Naczytałem się dzisiaj, jak dobra robota blogerska ma wyglądać i doszedłem do wniosku, że jestem beznadziejnym blogerem, albowiem:
- Piszę tylko wtedy, jak mam natchnienie i czuję potrzebę pisania. Niedobrze.
- Nie buduję persony. Nie wiem, co to za cholera, ale bez niej ani rusz. Bardzo niedobrze.
- Piszę przede wszystkim dla siebie, bo lubię i jest to dla mnie przyjemność, a nie robota. Źle.
- O żesz kurdesz, nie napisałem posta o wyrzucaniu choinki. Niewybaczalne.
- Jakiś cień nadziei na poprawę jednak jest, bo „wstrzykuję własny styl” w to, co piszę.
- No i tytuły wychodzą mi całkiem nieźle, a to podobno 80% sukcesu. Mogę zatem uznać, że jestem na dobrej drodze.
- Nie, jednak nie, nadziei dla mojego bloga nie ma, bo nie stosuję tzw. kluczy fascynacji, a na dodatek (może uniosę brzemię tej mojej blogowytwórczej herezji, o ile nie spłonę za to na stosie) piszę o tym, co czuję, co myślę, wyrażam swoje poglądy, osobiste przemyślenia, a to jest pisanie „o dupie Maryny”, bo każdy może popełnić takie posty jak ja.
W kontekście powyższego, kariery blogerskiej nie zrobię, bo bloguję nieprofesjonalnie. Zgadzam się z tym. I będę pisał dalej. Na szczęście nie muszę sobie owych wytycznych brać do serca,