27 maja

Sztuka megalomanii

Zadzwoniła dzisiaj przed południem moja Ciotka z wiadomością, że oto wczoraj późnym wieczorem Gocha porodziła drugie dziecię, tym razem, dla odmiany, płci żeńskiej. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby… No właśnie. Pierwsze dziecię (chłopczyka) Gocha zaplanowałaurodzić (za pomocą cesarskiego cięcia) w dzień matki, z drugim musiała więc wycyrklować równie efektownie. A nie było to łatwe, oj nie, bo wybór miała aż za duży: dzień matki wczoraj, swoje urodziny dzisiaj i dzień dziecka w poniedziałek. Wyobrażam sobie jak straszny dylemat miała, jak miotała się po domu w szale decyzyjnym, trzymając się za głowę i załamując ręce. Dzielnie i z oddaniem towarzyszyli jej w tym na pewno rodzice. Przeważyła, jak zawsze, jej megalomania i Gocha kazała się rozwiązać ponownie w dzień matki. Najwidoczniej uznała, że urodziny dziecka kolidowałyby z jej własnymi urodzinami. No bo czyż jest na świecie większa uroczystość? Gocha uważa… Nie to złe określenie, bo Gocha nie uważa – Gocha wie! A więc Gocha wie, że nie. Drugie dziecię Gochy przyszło zatem na świat w dzień matki, tak jak pierwsze. I wszystko fajnie. I w konwencji. Albowiem obie ciąże Gochy zostały rozwiązane ca 3 tygodnie przed wyznaczonymi terminami, żeby uczynić zadość jej fanaberiom, bo wskazań medycznych do przyspieszenia o te 3 tygodnie nie było żadnych ani za pierwszym, ani za tym drugim, wczorajszym razem - tak twierdzi sama Gocha. A skoro Gocha tak twierdzi, to Gocha wie. Cisną mi się pod palce jedyne adekwatne słowa: Ja pier...lę! Sorry. To nie ze wzburzenia, nie. Udzieliło mi się chyba, częściowo, wzruszenie Ciotki, bowiem spłakała mi się do telefonu. Nie tylko z powodu narodzenia wnuczki, ale przede wszystkim z powodu rozczulenia się nad niebywałą wprost mądrością Gochy, która wymyśliła była dla narodzenia swojego dziecięcia po raz drugi datę tak czcigodną! Ciotka uderzyła mniej więcej w taki deseń: „O ho ho, a ha ha, jaki to prezent Gocha na dzień matki znowu dostała! Córcię urodziła. Ło jeju, ło jeju!”. Nie powinno mnie to dziwić i nie dziwi. Znam dobrze te ich klimaty. I Gochę znam. Żyje dziewoja w swoim matriksie. Została tam umieszczona przez rodziców i dzielnie tam trwa, bo czując się absolutną i wszechpotężną carycą, wcale nie chce tego matriksa opuszczać. Jedynie w pracy, uwielbiające ją koleżeństwo, czyni starania (z bezinteresownej podłości!), żeby Gocha łapała kontakt z rzeczywistością. Gocha nie zrzędzi – Gocha wyraża swoje uczucia. Gocha nie poucza – Gocha łagodnie sugeruje. Gocha się nie awanturuje – Gocha jedynie subtelnie przedstawia swoje stanowisko. Gocha nie robi scen  – Gocha zarządza światem. A to, że wszyscy poza Gochą i jej rodzicami postrzegają te wszystkie aktywności zarządcze Gochy jako – sorry za kolokwializm, ale idealnie tu pasuje – wkurwiające, to wynika z niezrozumienia faktu, że Gocha uginając się pod brzemieniem odpowiedzialności za losy ludzkości tak musi, bo inaczej się udusi. Ja sam zauważam ogromny wpływ, jaki Gocha wywiera na otoczenie, z którym się łaskawie styka. Również na mnie. Nawet pisząc o niej, dostrzegam, że słownictwo mi się brutalizuje. I tak mają wszyscy, którzy dostępują zaszczytu obcowania z Gochą. Wcale mnie nie dziwi, że wszyscy starannie ten zaszczyt sobie reglamentują. Ja też. Widzę również, że starsze dziecię Gochy – fajny, radosny dwuletni chłopczyk - jest kształtowane na obraz i podobieństwo Gochy. Dziadkowie pracowicie i z wielkim oddaniem produkują klona swojej córeczki. Dzieciak jest cały czas bombardowany ich nadekspresyjnością - permanentnym gruchaniem babci i wierszykomówstwem dziadka. Nie pozwalają dzieciakowi nawet na chwilę samodzielności i… spokoju. Jest tak przebodźcowany, że gania po domu jakby miał śmigło w tyłku i nie mówi, a jazgocze, bo musi się przebić przez gruchanie babci i wierszyki dziadka. Wydawało mi się, że wierszykomówstwo jest domeną dzieci, okazuje się jednak, że rzeczywistość potrafi przebić nawet najśmielsze wyobrażenia. Gocha, o dziwo, w tym wszystkim zachowuje rozsądek, bo muszę oddać jej sprawiedliwość, że - choć siebie kocha niezmiennie najbardziej i większość swoich macierzyńskich obowiązków dla własnej wygody ceduje na rodziców - jest bez wątpienia kochającą matką…

Z ostatniej chwili:

Podziwiam krzepkość Gochy! Naprawdę! Dwie godziny po cesarce Gocha miała siłę napisać na FB o tym, jakaż to radość spotkała ją w dzień matki ponownie. Tak sobie myślę, z autentycznym podziwem, że siła megalomanii jest jednak ogromna!

No i breaking news:

Gocha chyba wyczaiła, że o niej piszę, bo… zadzwoniła do mnie przed momentem i uszczęśliwiła mnie swoim monologiem. Szczyci się swoją prawdomównością, więc uraczyła mnie dramatyczną i szczerą opowieścią o tym, jak to mało brakowało, a jej plan porodowy by się nie powiódł, bo lekarz chciał przesunąć jej cesarkę na dzisiejszy poranek! Gocha była oburzona, bo przecież nie przywykła do takiego bezceremonialnego obchodzenia się z jej planami! Zwłaszcza, jeśli za te plany zapłaciła wcale niemałe pieniądze, wybierając na rody prywatną klinikę. Jak znam Gochę, to udarła na rodziców twarz i wysłała ich z zadaniem uświadomienia tego lekarzowi. Argument ekonomiczny (płacę więc wymagam!) okazał się skuteczny i plan Gochy został ocalony. Monolog zakończyła stwierdzeniem, że jest szczęśliwa, że wszystko (sic!) przebiegło pomyślnie i mała jest zdrowa, a ona sama czuje się dobrze. Opowiedziała mi to wszystko bez choćby cienia poczucia absurdalności tej sytuacji. Cóż, autorefleksja nigdy nie była jej mocną stroną. Po rozmowie z Gochą narzuciła mi się refleksja, że w ten oto sposób Gocha wzniosła się na szczyty megalomanii, czyniąc z niej rodzaj Sztuki! I to przez duże S. A co!

20 maja

Powierzchnia rzeczywistości

Jeżeli chodzi o przemieszczanie się, to w moim życiu zdecydowanie dominuje samochód. Jednak czasem - bardzo rzadko, bo do sportów ekstremalnych cóś mnie nie ciągnie - dla utrzymania się na powierzchni rzeczywistości przewiozę się tramwajem. Wczoraj był taki właśnie dzień. Pogoda piękna, 26o C. Ciepło. No właśnie… Jazda tramwajem w ciepłe dni to czysta masakra! Zaraz po wejściu do tramwaju powonienie zostaje porażone smrodem tak, że chciałoby się gromko zakrzyknąć: „Ludziska, na litość boską myjta się, bo śmierdzita tak, że oszaleć można!!!”. Fetor, jaki niektórzy za sobą ciągną, mógłby ocucić zemdlonego, po czym go na nowo z nóg zwalić. Flejtuchy! Tego nie da się wytłumaczyć biedą, bo mydło można kupić za niecałe 2 złote. Niestety ciągle jeszcze wielu hołduje zasadzie, że ”częste mycie skraca życie” i niestraszna im etykieta brudasa, która via powonienie sama się brutalnie narzuca. Na samo wspomnienie wczorajszej mojej tramwajowej ekskursji zbiera mi się na mdłości. Makabra!

09 maja

O wizytach w przychodni

Dobrze, że przyjechałem tutaj do Mamy, bo przypadkiem wygrzebałem wynik badania poziomu cukru mojej Mamy sprzed miesiąca, który był niepokojąco wysoki. Mama miała powtórzyć badanie, ale nie zrobiła tego. Odłożyła to w myśl zasady, że dopóki czegoś nie wiadomo, to tego nie ma. Zawiozłem Ją wczoraj do przychodni, żeby powtórzyć badanie, którego wynik okazał się jeszcze gorszy od poprzedniego. Skoro i tak byliśmy w przychodni, zdecydowałem (tak, ja zdecydowałem, bo Mama najchętniej by zwiała), że pokażemy ten wynik jej lekarce rodzinnej. Czekaliśmy na nią prawie dwie godziny. Nie dlatego, że taka była kolejka, bo czekaliśmy tylko my, ale dlatego, że pani doktor miała inne, ważniejsze od pacjentów sprawy. Spotkanie z księgową! W godzinach przyjmowania pacjentów! Siedzieliśmy pod gabinetem i słyszeliśmy ich rozmowę. Po godzinie czekania zapytałem pielęgniarkę w rejestracji, jak długo jeszcze mamy czekać? Odpowiedziała mi, że pani doktor zaraz przyjdzie, bo bierze lekarstwo. Nie wytrzymałem i roześmiałem się w głos. Zapytałem dlaczego nie ma innego lekarza, skoro dyżurująca lekarka jest niedysponowana? Wszak podstawowym wymogiem NFZ dla POZ jest zapewnienie opieki lekarskiej od 8 do 18. Piguła łypnęła na mnie złym okiem i powtórzyła, że pani doktor zaraz przyjdzie. Minęła druga godzina, wkurzyłem się i zapytałem ponownie, gdzie jest lekarz? Musiałem zrobić to takim tonem, że piguła poszła pogonić lekarkę i zniknęła w jej gabinecie na dłuższą chwilę. Lekarka też chyba słyszała, bo… Tu nastąpiła taka ściema, że z trudem powstrzymałem śmiech. Pani doktor kazała pigule owinąć rękę bandażem, za który zatknęła venflon, wysłała księgową na kawę i łaskawie nas przyjęła. W takiej kolejności. Ściema z bandażem i venflonem pierwsza klasa, dla uniknięcia awantury, ale nietrafiona, bo w jej gabinecie nie było stojaka do podwieszenia kroplówki. Nie sądzę, żeby trzymała kroplówkę w ręku nad głową przez 2 godziny, nie przypuszczam też, żeby za stojak do kroplówek robiła księgowa. Poczułem się tym faktem nieco zażenowany, ale zostawiłem to. Lekarka zdiagnozowała u mojej Mamy cukrzycę typu II insulinoniezależną. Postraszyła moją Mamę, że wynik jest tak zły, że kwalifikuje do hospitalizacji, co było nieprawdą. Ciekawe, czy owa pani doktor potrafiłaby poprowadzić cukrzycę? Domniemywam, że nie. Mama zdenerwowała się tak, że ciśnienie wystrzeliło jej na 180, co z kolei zdziwiło panią doktor. Nie zdzierżyłem i powiedziałem jej, że nie powinno jej to dziwić, skoro nastraszyła moją Mamę. Pani doktor, która jest w sumie fajną babką, kazała pigule w rejestracji zapisać moją Mamę na cito do diabetologa w tej przychodni. Na dzisiaj. Wracając do domu, słyszałem, jak Mama powiedziała do siebie: „Jak ja tę cukrzycę przeżyję?”. Wytłumaczyłem, że tak jak nadciśnienie. Dało się je opanować lekami i normalnie funkcjonuje – z cukrzycą będzie tak samo. Nawet jeśli będzie musiała sobie robić zastrzyki z insuliny, poradzi sobie. Po obiedzie wyciągnąłem Mamę w góry, żeby się trochę odstresowała. Przeszliśmy jakieś 12 km, trasą, którą kiedyś wędrowałem z Szarookim. Zatrzymałem się w miejscu, w którym leżeliśmy na trawie i rozmawialiśmy patrząc w niebo. Stanąłem, spojrzałem w dal i tamte uczucia wróciły na chwilę. Były cudowne. Jakby on stał obok i trzymał mnie za rękę… W drodze powrotnej wstąpiliśmy do pani Zosi, która jest w bardzo dobrej formie. To zasługa inhibitora wychwytu zwrotnego serotoniny. Bardzo przejęła się tym, że u mojej Mamy zdiagnozowano cukrzycę. Onegdaj pani Zosia również miała podejrzenie tej choroby. Nawet na tę okoliczność nabyła glukometr i paski, i od roku dzielnie mierzy sobie cukier raz w tygodniu. Hobbystycznie, bo cukrzycy nie ma, a podniesiony cukier okazał się chwilowym wahnięciem. Pani Zosia jednak nie zrezygnowała z przyjemności korzystania z glukometru  i zapisywania wyników pomiarów w kajeciku. Bo przecież może się przydać w przyszłości…
Dzisiaj byliśmy u diabetologa. Przemiła pani doktor spokojnie wytłumaczyła wszystko mojej Mamie. Na szczęście na razie insulina nie jest potrzebna. Odetchnęliśmy, bo chyba właśnie ta wizja autoiniekcji insulinowych stresowała moją Mamę najbardziej. Mnie też. Co prawda dopiero za miesiąc (codzienne pomiary cukru zdecydują) tak naprawdę się okaże, czy tabletki będą wystarczały. Czekając na Mamę, która po wizycie u diabetologa wstąpiła jeszcze wyedukować się u dietetyka, uciąłem sobie pogawędkę z lekarką rodzinną mojej Mamy, która w myśl zasady „pańskie oko konia tuczy” wstąpiła do przychodni rzucić okiem, czy biznes się kręci. Podeszła do mnie i zapytała, co z Mamą. Tłumaczyła się, że musiała postraszyć moją Mamę, żeby na przyszłość słuchała się lekarzy. Uważam, że to było niepotrzebne, ale zostawiłem to. Miło, że zapytała. 

06 maja

O zrywie szczodrości nadszefowskiej

Nadszef w poniedziałek obwieścił mi, że za trwanie u jego boku w długi weekend zwraca mi wolne we wtorek i środę oraz dodaje ekstra wolne w czwartek i piątek. Miewa czasem takie zrywy szczodrości i tym razem ja zostałem jednego z takich zrywów beneficjentem. Wsiadłem więc w auto i pojechałem do Mamy w góry. Chyba już z dziesięć lat nie byłem tutaj w maju i prawie zapomniałem jak tu pięknie wiosna wybucha. Jest obłędnie. Wczoraj wyruszyłem z Mamą na górską włóczęgę i przeszliśmy jakieś 15 km. Na polanach napotykaliśmy całe dywany z wiosennych pachnących kwiatów. Dziś jest pochmurno i pogoda niepewna – z oddali, od czasu do czasu, dochodzą gniewne pomruki burzy – dlatego w góry się nie wybieram. Miałem wstąpić do pani Zosi zbadać w jakiej jest formie, ale mocno pada i zdecydowałem, że panią Zosię zaliczę jutro. Mama robi zamach na moją świeżo o 2 kg zwiotczałą talię, bo upiekła sernik wiedeński. Skubnąłem okruszek, choć zjadłbym cały, bo taki pyszny. Na razie jestem dzielny i się trzymam zmotywowany moją fanaberią zgubienia jeszcze 3 kg… 
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger