30 listopada

Dziewczę w bordowym Tico

Śliczne blond dziewczę w bordowym Tico sprawiło dziś, że szczęka mi opadła. Nie, nie w podziwie nad jej naprawdę wyjątkową urodą. Ale po kolei. Wracałem do domu drogą szybkiego ruchu. Przede mną jechało bordowe Tico. Jakoś tak dziwnie jechało, jakby niepewnie. Miałem się na baczności, bo z doświadczenia wiem, że tak jeżdżą kierowcy lubiący robić niespodzianki. I niespodzianka była, a jakże. Aż trudno mi wciąż w to uwierzyć. Z tej drogi szybkiego ruchu odchodzą zjazdy na obwodnice miasta oraz na pobliską autostradę. Dziewczę w bordowym Tico minęło sobie taki zjazd i… gwałtownie zahamowało, wrzuciło wsteczny i dalejże cofać! Całe szczęście, że działo się to dzisiaj, a nie w dzień roboczy w godzinach szczytu, bo doszłoby do gigantycznego karambolu! Widziałem, że była zła, że ja i stojące za mną samochody, nie cofamy, żeby jej umożliwić powrót i zjechanie na wybrany zjazd, bo rozkładała rękami i coś pyskowała. Zrezygnowała jednak, kiedy stojący za mną kierowcy zaczęli trąbić. Pojechała przed siebie. Wyprzedziłem ją – prześliczne blond dziewczę! Kto jej, na litość, dał prawo jazdy!
***
Dzisiaj jest pierwszy dzień adwentu i drugi prawdziwie zimowy dzień. Choć śniegu nie ma, temperatura utrzymuje się poniżej zera (-5) przez cały dzień. Wróciłem do domu z kościoła, odpaliłem ogrzewanie (pierwszy raz tej zimy) i pijąc gorące cafe late cieszę się ciepłem domowego ogniska - w tym wypadku gorących kaloryferów. Dziś już nie wychylam nosa z domu. Pamiętam z dzieciństwa jaką frajdą było dla mnie codzienne wędrowanie z Mamą i lampionem na roraty na 6.30. W górach od początku grudnia leżał już śnieg, mróz czasem był siarczysty, nawet poniżej -20 st. Uwielbiałem jak zmrożony śnieg skrzypiał pod stopami... 

28 listopada

Dubeltowa anatema

Jakiś czas temu na moich oczach rozpoczęła się, błyskawicznie przebiegła i zakończyła się historia miłosna. Zenon poczuł miętę do Maryśki – swoim wzdychaniem robił przeciągi na korytarzach, wpatrywał się w Maryśkę maślanym wzrokiem i kilka miesięcy się zbierał, żeby przypuścić na Maryśkę szarżę ułańską. Powiernicą jego sercowych rozterek została koleżanka o swojsko brzmiącym słowiańskim imieniu Marika. Maryśka z Zenonem mogliby stworzyć stadło doskonałe, ponieważ ich systemy operacyjne wykazywały kompatybilność. Marika też nie powiem, świetnie pasowała i razem stanowili tercet niebywale barwny. Maryśka patologiczna konfabulatorka, Zenon bajkopisarz i Marika kupidynka – posłanka miłości. Po kilkumiesięcznym robieniu przeciągów wzdychaniem i wpatrywaniu się w Maryśkę maślanym wzrokiem, zmotywowany przez Marikę Zenon uczynił wysiłek i pościemniał Maryśce niestworzone historie o sławie i szczęściu. Maryśka wysłuchała, odpaliła wbudowany zestaw surwiwalowy, napięła się, nadęła, przemieliła w sobie i… wyskoczył wynik negatywny dla Zenona. Zenon miał jedną wadę, która go dyskwalifikowała – nie był mianowicie prezesem, ani dyrektorem, ani nawet kierownikiem nie był. Rzecz z perspektywy Maryśki niewybaczalna. Maryśka, jako osoba empatyczna, delikatnie poinformowała Zenona, że nie jest zainteresowana, uzasadniając to… Trudno uwierzyć, że to zrobiła, ale myślę, że zrobiła to naprawdę: powiedziała mianowicie Zenonowi, że nie może się z nim związać, ponieważ Zenon zdradzałby ją z… Mariką! Zenon uzasadnienie przyjął ze zrozumieniem i odszedł z opuszczoną głową…. Prosto do Mariki po wsparcie. Otworzył przed Mariką serce i poskarżył się jej, że Maryśka go odrzuciła i powiedział dlaczego. Marika wysłuchała, wsparła i pojechała do domu. Otwierając drzwi do domu doznała nagłego olśnienia i doszło do jej świadomości uzasadnienie odrzucenia Zenona przez Maryśkę – ręka Marice zadrżała, klucze złowrogo zadźwięczały. Nagły szlag Marikę trafił. Była jak furia, nawet jej własne koty, które kocha, pochowały się gdzieś po kątach i bały się wychylić nosy, ze strachu, że mogłyby podejść wściekłej Marice pod rękę. Mąż również starał się raczej nie rzucać jej w oczy. Szlag Marikę trafił, trzymał do białego rana i nie puszczał. Przywiozła ten szlag do pracy, dopadła Maryśkę i rzuciła się na nią z zamiarem przegryzienia jej aorty szyjnej. Maryśka w desperackim akcie ratowania życia wyparła się wszystkiego i zwaliła na wybujałą fantazję Zenona. Też ją szlag trafił, że Zenon wylaptał wszystko Marice. Zwarły szyki i jak dwie Walkirie pogalopowały na niczego nie spodziewającego się Zenona. Przypadkiem byłem tego świadkiem. Wjechały jak dwie furie i zahamowały frontalnie przed siedzącym Zenonem. Marika złowrogo, acz w miarę dyskretnie, powiedziała: ”Zenon, czy możemy cię prosić na słowo?”. Zenonowi krew się ścięła w żyłach, tyłek przykleił do krzesła i wstać nie był w stanie. Marika ponowiła prośbę, tym razem jednak już nie tak dyskretnie: „Zenon pozwól na słowo!”. Zenon dalej nie reagował. Maryśka nie bawiąc się w konwenanse ryknęła: „Zenon marsz z nami na korytarz!”. Tu ściszyła teatralnie głos i syknęła: ”No chyba, że wolisz, żebyśmy to załatwiły tutaj, przy świadkach?”. Nie, Zenon zdecydowanie tego nie chciał! Odkleił tyłek od krzesła i posłusznie pomaszerował za swoimi oprawczyniami. Nie wiem, co tam na korytarzu się stało, ale cokolwiek tam zaszło, te dwie Walkirie rozprawiły się z nim szybko. Zenon wrócił i zasiadł na swoim krześle, ale już jako kastrat. Aż żal było na niego patrzeć. Sojusz Mariki z Maryśką trwał tylko do tej ich husarskiej szarży na Zenona, bo Marika miała bardzo poważne podejrzenia, że Zenon tylko powtórzył produkt niebywale wyrafinowanej umysłowości Maryśki, ale nie mając dowodów, nie mogła Maryśce przegryźć aorty, tak jak w pierwszej chwili planowała. Natomiast Maryśka nie była pewna, czy Marika jednak tego nie będzie chciała zrobić, więc nie czuła się bezpiecznie. Maryśka pełna oburzenia zrelacjonowała mi całą sprawę w drodze z pracy. A Zenon? Został obłożony dubeltową anatemą. Marika teatralnie uniosła rękę i powiedziała mu, że z nim skończyła i nie chce mieć z nim więcej nic do czynienia. Maryśka powtórzyła gest i to, co przed chwilą powiedziała Marika i tym oto sposobem rzucona została na niewinnego, acz niemądrego Zenona podwójna anatema… Marika przez kilka dni dąsała się na Maryśkę, ale szybko się pogodziły, jak na pokrewne dusze przystało. Myślę, że Zenon powtórzył tylko po Maryśce. To moje domniemanie graniczy niemal z pewnością. To bajkopisarz i konfabulator, tak, ale w porównaniu z Maryśką to niewinna, prawdomówna dziecina...

26 listopada

Sale 85%

Przedwczoraj wyciągnąłem z szafy zimową kurtkę, rękawiczki, szalik i czapkę, i tak zimowo okutany otworzyłem wczoraj sezon zimowy. Moja zimowa kurtka… W wielkim  centrum handlowym, w którym robię zakupy, bo mam je po drodze, w głównej alejce znajduje się sklep z bardzo markową odzieżą. Wędrując ową alejką do głównej hali, wielokrotnie mijałem ten sklep. W witrynie sklepu plastikowi panowie puszyli się przybrani prześlicznymi ciuchami, wśród nich jeden puszył się najbardziej, bo miał na sobie absolutnie cudowną zimową, czarną bawełnianą kurtkę. Nie jestem fetyszystą markowych produktów, naprawdę nie jestem. Kosztują o wiele za dużo! Lubię ładne rzeczy, ale nie muszą być markowe – ważne, żeby były wygodne i żeby mi się po prostu podobały. Owa prześliczna kurtka kosztowała 2400 PLN – cena, jakiej absolutnie nie wyłożyłbym nawet za coś tak ładnego. Ja wiem, że to i tak cena umiarkowana, jak na niektóre markowe rzeczy, ale i tak zdecydowanie zbyt wysoka. Przechodziłem koło sklepu, spoglądałem na kurteczkę, wzdychałem, wyobrażałem sobie, jak ładnie by na mnie wyglądała, wzdychałem ponownie i szedłem dalej. Aliści pewnego pięknego, lutowego, sobotniego przedpołudnia przechodząc koło tego sklepu zobaczyłem wielki napis SALE 30-85%. Miałem przejść wzdychając, jak zwykle, ale coś mnie natchnęło i pomyślałem, że wejdę i zapytam ile za tę kurtkę sobie powinszują po przecenie. Okazało się, że kurtka była ostatnią niesprzedaną końcówką kolekcji i przecenili ją o 85%! Do tego rozmiar L! 360 PLN za takie cudo to prawie za darmo. Złapałem kurtkę warcząc ostrzegawczo, żeby nikt się nie zbliżał do mojego łupu! Zapłaciłem, przywiozłem do domu, odpakowałem, założyłem na siebie i zapytałem zwierciadło: „Zwierciadełko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie?”. Odpowiedziało: „Ty Adasiu, ale tylko w tej kurteczce”. Od tego czasu uwielbiam moją kurtkę i bezwstydnie się do tego przyznaję.

25 listopada

Na satysfakcję!

Byłem dziś w pracy. To nic niezwykłego, wiem. Bywam tam parę razy w tygodniu. Dziś jednak mój wyjazd do pracy okraszony został niespodziewaną atrakcją. Do pracy (i z pracy) jeżdżę samochodem. Taka moja fanaberia. Ekonomicznie uzasadniona, ale nie o tym chciałem. Pojazd (nie pierwszej już młodości) parkuję nieopodal bloku, w którym mieszkam. Zaszedłem na parking dzisiaj rano i ze zdziwieniem skonstatowałem, że kluczyk przestał pasować do zamka! Wczoraj pasował, dzisiaj nie pasuje. Pomyślałem „what the f…k!” i ponownie spróbowałem włożyć kluczyk w zamek. Ni cholery nie wejdzie! Ciut się wkurzyłem, że nie uda mi się otworzyć auta i do roboty będę musiał pojechać komunikacją miejską. Myślę sobie, czemu ten cholerny kluczyk nie wchodzi w ten cholerny zamek, przecież nie było mrozu i nie mógł zamarznąć! Zresztą pragmatycznie zafukałem zamek preparatem mającym zapobiec jego zamarznięciu. Wypuszczane przeze mnie w powietrze …rwy nie pomogły – kluczyka nie dało się włożyć do zamka! Olśniło mnie jednak, że przy kluczyku jest pilot i mogę spróbować otworzyć auto pilotem. Udało się. Gwoli wyjaśnienia – auto na parkingu zamykam zawsze kluczykiem, żeby nie aktywować alarmu, który nie wiedzieć czemu ma zwyczaj włączać się bez powodu średnio co jakieś 4 godziny. Absolutnie bez żadnego powodu. Tak po prostu ma i kropka. Mechanicy sprawdzali ten alarm wiele razy i za każdym razem stwierdzali, że wszystko jest ok i alarm nie ma prawa włączać się ot tak bez powodu. Oni twierdzili swoje, a alarm swoje – włączał się ca co 4 godziny, nieproszony, nieprowokowany, nietykany! Stanęło na tym, że to jakieś czary albo cóś. Pomyślałem, poważna sprawa, bo cóś mi się zdaje, że owego cósia nie da się zmóc, więc trzeba poradzić w inny sposób. Jestem prospołeczny, dlatego, żeby oszczędzić sobie i sąsiadom akustycznych wrażeń, szczególnie w nocy, litościwie zamykam auto kluczykiem, nie aktywując alarmu. Wczoraj mój bezbronny z tego powodu samochód stał się celem sabotażu – cóś zostało wciśnięte w zamek, żeby go zablokować. Teraz będzie brzydko, więc co wrażliwsze osoby, tudzież czytelników z tzw. klasą, proszę o odwrócenie wzroku, ewentualnie o przeskoczenie o jedną linijkę niżej. Jakaś pieprzona swołocz, jakieś ścierwo cholerne, jakaś nagła franca wcisnęła mi w zamek blaszkę od długopisu! Dojechałem do pracy, a tam mój kolega, który wozi w aucie chyba każde narzędzie, jakie kiedykolwiek mogłoby się przydać, wyciągnął pęsetę, którąż włożywszy w zamek, wyciągnął z niego owąż blaszkę od długopisu (którąż, owąż – podoba mi się ten zawijas ąż, bo zakręca się w uściech tak wyrafinowanie). Nie, nie zdenerwowałem się. Pomyślałem tylko, co w takim łbie musi się dziać, że ów łeb zmusza właściciela do wciskania w zamki samochodów blaszek od długopisu lub innych mających zapchać zamek militariów. Urwać taki łeb właścicielowi to byłoby za mało dla mnie na satysfakcję, ale gdyby urwać jeszcze do kompletu łapki…. Hmmm… Tak, to byłoby satysfakcjonujące.

21 listopada

Welcome to the real world (4)

Reperkusje dnia wczorajszego. Mam wrażenie, że kolega czuje się skrzywdzony tym, że nie doceniam jego błyskotliwej kreatywności i nie chcę załatwić za niego jego spraw z nadszefem. Wykastrowałem jego rozdęte ego. Zrobiłem w nim dziurę i zeszło trochę powietrza. Powiedział mi dziś „cześć” zbolałym, oburmuszonym głosem, czym mnie zresztą zaskoczył, bo spodziewałem się raczej, że śmiertelnie zbezczeszczony nie będzie się do mnie odzywał. Nie zamierzam robić niczego wbrew własnemu sumieniu i nie będę za kogoś załatwiał jego spraw tylko dlatego, że nadszef mnie szanuje. Uczciwie i ciężko zapracowałem na swoją pozycję zawodową i na to, że jestem szanowany, i nie zamierzam stracić swojej zawodowej wiarygodności, bo koledze się uroił firmowy mesjanizm. Nie będę rekomendował bzdur tylko z litości dla czyjegoś ego. Przykro mi, ale kolega będzie musiał sobie z tym poradzić i żyć dalej.

Koleżanka Ola po przeczytaniu mejla ode mnie, zadzwoniła do mnie późnym wieczorem wytłumaczyć się. Pościemniała, że nie miała nic złego na myśli, że to „niech się cieszy” oznaczało, że pewnie będę niezadowolony, że zawraca mi tym głowę, i tym podobne tłumaczenia. Ściemy, bo wiem, że to była złośliwość, że niby to taki ważny jestem. W gruncie rzeczy nawet lubię Olę. Chętnie wyręcza się innymi, jak ma okazję, ale wynika to z lenistwa, a nie z wredoty. Dałem się przeprosić. Nie zrobię za nią jej roboty i nie pozostawiłem jej w tym względzie żadnych wątpliwości, ale powiedziałem, że mogę te papiery sprawdzić, jak je zrobi. Powiedziałem też, co dalej zrobić z tymi papierami. Ola ma tupet, to fakt, ale nie jest wredna. 

20 listopada

Welcome to the real world (3)

Co za tydzień w pracy! Dzisiejszy dzień, to był dzień prawdy i dwoje moich współpracowników nadziało się na mnie i tę prawdę usłyszało. Kolega, który wymyślił sobie, że jest zbawieniem dla firmy, usiłował wymusić na mnie poparcie jego kandydatury na samodzielne stanowisko. Wymyślił sobie, że nadszef mnie lubi, więc pójdę do nadszefa i zarekomenduję mu tego kolegę i jego pomysły! Wyobrażacie sobie coś takiego??!! Patrzyłem na tego kolegę zafascynowany tym, co mu się w głowie uroiło. Przedstawił mi swoje pomysły i... nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy płakać. To były jakieś kuriozalne brednie! Powiedziałem mu, że nie poprę go, bo ja go na tym stanowisku nie widzę. Zapytany dlaczego, uzasadniłem szczerze. Nie dam mojego poparcia komuś, kogo moralność i etyka zawodowa są bliskie zeru. Uświadomiłem mu też, że jest coś takiego jak zawodowa wiarygodność, a ja gdybym zarekomendował kolegę i jego pomysły, właśnie zawodową wiarygodność straciłbym bezpowrotnie. Przyznam szczerze, że widok opadającej ze zdziwienia twarzy tego mojego kolegi, po moim uzasadnieniu, wart był każdej ceny. Nie lubię, jak ktoś próbuje zrobić ze mnie idiotę i nawet nie zadaje sobie trudu, żeby to zamaskować. Drugą osobą była moja współpracownica Ola. Poprosiła mnie o udostępnienie jej mojego autorskiego materiału i pozwolenie wykorzystania go jako wzorca, a ja naiwny i durny, zgodziłem się. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po jakiejś godzinie otrzymałem od niej mejla ze skomleniem, żebym tę robotę za nią zrobił, bo ona biedna nie wie, co i jak i gdzie ma to wysłać. Trochę mnie to ruszyło, bo dostała wzorzec, w którym miała zmienić tylko nazwy i nawet tego nie chciało jej się zrobić. Nie zdążyłem zareagować, bo podeszła do mnie Kaśka i położyła przede mną bez słowa jakieś papiery. Zapytałem co to jest. Odpowiedziała, że to Ola kazała te papiery u mnie zostawić na przechowanie i jutro je ode mnie odbierze. Powiedziałem Kaśce, żeby zabierała te papiery i przechowała je dla Oli u siebie. Kaśka wyciągnęła telefon i odczytała mi smsa, którego otrzymała od Oli. W tym smsie Ola napisała mniej więcej coś takiego: "Te papiery zostaw u Adama, niech się cieszy. Odbiorę sobie je od niego jutro". Kaśka odwróciła wyświetlacz do mnie, żebym mógł zobaczyć, że nie ściemniała. Wkurzyłem się. Kazałem Kaśce zabrać w cholerę te papiery, bo nie jestem Oli sekretarzem. Zabrała i poszła oburmuszona. Otworzyłem pocztę i wysmarowałem Oli tak jadowicie sarkastyczną odpowiedź (na chwilę wcześniej otrzymanego od niej mejla, w którym skomlała, żebym zrobił za nią jej robotę), że nagły szlag ją trafi, jak tego mejla ode mnie przeczyta. Niektórzy ludzie nie mają wstydu, przyzwoitości i sumienia!

19 listopada

Welcome to the real world (2)

Śnił mi się Brązowooki. Siedziałem w jakiejś długiej ławce, jakby w kościele, a on stał obok tej ławki, po lewej stronie i rozmawiał z kimś. Spojrzałem na niego, nasze oczy się spotkały, zarumienił się i spuścił wzrok. Miał skośne oczy. Zastanowiłem się, dlaczego on ma skośne oczy? Dziwny sen. Zresztą jak wszystkie moje sny. 
***
W pracy ciężki dzień. Musiałem odwiedzić nadszefa, żeby zdać mu relację z wykonania czynności, którą mi powierzył. Uraczył mnie następnym zadaniem, które wcale, ani trochę mi się nie podoba, a które wykonać będę musiał. Pogoda dzisiaj paskudna, ludzie jacyś tacy nerwowi, podminowani, niecierpliwi. W powietrzu kotłowały się niedobre emocje, sprawiając, że napinałem się wewnętrznie. Zmęczyło mnie to. Nie mam weny do pisania, bo jakiś taki jałowy się czuję...
***
To były trudne dwa tygodnie - pełne napięcia i emocji. Dwie życzliwe mi osoby, powiedziały mi dzisiaj, że schudłem. Znaczy, że te emocje po mnie widać. Zważyłem się po powrocie do domu i rzeczywiście zjechałem z 77 na 75 kg w ciągu tygodnia.
***
Zdecydowałem nie kupować HUGO Hugo Bossa - chcę odpocząć od tego zapachu, bardzo pięknego, ale jednoznacznie kojarzącego mi się z Szarookim. To objaw rozsądku. Chyba.

17 listopada

Welcome to the real world

Nadszef mnie dzisiaj zaprosił do siebie na rozmowę. Nie, nie osobiście – zrobił to za pomocą swojej sekretarki. Stawiłem się, no bo cóż mogłem zrobić – „pan każe, sługa musi”. Wiem, że nadszef szanuje moje kwalifikacje i umiejętności, bo okazywał mi to już nie raz, a co za tym idzie, szanuje moje zdanie. Miło jest być docenianym, ale dzisiaj zostałem zaskoczony pytaniem, które wprawiło mnie w osłupienie i sprawiło, że włączył się we mnie system alarmowy. Mianowicie padło pytanie, czy jest coś, o czym nadszef powinien się dowiedzieć. W pół sekundy zrobiłem rachunek sumienia z ostatniego roku pracy, czy aby czegoś nie zawaliłem, ale nie, na pewno nie. Zapytałem więc, co nadszef ma na myśli, bo ja nie mam pomysłu, o jakich służbowych sprawach ode mnie nadszef powinien się dowiedzieć. Podkreśliłem słowo „służbowych”. Nadszef uśmiechnął się tylko i sprecyzował. To jego specyficzne poczucie humoru! Odetchnąłem, bo poprosił mnie o załatwienie pewnej służbowej sprawy w jego imieniu. Jest nadszefem i może dywersyfikować obowiązki jak mu się podoba. Czasem zleca mi takie służbowe czynności w jego imieniu. Napisałem na początku, że szanuje moje zdanie. Odkryłem dlaczego. Mianowicie nigdy nie wyrażam swojego zdania do nadszefa niepytany, nie podlizuję się, nie obmawiam koleżeństwa i nie donoszę, nie spoufalam się, nie zawracam mu głowy pierdołami. Kiedyś poprosił mnie (on nigdy nie wydaje poleceń, ale prosi, co jest i tak równoznaczne z poleceniem, brzmi jednak nieporównanie sympatyczniej) o zadziałanie w jego imieniu, mówiąc: „Bardzo proszę, żeby to pan się tym zajął panie Adamie, bo tu potrzebny jest takt”. Powiedział to przy trójce moich współpracowników, intensywnie zabiegających o nadszefowskie względy. Chwilę wcześniej dali taki popis lizusostwa, że aż przesadzili, bo nadszef poczuł się nieco zażenowany, a ja udawałem, że mnie tam w ogóle nie ma.  Nadszef jest nie tylko znakomitym fachowcem, ale również człowiekiem z klasą. Nie lubi takich sytuacji. A jak wspomniana wyżej trójka koleżeństwa? A zazdroszczą. Ale otwarcie nie mają odwagi zaatakować. W tym, co robię jestem naprawdę dobry i mam osiągnięcia. I już nie raz chroniłem im tyłki, jak coś zawalili. Mam pełną świadomość, że gdybym ja coś zawalił, z pewnością zostałoby to wykorzystane przeciwko mnie. Konkurencja znaczy. 

01 listopada

Bo to był człowiek!

Moja Mama zrelacjonowała mi telefonicznie ostatnią swoją bytność u pani Zosi. Przedwczoraj zaszła do niej na chwilę i zastała u niej ową Bronkę, która kiedyś usiłowała przesłuchać syna pani Zosi na okoliczność jej przychodniano – szpitalnego szoł (post Sensacja). Ożywiona rozmowa toczyła się wokół sąsiada Bronki, Nowaka*, alkoholika nieszkodliwego, choć aspirującego do pijackiej elity, czyli żulerii. Bronka generalnie spolegliwa nie jest, więc drze koty z wszystkimi sąsiadami, również z Nowakami. Obsobaczała zatem Nowaka zajadle, ku radości pani Zosi. Nie, żeby pani Zosia miała coś do Nowaka, absolutnie nie! Radość sprawiała jej sama relacja Bronki – zawszeć to jakieś urozmaicenie w życiu rekluzy. A relacja Bronki jędrna była i obficie okraszona słowami, które swój rodowód jakoby miały w łacinie. Ów wywód Bronki na temat Nowaka i jego alkoholizmu, pani Zosia podsumowała wnioskiem, że Nowakowa powinna oddać Nowaka na przymusowy odwyk. Moja Mama, która przysłuchiwała się temu obsobaczaniu Nowaka w milczeniu, nie wytrzymała i wypaliła:
- Zocha, a ty czemu swojego męża na przymusowy odwyk nie wysłałaś?
Pani Zosia, której mąż zdecydowanie nie wylewał za kołnierz, osłupiała na moment, ale szybko odzyskała rezon i odpowiedziała:
- Bo to był człowiek!!!
- A Nowak to nie człowiek? Zocha ty się zastanów, co ty mówisz!
Jak już Bronka pozbierała się i poszła, moja Mama przypomniała pani Zosi:
- Zocha ty nie bądź do Bronki taka wylewna, bo chyba wiesz, jaka Bronka jest, tak? Do ciebie powie jedno, a do Nowaka drugie, np. to co powiedziałaś o wysłaniu go na przymusowy odwyk. I jeszcze od siebie dołoży drugie tyle. Chcesz mieć tu wizytę Nowaka?
- No nie chcę – odpowiedziała pani Zosia.
- No więc waż słowa, które wypowiadasz do Bronki.
- Masz rację. Ona nie dość, że przekaże, to jeszcze drugie tyle dołoży!
- Przypomnij sobie, jakie były konsekwencje twojej wylewności – powiedziała moja Mama wskazując ręką na dom sąsiadów pani Zosi. Panią Zosię w tym momencie ciarki przeszły, bo przypomniały jej się korowody sądowe sąsiadów, którzy powołali ją na świadka. Kiedyś o tym napiszę.
______________________________________
* nazwisko na potrzeby posta
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger