Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luśka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luśka. Pokaż wszystkie posty

31 lipca

Futro z szynszyli

Futro z szynszyli

- Lusiu, pozwól, że pańcio podzieli się z tobą pewną refleksją - powiedziałem do Lusławy, która umościła się na moich kolanach zadowolona - Ludzie kręcą różne durnoty i wrzucają na social media. Pańcio czasem ma wrażenie, że im durniejsze, tym popularniejsze. Durnoty robione przez ludzi, pieski, kotki oraz inny inwentarz. Może pańcio powinien zacząć kręcić Lusię? Kąpiółka Lusi, oprysk uzębienia, tudzież inne ekscytujące wydarzenia z Lusinego życia. Lusia zarobiłaby kasę i kupiłaby sobie swoje ulubione smaczki, paseczki, kręciołki. Nawet nowe futro z szynszyli. Co Lusia na to?
 
Lusia na to nic. 
 
Chyba przegiąłem z tym futrem z szynszyli. 

04 maja

Życie w czasach zarazy V

Mamy z Lusławą taką zabawę towarzyską:  ja udaję, że ją gonię, a ona udaje, że ucieka. Ja udaję bardziej, bo tylko podjudzam klaskaniem w dłonie i wypowiedziami typu „Dawać jom! Dawać mi tu tego sierściucha! Dawać jom, dawać!” siedząc na kanapie, a Lusława całkiem serio wykonuje sprintem kilka rund wokół kanapy, zakończonych efektownym wyskokiem na mnie. Oboje mamy poczucie, że poćwiczyliśmy. Dzisiejszy finał owego treningu zyskał dodatkowy walor akustyczny, bowiem Lusława entuzjastycznie prując powietrze w wyskoku otarła się była o kabel od słuchawek, co zainspirowało ją do wzniesienia się na wysokie tony. Chyba się biedaczce zdało przez moment, że może stracić peryferia. Wylądowawszy na kanapie natychmiast zlustrowała swoje tyły, a znalazłszy je kompletne dała upust swojej radości ze szczęśliwego ocalenia...


04 maja

Aplikacja

Po zaaplikowaniu tabletki na odrobaczenie Luśka uciekła z domu, obrażona tym bezceremonialnym pogwałceniem jej nietykalności osobistej i spędziła pół dnia na gigancie. Na balkonie. Wróciła przed chwilą, ciągle jeszcze odrobinę nadąsana, patrząc na mnie podejrzliwie i z wyrzutem...  

07 lutego

Prasówka

Michał pojedzie na turnus rehabilitacyjny. Dwie wspaniałe, świetliste Osoby sprawiły, że udało się uzbierać niezbędną kwotę: >>Monika<< i >>Małgosia<<. Chwała im za to!   

***

Spędziłem ostatni weekend w górach zasypanych śniegiem. Było pięknie, śnieżnie, mroźno i radośnie. Luśka była przeszczęśliwa – powitała mnie bardzo efektownie piskami, skomleniem, szczekaniem i cyrkowymi niemal akrobacjami. Mam ogromną zaletę, szalenie dla niej wartościową - to ja dzierżę kierownicę i transportuję ją w góry, jestem więc kluczowym elementem wolności powiewającej w jej uszach. Luśka to prawdziwa piękność. I do tego - wbrew stereotypowi, że urodzie z intelektem nie po drodze - bardzo inteligentna. Jestem przekonany, że w poprzednim wcieleniu była człowiekiem. I to co najmniej z doktoratem. I modelką też mogłaby być. Wykasowałaby z kretesem te wszystkie zasuszone, grzechoczące kośćmi modelki, bo jest po prostu od nich ładniejsza.

***

Nie wszystko się zmienia. U mnie na przykład jedno pozostało niezmienione: moja okołoangielska ambicja. Zaliczyłem tuż przed wyjazdem kolokwium z angielskiego obejmujące materiał z całego semestru na 87%. Najlepiej z całej grupy. Teoretycznie powinienem być zachwycony, ale nie, nie byłem. Moje zadowolenie skutecznie zmąciła moja nadambicja, atakując mnie myślą: dlaczego TYLKO 87%, a nie 100?! Odświeżam angielski w jednej z katowickich uczelni. Pomimo kilkunastoletniej przerwy, ten język wciąż mnie kręci.

***

Aśka-straszny-babol zasnęła dziś w pracy na siedząco. Jej tyłek rozżelował się na krześle, twarz opadła wraz z powiekami, a za tym podążyła też żuchwa. Widząc ją wyprostowaną, z oklapłą bezwładnie dolną wargą, pomyślałem sobie: umarła! No bo przecież niemożliwe, żeby ktoś, kto najgłośniej sprzeciwia się każdej, najmniejszej nawet oznace lenistwa, kto widząc osobę przysypiającą dostaje niemal apopleksji z oburzenia; po prostu niemożliwe, żeby ktoś taki zasnął i to w dodatku tak ostentacyjnie! Kiedy już miałem rzucić się ku niej, by obaliwszy na podłogę zdefibrylować, mlasnęła przez sen i ta oznaka tlącego się w niej życia uspokoiła mnie. Randka Aśki-strasznego-babola z Morfeuszem nie uszła uwagi reszty koleżeństwa - ich mordercze spojrzenia zogniskowały się na jej obwisłej wardze odcinając prawdopodobnie dopływ powietrza, bo obudziła się, łypnęła złym okiem wokół i poprawiwszy się na krześle, jak kura na grzędzie, odstawiła pantomimę mającą przekonać nas, że nie ucięła sobie drzemki, ale zamyśliła twórczo nad pracą.

03 listopada

Grisza

Wczoraj przez Luśkę przeleciał orkan Grisza, siejąc olfaktoryczne zniszczenie podstępnymi, bezszelestnymi i jadowitymi wiatrami…

15 października

Pogoń

Zidentyfikowany obiekt latający obrał sobie za cel Luśkę i ją przegonił. Zdarzenie to miało swój prolog dwa dni wcześniej, kiedy pożarła kawałek sznurówki. Przybrawszy parę dni później łukowatą pozycję wycisnęła z siebie coś egzotycznego, co dyndając na sznurówce, której większa część wciąż w niej tkwiła, odczepić się od niej nie chciało i goniło biedaczkę, która przed tym bezowocnie uciec próbowała, bowiem im szybciej gnała, tym szybciej była ścigana. Biegałaby tak pewnie do wieczora, gdyby nie przypadek, który się nad nią zlitował, stawiając na drodze jej ucieczki krzaczek, który pokonała jednym susem, a za nią ów tajemniczy artefakt lecący odrobinę niżej, dzięki czemu zaczepił się o gałązkę i odczepił od Luśki. Ach, co to była za radość…

27 sierpnia

Przeżuwaczka

Zainteresowawszy się ruchem moich szczęk żujących owocową gumę do żucia, przytruchtała, wspięła się na mnie, uważnie obwąchała i delikatnym pacnięciem łapki w brodę poinformowała, że ona też by coś tak ładnie pachnącego zjadła. Moją odmową nie bardzo się przejęła, bo gdy tylko ruszyłem się z kanapy, zostawiwszy świeżo napoczęte opakowanie gum na stoliku obok, zaledwie dwoma szybkimi hopsami znalazła się na nim, wyciągnęła z opakowania 3 listki, zeskoczyła i oddała się konsumpcji. Wracając zarejestrowałem dziamganie i mlaskanie jej szczęk oraz zadowolenie malujące się na jej pyszczku. „Co ty tam żujesz Luśka?!” zapytałem raczej retorycznie, bo po jej szelmowskiej minie od razu zorientowałem się, że gwizdnęła gumę do żucia. „Oddawaj!” pochyliłem się chcąc jej ją zabrać, ale zanim zdążyłem otworzyć jej mordulę, wzmogła mlaskanie i gumę, a w zasadzie 3 zlepione w kulkę, głośno przełknęła. Dodam, dla porządku, że pożarła je nierozpakowane, więc różowa kulka miała akcenty srebrne. Luśka zdaje się jest gumoodporna, bo owa nietypowa karma jej nie zaszkodziła.

05 sierpnia

Luźna refleksja

- Pozwól Lusiu, że pańcio podzieli się z tobą taką luźną refleksją – powiedziałem trzymając w bezpiecznej odległości język Luśki, która przyszedłszy skłonić mnie do zabrania jej w góry, usiłowała zastosować argument miażdżący w postaci polizania po twarzy. - Wolałbym, żeby twój język nie spotkał się z moją twarzą, bo wiem, które rejony twego jestestwa pracowicie przed chwilą wylizywał. Rejestruję twoją gotowość i jakby co, to moja odpowiedź brzmi dzisiaj najprawdopodobniej tak, ale na to magiczne, wyzwalające wybuch twojego entuzjazmu słowo na p musisz cierpliwie poczekać do popołudnia. Bądź dobrej myśli. Tymczasem, żeby urozmaicić sobie oczekiwanie, idź na balkon, sprawdź, co tam słychać i jak już sprawdzisz, przyjdź opowiedzieć.

Poszła. Sprawdziła. Wróciła szczekając z donosem, że sąsiad przechodził w pobliżu.

10 lipca

Urlop

Mam urlop. Noszę trampki. Odmładzają mnie. Na twarzy.

***

Straszną rzecz pani Zosi uczynił psychiatra, u którego się przez chwilę onegdaj leczyła. Zrujnował jej zdrowie i „rozszarpał nerwy”, jak twierdzi, bowiem lek, który jej zaordynował i który łykała przez kilka tygodni (inhibitor wychwytu zwrotnego serotoniny) skumulował się w jej organizmie i wydzielać się będzie zatruwając ją systematycznie do końca jej żywota, powodując chybotliwość samopoczucia. Każda komórka ciała pani Zosi krzyczy o krzywdzie wyrządzonej jej owym lekiem, każde strzyknięcie w kościach jej o tym przypomina. Już miałem podważyć słabe punkty jej teorii obracając ją przy okazji w niwecz, ale pomyślałem sobie, że skoro snucie jej sprawia pani Zosi przyjemność, nie będę ją jej pozbawiał. Te i inne troski pani Zosia koi hobbystycznymi pomiarami poziomu glukozy we krwi dokonywanymi dwa razy w tygodniu glukometrem odziedziczonym po zmarłym mężu diabetyku. Pani Zosia nie ma cukrzycy, ale czy fakt ten ma ją pozbawić przyjemności płynącej z drobnej domowej diagnostyki, dzięki której czuje się zadbana? Zdecydowanie nie. Co z tego, że nie ma cukrzycy. Przecież mogłaby mieć. 

***

Drobne robactwo by nasz wszystkich zeżarło, gdyby nie Luśka, która iska nas regularnie. Jak wpadnie w trans, przelatuje wszystkie zagięcia ubrań i ranty, aż zęby trzaskają. 

20 maja

Długi weekend

Jestem chwilowo w górach. Długi weekend majowy mam. Trochę przesunięty w stosunku do tego, który miała reszta narodu. A że stosunek dobrze mi się kojarzy, nie narzekam. Wręcz przeciwnie – cieszę się, napawam i korzystam, bo pogoda piękna.

Ile prawdy jest w stwierdzeniu, że należy ważyć słowa doświadczamy aktualnie w domu w górach, gdzie musimy słowo "pojedzie" reglamentować z wielką ostrożnością i rozwagą jedynie w momentach, kiedy rzeczywiście "pojedzie". Luśka bowiem rozsmakowała się w podróżowaniu samochodem. Nie od razu stała się entuzjastką automobilizmu. Pierwsza jazda to była… jazda. Luśka usiłowała wydrapać sobie drogę ucieczki z auta piszcząc tak, jakby na egzekucję jechała, a nie na wycieczkę. Szkód nie zdążyła narobić, bo została spacyfikowana przez pańcię, czyli moją mamę. Szczęśliwie cel podróży zrekompensował jej stres, bowiem jak się wyhasała i wyganiała w górach, o traumie zapomniała. Aż do momentu drogi powrotnej, choć jakiś proces analityczny musiał się w niej toczyć, gdyż z samochodu wydostać się próbowała jakoś tak bez przekonania, ograniczywszy swoje zabiegi jedynie do popiskiwania. Wnioski jakie wyciągnęła ze swoich rozmyślań podróżnych okazały się przełomowe, bo właśnie wtedy skojarzyła słowo "pojedzie" ("Luśka pojedzie") z wolnością, wiatrem w sierści i powiewającymi w sprincie uszami, no i uważać teraz trzeba na to, co się przy niej mówi, bo już samo to słowo, bez względu na kontekst sprawia, że przełącza się w tryb gotowości do jazdy, co oznacza dyżurowanie przy drzwiach wejściowych do domu, okraszone efektami dźwiękowymi w postaci popiskiwania, poszczekiwania i skomlenia. Długotrwałego, bo pamiętliwa jest.

Przy okazji hasania po górach Luśka przyswoiła jeszcze jedno zdanie: "Ty świntucho!". Nauczyła się go zaraz po tym, jak swoje nadwątlone gonitwą siły pokrzepiła była przepyszną, deserową owczą kupą! I to z nieskrywaną przyjemnością! Po pełnym oburzenia "Ty świntucho!" przybiegła przepraszać i lizać chciała, do czego, z oczywistych względów, nie dopuściłem. Postraszyłem, że jak kupy spożywać będzie, to po powrocie wyparzę jej pyszczek wrzątkiem. Groźba chyba podziałała, bo nie widziałem, żeby zrobiła to ponownie. Ochotę może i miała, ale za każdym razem, kiedy dostrzegałem niebezpieczeństwo spożycia, utrwalałem "Ty świntucho!". Jak na razie działa.

Włócząc się po górach minąłem wczoraj niegdysiejszy "stadion piłkarski" okolicznej młodzieży, położony na górskiej polanie, z trzech stron osłonięty drzewami, z czwartej lekko opadający w dół. Na "stadionie" owym okoliczna młodzież męska rozgrywała "mistrzostwa świata" w piłce nożnej. Na któryś z meczów sąsiadka młodzieżówka wybierająca się pokibicować, zabrała dziecko. Nie swoje, bo własnego wtedy jeszcze nie posiadała. Dziecko było zachwycone, bo owe rozgrywki bardzo ujrzeć chciało, poszło więc prowadzone za rękę polem, potem lasem, a właściwie leśnym duktem, cały czas pod górę. Wydawało się dziecku, że pokonuje monstrualną odległość, ale wiedzione ciekawością dzielnie szło. Młodzież na boisku rozgrzewała się już, więc dotarło w samą porę. Prócz sąsiadki młodzieżówki przybyło jeszcze parę innych dziewcząt, by zagrzewać drużyny do boju, co znacznie podniosło rangę rozgrywki i zmotywowało młodzież rozgrywającą, mecz zatem był zacięty. Lekko opadająca w dół murawa sprawiała, że dość często piłka im uciekała, więc próbowali wykorzystać dziecko do przynoszenia jej. Udało im się posłać po nią dziecię nawet kilka razy, co w końcu zirytowało sąsiadkę młodzieżówkę, która powiedziała młodzieży, żeby zamiast wykorzystywać nielata, sama sobie po piłkę ganiała, bo przecież i tak niczego innego nie robi. Mecz był jak z telewizora, aż do momentu, kiedy zwabiony żywiołowym dopingiem młodzieży żeńskiej oraz emocjonalnymi krzykami rozgrywającej męskiej, nie przywlókł się był wielki fan piłki nożnej, choć już zdecydowanie młodzieżą nie będący, Eduardo we własnej swojej osobie. Zaangażowawszy się emocjonalnie w rozgrywkę uwolnił ze swych koralowych ust girlandę tak plugawą, że cała młodzież wraz z okolicą zamarła w zdumieniu, bowiem nikt prócz Eduardo takich przekleństw nie znał. Pierwsza otrząsnęła się sąsiadka młodzieżówka, która zrobiwszy gwałtowny zwrot, jak wicher pognała z powrotem do domu, nie zważając na żywiołowy protest ciągniętego za sobą za rękę dziecka. Doceniwszy bowiem aspekt edukacyjny wystąpienia Eduardo, w poczuciu odpowiedzialności za dziecko, postanowiła usunąć je z pola rażenia bezprecedensowego zgorszenia spływającego z karminowych warg Eduardo. Tym dzieckiem byłem ja.

02 sierpnia

Komunikacja

Luśka potrafi się komunikować na razie w sposób uproszczony mruczando-szczeko-ruchowy. Na razie. Bo jeśli będzie dalej się tak rozwijać – a zdolna – to kto wie, może mówić się nauczy, a nawet czytać i pisać. Stała dzisiejszego ranka na balkonie pochylając się nad wiadereczkiem (pozostałość po powidłach śliwkowych), w którym ma wystawioną wodę. W domu w kilku miejscach ma wodę w miseczkach, ale tylko na balkonie w wiadereczku, być może właśnie z tego powodu aktualnie to jej ulubiony wodopój. Stała więc na balkonie i mruczała w sposób bardzo charakterystyczny – robi tak tylko wtedy, kiedy czegoś chce. Pomyślałem, że może zauważyła gumowy krążek, który niby przypadkiem zrzuciłem z balkonu, żeby nie musieć go jej rzucać i domaga się, żebym go jej przyniósł, by mogła mnie ponownie eksploatować jako dyżurnego ciskającego, w czym umiaru nie ma. "Yhm, już się rozpędzam Luśka i po niego pędzę” – pomyślałem z przekąsem i wziąłem Luśkę na przeczekanie nie reagując. Po chwili znowu zamruczała chcem, chcem, daj mi!, trochę już zniecierpliwiona, a że ponownie nie doczekała się mojej reakcji, wzięła w zęby wiadereczko, przyniosła je do pokoju i położyła mi na kolanach. PUSTE. Luśka spragniona była, a woda rozstawiona w domu w miskach, ze znanych tylko jej powodów, nie była tak dobra jak w wiadereczku. Wziąłem owo naczynie, poszedłem do kuchni i nalałem wody do pełna, ku widocznej radości Lusławy, która towarzyszyła mi w tej czynności uważnie obserwując. Po zaniesieniu przeze mnie na balkon pełnego naczynia, wypiła trochę, po czym spojrzała na mnie wymownie, żebym dolał, co też ku jej radości uczyniłem. Aż strach pomyśleć co będzie, jak Luśka się mówić nauczy…

29 lipca

Cojones

Piorun grzmotnął niedaleko domu. Huk był ogłuszający. Luśka w poczuciu misji chronienia rodziny zerwała się, wyskoczyła na balkon i oszczekała burzę, żeby sobie nie myślała, że taka groźna. Pozbawić burzę złudzeń - to się nazywa mieć cojones...

26 lipca

Szybki przelot

Jestem zafascynowany retoryką Rosjan w sprawie dopingu, ale też w każdej innej ich dotyczącej. Twierdzenia, że białe jest czarne, a czarne białe, wygłaszane spokojnie, stanowczo i konsekwentnie, robią wrażenie. Owa retoryka, rodem z najlepszych lat bolszewizmu, miewa się tam znakomicie. Muszę przyznać, że wznieśli cynizm do poziomu sztuki.

***

Szarooki podpisał w Paryżu kontrakt na 5 lat, zostaje tam więc, jak można się było spodziewać. Aktualnie spędza część swojego urlopu w Bieszczadach: Polańczyk nad Soliną, Cisna, Wetlina, połoniny. Trochę żeglowania, trochę pluskania i dużo wędrowania po górach – tak jak lubi. Brązowooki również spędzi poza ojczyzną następne pięć lat, bowiem, jak się okazało, robi na obczyźnie specjalizację, którą zakończy doktoratem.

***

Luśka nauczyła się piszczeć swoim ulubionym barankiem. Zapiszczałem nim raz, Luśka ze zdziwienia uszy podniosła, a potem przez pół dnia kombinowała aż zlokalizowała element piszczący w baranku i nauczyła się go obsługiwać. Teraz nosi go po domu i popiskuje. Zdolna Luśka.

14 lipca

O Luśce, musze i Kajtku

Lusława utyrana wypełnianiem domowych obowiązków towarzyskich rozgongoliła się na kanapie, rozżabiła i ucięła sobie regeneracyjną drzemkę, która została zakłócona w sposób arcyniemiły przez jakąś wredną muchę, która wdarłszy się przez otwarte okno do domu, zamachnęła się na nią. Nie sądzę, żeby zastosowała wobec Luśki przemoc fizyczną w jakiejkolwiek formie, jednak przelatując bzyknęła niebezpiecznie blisko strefy newralgicznej, na punkcie której Lusława jest nieco przeczulona od czasu pomiaru temperatury przez weta, czym spłoszyła ją i zmusiła do awaryjnego opuszczenia kanapy i ucieczki na pańciowe kolana. Zabezpieczywszy tyły, z bezpiecznej tej pozycji Luśka przeprowadziła wnikliwą lustrację pomieszczenia w poszukiwaniu owej muchy, a zlokalizowawszy ją zeskoczyła z kolan i nie spuszczając już z niej oka, śledziła ją czyhając na okazję do wywarcia zemsty za niecne zakłócenie sjesty. Niestety plan nie zaowocował, bo mucha opuściła dom tą samą drogą, którą przyleciała, odprowadzona rozczarowanym wzrokiem Lusławy, która po jej odlocie wykonała kilka terapeutycznych okrążeń sprintem wokół pokoju, zakończonych efektownym wyskokiem i triumfalnym uwaleniem się na kanapie, w celu dalszej relaksacji.

Wspominałem już, że Luśka mała jest i musi uważać, gdyż świat dybie na jej bezpieczeństwo, dlatego czujna jest. Rzekłbym nawet, że przeczulona. Śliczny, malutki (niemal o połowę mniejszy od niej), bardzo towarzyski ratlerek, który przybiegłszy do niej w celach towarzyskich próbował obwąchać jej trzecie (wsteczne) oko, jak to mają w zwyczaju pieski, przeraził ją tak, że w pół sekundy przebiegła dystans dzielący ją ode mnie i trzęsąc się jak osika schowała się za moje nogi. Kajtek – tak się wabił ów piesek – nie zrezygnował i przytruchtał za nią, na co zareagowała awanturą taką, jakby już w połowie ją pożarł i to bez jej zgody. „Wstydziłabyś się Luśka tak histeryzować!” – wjechałem jej na ambit biorąc ją na ręce, żeby zakończyć ten sensacyjny happening. Bynajmniej nie zawstydzona Lusława uniesiona nad ziemię przestała osikować i nie spuszczając podejrzliwego oka z Kajtka, obwarczała go prewencyjnie, żeby se nie myślał!  Interpsie relacje Lusławy bywają burzliwe…
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger