. A przypominam sobie dość rzadko, jedynie w jakieś daty z nim powiązane, jak ta dzisiejsza lub słysząc muzykę, która skojarzona w mojej pamięci z jakimiś naszymi wspólnymi chwilami, czasem banalnymi, uruchamia geometrię wspomnień. Lubię ten rodzaj tęsknoty wywołującej ciepły uśmiech i zwilgotnienie oczu jednocześnie. Mogę już też słuchać jego ulubionego Stinga, którego głos najczęściej sączył się z głośników w jego Golfie...

30 czerwca

Dekada

Dekada

To już dekada. Kawał życia. Oczy przecieram z niedowierzaniem, bo wydaje mi się, jakby jeszcze wczoraj głosem drżało powietrze...

25 października

Someone

Someone

Chodzi dziś za mną ta piosenka. Nie bez powodu...

19 lipca

Lista urlopowa

  1. Mam urlop. Odpoczywam, trochę wędruję - o ile pogoda pozwala, a pozwala rzadko – oddając się dekadenckiemu, rozkosznemu nicnierobieniu i relaksacji, od tygodnia wzbogaconej również wysoce odprężającym codziennym polegiwaniem na fotelu dentystycznym, bo…
  2. … nie sądziłem, że to możliwe, ale moja zdrowiutka, absolutnie niezbędna, nie tylko ze względów wizerunkowych, prawa górna trójka, wzięła się i obumarła. Ku mojemu zaskoczeniu i zmartwieniu kopnęła w kalendarz definitywnie i na amen. I żeby jeszcze przy tym schodzeniu zakłuła, zabolała, albo choćby zaswędziała, ale nic – odstawiła kitę po cichutku i bezobjawowo. Dopiero jak sobie była zeszła, moja głowa poinformowała mnie o tym fakcie bólem rozsadzającym połowę czaszki i efektowną opuchlizną, dzięki której wyglądałem, jakby mi ktoś obił połowę mego nadobnego pysia. Natychmiast wdrożyłem akcję ratunkową z pomocą miejscowego dentysty i tak sobie codziennie u niego poleguję na fotelu, udostępniając mu kanały zębowe do płukankowych zabaw. Może to ratujące zęba ostrzykiwanie, jakimś tajemnym skutkiem ubocznym wygładzi przy okazji moje zmarszczki? Kiedy podzieliłem się z panem doktorem tą nadzieją powiedział, że na pewno. Tyle, że tylko na podniebieniu. Cóż... Dobre i to.  
  3. Szarooki obronił w ubiegłym tygodniu pracę doktorską. Widziałem fotorelację z tej imprezy. Wygląda zajebiaszczo. Dogonił mnie w ilości siwych włosów na głowie i wagowo również. Staliśmy się do siebie bardzo podobni. Odgoniłem przykrą myśl, że on się rozwija, a ja stoję w miejscu i szczerze ucieszyłem się jego sukcesem.

10 kwietnia

Message to myself

Message to myself
Śniło mi się, że ktoś zapukał do mych drzwi. Otworzyłem. Powiedział cześć, tak po prostu, wszedł, zamknął za sobą drzwi, odwrócił się i bez słowa mnie uściskał. Owionął mnie jego zapach. To dziwne, jak dobrze wciąż pamiętam jego zapach... 


14 lutego

Bliscy i oddaleni

Bo widzisz tu są tacy którzy się kochają
i muszą się spotkać aby się ominąć
bliscy i oddaleni jakby stali w lustrze
piszą do siebie listy gorące i zimne
rozchodzą się jak w śmiechu porzucone kwiaty
by nie wiedzieć do końca czemu tak się stało

są inni co się nawet po ciemku odnajdą
lecz przejdą obok siebie bo nie śmią się spotkać
tak czyści i spokojni jakby śnieg się zaczął
byliby doskonali lecz wad im zabrakło

bliscy boją się być blisko żeby nie być dalej
niektórzy umierają-to znaczy już wiedzą
miłości się nie szuka jest albo jej nie ma
nikt z nas nie jest samotny tylko przez przypadek
są i tacy co się na zawsze kochają
i dopiero dlatego nie mogą być razem
jak bażanty co nigdy nie chodzą parami

można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie
nasze drogi pocięte schodzą się spowrotem.

ks. Jan Twardowski

25 października

40

40
Szarooki obchodzi dziś czterdzieste urodziny. Obejmuję go myślą, bo tylko tak mogę, życząc mu dobrego życia. Świat z nim jest lepszy. I ładniejszy…

14 lutego

The man I love

The man I love

11 stycznia

Unforgettable

Unforgettable

09 listopada

Sen

Przedzierające się przez mgłę słońce wpadało do środka przez wielkie, zajmujące niemal całą ścianę od sufitu aż po podłogę, w połowie przesłonięte udrapowaną firaną okno, tworząc na podłodze jasnożółtą plamę. Stał naprzeciwko. Jego bujna czupryna mocno już przyprószyła się siwizną. Miał na sobie czarne dżinsy i gładką granatową koszulę z długim rękawem, a na stopach czarne adidasy. Jego oczy były równie błyszczące jak dawniej, choć twarz sprawiała wrażenie nieco zmęczonej, a czoło przecinały dwie mocno zaznaczone poziome bruzdy. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu, poddając drobiazgowemu oglądowi każdy fragment naszych twarzy, każdą zmarszczkę, bruzdę i krostkę, jakby ucząc się ich na pamięć. Panująca cisza sprawiała wrażenie nienaturalnie sterylnej, a czas zdawał się nie istnieć. Wszystko jakby zastygło w bezruchu. Wszystko prócz mnie i smugi światła rozlanej na podłodze, zaskakująco żwawo pełznącej ku ciemnej plamie drzwi na przeciwległej ścianie. Nagle cały obraz zakołysał się, tracąc ostrość i zaczął się rozpływać. Nie było już okna ani podłogi - była bezkresna przestrzeń i gwałtowne spadanie. Pikowaliśmy w dół z ogromną prędkością, objęci, kręcąc w powietrzu dzikie piruety. Nieokreślona zieloność pod nami szybko zaczęła nabierać kształtów i po chwili rozpoznać już można było las, a w następnej nawet kępy drzew zbliżające się z zawrotnym pędem. Przez moją głowę przemknęła myśl, że oto zginiemy nadziani na drzewa. Chciałem krzyczeć z przerażenia, ale pęd powietrza zdusił mój krzyk, wciskając mi go z powrotem do gardła. Wierzchołki drzew były tuż tuż – wzmocniłem uścisk, zaciskając jednocześnie mocno powieki... 

Leśna polana zalana była przedzierającym się pomiędzy drzewami słońcem. Powietrze pachnące igliwiem i rozgrzaną ziemią pełne było unoszących się w nim szmerów gałęzi, ptasiego świergotu i trzepotu skrzydeł, bzyczenia owadów, szumu wiatru w koronach drzew. Daleko za horyzontem lasu majaczyły góry o szczytach spowitych mgłą, od których wiał rześki wiaterek, delikatnie muskając moją twarz. 
- Pięknie tu – szepnął zza moich pleców, obejmując mnie i przyciskając brodę do mojego ramienia.
- Bardzo  – odszepnąłem opierając skroń o jego policzek. – Wiesz, śniło mi się, że spadamy...
- Wiem - przerwał mi łagodnie. - Ja też śniłem ten sen...

25 października

Chrumcissima

- Przez sen robisz groźne miny. I chrapiesz. Okropnie. Jak chrumcissima.
- Kto? – zapytał Szarooki przeciągając się.
- Lokatorka chlewika...
- No, ty się wreszcie doigrałeś! – Szarooki zerwał się i chichocząc usiadł na nim okrakiem, po czym zarzuciwszy sobie kołdrę na ramiona pochylił się ku niemu przykrywając nią siebie i jego… 

***

Dziś są jego urodziny...

21 września

Szybki przelot

Matrix mi się zaciął i dni tygodnia pomieszały. Mało brakowało, a w sobotę rano zamiast do pracy pojechałbym na delegację, bo byłem pewny, że to niedziela. Dzień wcześniej spakowałem nawet bagaż. Na szczęście tuż przed wyjściem rzuciłem przytomnym okiem na komórkę i odkryłem, że to sobota, więc skorygowałem azymut na firmę. Staję się roztargniony. Jakież to romantyczne. 

W ową sobotę musiałem po drodze do pracy wstąpić do mojej Alma Mater, gdzie wpadłem przypadkiem na mojego przyjaciela z pierwszych lat studiów. Przyjaźń ta, jak to czasem w życiu bywa, zmarła była śmiercią naturalną po ukończeniu studiów. Nie wiem nawet, czy można ją nazwać przyjaźnią, choć w owym czasie taką się być wydawała. To było miłe przypadkowe spotkanie, bo chwilę porozmawialiśmy serdecznie. Przypomniały mi się radosne i beztroskie czasy studenckie.

Wróciłem z delegacji nad ranem, wykończony. Zazdroszczę osobom, które potrafią spać w pociągu czy autobusie – ja niestety nie potrafię, więc męczę się w takim upierdliwym, przykrym trwaniu między czuwaniem a spaniem. 

Poranki i wieczory są już jesiennie rześkie i wilgotne, z drzew zaczynają powoli opadać liście. W powietrzu czuć nadchodzącą jesień. Jeszcze parę dni i studenci się zjadą, zacznie się rok akademicki. Szarooki i Brązowooki rozpoczną drugi rok swoich studiów. Studenci z czuprynami poprzetykanymi siwizną… 

26 lipca

Szybki przelot

Jestem zafascynowany retoryką Rosjan w sprawie dopingu, ale też w każdej innej ich dotyczącej. Twierdzenia, że białe jest czarne, a czarne białe, wygłaszane spokojnie, stanowczo i konsekwentnie, robią wrażenie. Owa retoryka, rodem z najlepszych lat bolszewizmu, miewa się tam znakomicie. Muszę przyznać, że wznieśli cynizm do poziomu sztuki.

***

Szarooki podpisał w Paryżu kontrakt na 5 lat, zostaje tam więc, jak można się było spodziewać. Aktualnie spędza część swojego urlopu w Bieszczadach: Polańczyk nad Soliną, Cisna, Wetlina, połoniny. Trochę żeglowania, trochę pluskania i dużo wędrowania po górach – tak jak lubi. Brązowooki również spędzi poza ojczyzną następne pięć lat, bowiem, jak się okazało, robi na obczyźnie specjalizację, którą zakończy doktoratem.

***

Luśka nauczyła się piszczeć swoim ulubionym barankiem. Zapiszczałem nim raz, Luśka ze zdziwienia uszy podniosła, a potem przez pół dnia kombinowała aż zlokalizowała element piszczący w baranku i nauczyła się go obsługiwać. Teraz nosi go po domu i popiskuje. Zdolna Luśka.

14 czerwca

Nie tylko o genach

Aśkę-strasznego-babola odwiedziła dziś w pracy progenitura. Nie miałem żadnych wątpliwości, czyją zstępną jest to dziewczę, bowiem jest mamci klonem doskonałym, tyle że o dwadzieścia parę lat młodszym. Ja nie wiem, jak się tam te geny zmieszały, że z mamci wszystko, a z tatka nic. Może się nie pomieszały? Może zaraz po zapłodnieniu geny mamci zeżarły geny tatka i dlatego taka do mamci podobna? I lico krągłe, i udo potężne, i tyłek monstrualny, i oczka chytre, rozbiegane, taksujące wszystko i wszystkich wokół. Po prostu mamcia wypisz wymaluj. Zaraz po wejściu zdmuchnęła z mamcinego talerza dwa kawałki ciasta, które pożarła z marszu, popijając półlitrową colą przyniesioną z sobą. Zniknęły tak błyskawicznie, jakby je w całości połknęła, bez żucia. Jak pelikan. To też ma po mamci. Ma czternaście lat, a wygląda na trzydzieści, bo tak jest utuczona. Biedne dziecko. Tak sobie pomyślałem, jak na nią popatrzyłem, że gdyby dzieciak którejś z koleżanek wrzucił w siebie za jednym zamachem dwa kawałki ciasta, Aśka-straszny-babol miałaby temat do gadania na kilka dni: że żarłoczny, nie nauczony umiaru, itd., a u swojej własnej progenitury tego nie dostrzega…

***

Urlop zbliża się wielkimi krokami i jest tuż tuż. I całe szczęście, bo moja tolerancja spada, a wraz z nią próg wkurwu się obniża. Wiem, że koleżeństwo ma tak samo, więc zaciskając zęby żegluję po firmowym akwenie starając się omijać mielizny i rafy oraz inne okręty. I choć czasem miałbym ochotę dokonać abordażu i skopać jakąś koleżeńską dupę – myślę, że takie pragnienie jest udziałem każdego człeka od czasu do czasu – heroicznie odmawiam sobie tej przyjemności, wzruszając się sam nad sobą, żem taki wyrozumiały i empatyczny. A tak naprawdę, to od kilku dni jestem „nieprzysiadalny”, jak napisał kiedyś Marcin Świetlicki. Ta moja „nieprzysiadalność” nie wynika tylko ze zmęczenia pracą, koleżeństwem, miastem, ale również, a może przede wszystkim, z powodu rozstrajającej mnie nieco, zbliżającej się rocznicy rozstania z Szarookim. Odrobinę roluję się do środka kontemplując mały okołorocznicowy żalek i nie chcę, żeby ktoś mi ten proces zakłócał, bo robię się wtedy opryskliwy. A skoro już o Szarookim: doktoryzuje się na UŚ i w związku z tym, dość regularnie bywa w Katowicach. Ptaszki zaćwierkały, że z życia i pracy w Paryżu jest bardzo zadowolony i nie planuje powrotu do kraju. Cieszę się, że jest mu tam dobrze. Ściął króciutko włosy i nosi stale kilkudniowy zarost. Wygląda megazajebiaszczo.

05 czerwca

O konfrontacji

- Pyszny ten sos pieczarkowy. Nawet lepszy niż mojej mamy.
- O, dziękuję ci kochanie. Cieszę się, że wytrzymał konfrontację z kulinarnym autorytetem twojej mamy.
Śmiech.

[kurtyna]

Zrobiłem dziś ten sos do razowego spaghetti. Rzeczywiście pyszny.

29 maja

Podglądactwo

Śnił mi się. Spał leżąc obok mnie. Moje ramię, którym go obejmowałem, wznosiło się i opadało w rytm jego cichego, spokojnego oddechu. Chłonąłem jego zapach zmieszany z aromatami żelu pod prysznic i szamponu do włosów, i patrzyłem na niego jak spał. Na pasmo siwych włosów nad czołem, które zawsze mnie rozczulało. Na czoło ozdobione poziomą bruzdą będącą efektem marszczenia go w zamyśleniu. Na maleńką żyłkę na skroni, która nabrzmiewała, kiedy był podekscytowany lub zdenerwowany. Na jego zamknięte oczy o rzęsach tak długich, jakich niejedna kobieta mogłaby mu pozazdrościć. Na nos z małym garbkiem, pełne usta, rozkoszny dołeczek w brodzie, wydatne jabłko Adama, mały pieprzyk na szyi… I wtedy się przebudziłem. Uśmiechnąłem się, odwróciłem na drugi bok i zasnąłem natychmiast ponownie. Nie pamiętam, czy ten sen miał jakiś dalszy ciąg, ale obudziłem się rano bez przykrości, zazwyczaj towarzyszącej rankom, kiedy mi się śnił. Z uśmiechem przypomniałem sobie, jak wiele razy patrzyłem na niego jak spał. Nigdy mnie na tym nie złapał, ja natomiast przyłapałem go na tym procederze parę razy. Każdy ma swój rytuał przed zaśnięciem. Ja kręciłem się i wierciłem przybierając różne pozycje, aż wreszcie zasypiałem w swojej ulubionej. Dalej tak zasypiam. Mariusz natomiast czytał do poduszki godzinę, a nawet dwie i dopiero zasypiał. Czasem zamiast czytać, przyglądał mi się jak spałem. Jak go pierwszy raz na tym złapałem – w jego górskim domku, który tak bardzo lubiłem - leżał zwrócony bokiem do mnie i patrzył tymi swoimi szarymi ślepkami. Pewnie w ogóle bym tego nie zauważył, gdyby nie musnął palcem mojego policzka i mnie niechcący nie obudził.
- Stało się coś? – zapytałem półprzytomny.
- Nie. Śpij, śpij. – szepnął.
- Czemu nie śpisz?
- Bo…  - zawahał się. Otworzyłem oczy i przyjrzałem mu się uważnie. Wydawał się zawstydzony.
- Podglądasz mnie, jak śpię? – szepnąłem miękko. 
- Skąd wiesz? – zapytał zaskoczony, unosząc brwi, jak zawsze, kiedy się dziwił.
- Bo też tak robię - uśmiechnąłem się do niego. - Rano. Dlatego mnie jeszcze na tym nie przyłapałeś. 
- To obudź mnie, jak będziesz mnie podglądał następnym razem, bo też chcę mieć z tego radochę – uśmiechnął się łobuzersko, przyciągając mnie do siebie…

02 marca

Okruchy

Słowa rozsypane po domu... Głosy i śmiech zawisłe w drżącym powietrzu... Cienie przy stole... Spojrzenia zaplątane w firankę... Kocham Cię i Ja Ciebie też kocham schowane pod poduszkami... Echa czułych szeptów i miłosnych westchnień wstydliwie ukryte za zagłówkiem łóżka...
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger