13 października

Dezyderata

Dezyderata

Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech
i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy.
O ile to możliwe, bez wyrzekania się siebie bądź na dobrej stopie ze wszystkimi.
Wypowiadaj swoją prawdę jasno i spokojnie
i wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych, oni też mają swoją opowieść.
Unikaj głośnych i napastliwych – są udręką ducha.
Porównując się z innymi, możesz stać się próżny lub zgorzkniały,
zawsze bowiem znajdziesz gorszych i lepszych od siebie.
Niech twoje osiągnięcia, zarówno jak i plany, będą dla ciebie źródłem radości.
Wykonuj swą pracę z sercem, jakkolwiek byłaby skromna;
ją jedynie posiadasz w zmiennych kolejach losu.
Bądź ostrożny w interesach, na świecie bowiem pełno oszustwa.
Niech ci to jednak nie zasłoni prawdziwej cnoty.
Wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie jest pełne heroizmu.
Bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia, ani też nie podchodź cynicznie do miłości,
albowiem wobec oschłości i rozczarowań ona jest wieczna jak trawa.
Przyjmij spokojnie, co ci lata doradzają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości.
Rozwijaj siłę ducha, aby mogła cię osłonić w nagłym nieszczęściu.
Nie dręcz się tworami wyobraźni.
Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.
Obok zdrowej dyscypliny bądź dla siebie łagodny.
Jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż drzewa i gwiazdy, masz prawo być tutaj.
I czy to dla ciebie jest jasne czy nie, wszechświat bez wątpienia jest na dobrej drodze.
Tak więc żyj w zgodzie z Bogiem, czymkolwiek On ci się wydaje.
Czymkolwiek się trudnisz i jakiekolwiek są twoje pragnienia,
zachowaj spokój ze swą duszą.
Przy całej swej złudności, znoju i rozwianych marzeniach –
jest to piękny świat.
Bądź pogodny. Dąż do szczęścia.

Dezyderata – Max Ehrmann

09 października

Wylinka

Wylinka
Odkryłem wczoraj głęboko skrywaną, wstydliwą tajemnicę Buki (tej z Muminków): na jesień linieje i zrzuca powłokę. Znalazłem ją ukrytą w lesie. W pierwszej chwili myślałem, że to jej zasuszone truchło i już nigdy więcej zimy nie będzie, ale po bliższych oględzinach okazało się, że to tylko wylinka. Jesień zaczęła się więc nieodwołalnie...


01 października

Szara godzina

Stoję w oknie o szarej godzinie i patrzę na dachy Paryża. On gdzieś tam oddycha, patrzy, rozumie, czuje. Może pracuje właśnie. Może odpoczywa. Czyta, albo ogląda telewizję. Lub w jednej z niezliczonych paryskich knajpek siedzi przy stole i śmiejąc się, z błyszczącymi oczyma, rozmawia ze swymi przyjaciółmi... A może... Może tak jak ja stoi teraz w oknie, błądząc wzrokiem po dachach Katowic...

Stoję w oknie i patrzę na dachy Paryża, choć to nie z jego powodu się smucę. Stoję i patrzę. Bo znowu to nie ja zostałem wybrany…

Dwa miesiące codziennych kilkugodzinnych rozmów przez telefon i niezliczonej ilości smsów. Rozmowy twarzą w twarz. Modre oczy. Oswajanie lisa*, małe kroczki, wspólna droga**. Budzący się z letargu mały płomyk nadziei, że może... Bo bardzo cię lubię i zależy mi na tobie. MYwanie***. Cisza. Po dwóch dniach melodramat. Najlepszy przyjaciel, piękny jak letni poranek, powiedział mu, że go kocha, czym uświadomił mu, że on też go kocha. Wyrzuty sumienia. Zapewnienia, że nie planował tego, nie chciał skrzywdzić, że szanuje, lubi, ceni ogromnie i bardzo chciałby, żeby nasza znajomość przetrwała. Starannie maskowane rozczarowanie, poczucie odrzucenia i złość. Uśmiech siłowo utrzymywany na twarzy, zapewnienie, że rozumiem, że życzę szczęścia. Życzliwe pożegnanie. Cisza. Przed chwilą sms o treści Dezyderata - Max Ehrmann. Nie potrafię się na niego gniewać. Rozumiem. Umysłem. Bo emocjami jeszcze nie. Odpisałem, że mam nadzieję, że jest mu tak, jak pragnął, żeby było. Pisząc myślałem: jaka szkoda, że wspólna droga nie będzie nam dana...

Patrzę na znikające w gęstniejącym mroku dachy Paryża nie bez powodu...****
_____________________
* Mały książę
** jego autorskie
*** pojedziemy, zrobimy, etc., my
**** Dezyderata ma poczesne miejsce w życiowym kanonie Szarookiego

20 sierpnia

Freedom

Freedom
Kłębek rozwinął się i wnętrze zamerdało ogonkiem. Nie będziemy się więcej smucić z jego powodu - szepnąłem głaszcząc je po mięciutkim futerku. Polizało mnie radośnie po dłoni. 

Panowie miejcie się na baczności. Wracam.


19 sierpnia

Letarg

Letarg
Moje wnętrze zwinęło się w kłębek i zapadło w letarg zaraz po tym, jak moje oczy zobaczyły go przypadkiem na fejsie w towarzystwie przyjaciół w naszej ulubionej katowickiej knajpce oblewającego swój doktorat...


18 sierpnia

Aretha

Aretha
Kolejna Legenda odeszła. R.I.P.


03 sierpnia

Szybka lista pourlopowa

  1. Urlop minął spokojnie, czyli tak, jak lubię. Choć pogoda nie dopisała i nie połaziłem po górach tak, jak chciałem, to i tak plan urlopowy udało mi się zrealizować, bo pracując z tłumem ludzi, na urlopie szukam przede wszystkim spokoju i ciszy, a to w moim górskim grajdole nie trudno znaleźć.
  2. Zepsuł się mój budzik, który miałem ponad 20 lat. Taki zwykły, plastikowy, czerwony, na baterię paluszka. Budził mnie na maturę, potem na studiach, bo przywiozłem go z sobą do Katowic. To głupie, ale wyrzucenie go sprawiło mi lekką przykrość.
  3. Mój ząb miewa się bardzo dobrze. To znaczy jest martwy, ale zmumifikowany i co najważniejsze kanały jadowe są drożne. Szczęście, że pognałem do dentysty nie zwlekając, bo przecież mogłem zatruć się swoim własnym jadem. Pod koniec sierpnia jestem umówiony z moim dentystą w Katowicach i będziemy działać dalej.
  4. Tak sobie marzę, żeby kiedyś na starość zostać jednym z tych dwóch starszych panów zasiadających w loży w Muppet Show i komentujących rzeczywistość. Myślę, że predyspozycję posiadam. Jeśli z wiekiem się rozwinie, kariera ta może być dla mnie jak najbardziej osiągalna.

19 lipca

Lista urlopowa

  1. Mam urlop. Odpoczywam, trochę wędruję - o ile pogoda pozwala, a pozwala rzadko – oddając się dekadenckiemu, rozkosznemu nicnierobieniu i relaksacji, od tygodnia wzbogaconej również wysoce odprężającym codziennym polegiwaniem na fotelu dentystycznym, bo…
  2. … nie sądziłem, że to możliwe, ale moja zdrowiutka, absolutnie niezbędna, nie tylko ze względów wizerunkowych, prawa górna trójka, wzięła się i obumarła. Ku mojemu zaskoczeniu i zmartwieniu kopnęła w kalendarz definitywnie i na amen. I żeby jeszcze przy tym schodzeniu zakłuła, zabolała, albo choćby zaswędziała, ale nic – odstawiła kitę po cichutku i bezobjawowo. Dopiero jak sobie była zeszła, moja głowa poinformowała mnie o tym fakcie bólem rozsadzającym połowę czaszki i efektowną opuchlizną, dzięki której wyglądałem, jakby mi ktoś obił połowę mego nadobnego pysia. Natychmiast wdrożyłem akcję ratunkową z pomocą miejscowego dentysty i tak sobie codziennie u niego poleguję na fotelu, udostępniając mu kanały zębowe do płukankowych zabaw. Może to ratujące zęba ostrzykiwanie, jakimś tajemnym skutkiem ubocznym wygładzi przy okazji moje zmarszczki? Kiedy podzieliłem się z panem doktorem tą nadzieją powiedział, że na pewno. Tyle, że tylko na podniebieniu. Cóż... Dobre i to.  
  3. Szarooki obronił w ubiegłym tygodniu pracę doktorską. Widziałem fotorelację z tej imprezy. Wygląda zajebiaszczo. Dogonił mnie w ilości siwych włosów na głowie i wagowo również. Staliśmy się do siebie bardzo podobni. Odgoniłem przykrą myśl, że on się rozwija, a ja stoję w miejscu i szczerze ucieszyłem się jego sukcesem.

20 czerwca

Detoks

Detoks
(...)

Włączając telewizor, żeby zobaczyć, co się w świecie dzieje, nie przeczuwałem, że zostanę sponiewierany przez polskiego Elvisa dziełem następującym:


Stupor, którego doznałem sprawił, że straciłem władzę w rękach i zmuszony byłem do wysłuchania tego arcydzieła do końca. Dobrych kilkanaście minut upłynęło zanim zdołałem się otrząsnąć na tyle, by wyłączyć telewizor. Natychmiast też włączyłem Bacha w celu detoksykacji, by usunąć ze świadomości ewentualne toksyczne pozostałości po kontakcie. Podobno nasi przerąbali z Senegalem - może słyszeli?  

19 czerwca

Cichosza

Cichosza

01 czerwca

Wesoły autobus

Kilka dni temu odbyłem podróż służbową autobusem. Miejsca za mną zajęła dość hałaśliwa grupka, która zadbała o to, by podróż nie była zbyt monotonna. Na szczęście nie trwała długo, bo jedyne półtorej godziny. Zdarzenie to przypomniało mi kilkugodzinną jazdę autobusem w czasach studenckich, z czteroosobową grupą autochtonów za plecami. Tej podróży nie zapomnę, bo zaczęła się od wysokiego c, a potem to już było tylko gorzej: rozmowy podniesionymi głosami, przekrzykiwanie, głośne wybuchy śmiechu. Ponad trzy godziny permanentnego hałasu. Miazga. W połowie podróży puste miejsce obok mnie zajęła pani, która na moje narzekanie, że za moment oszaleję od tego hałasu, odpowiedziała spokojnie, że jej się to bardzo podoba, bo przypomina jej wycieczki pracownicze i nawet ma propozycję, żeby zaintonować jakieś piosenki i zaśpiewać. Grupka autochtonów chętnie podjęłaby działania wokalne i już, już mieli to zrobić, ale jedna z pań siedzących nieopodal nie zdzierżyła i powiedziała, że "szlag ją nagły trafi, jak śpiewać zaczną!". Na takie dictum obniżyli werbalne decybele o połowę, a śpiewów w ogóle zaniechali. Zarówna owa grupka, jak i pani siedząca obok mnie wcale nie ukrywali swojej dezaprobaty dla mojego braku zrozumienia dobrej zabawy, a na panią, która ośmieliła się im zwrócić uwagę patrzyli z nieskrywaną wrogością.

31 maja

Pożegnanie z Afryką

Elka. Niegdyś moja bliska przyjaciółka. Choć była kilka lat ode mnie starsza, bardzo dobrze się rozumieliśmy. Tak się złożyło, że w tym samym czasie, kiedy ja wyjechałem do Katowic na studia, Elka, po tym, jak jej małżeństwo się rozpadło, wyemigrowała do UK. Nasza przyjaźń siłą rzeczy rozluźniała się, aż w zasadzie zanikła. W międzyczasie Elka w UK poznała kogoś, z kim była kilka lat. Ten związek również się rozpadł. Choć zawsze kręciło się wokół niej mnóstwo mężczyzn, bo śliczna, Elka rozczarowana dwoma nieudanymi związkami przez jakiś czas była sama, jednak 5 lat temu, zupełnie przypadkiem, poznała kogoś. Zakochali się w sobie jak para nastolatków. Byli razem trzy lata – szczęśliwi, zakochani. Któregoś niedzielnego poranka zbudziła się z poczuciem, że coś jest nie tak. Wzbierający nieokreślony strach sprawił, że odruchowo przytuliła się do niego i wtedy świadomość poraziła ją jak błyskawica: był bezwładny i nie czuła ani nie słyszała jego oddechu. Zerwała się i próbowała go zbudzić – nie reagował. Wezwała pogotowie. Lekarz stwierdził zgon. Autopsja wykazała, że zmarł we śnie z powodu pęknięcia tętniaka aorty. Elka pogrążyła się w rozpaczy. Teraz już jest lepiej, choć wciąż robi sobie wyrzuty za jakiekolwiek objawy swojej radości. Bardzo jej współczuję. Pamiętam nasze niekończące się rozmowy o życiu, o nadziejach i marzeniach. Pragnęła miłości jak w „Pożegnaniu z Afryką” i to jej marzenie spełniło się. Spotkałem przypadkiem jej siostrę, która opowiedziała mi tę smutną historię… 

17 maja

Bibi

Bibi uparcie do niedawna twierdząca, że tylko obłość jest kobieca i seksowna, a szczupłość nieatrakcyjna, niekobieca i aseksualna, Bibi pożerająca codziennie słoiczek Nutelli wielkości bryczki i kanapeczki z plasterkiem sera, który dla osoby o przeciętnej oskomie starczyłby na tydzień, Bibi tak starannie dbająca by kobiecości jej nie ubywało ugięła się była niedawno pod presją lansowanego w mediach kanonu kobiecej atrakcyjności i założywszy sobie plan zmienienia się w powabniejszą wersję Anji Rubik, natychmiast wdrożyła go w czyn, z całą charakterystyczną dla siebie przesadą, bo Bibi już tak ma, że gardzi półśrodkami - jak kocha, to na zabój, jak się śmieje, to jak obłąkana, jak je, to za trzech, jak nie je, to prawie w ogóle. Idąc tym utartym przez siebie szlakiem zamieniła wysokokaloryczną karmę na combo czarnej kawy i papierosów, i schudła bardzo szybko, niemal jak stała, tak, że nadmiar skórki oraz biust pozbawione puchowego podparcia gwałtownie runąwszy plasnęły o podłogę. Bibi pozbierała je, poutykała w bieliznę i zachwycona efektem wdrożyła drugi etap przemiany w atrakcyjniejsze wcielenie Anji Rubik, a mianowicie pozbycie się wszelkich dowodów na to, że jeszcze do niedawna kobiecość jej była rozbuchaną. W praktyce oznaczało to wywalenie wszystkiego z szaf, zapakowanie w wory, wywalenie na śmietnik i zakup nowej, dopasowanej garderoby. Tak sobie pomyślałem ujrzawszy Bibi w nowej odsłonie – a atrakcyjność jak przedtem, tak i teraz się nie pojawiła, bowiem pozostała urody zdecydowanie radiowej - że to nie pierwszy jej flirt z anoreksją i że będzie pewnie jak zwykle bywało, bo to jej sprawne przemieszczanie się pomiędzy dwoma skrajnymi biegunami wagi obserwowałem już wielokrotnie. Po gwałtownej, głodówkowej utracie trzydziestu kilogramów, kilkumiesięcznym desperackim utrzymaniu wagi, powrócą zdrowe żywieniowe nawyki, a za nimi efekt jojo i Bibi odzyska z naddatkiem to, co utraciła i znowu będzie mogła nosić swojego mopsa jak broszkę na piersi. Matka Bibi, kobieta przytomna i znająca córkę, ewakuowała ze śmietnika porzucone przez nią wory z ciuchami i zabezpieczyła je, co świadczy o tym, że ona również ewentualności ponownego przedzierzgnięcia się Bibi w barokowe putto nie wyklucza. Ta myśl dała mi trochę mściwej satysfakcji, bo kiedy skłamałem Bibi, że żyleta i nawet kciuk do góry podniosłem, żeby być bardziej wiarygodnym, ona dziękując omiotła mnie spojrzeniem taksująco-insynuującym…

15 maja

BMI

Obliczyłem sobie wskaźnik BMI i wyszło mi, że jestem za niski...

05 maja

Sesja

Jadąc w góry na długi weekend zajechałem po drodze do ciotki. Wpadłem tylko na moment, ale za to z niesamowitym wyczuciem chwili, w sam środek wielkiego wydarzenia. Nie była to wbrew pozorom jakaś nudna impreza, czy inne party, a coś znacznie bardziej odjechanego. Otóż Gocha zarządziwszy sesję zdjęciową na potrzeby lansu na fb, ubrała swego synka na biało, córeczkę na czerwono, wręczyła im flagę, upozowała, w biegu pocałowała mnie w policzek, rodzicom warknięciem nakazała opuszczenie planu zdjęciowego i bardzo z siebie zadowolona zabrała się za uwiecznianie tego żywego obrazu, który jako żywo mógłby stać się plakatem propagandowym manifestacji pierwszomajowych z okresu słusznie minionego. Rodzice Gochy bezkrytycznie oczarowani jej pomysłem, ze szczerym zachwytem zagrzewali ją do owych działań, ciotka rozemocjonowana współuczestnictwem w tym epokowym i bezprecedensowym wydarzeniu "artystycznym" prawie łkała, za lewą pierś się łapiąc. Cała ta scena była tak absurdalnie idiotyczna, że niestety nie uszanowawszy podniosłości owej chwili, spontanicznie i bezceremonialnie ryknąłem dzikim, nieopanowanym śmiechem do łez. Gocha zupełnie to zignorowała, jak zawsze, kiedy ktoś (lub coś) nie podzielał jej wizji, zdania, czy pomysłu,  aczkolwiek mógłbym przysiąc, że lewa powieka zadrżała jej z oburzenia, jej rodzice zaś popatrzyli na mnie z ledwo skrywaną dezaprobatą, jak na jakiegoś debila, który nie dość, że nie wie, co to dobra zabawa, to jeszcze cierpi na deficyt patriotyzmu oraz brak wyczucia prawdziwej sztuki, czym rozśmieszyli mnie jeszcze bardziej. Mój niestosowny wybuch radości nie zmącił ich zachwytu, bo też nic (i nikt) nie jest w stanie zachwiać kultem jakim otaczają Gochę. Szczerze ucieszyłem się, że jednak do nich zajechałem, bo gdybym tego nie zrobił, ominęłoby mnie tak wiele radości. Przy okazji tej krótkiej, ale jakże owocnej wizyty, dokonałem jeszcze jednej obserwacji: dzieci Gochy, choć obiektami kultu nie są, chowane są na jej kształt i podobieństwo, co czyni je mocno nadekspresyjnymi, że tak to eufemistycznie ujmę. W praktyce oznacza to permanentny wrzask, ryk, pisk i gonitwę – czyli czysty obłęd od otwarcia powiek rankiem, do ich zamknięcia późnym wieczorem.

04 maja

Aplikacja

Po zaaplikowaniu tabletki na odrobaczenie Luśka uciekła z domu, obrażona tym bezceremonialnym pogwałceniem jej nietykalności osobistej i spędziła pół dnia na gigancie. Na balkonie. Wróciła przed chwilą, ciągle jeszcze odrobinę nadąsana, patrząc na mnie podejrzliwie i z wyrzutem...  

01 maja

Herbatka

Pani Zosia hołduje zasadzie, że każda okazja, a nawet jej brak, jest doskonałym pretekstem do napicia się herbaty. Można by ją nawet posądzić o nieświadomy anglofilizm, gdyby nie fakt, że herbatę podaje na sposób zdecydowanie polski, w szklankach ze spodeczkami. Podczas wczorajszej naszej u niej wizyty, pani Zosia podała ukręcone przez siebie ciasto i herbatę. Moja szklanka na rancie miała niezbyt dokładnie zmytą szminkę. Odwróciłem ją dyskretnie. Jednak zauważyła. W trzy sekundy rozstrzygnęła wewnętrzny dylemat, czy doznać zawału i wylewu jednocześnie, czy też porwać się i wymienić szklankę na czystą. Ów proces odmalował się na jej twarzy feerią kilkunastu odcieni czerwieni, począwszy od purpury, przez cynober, na amarancie kończąc. Druga opcja przeważyła, więc zerwała się jak nastolatka, capnęła w locie moją szklankę i pogalopowała z nią do kuchni z szybkością, o jaką już od dawna bym jej nie podejrzewał. Przeszliśmy z tym wypadkiem do porządku dziennego bez słowa, bo też i nie było powodów do ekscytacji czy wzruszeń, jednak krwisty rumieniec, który jeszcze długo kwitł na policzkach pani Zosi świadczył o wzburzeniu owym uszczerbkiem na reputacji gospodyni, jaki poniosła. W swoich własnych oczach. Jakby jeszcze miała nie dość powodów do wzburzeń. Incydent ten jedynie na chwilę wytrącił panią Zosię z równowagi, zakłócając jej emocjonalną opowieść o dolegliwościach ją trapiących. Tak naprawdę pani Zosia, jak na swoją osiemdziesiątkę, trzyma się świetnie i jest w bardzo dobrej formie, bo nic jej nie dolega, prócz tego, co sobie sama wymyśli i wkręci. Aktualnie zdecydowała, że trząść się będzie jak ta osika. Wewnętrznie. Bowiem zewnętrzna powłoka za tą wewnętrzną potrzebą osikowania jednak nie podąża, co nie przeszkadza pani Zosi w snuciu grobowym głosem smętnej opowieści o owych trapiących ją permanentnie telepkach, ilustrowanej przekonywującym i szalenie efektownym demo, w postaci trzepania rękoma…

24 kwietnia

Weird

Gdybyś mnie drogi Czytelniku zapytał, jaka książka sprawiła mi ostatnio prawdziwą frajdę, odpowiedziałbym, że "Opowieść o angielskich czasach" Adama Urbana. Nie jest to jednak, wbrew pozorom, książka historyczna, a podręcznik angielskiej gramatyki, wyjaśniający aspektowe opisywanie czasowości w języku angielskim. Dawno już żaden podręcznik nie sprawił mi tyle przyjemności. I'm weird.

23 kwietnia

Przegląd

Praca wysłała mnie na przegląd do lekarza. Nawet, gdyby mnie nie wysłała, to sam bym się wysłał. Dla zadbanej zdrowotności. I mojego spokoju. 

Wyniki przeglądu: Jak nówka. I to prawie nieśmigana.

10 kwietnia

Message to myself

Message to myself
Śniło mi się, że ktoś zapukał do mych drzwi. Otworzyłem. Powiedział cześć, tak po prostu, wszedł, zamknął za sobą drzwi, odwrócił się i bez słowa mnie uściskał. Owionął mnie jego zapach. To dziwne, jak dobrze wciąż pamiętam jego zapach... 


06 kwietnia

Kuracja

Kuracja

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger