Mamy z Lusławą taką zabawę towarzyską: ja udaję, że ją gonię, a ona udaje, że ucieka. Ja udaję bardziej, bo tylko podjudzam klaskaniem w dłonie i wypowiedziami typu „Dawać jom! Dawać mi tu tego sierściucha! Dawać jom, dawać!” siedząc na kanapie, a Lusława całkiem serio wykonuje sprintem kilka rund wokół kanapy, zakończonych efektownym wyskokiem na mnie. Oboje mamy poczucie, że poćwiczyliśmy. Dzisiejszy finał owego treningu zyskał dodatkowy walor akustyczny, bowiem Lusława entuzjastycznie prując powietrze w wyskoku otarła się była o kabel od słuchawek, co zainspirowało ją do wzniesienia się na wysokie tony. Chyba się biedaczce zdało przez moment, że może stracić peryferia. Wylądowawszy na kanapie natychmiast zlustrowała swoje tyły, a znalazłszy je kompletne dała upust swojej radości ze szczęśliwego ocalenia...