Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zasłyszane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zasłyszane. Pokaż wszystkie posty

07 czerwca

Życie w czasach zarazy VII. Totalna inwigilacja.

(…)

- Ty wiesz co, że to chyba prawda, co mówią o tej totalnej inwigilacji?
- No coś ty…
- No mówię ci. Rozmawiałem wczoraj z córką o tym, że na różach mamy mszyce i że trzeba kupić jakiś preparat, żeby się ich pozbyć. Córka otworzyła komputer, a tam wyskoczyły reklamy preparatów na mszyce! Skąd wiedzieli, że mamy mszyce!? No skąd? Musieli słyszeć naszą rozmowę! Już nawet w domu człowiek nie może się czuć bezpiecznie, bo wszędzie te podsłuchy, nawet w komputerach! Strach mówić cokolwiek.
- Co ty powiesz. Ale wiesz, technologia teraz taka, że wszędzie każdego podsłuchiwać mogą. Uważać trzeba.

(…)

09 kwietnia

Noga

(...)

- A jak noga?
- Noga zmarł już dawno temu.
- Ale ja o Twoją nogę pytam...
- A dzięki, dobrze.

(...)

01 maja

Życzenie

„Żeby jego jądra na zawsze pozostały bezczynne, a jej wagina pusta!” – takie oto urocze życzenie znaleziono zapisane na jednej ze ścian w Pompejach. Przyznać muszę, że Ci starożytni Rzymianie  mieli fantazję…

02 grudnia

BHP

Szkolenie BHP. Spęd. Ścisk. Tłok.
- Czekaj, bo muszę się rozkroczyć, żeby przejść - powiedziała przepychając się, jak zawsze w ostatniej chwili, do ostatniego niezajętego miejsca znajdującego się przypadkiem obok mnie. Oparłszy się jedną ręką na moim ramieniu, drugą na oparciu krzesła, do którego zmierzała, spróbowała zrobić wielki krok ponad jego oparciem, utknęła jednak, bo jej noga okazała się za krótka i rozkrok niewystarczający. - Ale ciasno. Wyobrażasz sobie ewakuację w razie pożaru?
- O tak – odpowiedziałem z szelmowskim uśmiechem. - Ja zwieję szybko, ale ty zanim się zkroczysz, spłoniesz pewnie doszczętnie.
Zrezygnowawszy z przekraczania, chichocząc obeszła krzesło i zająwszy swoje miejsce rozparła się wygodnie.

06 czerwca

Moc mediacji

- Jaja ci od tego syfu odpadną! - tym krótkim, a jakże treściwym zdaniem, jedna z kilku narzeczonych mojego sąsiada zrecenzowała porządek i czystość panujące na jego balkonie. Wzruszył tylko ramionami, wciągnął ją do mieszkania, gdzie dalej pogadali sobie w body language. W efekcie owych negocjacji, które słyszało chyba całe osiedle, balkon właśnie się sprząta. Pani w oszołomieniu ponegocjacyjnym go pucuje. To się nazywa siła argumentacji! 

26 października

Weekend

Weekend
W miniony weekend włóczyłem się po Wrocławiu, gdzie rozpieszczany byłem jak jakiś celebryta. Dziękuję H&D. Podróżowałem autokarem firmy, której nazwa może sugerować, że jest przewoźnikiem narodowym. Ma świetną ofertę, bo za naprawdę bardzo małe pieniądze (zwłaszcza w porównaniu z absurdalnie drogimi biletami PKP) można przejechać kawałek Polski. Podróż z Katowic do Wrocławia i z powrotem kosztowała mnie całe 30 zł. Bilet zakupuje się przez Internet i pokazuje kierowcy przy wsiadaniu, a że liniami tymi podróżują często tłumy, proces boardingu (celowa analogia lotnicza) trwa dobrą chwilę. Bohaterskim czynem udało mi się dopchać do miejsca w autobusie, znacząc szlak mojej ku niemu wędrówki obalonym i leżącym pokotem ludem, który ośmielił się stanąć mi na drodze. Przed odjazdem kierowca, jak kapitan w samolocie, powitał podróżnych, powiedział jak długo potrwa podróż i przypomniał o zapięciu pasów bezpieczeństwa, w które wyposażone są wszystkie autokarowe siedzenia. Ready for take off - pomyślałem i wystartowaliśmy w drogę. Po wygodnym umoszczeniu się na fotelu (mało miejsca na nogi, ale dało się wytrzymać te nieco ponad 2 godziny) rozejrzałem się ciekawie po pokładzie. Przede mną zasiadła pani o włosach ufarbowanych na fioletowo, naczapierzonych w misterną konstrukcję, podpartą od tyłu kwiatem z szarego woalu, którego płatki wystając poza jej głowę poruszały się przy każdym jej ruchu, jak macki jakiegoś kosmicznego ukwiału wczepionego w jej potylicę. Jak się później okazało z jej rozmowy telefonicznej z przyjaciółką, której byłem mimowolnym świadkiem, anturaż ów przybrała nie na wesele, jak mogłoby się wydawać, a w odwiedziny do syna. No tak – pomyślałem – Wrocław ponoć zajmuje trzecie miejsce w rankingu najmodniejszych miast do życia, po Warszawie i Krakowie, więc to zobowiązuje. Trzeba wyglądać. Pomyślawszy to, poprawiłem świeżo (rano) wyżelowane (odrobinkę, by poskromić ich naturalną skłonność do rozchełstu) włosy i rzuciwszy okiem na swój własny anturaż, strzepnąłem pyłek z ulubionych granatowych chinosów, który bezczelnie uczepił się ich na wysokości prawego kolana oraz poprawiłem szarą bluzę maskującą nie do końca odzyskaną wiotkość talii. Zadowolony z wyników owej inspekcji rozparłem się w fotelu wygodnie. 
Miejsce za mną zostało zajęte, ale nie oglądałem się, więc nie wiedziałem przez kogo. Obok tej osoby, po drugiej stronie przejścia (czyli po mojej nieco skośnej prawej) zasiadł całkiem przystojny pan, nieco starszy ode mnie, który poddał mnie wnikliwej, acz nienachalnej lustracji. Nie powiem, miło jest być w ten sposób zlustrowanym – to podnosi poczucie własnej atrakcyjności. Mój sąsiad po diagonalu i osoba siedząca za mną podróżowały razem. Mieli chyba coś wspólnego ze sztuką i teatrem, przynajmniej tak wywnioskowałem z ich rozmowy. Pojawiło się w niej sformułowanie sztuka reżyserska, wypowiedziane sarkastycznie. "Jak się obejrzy parę takich, to dwa lata potem na psychoterapię trzeba chodzić" powiedział mocno przepalony głos siedzący za mną, który wydawał się należeć do namiętnej palaczki 60+. Zerknąłem dyskretnie i pani z przepalonym głosem okazała się długowłosym panem 40+. Nie uszedł jego uwagi fakt zlustrowania mnie przez jego sąsiada i chyba partnera, skoro wydał mu komendę "Przesiadamy się!", którą tamten posłusznie wykonał. Dalszej mojej lustracji dokonał długowłosy pan tzw. złym okiem, co jeszcze bardziej połechtało moją próżność...

[Sławomir Nowak przyjął obywatelstwo Ukrainy. Krzyknął mi onet prosto w gałki oczne.  

(Tu nastąpiło powalenie na podłogę w celu wytarzania się w szale dzikiego, nieopanowanego śmiechu do łez i posmarkania się.)

No. 

Mogę pisać dalej.] 

Na moich oczach, pan siedzący po drugiej stronie przejścia, tak filigranowy, że zajmujący sobą półtora siedzenia, pożarł dwie wielkie chałwy. Zrobił to z tak wyuzdaną, pornograficzną wręcz pasją, że nieomal słyszałem ich krzyk uszami duszy. Pomyślałem, że jeśli zje jeszcze parę takich, to do końca podróży rozrośnie się na ową wolną połowę siedzenia. Po dwóch wielkich chałwach przyszła kolej na dwa duże serki topione sautè, które zostały błyskawicznie wessane przez czarną czeluść w twarzy zamykaną wargami. Potem dwie bułki z kiełbasą, której zapach rozszedł się po całym autobusie, popite półlitrową colą, następnie chipsy paprykowe, pół kilo solonych orzeszków, banan i druga półlitrowa cola. Nie pamiętam co było dalej w menu, a musiało być i to dużo, skoro kąt mojego oka rejestrował permanentny ruch jego żuchwy, perfekcyjnie zsynchronizowany z ruchami prawej ręki, co uprawdopodobniało moje śmiałe domniemanie, że nie był to bezproduktywny tik. W połowie podróży pan podjął próbę podniesienia podłokietnika, co w jego wypadku było operacją trudną, zakończoną jednak (częściowym) powodzeniem, bowiem po podniesieniu zrezygnował i podłokietnik opuścił. Dyskretny rzut oka pozwolił wydedukować, że wpił mu się on w fałdę troskliwie wyhodowaną w pasie, dzieląc ją na pół i zakłócając w ten sposób swobodę jej naturalnej chlupotliwości. Aby zająć czymś czas pomiędzy ruchami szczęki i ręki, pan słuchał muzyki przez słuchawki. Jakoś potrafił połączyć to w harmonijną całość z kompulsywnym żerowaniem, chrupaniem i żuciem w kontrapunkcie, co uświadomiło mi, jak mało umiem, bo ja bym nie potrafił. Cieszyłem się, że nie siedzi bezpośrednio przede mną, bo oparcie jego fotela wygięło się nienaturalnie do tyłu, skrzypiąc rozpaczliwie przy każdym jego ruchu i opierając się niemal o rachitycznie wychudzoną pierś długowłosego pana siedzącego za nim. Aż mnie ciarka przeszła na myśl, że mógłby siedzieć obok mnie. Perspektywa rozprasowania na szybie i zgonu na skutek uduszenia wydała mi się niezbyt pociągająca, dlatego, w takim wypadku, pozostałoby mi jedynie siedzenie w przejściu…

-To tu jest ta toaleta? - zapytała bardzo sympatyczna pani przerywając moje rozmyślanie. - Jezu, jak tu wejść?! - dodała po otwarciu drzwi do autobusowego klaustrofobicznego przybytku westchnień. Czym uświadomiła mojemu sąsiadowi po prawej konieczność odwiedzin w owym miejscu. Próba została podjęta zaraz po jej wyjściu. I to z powodzeniem! Oniemiałem z podziwu nad zdolnością takiego zagospodarowania dobrostanu i ułożenia go, by mógł zostać wciśnięty do mikroskopijnej autobusowej toalety. Obawiałem się, że zostanie tam na zawsze, a przynajmniej do czasu rozmontowania połowy autobusu w celu oswobodzenia, jednak pan zdołał się nawet tam obrócić (!), bo wyszedł poprzedzany swoim przodem, czyli normalnie. Nie wiem, jak tego dokonał. Nie mam pojęcia. I nie chcę wiedzieć. „Są rzeczy, o jakich nie śniło się filologom” mawiała Młoda lekarka na rubieży. To była właśnie jedna z nich i niech taką pozostanie. Mistrz to. Mistrz ekwilibrystyki ciałem. 

A Wrocław? Jak to Wrocław- śliczny. Zarówno za dnia jak i w nocy.








25 września

Kąpiółka

Tytułem niezbędnego wstępu:

Bożena Brygida, zwana dalej (przez wszystkich znajomych) Bibi, od pierwszych liter imion, to postać niezwykła. Bardzo inteligentna manipulatorka i emocjonalna szantażystka, dumna z siebie cyniczka, uzdolniona literacko, deklarująca się jako niewierząca-ale-praktykująca polonistka w szkole katolickiej, obsypana nagrodami, bardzo przez młodzież lubiana i autentycznie młodzieży oddana. Wyzwolona feministka, bojowniczka o prawa kobiet, uważająca siebie za owych praw jedyną beneficjentkę, z powodzeniem wznosząca megalomanię do poziomu sztuki. Toksyczna wampirka wysysająca z otaczających ją osób energię i dlatego posiadająca jej nadmiar, zabójczyni zegarków elektronicznych i zaklinaczka drobnego AGD oraz RTV, które w jej obecności samo się włącza (radia i suszarki do włosów, podłączone do gniazdka, ale wyłączone) i wyłącza (komputery, laptopy, tablety i smartfony – cudze, bo jej własne są uodpornione). Wielka entuzjastka każdego przejawu oryginalności i inności, a więc najlepsza psiapsiółka (zwłaszcza w swoim własnym mniemaniu) gejów i lesbijek. Towarzyska i wesoła, małostkowa, zawistna, nielojalna, wyrachowana, mściwa i podstępna. Jednym słowem kobieta-legenda, o której będę opowiadał cudzym wnukom, bo swoich mieć nie będę. Widuję ją rzadko, często za to o niej słyszę, jest bowiem przyjaciółką mojego przyjaciela, tworząc z nim przyciągający się przeciwieństwami, barwny tandem. Przyjaźń ta wieloletnia, pełna wzlotów i upadków, pasożytnicza, niezmiennie jest dla mnie źródłem uciechy, bowiem jako powiernik jednej ze stron, jestem tej burzliwej relacji audytorium.

Jakąś dekadę temu dom rodzinny mojego (i Bibi) przyjaciela został podzielony na dwie części: on objął w posiadanie parter, jego rodzice zaś urządzili swoją rezydencję na poddaszu, robiąc przy tej okazji gruntowny remont. Bibi odwiedzała przyjaciela w ciągu owej dekady wielokrotnie, nigdy jednak nie miała okazji by obejrzeć tamto mieszkanie. Nie dlatego, że nie chciała, bo ochotę miała wielką, tak się jednak jakoś zawsze składało, że kiedy z odwiedzinami wpadała, byli również (u siebie) jego rodzice, a Bibi, jak przystało na kobietę z klasą, nigdy nie dokonuje oględzin cudzego mieszkania niezaproszona przez właścicieli. Co innego pod ich nieobecność. Złożyło się bowiem tego lata, że rodzice przyjaciela wyjechali na zasłużony urlop nad morze i w tym właśnie czasie Bibi zjawiła się z wizytacją. Sam wielokrotnie u niego bywałem, uważnie synchronizując terminy z nieobecnością Bibi (bo choć ją uwielbiam, to jednak reglamentować ją sobie muszę) i wiele razy zdarzyło się, że jego rodzice byli poza domem, nie przyszło mi jednak do głowy, żeby pod ich nieobecność łazić po ich domu, jak Bibi. Wróciwszy z przyjacielem ze wspólnego wyjazdu służbowego i zorientowawszy się, że nie ma właścicieli pałacu na poddaszu, który już od dawna chciała zobaczyć, Bibi ad hoc uknuła plan, by swoją turystyczną ciekawość zaspokoić. W takim improwizowaniu planów ku zaspokojeniu własnych chuci Bibi jest znakomita. Zawsze była. Im bardziej był niecny, tym uknucie go szybsze, a determinacja we wdrożeniu większa. Nie inaczej było i tym razem. Uwaliwszy się teatralnie na kanapie stwierdziła, że musi poleżeć po podróży, bo jeśli nie poleży, to padnie na sromoty, więc jeśli przyjaciel chce, może pójść do (jedynej na parterze) łazienki, by zażyć odświeżającej kąpiółki. Chciał, bo prowadził kilka godzin, na dodatek wysłuchując przy okazji monologu Bibi. A w monologowaniu Bibi jest niezmordowana i znakomita, bo literacko uzdolniona, a i inteligencji też jej nie brakuje. Nic tylko zapisać i wydać, a literacki Nobel gwarantowany. O ile kapituła nie zorientowałaby się w jednym, malutkim, tyciusieńkim defekcie: owych monologów bohaterem lirycznym, dramatycznym, onanistycznym i onirycznym jest zawsze i niezmiennie sama Bibi. Usłyszawszy plusk wody wskazujący na to, że przyjaciel zainstalował się już w kąpieli, rozpoczęła wdrażanie spontanicznie obmyślanej intrygi, rzucając nagle głośno w stronę łazienkowych drzwi, że musi do łazienki i to już, a skoro jego rodziców nie ma i łazienka u nich jest wolna, to ona skorzysta, bo musi. Zabrzmiało to nagląco, więc odkrzyknął „leć!”, nie chcąc, by mu Bibi zapaskudziła salony gwałtowną i nie cierpiącą zwłoki potrzebą natury, jak chciała by domniemywał, fizjologicznej. Bibi porwała się na nogi, w mgnieniu oka wyskoczyła z ciuchów i spowiwszy się w oślepiająco żółty peniuar (w zasadzie to rodzaj krótkiego kimona, ja jednak nazwałem to ochędóstwo peniuarem i zwał je tak będę, bo semantycznie koreluje mi z jej rozbuchaną kobiecością), jak wicher pognała do łazienki piętro wyżej, po drodze zwiedziwszy tam też kuchnię, salon i sypialnię. Dokonawszy lustracji postronnych pomieszczeń z szybkością błyskawicy, dotarła do docelowego – łazienki, w której, jak się okazało, zainstalowana była wielka, narożna wanna z hydromasażem, którą sobie rodzice przyjaciela przy okazji remontu zafundowali, żeby łazienka bogato wyglądała. Jako że jej własna, jak i ta piętro niżej, hydromasażu były pozbawione, Bibi zapragnęła doświadczyć owego dekadenckiego luksusu, a że niechętnie odmawia sobie czegokolwiek, napełniła wannę wodą, zrzuciła swój zupełnie niezwracający uwagi peniuar i rozparła się w kąpieli wygodnie. Aby zintensyfikować relaksację uruchomiła hydromasaż włączając aparaturę, która – czego świadoma nie była - od nowości użyta była jeden jedyny raz przez pana, który ją montował. Wtedy zadziałała, teraz również, choć nie do końca tak, jak Bibi oczekiwała, bo miast relaksacyjnych bąbelków, tudzież innych wodnych atrakcji mających wypieścić obłe jej ciało, z dysz wydobył się złowróżbny bulgot, a po chwili wystrzeliła maź o barwie, konsystencji i zapachu guano, przyozdabiając punktowo łazienkę oraz całą Bibi, bowiem przez około 10 lat trwania w stanie nieużywalności zgromadziło się w tych dyszach mnóstwo materiału w postaci kurzu i zbędnych resztek właścicieli, które z siebie spłukali zażywając w owej wannie pryszniców, nie używając wszakże maszynerii do produkowania bąbelków, z oszczędności czasu, wody oraz prądu. Materiał ten w postaci sypkiej zdawał się bezwonny, zmieniwszy jednak stan skupienia na płynny, nabrał mocy rażenia. Przyozdobiona i uperfumowana nim Bibi rączo wyskoczyła z wanny, przy okazji uzupełniając nową aranżację wnętrza łazienki ornamentem w postaci własnego, autorskiego womitu. Nie dość, że siebie musiała przywrócić do stanu używalności publicznej, to jeszcze musiała zatrzeć ślady swojego rozpasania w cudzej łazience. Zaczęła od siebie. Na szczęście. Bo kiedy przyjaciel zaniepokojony jej przedłużającą się nieobecnością przybył sprawdzić, czy aby kloaka jej nie wessała (przy jej gabarytach to ona mogłaby kloakę!), a złapawszy ją na gorącym, umytą już jednak i zapeniuarowaną (oszczędzony został mu widok Bibi sauté, z którego mógłby się nigdy nie otrząsnąć!), zdołał wydusić z siebie jedynie „sprzątaj, sprzątaj”, zanim padł na kanapę tarzać się ze śmiechu. Bibi sprzątanie zajęło zaledwie jakieś dwie godzinki i jedną butelkę Domestosa. I malować nie było trzeba, bo pragmatyczna i oszczędna właścicielka kazała wykafelkować łazienkę aż po sufit, za co Bibi błogosławiła ją w myślach. Ślady zostały zatarte skutecznie, jeśli nie liczyć ledwo wyczuwalnego, podejrzanej proweniencji odorku, który przez jakiś czas w łazience na poddaszu się unosił, ku zmartwieniu posiadającej wyczulony zmysł węchu właścicielki, a o który posądzona została jakaś nieszczelność infrastruktury sanitarnej. Szczęśliwie jednak po kilku dniach smrodek ten zniknął równie tajemniczo, jak się pojawił i właścicielka nie dowiedziała się dotąd, że pochodził z dysz jej własnej,  zdeflorowanej przez Bibi wanny… 

23 sierpnia

Zasłyszane (2)

Miejsce akcji: tramwaj. Na jednym z przystanków wsiada do niego pan w podeszłym wieku, zobaczywszy jadącego tym tramwajem znajomego, równie jak on wiekowego, przemieszczając się w jego kierunku woła zaaferowany:

- Ty wiesz, że w naszym bloku mieszka murzyn?!
- No coś ty!
- Ja go nie widziałem, ale moja go widziała.

kurtyna

20 sierpnia

Zasłyszane

Miejsce akcji: Biedronka. W koszach wystawiony towar w postaci zeszytów szkolnych, kredek, bloków rysunkowych i innych pierdół. Małżeństwo sześćdziesięciolatków ogląda wystawione dobra. Ona przebiera i komentuje, on tylko z rzadka wtrąca coś między wypowiedzi małżonki. W jednym z koszy poduszki jaśki z podobiznami piesków, kotków oraz...

- Popatrz, już nawet w Biedronce Lewandowskiego kupić sobie można i się o niego oprzeć.
- Ja pierdolę.

kurtyna

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger