24 czerwca

Parszywienie świata.

Odwiedziłem wczoraj panią Zosię. Jest w doskonałej formie, choć tradycyjnie, siłą przyzwyczajenia, trochę ponarzekała na swoje (jej zdaniem jak zawsze kiepskie) zdrowie. I na świat, który jej zdaniem zmierza ku zgubie. Pani Zosia czuje to każdą komórką swojego ciała. Jak Galadriela w książce „Władca pierścieni”. J. R. Tolkiena, której pani Zosia nie czytała, bo cóś jej nie ciągnie do fantastyki. Galadriela twierdziła, że świat się zmienia, a pani Zosia idzie w swoich odczuciach jeszcze dalej, twierdząc, że nie tylko się zmienia, ale i parszywieje w tempie zastraszającym. Bo się „takie rzeczy wyprawiają”! Dawniej tak się „nie wyprawiało”! Pozwoliłem sobie nie zgodzić się z tezą pani Zosi. Zrobiłem jej wykład, że zawsze się na świecie „wyprawiało” tylko, że niewiele docierało. Przed wojną wielu było analfabetów, a i niewielu „czytatych i pisatych” kupowało gazety, bo drogie były. Na radio też mało kogo stać było. Świat ograniczał się do okolicy, z której spływały wieści i plotki. Podróżowało się bardzo mało, więc rzadko zdarzało się, żeby ktoś przybywał z daleka, czy to powracający miejscowy, czy też obcy przybywający w jakichś interesach – z miasta powiatowego, a czasem nawet z Krakowa, Lwowa, Wilna, Gdyni, czy Warszawy. A już zupełną rzadkością był ktoś przybywając z zagranicy. Ktoś taki postrzegany był jako postać niemal heroiczna, cudem ocalała z niebezpieczeństw podróży. Z automatu stawał się lokalnym celebrytą, którego pokazywało się dzieciom. Opowieści snutych przez kogoś takiego słuchało się z zapartym tchem i to, czy słyszało się ich po raz pierwszy, czy po raz setny było sprawą drugorzędną, bo niezmiennie zapładniały wyobraźnię słuchacza krainami nieznanymi, niezwykłymi, na poły mitycznymi… Po wojnie komuna cenzurując wiadomości ze świata (tego zza żelaznej kurtyny) i z bloku komunistycznego, serwowała propagandową pulpę traktowaną przez większość społeczeństwa w kategoriach kabaretowych, dlatego ta większość szukała wiarygodnych wiadomości w Radio Wolna Europa, z wypiekami na twarzach łowiąc spomiędzy zakłóceń - komuna zakłócała sygnał - smakowite, antykomunistyczne niusowe kąski. Teraz dzięki internetowi i telewizji świat się skurczył i stał się przysłowiową globalną wioską. Ktoś puści bąka w Sydney, a już po kilku minutach mówi się w wiadomościach w Polsce, że ten ktoś bączy. Pani Zosia spojrzała wzrokiem mówiącym co ty dziecko o życiu możesz wiedzieć w twoim wieku, ale przygwożdżona bąkową metaforą, zgodziła się ze mną częściowo. Nie zamierzając jednak łatwo poddać swojej tezy o zepsuciu świata, wysunęła miażdżący kontrargument: A ludzie? Co ludzie wyczyniają? Gwałcą się, mordują, kradną, oszukują, bogacą się kosztem biednych ludzi, nic miłosierdzia, nic współczucia i empatii! „Człowiek człowiekowi wilkiem”, „Żyj i pozwól żyć”. I do tego jeszcze gender! Ludzie są źli! Z moim nieśmiałym protestem, że nie wszyscy, pani Zosia łaskawie się zgodziła, ale natychmiast dodała, że większość. Ale za to jakim blaskiem ta mniejszość błyszczy – powiedziałem - szczególnie na tle tej złej, zdaniem pani Zosi, większości. Poza tym – kontynuowałem – ja osobiście uważam, że proporcje są odwrotne i dobrych ludzi jest więcej. Pani Zosia ponownie obdarzyła mnie wymownym spojrzeniem w stylu o naiwna młodości. Nie zamierzała łatwo rozstać się ze swoją radosną wizją zdeprawowanego, gnijącego świata, zastosowała więc argument nokautujący: A pogoda? Zwariowała! A to słońce i upał, a to deszcz i chłód, zimy bez śniegu, śnieżne wiosny, wiatry, trąby powietrzne, wariactwo! Same anomalie! To jest chore! – dodała dla wzmocnienia swojej wypowiedzi. Nic niezwykłego – stwierdziłem rozbawiony tyradą pani Zosi – zawsze takie anomalie się zdarzały, w kronikach pełno wiadomości o nich. Pani Zosia nie komentując mojej wypowiedzi, nieprzekonana, jak łatwo się domyślić, zgrabnie zmieniła temat i zaczęła opowiadać o swoim ulubionym serialu, z fabułą snującą się w haremie Sulejmana Wspaniałego. Pani Zosia wkręciła się w fabułę i serial ogląda namiętnie. Dubeltowo, rzec można, bowiem do niedawna oglądała premierowe odcinki popołudniu, a następnego dnia przed południem również powtórkę, mając w ten sposób z obcowania z serialem przyjemność podwójną. Niestety jakiś pajac z TV zredukował tę jej przyjemność o połowę, bo przedpołudniowe powtórki zniknęły. Panią Zosię aż zatelepało z oburzenia. Poczuła się okradziona! 

13 czerwca

Prośba o wsparcie

Prośba o wsparcie
Nasza chora Koleżanka Blogerka potrzebuje wsparcia finansowego na zakup niezbędnego jej wózka. Gdyby ktoś z szanownych Czytelników zechciał wesprzeć, kliknięcie w poniższy banner przeniesie na blog Koleżanki, gdzie można uzyskać wszystkie potrzebne informacje. Dziękuję.

12 czerwca

Urodziny

Dzisiaj mija rok odkąd pojawił się pierwszy wpis na moim blogu. Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się, że przeżyje tak długo, bo w zamierzeniu miał być tylko takim doraźnym środkiem wykrztuśnym dla emocji. Dziwny to był rok: retrospektywny, refleksyjny, niewesoły. Rok pod znakiem Szarookiego, bo to On był motywem przewodnim (jeśli mogę tak powiedzieć) większości moich blogowych wpisów. Oczyszczających – patrząc z tej niewielkiej perspektywy czasowej. Nie będę ich analizował - każdy Czytelnik może sobie wyrobić o nich swoje własne zdanie. Chciałbym tylko podkreślić, że ilustrują one jedynie jakiś niewielki wycinek mojej rzeczywistości.

Nie potrafię pisać wierszy i bardzo tego żałuję, aczkolwiek ze zdziwieniem konstatuję, że popełniłem jeden, który mi się podoba, pt 21. Wydaje mi się całkiem niezły. Nie stracił nic ze swojej świeżości, choć Brązowooki wywietrzał mi z głowy. Chyba. I postów parę fajnych popełniłem, jak ten niedawny o królowej botoksu, styczniowy o Gili, październikowy o symultanicznej grozie, czy cykle kontemplacyjne poświęcone Heli, Maryśce, pani Zosi, Gosze. 
Happy birthday mój blogu. Ciekawe, czy napiszę posta na twoje drugie urodziny? Istnieje takie niebezpieczeństwo, bo blogowanie wciąż sprawia mi przyjemność. Lubię to miejsce przez siebie stworzone. Cieszy mnie to, że w różnych miejscach sieci są Osoby, które interesuje to, co piszę, co myślę, co czuję. Życie mojego bloga to Wy, Czytelnicy. Dziękuję. 

08 czerwca

O marzeniobójcy

Kilka lat temu dane mi było doświadczyć nauczycielstwa. Przez dwa lata zastępowałem koleżankę ze studiów, która powiła dziecię i na czas swojej nieobecności oddała mi na wyedukowanie (i w opiekę) gromadkę swoich uczniów. Mój epizod nauczycielski wspominam z przyjemnością, przede wszystkim właśnie dzięki owej grupce bardzo ciekawych, ambitnych i kreatywnych młodych ludzi. Po powrocie koleżanki z urlopu macierzyńskiego, moja kariera nauczycielska się skończyła. Trochę żałuję, ale nie aż tak, żeby łzy za nauczycielstwem ronić. Skąd nagle o epizodzie nauczycielskim? Ano stąd, że objawiła się w miniony długi weekend moja była uczennica, którą uczyłem w pierwszej klasie liceum (obecnie świeżo po  maturze), z prośbą o konsultację. Ocknęła się bowiem właśnie z letargu i uświadomiła, że egzaminy na studia za dwa tygodnie, a przedmiot główny, który będzie zdawała na tym egzaminie, szwenda się czochrając po lesie. Przypomniała sobie, że z owego przedmiotu w pierwszej klasie miała 5 i przeprowadziwszy prosty proces myślowy, wydedukowała, że skoro u mnie miała piątkę, a później już tylko 3, a teraz nawet 2, to znaczy, że jako nauczyciel posiadałem jakąś szczególną właściwość, która wyzwalała w niej potrzebne umiejętności. Asertywny jestem i nie mam problemu z odmową, jednak czasem, przechodzący jak dzisiaj front niżowy, zmiękcza moje granitowe serce. Była uczennica załapała się dzisiaj na owo zmiękczenie i zgodziłem się ją skonsultować. Co tu dużo mówić – to był dramat. Jej umiejętności z przedmiotu, który jest głównym przedmiotem na kierunku, na który chce zdawać, są mierne i ta mierność nie wynika z jej nieogarnięcia, czy lenistwa, lecz z jej ewidentnych ograniczeń, które widziałem już ucząc ją w pierwszej klasie. Pierwszoklasowy materiał i początkowy etap edukowania się w owym przedmiocie, pozwalały jej podstawy sprawnie ogarniać. Wraz z jednak coraz większą ilością materiału i coraz wyższymi wymaganiami jeśli chodzi o umiejętności, coraz mniej ogarniała. Po prostu nie wyszła poza etap pierwszej klasy, dokładnie tak, jak się spodziewałem. I ten pomysł, żeby zdawać na studia, na których ów przedmiot jest przedmiotem głównym. Katastrofa. Powiedziałem jej szczerze, że nie zda egzaminu, bo jej umiejętności są żadne, a w przedmiocie głównym trzeba się wykazać. Dziewczę zaproponowało, że zapłaci mi za korki tyle, ile zażądam, bylebym ją do egzaminu przygotował. Powiedziałem jej, że nie jestem cudotwórcą i w ciągu dwóch tygodni jej nie przygotuję, bo tu i roku byłoby mało, zważywszy na jej brak predyspozycji w tym kierunku. Odmówiłem stanowczo. Nie lubię niszczyć czyichś marzeń, jednak zwykła ludzka uczciwość nie pozwoliła mi postąpić inaczej. Zapytałem ją czego się spodziewała, na co liczyła? Odpowiedziała mi, że miała nadzieję, że nauczyciel, który ją uczył tego przedmiotu po mnie (niestety nie była to moja koleżanka, tylko koleś, który wybitnym, że tak to eufemistycznie ujmę, nauczycielem nie jest) pomylił się i niesprawiedliwie ją ocenił. Powiedziałem jej, że nie lubię się zgadzać z tym panem (ścieraliśmy się w szkole wielokrotnie), ale ocenił ją adekwatnie do jej umiejętności, które są mierne. Szanowała mnie jako nauczyciela i lubiła, więc – choć była bardzo zawiedziona, bo liczyła na inną diagnozę – zgodziła się z moją sugestią wybrania innego kierunku studiów. Po tej dzisiejszej konsultacji pozostał mi jakiś dziwny absmak. Absurdalny, bo przecież postąpiłem uczciwie. Nawet jej nie skasowałem za tę konsultację, bo się nad nią użaliłem, że jej marzenie zarżnąć musiałem. Marzeniobójca!

03 czerwca

Najświeższe wieści z frontu macierzyńskiego

Gocha via fejsbuk obficie raczy świat swoimi wynurzeniami utyranej matki-bohaterki, hojnie ilustrując je zastraszającą ilością zdjęć. Cieszy się dziecięciem, rozumiem to, ale ta radość, w moim odczuciu, przybiera kuriozalne rozmiary. No bo jak określić wpisy typu: „Mam na imię Zosia. Urodziłam się w Dzień Matki...”, „Jestem strasznym głodomorem i tylko jadłabym i jadła, a potem spałabym i spała...”, „Mam już tydzień i…” i tym podobne pierdoły, pod którymi zamieszcza po 20 zdjęć? Ma czas brylować na fejsbuku, bo rodzice przecież wszystko za nią robią. Oni dopiero są zmęczeni – ledwo nogi za sobą ciągają!

02 czerwca

O wizerunkowym samogwałcie i waginosceptycyzmie

Zatęskniłem za moją lekarką rodzinną i zapragnąłem ją odwiedzić. Niesiony ową tęsknotą wybrałem się wczoraj do przychodni. Po receptę na moją nocną zgagę, która powróciła była ostatnio. I to był zasadniczy powód mojej za lekarką tęsknoty. Ale mniejsza z tym. Zarejestrowałem się i usiadłem wśród kilkunastoosobowej gromadki ludzi. Szczęśliwie okazało się, że do mojej lekarki czekały tylko dwie osoby i ja trzeci, reszta towarzystwa - a w zasadzie towarzyszek - do ginekologa. Próbowałem pogrążyć się w egzystencjonalnym zamyśleniu, ale próba ta została brutalnie przerwana, bowiem… z sąsiedniego gabinetu wyszła… ZGROZA! Siejąc postrach! Zgroza owa miała z wyfarbowanych na rudo włosów ułożoną kunsztowną koafiurę na kształt hełmofonu z nastroszonym... hm... czymś, wylakierowaną tak, że żaden włosek samodzielnie drgnąć nie był w stanie, przez co cała koafiura sprawiała wrażenie, jakby wielkie, wściekle rude coś usiadło Zgrozie na głowie. Owe coś, będące mistrzostwem sztuki fryzjerskiej - jak mniemam wielokrotnie podrasowanym przez Zgrozę własną jej rączką, wprawnie i niezwykle hojnie posługującą się lakierem do włosów - było niezwykle trafnym zilustrowaniem powiedzenia o miotle porażonej piorunem. I to nie jeden raz. Pomyślałem sobie, że ta kobieta powinna mieć sądowy zakaz używania lakieru do włosów. Ta radosna moja myśl została ubita przez mój wewnętrzny niezwerbalizowany skowyt, kiedy właścicielka owej efektownej fryzury odwróciła się i... zaprezentowała mi się od frontu. Krew mi się w żyłach ścięła na chwilę! Już miałem się porwać i uciekać krzycząc: "Zgiń, przepadnij maro! A kysz!", ale włączyło się na szczęście racjonalne myślenie, podpowiadając mi, że to dzień przecież i to człowiek być musi, choć jak zombi wygląda. Uspokojony tą myślą, przyjrzałem się dyskretnie i lękliwie, acz uważnie... zjawisku. Bez żadnej przesady mogę powiedzieć, że dane mi było wczoraj ujrzeć, po raz pierwszy na żywo, królową botoksu i innych ostrzyknięć kolagenowo-hialuronowo-cholera-wie-jeszcze-jakich. Patrzyłem i nie wierzyłem własnym oczom, a w mojej głowie kołatała się myśl: Jak można zrobić sobie coś takiego!!! Zauważyłem kątem oka, bo zjawisko przykuło mój wzrok hipnotycznie, że nie tylko ja zostałem porażony tym widokiem. Wszystkie oczy w przychodni, jak urzeczone, odprowadziły tę postać od drzwi gabinetu do kontuaru rejestracji i z powrotem do gabinetu. Najzabawniejsza była reakcja jednej bardzo ciężarnej pani, której szczęka literalnie opadła na kolana i nie była w stanie nad tym opadem zapanować. Pierwszy szok się ulotnił robiąc miejsce refleksji, że ta postać kogoś mi przypomina.... Tylko kogo?... Hm… Zamyśliłem się głęboko przeczesując zasoby pamięci… Skąd ja tę postać znam?... I nagle mnie olśniło: toż to lekarka ginekolożka, która od lat przyjmuje w tej przychodni. Ale odmieniona niemal nie do rozpoznania. Do niedawna ładna, elegancka kobieta, mocno po pięćdziesiątce, a teraz postać strasząca zadziwiająca swoją ostrzykniętą botoksem, kolagenem i innym dziadostwem twarzą oraz potworną niebanalną fryzurą. Moje spojrzenie zawisło na moment na miejscu w jej twarzy, gdzie powinny były znajdować się jej usta. Nie było ich. W tym miejscu straszyły gigantyczne wary, napompowane kolagenem do absurdalnych rozmiarów, wyglądające jak przylepiony do twarzy osobny byt, uszminkowany na dodatek czerwienią w kolorze rajdowym! Również policzki wyglądały osobliwie, jakby opuchnięte. Całość sprawiała wstrząsające wrażenie, bowiem pani wyglądała tak, jakby oddała swoją twarz jakiemuś bokserowi do obicia (w miejsce worka treningowego), a skutki tego użycia (a raczej nadużycia!) pokryła jaskrawym, ostrym makijażem. Całości dopełniał ubiór w stylu młodzieżowym… Jeśli ta metamorfoza miała zwrócić na panią doktor powszechną uwagę, to spełniła swoje zadanie, bo jestem przekonany, że nie ma człowieka, który by się za nią nie obejrzał! Jeśli natomiast miała ująć jej lat, to… Cóż… W jej opinii cel został osiągnięty, bo sprawiała wrażenie bardzo z siebie zadowolonej. Nie dane mi było dłużej kontemplować tego oszałamiającego widoku, bo pani doktor w drodze powrotnej do swojego gabinetu, wyczytała z karty (usta jej zachlupotały przy tym, jakby przelewała się w nich wpompowana zawartość) nazwisko bardzo ciężarnej pani, która na to wezwanie dźwignęła swoją opadniętą szczękę z kolan, a następnie swoją ciążę i posłusznie za lekarką podreptała. A ja nie mogąc oderwać oczu od ust pani doktor, odprowadziłem je do drzwi gabinetu. A nawet jeszcze dalej. Po czym uświadomiłem sobie, że dopiero jak zniknęła z pola mojego widzenia, zacząłem ponownie oddychać. Nie tylko ja zresztą, bo siedzący obok mnie (bardzo przystojny) czterdziestoparolatek sprawiał wrażenie jeszcze bardziej ode mnie wstrząśniętego. To, co ta kobieta sobie zrobiła, to samogwałt na własnym wizerunku. Wizerunkowy samobój znaczy. Zgroza!
Przeczytałem dzisiaj gdzieś w necie: „Ja nie jestem gejem. Ja jestem waginosceptykiem”. Urzekło mnie to zdanie, szczególnie w kontekście mojej wczorajszej wizyty w przychodni. Pomyślałem sobie bowiem, że zgroza, której widokiem zostałem wczoraj porażony, może urwać poślady tudzież inne przydatki i nawet z waginoentuzjasty uczynić waginosceptyka, jeśli okaże się niewystarczająco  na takie traumy odporny…
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger