17 maja

Bibi

Bibi uparcie do niedawna twierdząca, że tylko obłość jest kobieca i seksowna, a szczupłość nieatrakcyjna, niekobieca i aseksualna, Bibi pożerająca codziennie słoiczek Nutelli wielkości bryczki i kanapeczki z plasterkiem sera, który dla osoby o przeciętnej oskomie starczyłby na tydzień, Bibi tak starannie dbająca by kobiecości jej nie ubywało ugięła się była niedawno pod presją lansowanego w mediach kanonu kobiecej atrakcyjności i założywszy sobie plan zmienienia się w powabniejszą wersję Anji Rubik, natychmiast wdrożyła go w czyn, z całą charakterystyczną dla siebie przesadą, bo Bibi już tak ma, że gardzi półśrodkami - jak kocha, to na zabój, jak się śmieje, to jak obłąkana, jak je, to za trzech, jak nie je, to prawie w ogóle. Idąc tym utartym przez siebie szlakiem zamieniła wysokokaloryczną karmę na combo czarnej kawy i papierosów, i schudła bardzo szybko, niemal jak stała, tak, że nadmiar skórki oraz biust pozbawione puchowego podparcia gwałtownie runąwszy plasnęły o podłogę. Bibi pozbierała je, poutykała w bieliznę i zachwycona efektem wdrożyła drugi etap przemiany w atrakcyjniejsze wcielenie Anji Rubik, a mianowicie pozbycie się wszelkich dowodów na to, że jeszcze do niedawna kobiecość jej była rozbuchaną. W praktyce oznaczało to wywalenie wszystkiego z szaf, zapakowanie w wory, wywalenie na śmietnik i zakup nowej, dopasowanej garderoby. Tak sobie pomyślałem ujrzawszy Bibi w nowej odsłonie – a atrakcyjność jak przedtem, tak i teraz się nie pojawiła, bowiem pozostała urody zdecydowanie radiowej - że to nie pierwszy jej flirt z anoreksją i że będzie pewnie jak zwykle bywało, bo to jej sprawne przemieszczanie się pomiędzy dwoma skrajnymi biegunami wagi obserwowałem już wielokrotnie. Po gwałtownej, głodówkowej utracie trzydziestu kilogramów, kilkumiesięcznym desperackim utrzymaniu wagi, powrócą zdrowe żywieniowe nawyki, a za nimi efekt jojo i Bibi odzyska z naddatkiem to, co utraciła i znowu będzie mogła nosić swojego mopsa jak broszkę na piersi. Matka Bibi, kobieta przytomna i znająca córkę, ewakuowała ze śmietnika porzucone przez nią wory z ciuchami i zabezpieczyła je, co świadczy o tym, że ona również ewentualności ponownego przedzierzgnięcia się Bibi w barokowe putto nie wyklucza. Ta myśl dała mi trochę mściwej satysfakcji, bo kiedy skłamałem Bibi, że żyleta i nawet kciuk do góry podniosłem, żeby być bardziej wiarygodnym, ona dziękując omiotła mnie spojrzeniem taksująco-insynuującym…

15 maja

BMI

Obliczyłem sobie wskaźnik BMI i wyszło mi, że jestem za niski...

05 maja

Sesja

Jadąc w góry na długi weekend zajechałem po drodze do ciotki. Wpadłem tylko na moment, ale za to z niesamowitym wyczuciem chwili, w sam środek wielkiego wydarzenia. Nie była to wbrew pozorom jakaś nudna impreza, czy inne party, a coś znacznie bardziej odjechanego. Otóż Gocha zarządziwszy sesję zdjęciową na potrzeby lansu na fb, ubrała swego synka na biało, córeczkę na czerwono, wręczyła im flagę, upozowała, w biegu pocałowała mnie w policzek, rodzicom warknięciem nakazała opuszczenie planu zdjęciowego i bardzo z siebie zadowolona zabrała się za uwiecznianie tego żywego obrazu, który jako żywo mógłby stać się plakatem propagandowym manifestacji pierwszomajowych z okresu słusznie minionego. Rodzice Gochy bezkrytycznie oczarowani jej pomysłem, ze szczerym zachwytem zagrzewali ją do owych działań, ciotka rozemocjonowana współuczestnictwem w tym epokowym i bezprecedensowym wydarzeniu "artystycznym" prawie łkała, za lewą pierś się łapiąc. Cała ta scena była tak absurdalnie idiotyczna, że niestety nie uszanowawszy podniosłości owej chwili, spontanicznie i bezceremonialnie ryknąłem dzikim, nieopanowanym śmiechem do łez. Gocha zupełnie to zignorowała, jak zawsze, kiedy ktoś (lub coś) nie podzielał jej wizji, zdania, czy pomysłu,  aczkolwiek mógłbym przysiąc, że lewa powieka zadrżała jej z oburzenia, jej rodzice zaś popatrzyli na mnie z ledwo skrywaną dezaprobatą, jak na jakiegoś debila, który nie dość, że nie wie, co to dobra zabawa, to jeszcze cierpi na deficyt patriotyzmu oraz brak wyczucia prawdziwej sztuki, czym rozśmieszyli mnie jeszcze bardziej. Mój niestosowny wybuch radości nie zmącił ich zachwytu, bo też nic (i nikt) nie jest w stanie zachwiać kultem jakim otaczają Gochę. Szczerze ucieszyłem się, że jednak do nich zajechałem, bo gdybym tego nie zrobił, ominęłoby mnie tak wiele radości. Przy okazji tej krótkiej, ale jakże owocnej wizyty, dokonałem jeszcze jednej obserwacji: dzieci Gochy, choć obiektami kultu nie są, chowane są na jej kształt i podobieństwo, co czyni je mocno nadekspresyjnymi, że tak to eufemistycznie ujmę. W praktyce oznacza to permanentny wrzask, ryk, pisk i gonitwę – czyli czysty obłęd od otwarcia powiek rankiem, do ich zamknięcia późnym wieczorem.

04 maja

Aplikacja

Po zaaplikowaniu tabletki na odrobaczenie Luśka uciekła z domu, obrażona tym bezceremonialnym pogwałceniem jej nietykalności osobistej i spędziła pół dnia na gigancie. Na balkonie. Wróciła przed chwilą, ciągle jeszcze odrobinę nadąsana, patrząc na mnie podejrzliwie i z wyrzutem...  

01 maja

Herbatka

Pani Zosia hołduje zasadzie, że każda okazja, a nawet jej brak, jest doskonałym pretekstem do napicia się herbaty. Można by ją nawet posądzić o nieświadomy anglofilizm, gdyby nie fakt, że herbatę podaje na sposób zdecydowanie polski, w szklankach ze spodeczkami. Podczas wczorajszej naszej u niej wizyty, pani Zosia podała ukręcone przez siebie ciasto i herbatę. Moja szklanka na rancie miała niezbyt dokładnie zmytą szminkę. Odwróciłem ją dyskretnie. Jednak zauważyła. W trzy sekundy rozstrzygnęła wewnętrzny dylemat, czy doznać zawału i wylewu jednocześnie, czy też porwać się i wymienić szklankę na czystą. Ów proces odmalował się na jej twarzy feerią kilkunastu odcieni czerwieni, począwszy od purpury, przez cynober, na amarancie kończąc. Druga opcja przeważyła, więc zerwała się jak nastolatka, capnęła w locie moją szklankę i pogalopowała z nią do kuchni z szybkością, o jaką już od dawna bym jej nie podejrzewał. Przeszliśmy z tym wypadkiem do porządku dziennego bez słowa, bo też i nie było powodów do ekscytacji czy wzruszeń, jednak krwisty rumieniec, który jeszcze długo kwitł na policzkach pani Zosi świadczył o wzburzeniu owym uszczerbkiem na reputacji gospodyni, jaki poniosła. W swoich własnych oczach. Jakby jeszcze miała nie dość powodów do wzburzeń. Incydent ten jedynie na chwilę wytrącił panią Zosię z równowagi, zakłócając jej emocjonalną opowieść o dolegliwościach ją trapiących. Tak naprawdę pani Zosia, jak na swoją osiemdziesiątkę, trzyma się świetnie i jest w bardzo dobrej formie, bo nic jej nie dolega, prócz tego, co sobie sama wymyśli i wkręci. Aktualnie zdecydowała, że trząść się będzie jak ta osika. Wewnętrznie. Bowiem zewnętrzna powłoka za tą wewnętrzną potrzebą osikowania jednak nie podąża, co nie przeszkadza pani Zosi w snuciu grobowym głosem smętnej opowieści o owych trapiących ją permanentnie telepkach, ilustrowanej przekonywującym i szalenie efektownym demo, w postaci trzepania rękoma…

24 kwietnia

Weird

Gdybyś mnie drogi Czytelniku zapytał, jaka książka sprawiła mi ostatnio prawdziwą frajdę, odpowiedziałbym, że "Opowieść o angielskich czasach" Adama Urbana. Nie jest to jednak, wbrew pozorom, książka historyczna, a podręcznik angielskiej gramatyki, wyjaśniający aspektowe opisywanie czasowości w języku angielskim. Dawno już żaden podręcznik nie sprawił mi tyle przyjemności. I'm weird.

23 kwietnia

Przegląd

Praca wysłała mnie na przegląd do lekarza. Nawet, gdyby mnie nie wysłała, to sam bym się wysłał. Dla zadbanej zdrowotności. I mojego spokoju. 

Wyniki przeglądu: Jak nówka. I to prawie nieśmigana.

10 kwietnia

Message to myself

Message to myself
Śniło mi się, że ktoś zapukał do mych drzwi. Otworzyłem. Powiedział cześć, tak po prostu, wszedł, zamknął za sobą drzwi, odwrócił się i bez słowa mnie uściskał. Owionął mnie jego zapach. To dziwne, jak dobrze wciąż pamiętam jego zapach... 


06 kwietnia

Kuracja

Kuracja

02 kwietnia

Dyngus

Dyngus

30 marca

Share week i Wielkanoc

Share week i Wielkanoc
Kilka lat temu >>Andrzej Tucholski<< zainicjował akcję Share week polegającą na polecaniu przez blogerów blogów, które lubią, cenią i które w jakiś sposób są dla nich ważne. Czytam regularnie kilkadziesiąt blogów i wszystkie lubię, bo są mi bliskie. Część z nich już się nie odzywa, część tylko sporadycznie, większość dość regularnie. Mój top of the top czytanych blogów jest dość stabilny i w przeciągu tych kilku lat mojego blogowania i czytania niewiele się zmienił, bo zawiera blogi, do których jestem szczególnie przywiązany, dziś chciałbym podzielić się trzema z nich, których jak dotąd u siebie nie polecałem (w kolejności alfabetycznej):

1. >>Czarny Pieprz<<  



Za poczucie humoru, dystans do siebie, talenty (nie tylko) literackie, zaraźliwą radość i ogromną empatię, za  to, że czyta się je z wypiekami na twarzy i błyskiem ekscytacji w oczach. 

Nie mogę nie wspomnieć, poza jakimkolwiek rankingiem, o innych moich topowych blogach: >>Lisie<<, >>Mateuszu<< , >>eM<< , >>5000lib<< i >>Marcinie<<, z którymi czuję solidarność i wspólnotę. 

***

Drodzy Czytelnicy miejcie spokojne i dobre Święta!


__________________________
zdjęcie ze strony >>kartki.pl<<

16 marca

Poryw

Poryw
Muszę przyznać, że ta ilustracja życiowej zaradności wspartej porywami intelektu ujęła mnie i rozczuliła... 
 

10 marca

A jednak twardziel

Wydawało mi się, że z latami mięknę, okazało się to jednak nieprawdą. Zepsułem dzisiaj mojemu dentyście dwa wiertła. Pomiędzy pierwszym a drugim poprosiłem o moment przerwy „ze względów przeżyciowych”, jak to intrygująco ująłem. Zdziwił się nieco, powiedział „ok” i patrzył zaciekawiony, co to się będzie działo. A zadziało się, bo musiałem użyć chusteczki higienicznej, a że połowę górnej wargi miałem zdrętwiałą od znieczulenia, zafurkotała bezwładnie pod ciśnieniem wydmuchiwanego powietrza, jak chorągiew na wietrze. To był dokładnie ten odgłos. „Zrobił to pan bardzo profesjonalnie” powiedział doktor i obaj parsknęliśmy śmiechem…

06 marca

Usiłowanie

- Ty chadro mojego zdrowia!- powiedziałem wymierzywszy oskarżycielsko paluch w stronę winowajcy, przez którego spędziłem przymusowo 2 tygodnie na zwolnieniu lekarskim. - Trzymaj te swoje zakażone, zmutowane i jadowite parchy z dala ode mnie! Najlepiej w ogóle nie oddychaj w tym samym pomieszczeniu, w którym przebywam i nie patrz nawet w moją stronę, bo cholera cię wie, czy nie potrafisz tych wirusów rozsiewać wzrokowo. Generalnie trzymaj się na odległość smrodu skunksa! Jesteś jak laboratorium broni biologicznej! Chrząkniesz, nosem pociągniesz, po tyłku się podrapiesz i tyle tej twojej choroby, ale to, co zmutujesz i  przekazujesz dalej, to normalnie jakaś broń biologiczna podpadająca pod Konwencję Genewską i paragraf o usiłowaniu mordu przez zarażenie. Prześwietlić cię powinni, żeby sprawdzić, czy nie masz w sobie obcych, bo może siedzą tam gdzieś w środku i gmerają w genach mikrobów, chichocząc przy tym złośliwie. Śmiej się, śmiej. Będziesz się śmiał, jak się jakieś Taliby o tym zwiedzą, capną cię i zrobią inkubator do produkcji broni biologicznej. W sumie tanio by ich wyszło, tylko wyżywienie, napojenie i opierunek, a ludzie twojej - omiotłem go wzrokiem z góry na dół i z powrotem – mizernej fizycznej konstrukcji dużo nie jedzą. Jak następnym razem, zamiast pójść na zwolnienie lekarskie, będziesz przychodził do roboty i siał te twoje wściekłe gonokoki kładąc pokotem sześć osób, jak ostatnio, sam na ciebie doniosę, niech cię zabiorą wraz z tymi twoimi mutogennymi zdolnościami…
- Weź go zelżyj porządnie – włączył się Kamil wykorzystując chwilę, kiedy brałem oddech.  – Porządnie, a nie jakieś ciuciuruciu.
- Ten nos! TEN nos – podjąłem wskazując teatralnie na swój nos – musiał być smarowany kremem Nivea, bo tak piekł! KREMEM NIVEA! – podkreśliłem powoli i dobitnie. - I to grubą warstwą! Wiesz jak wyglądał?! Jak nos klauna z białymi akcentami! I nigdy jeszcze nie wytworzył takiej ilości fetyszy z chusteczek higienicznych! Nigdy! Wory całe!
- Czego? – zapytał winowajca chichocząc. – Czego?? 
- Weź mu jeszcze przywal! – podjudził Kamil, który sam dopiero co podniósł się z tej samej zarazy, która mnie powaliła. - No co? Należy mu się za to, że tak nas sponiewierał.
- Chętnie, ale siły nie mam, bo tak mnie wykończył. Zresztą lepiej nie, bo znowu jakaś franca mogłaby na mnie z niego przeleźć. Ma ich pewnie gotowy cały zestaw. Robi te swoje niewinne oczy, jak kot ze Shreka, a w środku montuje się właśnie jakieś nowe, zjadliwe ścierwo. Ja się go nie dotknę! Jak chcesz Kamil, to ty mu przywal. Może z liścia byłoby bezpieczniej? 
- Na pewno przyjemniej – odparł Kamil rozmarzonym głosem. – Ale, żeby bezpieczniej to wątpię.
- Obawiam się, że możesz mieć rację. Nie tykajmy się go zatem. Karma, jak sam mawia, to wredna suka, więc jest nadzieja, że sam na siebie bicz ukręci, a raczej mikroba, który go tak sponiewiera, jak ten nas.  I jeszcze mi się prawe ucho zatkało – zajęczałem. – Kurrrwaaaa.

17 lutego

Muzyczny orgazm

Muzyczny orgazm

Ryszard Strauss - Kawaler srebrnej róży - Finał

15 lutego

Efekt domina

Zrodziła się dziś we mnie refleksja, że eksowie mają osobliwą właściwość chadzania stadami. Nie w jednym czasie na szczęście. Mam wrażenie, że spotkanie jednego uruchamia efekt domina owocujący wlezieniem na innego. W ubiegłym tygodniu spotkałem się z moim exem, który przybył w odwiedziny do rodziców aż z dalekich Stanów. Pojawia się w ojczyźnie regularnie co dwa lata. W tym roku złapał mnie na fejsie i zaproponował spotkanie. Zgodziłem się pomny dawnych czasów. Spotkaliśmy się tydzień temu, pogadaliśmy. Było miło, choć spotkania z eksami mają w sobie coś z lekkiej perwersji. Potwierdził mi to dzisiejszy poranek. Wlazłem bowiem na innego mojego eksa. Był równie zaskoczony jak ja. Przyszedł robić audyt w mojej firmie. Wypiliśmy kawę, pogadaliśmy. Było miło. Aż boję się jutro iść do roboty, żeby nie wpaść na jeszcze innego…

14 lutego

Bliscy i oddaleni

Bo widzisz tu są tacy którzy się kochają
i muszą się spotkać aby się ominąć
bliscy i oddaleni jakby stali w lustrze
piszą do siebie listy gorące i zimne
rozchodzą się jak w śmiechu porzucone kwiaty
by nie wiedzieć do końca czemu tak się stało

są inni co się nawet po ciemku odnajdą
lecz przejdą obok siebie bo nie śmią się spotkać
tak czyści i spokojni jakby śnieg się zaczął
byliby doskonali lecz wad im zabrakło

bliscy boją się być blisko żeby nie być dalej
niektórzy umierają-to znaczy już wiedzą
miłości się nie szuka jest albo jej nie ma
nikt z nas nie jest samotny tylko przez przypadek
są i tacy co się na zawsze kochają
i dopiero dlatego nie mogą być razem
jak bażanty co nigdy nie chodzą parami

można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie
nasze drogi pocięte schodzą się spowrotem.

ks. Jan Twardowski

07 lutego

Prasówka

Michał pojedzie na turnus rehabilitacyjny. Dwie wspaniałe, świetliste Osoby sprawiły, że udało się uzbierać niezbędną kwotę: >>Monika<< i >>Małgosia<<. Chwała im za to!   

***

Spędziłem ostatni weekend w górach zasypanych śniegiem. Było pięknie, śnieżnie, mroźno i radośnie. Luśka była przeszczęśliwa – powitała mnie bardzo efektownie piskami, skomleniem, szczekaniem i cyrkowymi niemal akrobacjami. Mam ogromną zaletę, szalenie dla niej wartościową - to ja dzierżę kierownicę i transportuję ją w góry, jestem więc kluczowym elementem wolności powiewającej w jej uszach. Luśka to prawdziwa piękność. I do tego - wbrew stereotypowi, że urodzie z intelektem nie po drodze - bardzo inteligentna. Jestem przekonany, że w poprzednim wcieleniu była człowiekiem. I to co najmniej z doktoratem. I modelką też mogłaby być. Wykasowałaby z kretesem te wszystkie zasuszone, grzechoczące kośćmi modelki, bo jest po prostu od nich ładniejsza.

***

Nie wszystko się zmienia. U mnie na przykład jedno pozostało niezmienione: moja okołoangielska ambicja. Zaliczyłem tuż przed wyjazdem kolokwium z angielskiego obejmujące materiał z całego semestru na 87%. Najlepiej z całej grupy. Teoretycznie powinienem być zachwycony, ale nie, nie byłem. Moje zadowolenie skutecznie zmąciła moja nadambicja, atakując mnie myślą: dlaczego TYLKO 87%, a nie 100?! Odświeżam angielski w jednej z katowickich uczelni. Pomimo kilkunastoletniej przerwy, ten język wciąż mnie kręci.

***

Aśka-straszny-babol zasnęła dziś w pracy na siedząco. Jej tyłek rozżelował się na krześle, twarz opadła wraz z powiekami, a za tym podążyła też żuchwa. Widząc ją wyprostowaną, z oklapłą bezwładnie dolną wargą, pomyślałem sobie: umarła! No bo przecież niemożliwe, żeby ktoś, kto najgłośniej sprzeciwia się każdej, najmniejszej nawet oznace lenistwa, kto widząc osobę przysypiającą dostaje niemal apopleksji z oburzenia; po prostu niemożliwe, żeby ktoś taki zasnął i to w dodatku tak ostentacyjnie! Kiedy już miałem rzucić się ku niej, by obaliwszy na podłogę zdefibrylować, mlasnęła przez sen i ta oznaka tlącego się w niej życia uspokoiła mnie. Randka Aśki-strasznego-babola z Morfeuszem nie uszła uwagi reszty koleżeństwa - ich mordercze spojrzenia zogniskowały się na jej obwisłej wardze odcinając prawdopodobnie dopływ powietrza, bo obudziła się, łypnęła złym okiem wokół i poprawiwszy się na krześle, jak kura na grzędzie, odstawiła pantomimę mającą przekonać nas, że nie ucięła sobie drzemki, ale zamyśliła twórczo nad pracą.

25 stycznia

(...)

(...)

Mięknę. Drzemiąca we mnie zimna suka już nie taka zimna. Wczoraj okulistka przy okazji badania kontrolnego zapytała ile mam lat. „Nie wygląda pan” – powiedziała otrzymawszy tę informację. Chyba zaczynam się starzeć skoro ludzie zaczynają mi mówić, że wyglądam młodo. W byciu po 40. najbardziej podoba mi się to, że mam wyjechane na wiele spraw, które zaciskały mi zwieracze, kiedy byłem po 20. Polubiłem się i sam się sobie wreszcie podobam, choć gęstość skóry już nie ta i tyłek też już nie tak zajebisty...

23 stycznia

SOS dla Michała

Michał obchodzi dziś 37 urodziny. Dzielnie walczy ze stwardnieniem rozsianym, które pożera jego sprawność w szybkim tempie. Jeszcze dwa lata temu zdrowy, teraz już zmuszony do chodzenia z balkonikiem, bo stwardnienie dobrało się do jego równowagi i koordynacji ruchowej, przy okazji nadgryzając też jego wzrok i pamięć. Aby spowolnić postępy tej strasznej choroby potrzebuje intensywnej rehabilitacji w ośrodku specjalizującym się w rehabilitowaniu cierpiących na SM - Centrum Rehabilitacji dla Osób Chorych na Stwardnienie Rozsiane w Bornem Sulinowie. NFZ refunduje tam zabiegi rehabilitacyjne, jednakże pobyt, wyżywienie i dojazd musi opłacić sam. Koszt turnusu bez rehabilitacji to 3200 zł. Dla niego kwota niebotyczna. Gdybyś chciał Drogi Czytelniku wesprzeć Michała w jego walce, poniżej jest link, który przeniesie Cię na stronę, na której będziesz to mógł uczynić. W zeszłym roku udało się uzbierać te pieniądze, głęboko wierzę, że w tym roku również tak się stanie. Dziękuję.

20 stycznia

Blue Friday

Zaczęło się już o świcie, kiedy budzik wyrwał mnie brutalnie z mojego pięknego snu o niczym. Później było już tylko lepiej. Wstąpiwszy w pracy do sekretariatu po korespondencję nadziałem się na nadszefa.
- Byliśmy umówieni na dzisiaj – powiedział podając mi rękę na powitanie. – Zapraszam.
- Byliśmy? – zdziwiłem się szczerze, bo nie pamiętałem w jakiej sprawie miało być to spotkanie. Improwizowałem, bo spraw służbowych nigdy nie brakuje. Gdzieś z tyłu mojej głowy kołatała się dziwna myśl, że to ja prosiłem o to spotkanie. Kwadrans po opuszczeniu gabinetu nadszefa przypomniałem sobie, po co byliśmy umówieni, więc wróciłem. Nawet nie patrzył na mnie dziwnym wzrokiem, był zbyt zajęty. Cały dzień w pracy spędziłem w jakimś takim roztargnionym rozprzężeniu, wykonując swoje obowiązki automatycznie. Stan ten osiągnął apogeum po pracy, może dlatego, że resztki koncentracji i zborności zużyłem na pokonanie samochodem drogi do domu. Gdzie czekał ciekawy mejl od jednego z blogerów na temat deliberacji, który musiałem przeczytać kilka razy, żeby zrozumieć, a zwykle nie mam problemu z czytaniem ze zrozumieniem. No i odpowiedzieć, co zajęło mi również o wiele więcej czasu niż standardowo. Towarzysząca tym czynnościom refleksja, że oto demencja pożarła resztki mojego intelektu, nie zdołała mnie zgnębić tylko dlatego, że późny wieczór zlitował się nade mną każąc pójść spać…     

***

Blogger zdurniał kompletnie i przeniósł większość komentarzy spod postów do spamu. Pewnie zupełnie bym się w tym nie złapał, gdyby nie chwila mniejszego roztargnienia. Zwróciłem mianowicie uwagę na informację o pojawieniu się nowego komentarza pod postem, którą otrzymałem mejlem. Chcąc na niego odpowiedzieć nawiedziłem swojego bloga i ze zdziwieniem skonstatowałem, że komentarzy żadnych nie ma. WTF pomyślałem i zadumałem się egzystencjalnie, co też zaowocowało, dlatego warto się czasem zadumać. Przypomniałem sobie, że eM coś wspominała u siebie o znikających komentarzach i Mr Aberfeldy, wszedłem więc w spam w ustawieniach i tam je odnalazłem. Chyba serwery źle znoszą zmasowany atak blogerów przenoszących swoje blogi z zamykanego blog.pl.
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger