Mój dentysta, z którego usług korzystam już od ponad 10 lat, ma same zalety (fachowość, a do tego jeszcze prezencję) i tylko jedną wadę. A w zasadzie dwie: jest heterykiem i ma gabinet w ścisłym centrum miasta, gdzie cholernie ciężko zaparkować. Trzeba krążyć czasem nawet pół godziny po okolicy, żeby znaleźć wolne miejsce. Pomyślałem sobie, że może poszukam jakiegoś innego stomatologa bliżej, a najlepiej na osiedlu, na którym mieszkam. Zapytałem wujka Google na tę okoliczność i wskazał mi dentystkę przyjmującą dosłownie siedem minut spacerkiem od mojego domu. Zadzwoniłem pod numer, który wujek G. mi podał i umówiłem się z panią na zapoznawczą wizytę. Tak czy siak, do dentysty udać się musiałem, bo jeden z moich zębów zaczął reagować na temperaturę, co niechybnie zwiastowało jakiś z nim problem. W umówionym terminie przyszedłem do gabinetu, który okazał się być bardzo ładnie urządzony i wyposażony. Pani doktór – malutka i krąglutka, po 50 - zajrzała w moją paszczę i stwierdziła, że plomba zaczęła przeciekać, dlatego ząb reaguje. Nie boję się dentysty i nie znieczulam się do zwykłego borowania, zatem na pytanie pani doktór o znieczulenie, odpowiedziałem, że nie potrzebuję. Błąd, jak się później okazało, bo pani doktór tę moją odpowiedź wzięła sobie do serca aż za bardzo. Rozwierciła starą plombę, obejrzała zęba w środku i mruknęła - bardziej chyba do siebie niż do mnie - że miękki. Wzięła w tłuściutką łapkę wiertło, którego nie znoszę (wolnoobrotowe) i zanim zdążyłem zaprotestować, przygwoździła mnie nim do fotela tak, że w minutę - bo mniej więcej tyle to trwało - zwiedziłem odległą galaktykę. Narobiłem takiego jęku, że prawdopodobnie wypłoszyłem czekających w poczekalni pacjentów i ją samą chyba też, bo się poddała. Włożyła w zęba jakieś lekarstwo, zaklajstrowała go fleczerem, wypisała skierowanie na prześwietlenie i dopiero wtedy poinformowała mnie, że otworzyła kanały i zatruła zęba. Gdyby mnie o tym uprzedziła, poprosiłbym o znieczulenie. Pomarudziła trochę, że nie wie, czy podejmie się leczenia kanałowego tego zęba, kazała mi jednak przyjść za dwa tygodnie ze zdjęciem rtg i wtedy zdecyduje. Podziękowałem i wyszedłem myśląc: „O nie kochana, z całą pewnością więcej się nie spotkamy.”. Wróciłem do domu z bolącym zębem, łyknąłem dwa Ibupromy, złapałem za telefon i zadzwoniłem do mojego dentysty umówić się na wizytę. Najbliższy wolny termin miał za tydzień. Dotrwałem jakoś na Ibupromie. Muszę wyznać, że nie przyznałem mu się do zdradzenia go z konkurencją w naszym mieście, ale skłamałem, że zdrada nastąpiła w moim górskim raju. Otworzył tego zęba, pooglądał go, zrobił rtg, które również uważnie obejrzał i stwierdził, że pani doktór udało się otworzyć dwa kanały, natomiast trzeci pozostał nieruszony. Zapytał, czy naprawdę zrobiła to bez znieczulenia. Potwierdziłem. „Twardziel z pana, skoro nie uciekł jej pan z fotela” – powiedział. Zęba znieczulił i zrobił co trzeba. Spędziłem na fotelu ponad godzinę, bo tyle trwało udrożnienie kanałów i ich zabezpieczenie pod wypełnienie, miałem więc czas na refleksję. Taką mianowicie, że zdrada to ryzyko, które może się zemścić, dlatego należy uważnie przyjrzeć się, z kim chce się owej zdrady dokonać i skrupulatnie rozważyć, czy to się opłaci. Można się bowiem naciąć. Jak ja. Warto też pamiętać, że zdradzany ma nad ewentualnymi rywalami tę przewagę, że wie, jak nie lubimy się bawić, co nie tylko w wypadku stomatologa ma znaczenie. Mój na przykład wie, że jeśli o mnie chodzi, to może zabawiać się tym gwiżdżącym pneumatycznym wiertłem do woli, natomiast wolnoobrotowym wcale, a jeśli już to tylko do polerowania plomby, a i to niechętnie.