Codziennie, o różnych porach, pod dom moich sąsiadów podjeżdża policja, a oni karnie ukazują się wszyscy na balkonie. Proceder ten trwa od trzech dni, czyli od czasu powrotu sąsiada z zagranicy. Abstrakcja zmaterializowała mi się tuż za płotem. W górach, u mamy, bo tu mam tymczasowo swój hołm ofis od niemal dwóch tygodni. Wczoraj przejechałem się do apteki wykupić jakieś leki mamie. Mój górski grajdoł wyglądał jak wymarły, jeśli nie liczyć dwóch samochodów jadących w przeciwnym kierunku, jednej osoby przemykającej chodnikiem i dwóch ludzisków, którzy ustawili się za mną w kolejce do apteki, oczywiście w tak bezpiecznej odległości, że z trudem mogłem dojrzeć ich twarze. Dobrze, że ludzie są ostrożni i uważają.
Zrobiło się poważnie. Na tyle, że pani Zosia, z którą kontakt mamy tylko telefoniczny, bo jak kwarantanna, to kwarantanna, sentencjonalnie skomentowała moją sugestię nie uczęszczania w chwili obecnej do kościoła lakonicznym zdaniem Jak będę miała umrzeć, to umrę bez napomknięcia o każącej ręce Wszechmogącego! Choć w tym, to chyba ja mogłem mieć udział, bowiem jakiś czas temu powiedziałem spokojnie pani Zosi, że jej teoria o każącej ręce Wszechmogącego bliższa jest starożytnym herezjom niż katolickiej ortodoksji i muszę przyznać, że zrobiło to na niej wrażenie. Nie to, żeby była specjalistką od starożytnych herezji. Samo to, że mogłaby się otrzeć o jakąkolwiek, lekko nią wstrząsnęło. Mam wrażenie, że również owa ortodoksja trochę się pani Zosi ostatnio rozjechała, bo na moje (naiwne, jak się natychmiast okazało) powołanie się na zalecenia episkopatu na czas epidemii, pani Zosia niewzruszona odpowiedziała, że episkopat może się mylić, dlatego jeszcze w ubiegłą niedzielę kościół nabożnie nawiedziła. Episkopat w sprawach doktryny katolickiej może być omylny, ale jej najstarsza córka z pewnością nie jest – jej zalecenie domowej kwarantanny zostało przez panią Zosię przyjęte bez najmniejszego sprzeciwu i wdrożone tak skrupulatnie, że nawet na ganek nie wychodzi…
Zrobiło się poważnie. Na tyle, że pani Zosia, z którą kontakt mamy tylko telefoniczny, bo jak kwarantanna, to kwarantanna, sentencjonalnie skomentowała moją sugestię nie uczęszczania w chwili obecnej do kościoła lakonicznym zdaniem Jak będę miała umrzeć, to umrę bez napomknięcia o każącej ręce Wszechmogącego! Choć w tym, to chyba ja mogłem mieć udział, bowiem jakiś czas temu powiedziałem spokojnie pani Zosi, że jej teoria o każącej ręce Wszechmogącego bliższa jest starożytnym herezjom niż katolickiej ortodoksji i muszę przyznać, że zrobiło to na niej wrażenie. Nie to, żeby była specjalistką od starożytnych herezji. Samo to, że mogłaby się otrzeć o jakąkolwiek, lekko nią wstrząsnęło. Mam wrażenie, że również owa ortodoksja trochę się pani Zosi ostatnio rozjechała, bo na moje (naiwne, jak się natychmiast okazało) powołanie się na zalecenia episkopatu na czas epidemii, pani Zosia niewzruszona odpowiedziała, że episkopat może się mylić, dlatego jeszcze w ubiegłą niedzielę kościół nabożnie nawiedziła. Episkopat w sprawach doktryny katolickiej może być omylny, ale jej najstarsza córka z pewnością nie jest – jej zalecenie domowej kwarantanny zostało przez panią Zosię przyjęte bez najmniejszego sprzeciwu i wdrożone tak skrupulatnie, że nawet na ganek nie wychodzi…