Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

23 kwietnia

Przegląd

Praca wysłała mnie na przegląd do lekarza. Nawet, gdyby mnie nie wysłała, to sam bym się wysłał. Dla zadbanej zdrowotności. I mojego spokoju. 

Wyniki przeglądu: Jak nówka. I to prawie nieśmigana.

06 marca

Usiłowanie

- Ty chadro mojego zdrowia!- powiedziałem wymierzywszy oskarżycielsko paluch w stronę winowajcy, przez którego spędziłem przymusowo 2 tygodnie na zwolnieniu lekarskim. - Trzymaj te swoje zakażone, zmutowane i jadowite parchy z dala ode mnie! Najlepiej w ogóle nie oddychaj w tym samym pomieszczeniu, w którym przebywam i nie patrz nawet w moją stronę, bo cholera cię wie, czy nie potrafisz tych wirusów rozsiewać wzrokowo. Generalnie trzymaj się na odległość smrodu skunksa! Jesteś jak laboratorium broni biologicznej! Chrząkniesz, nosem pociągniesz, po tyłku się podrapiesz i tyle tej twojej choroby, ale to, co zmutujesz i  przekazujesz dalej, to normalnie jakaś broń biologiczna podpadająca pod Konwencję Genewską i paragraf o usiłowaniu mordu przez zarażenie. Prześwietlić cię powinni, żeby sprawdzić, czy nie masz w sobie obcych, bo może siedzą tam gdzieś w środku i gmerają w genach mikrobów, chichocząc przy tym złośliwie. Śmiej się, śmiej. Będziesz się śmiał, jak się jakieś Taliby o tym zwiedzą, capną cię i zrobią inkubator do produkcji broni biologicznej. W sumie tanio by ich wyszło, tylko wyżywienie, napojenie i opierunek, a ludzie twojej - omiotłem go wzrokiem z góry na dół i z powrotem – mizernej fizycznej konstrukcji dużo nie jedzą. Jak następnym razem, zamiast pójść na zwolnienie lekarskie, będziesz przychodził do roboty i siał te twoje wściekłe gonokoki kładąc pokotem sześć osób, jak ostatnio, sam na ciebie doniosę, niech cię zabiorą wraz z tymi twoimi mutogennymi zdolnościami…
- Weź go zelżyj porządnie – włączył się Kamil wykorzystując chwilę, kiedy brałem oddech.  – Porządnie, a nie jakieś ciuciuruciu.
- Ten nos! TEN nos – podjąłem wskazując teatralnie na swój nos – musiał być smarowany kremem Nivea, bo tak piekł! KREMEM NIVEA! – podkreśliłem powoli i dobitnie. - I to grubą warstwą! Wiesz jak wyglądał?! Jak nos klauna z białymi akcentami! I nigdy jeszcze nie wytworzył takiej ilości fetyszy z chusteczek higienicznych! Nigdy! Wory całe!
- Czego? – zapytał winowajca chichocząc. – Czego?? 
- Weź mu jeszcze przywal! – podjudził Kamil, który sam dopiero co podniósł się z tej samej zarazy, która mnie powaliła. - No co? Należy mu się za to, że tak nas sponiewierał.
- Chętnie, ale siły nie mam, bo tak mnie wykończył. Zresztą lepiej nie, bo znowu jakaś franca mogłaby na mnie z niego przeleźć. Ma ich pewnie gotowy cały zestaw. Robi te swoje niewinne oczy, jak kot ze Shreka, a w środku montuje się właśnie jakieś nowe, zjadliwe ścierwo. Ja się go nie dotknę! Jak chcesz Kamil, to ty mu przywal. Może z liścia byłoby bezpieczniej? 
- Na pewno przyjemniej – odparł Kamil rozmarzonym głosem. – Ale, żeby bezpieczniej to wątpię.
- Obawiam się, że możesz mieć rację. Nie tykajmy się go zatem. Karma, jak sam mawia, to wredna suka, więc jest nadzieja, że sam na siebie bicz ukręci, a raczej mikroba, który go tak sponiewiera, jak ten nas.  I jeszcze mi się prawe ucho zatkało – zajęczałem. – Kurrrwaaaa.

07 lutego

Prasówka

Michał pojedzie na turnus rehabilitacyjny. Dwie wspaniałe, świetliste Osoby sprawiły, że udało się uzbierać niezbędną kwotę: >>Monika<< i >>Małgosia<<. Chwała im za to!   

***

Spędziłem ostatni weekend w górach zasypanych śniegiem. Było pięknie, śnieżnie, mroźno i radośnie. Luśka była przeszczęśliwa – powitała mnie bardzo efektownie piskami, skomleniem, szczekaniem i cyrkowymi niemal akrobacjami. Mam ogromną zaletę, szalenie dla niej wartościową - to ja dzierżę kierownicę i transportuję ją w góry, jestem więc kluczowym elementem wolności powiewającej w jej uszach. Luśka to prawdziwa piękność. I do tego - wbrew stereotypowi, że urodzie z intelektem nie po drodze - bardzo inteligentna. Jestem przekonany, że w poprzednim wcieleniu była człowiekiem. I to co najmniej z doktoratem. I modelką też mogłaby być. Wykasowałaby z kretesem te wszystkie zasuszone, grzechoczące kośćmi modelki, bo jest po prostu od nich ładniejsza.

***

Nie wszystko się zmienia. U mnie na przykład jedno pozostało niezmienione: moja okołoangielska ambicja. Zaliczyłem tuż przed wyjazdem kolokwium z angielskiego obejmujące materiał z całego semestru na 87%. Najlepiej z całej grupy. Teoretycznie powinienem być zachwycony, ale nie, nie byłem. Moje zadowolenie skutecznie zmąciła moja nadambicja, atakując mnie myślą: dlaczego TYLKO 87%, a nie 100?! Odświeżam angielski w jednej z katowickich uczelni. Pomimo kilkunastoletniej przerwy, ten język wciąż mnie kręci.

***

Aśka-straszny-babol zasnęła dziś w pracy na siedząco. Jej tyłek rozżelował się na krześle, twarz opadła wraz z powiekami, a za tym podążyła też żuchwa. Widząc ją wyprostowaną, z oklapłą bezwładnie dolną wargą, pomyślałem sobie: umarła! No bo przecież niemożliwe, żeby ktoś, kto najgłośniej sprzeciwia się każdej, najmniejszej nawet oznace lenistwa, kto widząc osobę przysypiającą dostaje niemal apopleksji z oburzenia; po prostu niemożliwe, żeby ktoś taki zasnął i to w dodatku tak ostentacyjnie! Kiedy już miałem rzucić się ku niej, by obaliwszy na podłogę zdefibrylować, mlasnęła przez sen i ta oznaka tlącego się w niej życia uspokoiła mnie. Randka Aśki-strasznego-babola z Morfeuszem nie uszła uwagi reszty koleżeństwa - ich mordercze spojrzenia zogniskowały się na jej obwisłej wardze odcinając prawdopodobnie dopływ powietrza, bo obudziła się, łypnęła złym okiem wokół i poprawiwszy się na krześle, jak kura na grzędzie, odstawiła pantomimę mającą przekonać nas, że nie ucięła sobie drzemki, ale zamyśliła twórczo nad pracą.

20 stycznia

Blue Friday

Zaczęło się już o świcie, kiedy budzik wyrwał mnie brutalnie z mojego pięknego snu o niczym. Później było już tylko lepiej. Wstąpiwszy w pracy do sekretariatu po korespondencję nadziałem się na nadszefa.
- Byliśmy umówieni na dzisiaj – powiedział podając mi rękę na powitanie. – Zapraszam.
- Byliśmy? – zdziwiłem się szczerze, bo nie pamiętałem w jakiej sprawie miało być to spotkanie. Improwizowałem, bo spraw służbowych nigdy nie brakuje. Gdzieś z tyłu mojej głowy kołatała się dziwna myśl, że to ja prosiłem o to spotkanie. Kwadrans po opuszczeniu gabinetu nadszefa przypomniałem sobie, po co byliśmy umówieni, więc wróciłem. Nawet nie patrzył na mnie dziwnym wzrokiem, był zbyt zajęty. Cały dzień w pracy spędziłem w jakimś takim roztargnionym rozprzężeniu, wykonując swoje obowiązki automatycznie. Stan ten osiągnął apogeum po pracy, może dlatego, że resztki koncentracji i zborności zużyłem na pokonanie samochodem drogi do domu. Gdzie czekał ciekawy mejl od jednego z blogerów na temat deliberacji, który musiałem przeczytać kilka razy, żeby zrozumieć, a zwykle nie mam problemu z czytaniem ze zrozumieniem. No i odpowiedzieć, co zajęło mi również o wiele więcej czasu niż standardowo. Towarzysząca tym czynnościom refleksja, że oto demencja pożarła resztki mojego intelektu, nie zdołała mnie zgnębić tylko dlatego, że późny wieczór zlitował się nade mną każąc pójść spać…     

***

Blogger zdurniał kompletnie i przeniósł większość komentarzy spod postów do spamu. Pewnie zupełnie bym się w tym nie złapał, gdyby nie chwila mniejszego roztargnienia. Zwróciłem mianowicie uwagę na informację o pojawieniu się nowego komentarza pod postem, którą otrzymałem mejlem. Chcąc na niego odpowiedzieć nawiedziłem swojego bloga i ze zdziwieniem skonstatowałem, że komentarzy żadnych nie ma. WTF pomyślałem i zadumałem się egzystencjalnie, co też zaowocowało, dlatego warto się czasem zadumać. Przypomniałem sobie, że eM coś wspominała u siebie o znikających komentarzach i Mr Aberfeldy, wszedłem więc w spam w ustawieniach i tam je odnalazłem. Chyba serwery źle znoszą zmasowany atak blogerów przenoszących swoje blogi z zamykanego blog.pl.

02 grudnia

BHP

Szkolenie BHP. Spęd. Ścisk. Tłok.
- Czekaj, bo muszę się rozkroczyć, żeby przejść - powiedziała przepychając się, jak zawsze w ostatniej chwili, do ostatniego niezajętego miejsca znajdującego się przypadkiem obok mnie. Oparłszy się jedną ręką na moim ramieniu, drugą na oparciu krzesła, do którego zmierzała, spróbowała zrobić wielki krok ponad jego oparciem, utknęła jednak, bo jej noga okazała się za krótka i rozkrok niewystarczający. - Ale ciasno. Wyobrażasz sobie ewakuację w razie pożaru?
- O tak – odpowiedziałem z szelmowskim uśmiechem. - Ja zwieję szybko, ale ty zanim się zkroczysz, spłoniesz pewnie doszczętnie.
Zrezygnowawszy z przekraczania, chichocząc obeszła krzesło i zająwszy swoje miejsce rozparła się wygodnie.

22 marca

Pozwolenie

Miejsce akcji: praca. W rolach głównych: ja i głos kolegi w telefonie, który dzwoni tuż przed rozpoczęciem pracy.

- No co tam?
- Hej. Dzisiaj się trochę spóźnię.
- Ok, pozwalam.
- Pamiętaj, że tak naprawdę to ja pozwalam Tobie pozwolić...
- Pamiętaj, że to ja pozwalam Ci myśleć, że pozwalasz mi pozwolić...

Kurtyna.

27 lutego

Kolczuga i inne militaria

Drzwi się otwarły i pojawiła się w nich roziskrzona, srebrzysta postać. Migotliwe świetlne iskry, jak maleńkie błyskawice, skakały po niej oślepiając moje oczy. Anioł – pomyślałem oniemiały, kiedy świetlista postać zbliżała się w moim kierunku. Chciałem wrzasnąć, ale głos uwiązł mi w krtani. I dobrze, bo to nie był anioł tylko koleżanka przyodziana w srebrną kolczugę. Tak, w kolczugę! Zabezpieczającą ją od szyi po kolana. Usiadła na swoim miejscu odprowadzona spojrzeniami pełnymi szczerego podziwu. Zastanowiło mnie, dlaczego przy siadaniu kolczuga ta nie zazgrzytała i nie zachrzęściła, jak można byłoby się spodziewać. I jak powinna była! Brak owego chrzęstozgrzytu zrodził moje podejrzenie, że nie jest ona wykonana z metalu, a z jakiegoś innego, tajemniczego materiału. Może to owa legendarna kolczuga Froda, wykonana z bezcennego mithrilu, miękka jak jedwab i mocna jak kevlar połączony z włóknami aramidowymi i szybą przeciwpancerną? Frodo odpłynął za morze, więc nie jest mu już potrzebna, a dla koleżanki jak znalazł. Nawet jeśli to nie mithril, a zwykła srebrna dzianina, to i tak nie można nie docenić jej psychologicznego oddziaływania na ewentualnego zamachowca. Skąd taki wniosek? Ano stąd, że koleżanka porusza się głównie komunikacją miejską, a po przeczytaniu posta diabła w buraczkach >>KLIK<< o czyhających w niej zagrożeniach, olśniło mnie: koleżanka po prostu się zabezpiecza przed ewentualną napaścią uzbrojonych strzyg ową miejską komunikacją się przemieszczających. Choć… Znając ją, nie sądzę, żeby jakakolwiek strzyga ośmieliła się na nią targnąć ręką, szponem, tudzież innymi militariami. Po prostu, jak mówi gawiedź u mnie w górach, ręka by jej „uskła” zanim by koleżanki dosięgła. Odgryzłaby ją jej z szybkością błyskawicy. Zerkając dyskretnie na to cudo, które na siebie włożyła, pomyślałem sobie, że gdyby ją zobaczył pan Jacyków, botoks w twarzy by mu się zwarzył, zalewając jego jestestwo taką dawką zwarzonej botuliny, że zwoje mózgowe rozwinęłyby się mu i zwinęły z powrotem w odwrotnym kierunku, zmieniając go przy okazji z waginosceptyka w waginoentuzjastę, tak, że padłszy na kolana błagałby ją skamląc, by go wystylizowała i poślubiła. Paradowaliby potem razem wystrojeni po czerwonych dywanach salonów…

Ciekawe, czy w spadku po Frodzie otrzymała też słynną pelerynę niewidkę? Jeśli któregoś dnia w robocie ujrzę samoklikającą klawiaturę, samoprzemieszczające się powietrzem kartki papieru, tudzież samobujający się fotel (koleżanka lubi się czasem na fotelu bujnąć), będę wiedział, że to nie żadne czary mary, a dzień prezentacji owej peleryny niewidki. Skomplementuję, że bardzo twarzowa. A co…

***

Gocha zadzwoniła wczoraj, żeby pogadać. Nie jest to w tym wypadku (wyjątkowo) eufemizm, bo rzeczywiście zadzwoniła, żeby pogadać a nie, jak ma w zwyczaju, pomonologować. Miała niezmiernie rzadki napad potrzeby realizacji integrującego dialogu, żeby poczuć się częścią jakiegoś środowiska i muszę przyznać, że całkiem przyjemnie się z nią pogadało. Nie to, że szał był i tyłek urwało, nie. Konwencja pępka wszechświata zarządzającego wszystkimi i wszystkim nie była jednak dominująca, co w jej przypadku było ogromnym poświęceniem, do jakiego – zdawało mi się – nie była zdolna i już to, w konfrontacji ze zwykłą jej egocentryczną megalomanią sprawiło, że gadało się przyjemnie. Człowiek zna kogoś całe życie i wydaje mu się, że zna tego kogoś dobrze, a tu proszę, surprise, bo okazuje się, że nawet Gocha czasem potrafi swój egotyzm utrzymać na wodzy. W tym kontekście, po tym jak ją bezlitośnie obsmarowałem onegdaj – a powszechnie wiadomym jest, że prędzej język bym sobie wyrwał niż obmówił bliźniego - obiecuję rozważyć, jak tylko opublikuję tego posta, czy aby nie wyrwać sobie tego mojego niewyparzonego jęzora z jamy gębowej… 

Update (30 sekund przed publikacją)

Po głębokim namyśle postanowiłem jednak tego nie robić, bowiem z doświadczenia wiem, że egotyzm i megalomania stanowią nienaruszalne jądro osobowości Gochy, więc następny jej telefon, najprawdopodobniej doskonale wpasowujący się w zwyczajną konwencję, z obsobaczenia jej mnie rozgrzeszy…  

12 października

Delegacja

Wróciłem z wyjazdu służbowego. Zawiało mnie do Belgii na kilka dni i przywiało z powrotem. Dosłownie i w przenośni, bowiem podróżowałem samolotem.

Nie lubię wyjazdów służbowych. Co prawda podróż samolotem to wielka oszczędność czasu, hotel też był bardzo dobry, ale ja najbardziej lubię swoje własne łóżko. Nie lubię też tego, że rzadko zdarza się, żeby na służbowych wyjazdach było na tyle wolnego czasu, by można było pozwiedzać, więc turystyczne potrzeby zaspokoić trzeba w pośpiechu. Tym razem jednak było inaczej, więc zdołałem złazić Brukselę wzdłuż i wszerz.

Moja koleżanka, udającą się ze mną w ową delegację, zaoferowała się, że przyjedzie po mnie i pojedziemy na lotnisko, gdzie auto zostanie na parkingu, by na nas czekać, a po powrocie odwiezie mnie też do domu. Trafiła do mnie, ale do wyjazdu na autostradę musiałem ją pilotować. Może to była moja wina, może ja źle ją prowadziłem, ale takiej jazdy dawno nie przeżyłem. Mówię: ”Skręć w prawo i zajmij środkowy pas”, a ona, ku memu przerażeniu, skręca w lewo, krzyczę więc: „W prawo! W prawo! Nie pod prąd!”. Wróciła na prawy pas. Dobrze, że wczesne rano i ruch żaden. Jedziemy dalej. Mówię: „Zjedź na prawy skrajny pas, bo będziemy zjeżdżać”, a ta znowu chce skręcać w lewo, pod prąd. Ponownie wołam: ”W to prawo! W to!”, dodając gestykulację, żeby nie miała wątpliwości, o którym prawym mówię. Nie wiem, może naoglądała się tych filmików na YouTube o kierowcach jeżdżących pod prąd i też chciała zaistnieć? Jakoś dojechaliśmy do autostrady. Podróż na lotnisko przebiegła bez większych niespodzianek, może dlatego, że kierunki ruchu dzieli barierka i pas zieleni, dlatego nie kusiło ją by jechać w lewo, aczkolwiek koleżanka jest dość osobliwym kierowcą i czasem wykonuje manewry, których ja nie rozumiem. Zauważyłem, że inni kierowcy również. Kilkakrotnie włączył się mój wewnętrzny, niezwerbalizowany skowyt i zajęczał kurrrrrwaaaa! W drodze powrotnej również. Boję się z nią jeździć i nic na to nie poradzę, nie wypadało mi jednak powiedzieć, żeby się przesiadła i ja poprowadzę, choć kilkakrotnie ochotę miałem wielką. Nie chcę też sugerować, że kobiety są złymi kierowcami, bo zdarza mi się jeździć z prowadzącymi znakomicie, ale ona – makabra. Jej sposób prowadzenia auta objęty jest jakimś obłędem i tylko czujności innych kierowców zawdzięcza to, że nie miała dotąd wypadku. Nie wsiądę więcej do żadnego pojazdu, który ona miałaby prowadzić, bo na samą myśl o jeździe z nią cały dygoczę wewnętrznie. 

Robiąc fotograficzną dokumentację wyjazdu, by móc się podlansować na fejsie, zdołałem przywabić jednego z ochroniarzy lotniska. Niestety nie zadziałał mój urok osobisty ani nieodparty czar, a procedury, zrobiłem bowiem parę fot strefy kontroli bezpieczeństwa - natychmiast podszedł do mnie bardzo przystojny pan, uprzejmie zażądał pokazania zdjęć, które przed chwilą zrobiłem i tonem nie znoszącym sprzeciwu nakazał je wykasować, co też potulnie uczyniłem, bo taki był władczy. Grzecznie przycupnąłem sobie w poczekalni i nie prowokując więcej incydentów doczekałem odlotu. A przyznać muszę, że entuzjastą latania jestem umiarkowanym. Ogromnie doceniam oszczędność czasu, szybkość i wygodę, jednak entuzjazm swój wspierać muszę magiczną romboidalną pastylką, która w czarodziejski sposób powstrzymuje mnie przed zafundowaniem sobie i współpasażerom efektownego performensu w postaci dorodnego napadu paniki, spowodowanego przebywaniem w zamkniętym pomieszczeniu, z którego nie da się wysiąść, jak z autobusu. Poza tą drobną niedogodnością, pacyfikowaną magiczną mocą pastylki, jestem wprost stworzony do latania, w którym też jest coś z magii, bo pół Europy można przebyć w półtorej godziny, a ocean w siedem, choć za samolotowym okienkiem wygląda to tak, jakby wisiało się w powietrzu bez ruchu. Lot do Brukseli przebiegł spokojnie, pomimo lekkich turbulencji i pilota, który popisał się średnio, gwałtownie podrywając maszynę przy starcie i lądując też nie najprzyjemniej, twardo siadając na pasie. Chyba humoru nie miał na subtelne manewry. 

Sama Bruksela zaskoczyła mnie swoimi stosunkowo niewielkimi rozmiarami, bardzo zwyczajnym centrum i prześlicznym Wielkim Placem wpisanym na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Manneken Pis, będący symbolem i najważniejszym punktem turystycznym Brukseli, jest zaskakująco mały i łatwo go przeoczyć. Jakoś nieszczególnie mnie poruszył, choć selfie sobie cyknąłem, żeby mieć dowód zaliczenia. O wiele ciekawszym dla mnie miejscem było Królewskie Muzeum Sztuki Dawnej, w którym wystawione są prace Cranacha Starszego, Bruegla, Rubensa, van Dycka i Boscha. Bardzo podobała mi się również brukselska katedra z przepięknymi witrażami. Na wszystkich turystycznych trasach (również na lotnisku) widać dużo policji pod bronią, co stwarza dość przygnębiające wrażenie. Moim zdaniem Kraków, Wrocław i Warszawa są od Brukseli dużo piękniejsze. 

Czasem pół Europy przebyć trzeba, by po raz pierwszy w życiu na własne oczy ujrzeć zjawisko, jakie widywało się dotąd jedynie w telewizji. Idąc z Wielkiego Placu w stronę Manneken Pisa spotkałem laskę z wygoloną na zero i na kolorowo wytatuowaną głową oraz zakolczykowaną szczelnie twarzą. Miała kolucha w uszach, brwiach, nosie i wargach. Z tym całym badziewiem ważyła chyba 15 kg więcej niż bez niego. Swoją całkiem ładną buzię (przyjrzałem się dyskretnie) ukryła pod tym szajsem. Tak bardzo przylgnęła do oryginalności, że zrobiła z siebie dziwowisko. A może właśnie taką miała intencję?    

To nie objaw rasizmu, jedynie moja obserwacja z kilkudniowego tam pobytu: niemal wszystkie sklepy z pamiątkami i knajpy w centrum prowadzą Arabowie, przed sklepami spożywczymi rozkładając towary na chodnikach, jak na jakimś suku. Niektórzy dość nachalnie zaczepiają potencjalnych klientów. Do tego jeszcze ci policjanci pod bronią i tajniacy przyglądający się uważnie ludziom, a nie zabytkom, co jest konsekwencją marcowych zamachów terrorystycznych - wszystko to sprawiło, że po zmroku nie czułem się w centrum Brukseli komfortowo. Spotkałem tam też dwóch przedstawicieli brukselskiej elity, zwanej żulerią. Co ciekawe, rozmawiali po polsku… 

Znajoma zażyczyła sobie magnesik na lodówkę, przy okazji zwiedzania rozejrzałem się więc za jakimś. Trudne to nie było, bo na turystycznych szlakach sklepów z pamiątkami obfitość wielka, a w nich magnesików ile dusza zapragnie, choć na wszystkich Manneken Pis w najróżniejszych kolorystycznych konfiguracjach i rozmiarach. Najbardziej wstrząsnęła mną wersja wykonana z porcelany, wielkości spodeczka, w której Manneken obsypany obficie złotym brokatem prezentował się na równie zabrokatowanym srebrnym tle. Właściciel sklepu z pamiątkami najpewniej uznał ten model za najpiękniejszy dostępny u niego bibelot, dzieło sztuki nieomal, skoro wycenił go na całe 15 euro. Nie nabyłem go jednak, choć mógłby być chlubą każdej magnesikowej kolekcji, bo nie wiedziałem, czy znajoma byłaby w stanie znieść aż tyle… piękna. Wykosztowałem się na mniej wstrząsający wariant, w którym czarny szklany Menneken sika na przeźroczystym szklanym tle. Nie dane mu jednak było opuścić Belgii. Wróciwszy do hotelu zapakowałem go dla bezpieczeństwa do torby na laptopa, którą miałem zabrać z sobą jako bagaż podręczny na pokład samolotu. Przy odprawie musiałem wyciągnąć laptopa oraz ładowarkę z torby i przy tej operacji mannekenowy magnesik wypadł i strzaskał się był na sto szklanych okruszków. W całości pozostały jedynie sam magnesik oraz mannekenowa łapka trzymająca siusiaka, dlatego przekroczywszy bramkę grzecznie przeprosiłem i pamiątkę ową porzuciłem. Oczywiście bramka z konieczności została wyłączona z użytku, bo rozsypane szklane confetti stanowiło zagrożenie dla stóp pasażerów, z których większość musi do kontroli zdejmować buty i przekraczać bramkę bez nich. Jeśli w TV mówili o zatorze przy bramkach kontroli osobistej na brukselskim lotnisku, to winny byłem ja – nie żaden Arab.

Lot powrotny był idealny (start i lądowanie wprost mistrzowskie), choć nie obyło się bez pewnych niedogodności, bo próbowano nas, pasażerów, upiec, zamrozić, znowu upiec i ponownie zamrozić. Zabawnie było obserwować jak ludziska rozbierali się, potem ubierali, żeby znowu się rozebrać i ubrać ponownie, jak sterowani. Komfortowa temperatura ustaliła się dopiero po około pół godzinie lotu, czyli pokonaniu 1/3 trasy. Startowaliśmy przed świtem. Pod chmurami była ciemność, ale po wzniesieniu nad chmury ujrzeliśmy cudowną, olśniewającą jasność rozświetlającą horyzont. Dzień się budził bardzo efektownie...

21 września

Szybki przelot

Matrix mi się zaciął i dni tygodnia pomieszały. Mało brakowało, a w sobotę rano zamiast do pracy pojechałbym na delegację, bo byłem pewny, że to niedziela. Dzień wcześniej spakowałem nawet bagaż. Na szczęście tuż przed wyjściem rzuciłem przytomnym okiem na komórkę i odkryłem, że to sobota, więc skorygowałem azymut na firmę. Staję się roztargniony. Jakież to romantyczne. 

W ową sobotę musiałem po drodze do pracy wstąpić do mojej Alma Mater, gdzie wpadłem przypadkiem na mojego przyjaciela z pierwszych lat studiów. Przyjaźń ta, jak to czasem w życiu bywa, zmarła była śmiercią naturalną po ukończeniu studiów. Nie wiem nawet, czy można ją nazwać przyjaźnią, choć w owym czasie taką się być wydawała. To było miłe przypadkowe spotkanie, bo chwilę porozmawialiśmy serdecznie. Przypomniały mi się radosne i beztroskie czasy studenckie.

Wróciłem z delegacji nad ranem, wykończony. Zazdroszczę osobom, które potrafią spać w pociągu czy autobusie – ja niestety nie potrafię, więc męczę się w takim upierdliwym, przykrym trwaniu między czuwaniem a spaniem. 

Poranki i wieczory są już jesiennie rześkie i wilgotne, z drzew zaczynają powoli opadać liście. W powietrzu czuć nadchodzącą jesień. Jeszcze parę dni i studenci się zjadą, zacznie się rok akademicki. Szarooki i Brązowooki rozpoczną drugi rok swoich studiów. Studenci z czuprynami poprzetykanymi siwizną… 

14 czerwca

Nie tylko o genach

Aśkę-strasznego-babola odwiedziła dziś w pracy progenitura. Nie miałem żadnych wątpliwości, czyją zstępną jest to dziewczę, bowiem jest mamci klonem doskonałym, tyle że o dwadzieścia parę lat młodszym. Ja nie wiem, jak się tam te geny zmieszały, że z mamci wszystko, a z tatka nic. Może się nie pomieszały? Może zaraz po zapłodnieniu geny mamci zeżarły geny tatka i dlatego taka do mamci podobna? I lico krągłe, i udo potężne, i tyłek monstrualny, i oczka chytre, rozbiegane, taksujące wszystko i wszystkich wokół. Po prostu mamcia wypisz wymaluj. Zaraz po wejściu zdmuchnęła z mamcinego talerza dwa kawałki ciasta, które pożarła z marszu, popijając półlitrową colą przyniesioną z sobą. Zniknęły tak błyskawicznie, jakby je w całości połknęła, bez żucia. Jak pelikan. To też ma po mamci. Ma czternaście lat, a wygląda na trzydzieści, bo tak jest utuczona. Biedne dziecko. Tak sobie pomyślałem, jak na nią popatrzyłem, że gdyby dzieciak którejś z koleżanek wrzucił w siebie za jednym zamachem dwa kawałki ciasta, Aśka-straszny-babol miałaby temat do gadania na kilka dni: że żarłoczny, nie nauczony umiaru, itd., a u swojej własnej progenitury tego nie dostrzega…

***

Urlop zbliża się wielkimi krokami i jest tuż tuż. I całe szczęście, bo moja tolerancja spada, a wraz z nią próg wkurwu się obniża. Wiem, że koleżeństwo ma tak samo, więc zaciskając zęby żegluję po firmowym akwenie starając się omijać mielizny i rafy oraz inne okręty. I choć czasem miałbym ochotę dokonać abordażu i skopać jakąś koleżeńską dupę – myślę, że takie pragnienie jest udziałem każdego człeka od czasu do czasu – heroicznie odmawiam sobie tej przyjemności, wzruszając się sam nad sobą, żem taki wyrozumiały i empatyczny. A tak naprawdę, to od kilku dni jestem „nieprzysiadalny”, jak napisał kiedyś Marcin Świetlicki. Ta moja „nieprzysiadalność” nie wynika tylko ze zmęczenia pracą, koleżeństwem, miastem, ale również, a może przede wszystkim, z powodu rozstrajającej mnie nieco, zbliżającej się rocznicy rozstania z Szarookim. Odrobinę roluję się do środka kontemplując mały okołorocznicowy żalek i nie chcę, żeby ktoś mi ten proces zakłócał, bo robię się wtedy opryskliwy. A skoro już o Szarookim: doktoryzuje się na UŚ i w związku z tym, dość regularnie bywa w Katowicach. Ptaszki zaćwierkały, że z życia i pracy w Paryżu jest bardzo zadowolony i nie planuje powrotu do kraju. Cieszę się, że jest mu tam dobrze. Ściął króciutko włosy i nosi stale kilkudniowy zarost. Wygląda megazajebiaszczo.

04 czerwca

O nagłym zrobieniu się lata

O nagłym zrobieniu się lata
Nagle zrobiło się lato. Każdego ranka wybucha gwar ptaków, owady latają jak szalone, krzewy kwitną, kwiatki pachną, topole rozrzucają te swoje waciki, które latają w powietrzu i wdzierają się do mieszkań przez otwarte okna. Wszystko, co żyje korzysta ze słońca i ciepła. Ja też. Uwielbiam późnowiosenne, letnie i wczesnojesienne poranki pełne światła, gwaru i życia, tak różne od ciemnych i cichych, choć przyjemnie rześkich poranków późnojesienno-zimowych, które też bardzo lubię. Cieszę się słońcem, ciepłem, ptasimi trelami, bzyczeniem owadów i zapachami - niektóre z nich uruchamiają we mnie geometrię wspomnień, jak na przykład specyficzna, słodkawa woń białych kwiatów krzewu kwitnącego na przełomie maja i czerwca. Krzewy te rosły pod oknami akademika, w którym mieszkałem i ich aromat docierał do mojego pokoju przez otwarte okno, aktualnie zaś mijam taki krzak idąc do pracy. Ich zapach przypomina mi czasy studenckie, a zwłaszcza ekscytujący finisz pierwszego roku studiów. Byłem wtedy taki zakochany... Co prawda prędko okazało się, że absztyfikant nie zasługiwał na moje zainteresowanie i znajomość tę zakończyłem, ale sam stan owego zakochania wspominam bardzo miło. A jak się krzaczor ten nazywa nie wiem. Sfotografowałem go i może ktoś rozpozna? 
Odliczam dni do urlopu, bo jestem już bardzo zmęczony. Od dawna nie miałem wolnego całego weekendu. Dzisiaj też muszę pokazać się w pracy popołudniu. Na szczęście tylko na dwie godziny, ale to i tak rujnuje mi sobotę. Dobrze, że jutro będę mógł poleniuchować. Pisząc tego posta, złapałem się na tym, że dłuższą chwilę zajęło mi przypomnienie sobie pozytywnych synonimów słowa „zapach”, bo na myśl przychodziły mi same negatywne: odór, fetor, wyziew. To jeden z symptomów przemęczenia. Jak i obniżająca się tolerancja dla zbezczelnień koleżeństwa. Wkurza mnie zwłaszcza jeden kolega, który drzemie w pracy. Przychodzi, siada i drzemie pochylony z półotwartymi oczyma, wolno mrugając powiekami, wyłączony, niezainteresowany tym, co dzieje się wokół, od czasu do czasu pozorując jakieś ruchy, żeby zmylić otoczenie, że niby nie drzemie. Wkurza mnie to tym bardziej, że zanosi się na to, że będę musiał spuścić z łańcucha drzemiącą we mnie zimną sukę i zrobić mu klasyczną zjebkę, żeby przestał się opierdzielać, a wbrew pozorom, wcale nie lubię być bitch, choć czasem jestem zmuszony. 

21 kwietnia

Takie tam...

Mam w pracy kolegę, który czuje nieodpartą potrzebę zabawiania otoczenia żartami, okraszonymi wybuchami jego mocno nadekspresyjnego śmiechu. A że jest z gatunku tych, którzy z własnych żartów śmieją się najgłośniej, a jego żarty to najczęściej straszne suchary, które nikogo poza nim nie bawią, to jego poczucie misji bywa czasem nieco uciążliwe. Uraczył mnie dziś z samego rana jednym ze swoich sucharów, z którego nieznośnie wręcz hałaśliwie się uśmiał. Toczył się we mnie jeszcze proces wybudzania się, więc tolerancję miałem niską i najmniejszej ochoty na pajacowanie.
- Spójrz na mnie – powiedziałem spokojnie. – Patrz na moją twarz.
Spojrzał, a całe jego ciało naprężyło się w oczekiwaniu na mój zabawny wkład w tę jego wesołkowatość. Był jak sportowiec w blokach startowych, gotowy wystrzelić śmiechem jeszcze głośniejszym, bardziej żywiołowym, na granicy histerii i usmarkania się. 
- Czy ja wyglądam na ubawionego? – zapytałem znudzonym tonem.
Szczęka mu literalnie opadła, a śmiech, który chciał się z niego wyrwać, uwiązł mu w gardle. Wybałuszył oczy i trwał tak przez dłuższą chwilę nie poruszając się, nie oddychając, nawet powiekami nie mrugając. Minę miał taką, jakby miał się zaraz rozpłakać – rozbawiło mnie to trochę i niechcący się uśmiechnąłem, co zostało przez kolegę odczytane jako sygnał do wybuchu żywiołowej wesołości. Nie zachęcałem, nie podsycałem, więc szybko skończył. Ku mojej uldze. Czasem jestem strasznym bitch.

***

Posadzkę będą zmieniać na moim piętrze, bo okazało się, że firma, która ją kładła półtora roku temu, pochachmęciła coś z gatunkiem kamienia. Biała na początku posadzka zrobiła się w ciągu roku szaro-bura i wygląda jak brudna, choć szwadron sprzątaczek pod komendą Heli szoruje ją codziennie. Nadszef wspomniał coś o wykonanej ekspertyzie, która wykazała, że zamiast kamienia najwyższej klasy, jak było w umowie, firma położyła najgorszy gatunek, bardzo porowaty. Kamil stwierdził, że na eksperta powołana została zmierzła Hela i to ona wykonała ową ekspertyzę. Uklękła, polizała podłogę, pociumkała w ustach próbkę jak somelier wino, wypluła przez lewe ramię, co by jakiego uroku z tego nie było i głosem nie znającym sprzeciwu, autorytarnie (sic) orzekła: „Najgorszy gatunek, bardzo porowaty! Tfu! Z Chin!”. Od orzeczeń Heli odwołania nie ma, więc będzie wymiana. Kamil jest wielkim fanem zmierzłej Heli, odkąd przepędziła go z męskiej toalety. Podłogę umyć chciała, a czekać nie przywykła…

***

Ten tydzień w robocie to regularna rzeźnia. Byle tylko przetrwać do soboty.

03 kwietnia

Etiudy

- Kurrrrwaaaaa! – zajęczał Kamil, markując bicie głową w ścianę. - Dopiero zaczęliśmy, a ja już mam dość!
Zanim zdążyłem zachichotać, pochylił się w moją stronę i konspiracyjnie przyciszonym głosem dodał:
- Ty widziałeś, co Aśka-straszny-babol na siebie włożyła?
Kamil uwielbiał Aśkę-strasznego-babola wprost bezkrytycznie, odkąd naraziła mu się prawiąc mu jakieś bezinteresowne złośliwości. Musiała porządnie mu dogryźć skoro pałał żądzą zemsty. Spojrzałem w stronę Aśki-strasznego-babola i mój wzrok zderzył się z jej monstrualnym, opiętym dżinsami tyłkiem.
- No sam widzisz - podjął Kamil ze złośliwym błyskiem w oku. - Dżinsy biodrówki! Ona! Horror i makabra! Osoba mająca dupsko, którego nie udałoby się uwędzić nawet w pożarze lasu, nie powinna zakładać biodrówek! Gdyby przechodząc trochę mocniej poruszyła biodrami, rozjebałaby wszystko w promieniu dwudziestu metrów…
- Ależ Kamilu, jak możesz! Jak możesz używać takich słów! Jak możesz! – zakrzyknąłem z egzaltacją, teatralnie przyciskając prawą dłoń do serca. - Jestem kompletnie zdewastowany i straumatyzowany! Kamilu! Ja interpeluję do ciebie: bądź damą!
- A idź mi! – powiedział Kamil śmiejąc się.
- Cicho! Ja ci tu scenę zrobić próbuję, a ty mi chichotem nastrój rujnujesz!

***

Dwie godziny później:

- Powiedz to Kamilu! Widzę w twoich oczach, że chcesz to powiedzieć. Zrób to! - zakrzyknąłem teatralnie, szarpiąc go za ramię. – Zrań mnie! Ja to zniosę!
- Ale co? – zapytał rozbawiony Kamil.
- Powiedz, że gardzisz moim brzuchem!
Kamil ostentacyjnie zawiesił wzrok na wysokości mojego brzucha i śmiejąc się powiedział:
- Sam sobie powiedz!

***

Pięć minut później:

- Zeszczuplałeś…
- Ja? - zapytałem autentycznie zdziwiony.
- Ty.
- Chcesz mnie chyba ostatecznie pognębić mówiąc to.
- Ależ skąd – powiedziała niepewnie. – Wysmuklałeś.
- Chyba w uszach – odpowiedziałem śmiejąc się.
- A przynajmniej sprawiasz takie wrażenie – brnęła.
- Wrażenie może takie sprawiam, bo brzuch wciągam, ale gruby się czuję.
Zamilkła skonsternowana.

17 kwietnia

O tym, że królowa nie jest tylko jedna

Hela dzisiaj prześlizgnęła się w pobliżu mnie. Skradając się pod ścianą, w cieniu, unikając światła, próbowała przemknąć bezszelestnie niezauważona, ale przygwoździłem ją moim „Dzień dobry”. Zamarła na moment zaskoczona, bo nie spodziewała się, że się jej ukłonię po pamiętnym incydencie ze sprzątaniem psiego szczęścia, otrząsnęła się jednak błyskawicznie, odpowiedziała grzecznie „Dzień dobry” i czmychnęła, byle jak najdalej ode mnie. Może bała się, że zagonię ją do jakiejś roboty? Czmychając, za tzw. winklem spotkała swoje koleżanki z zespołu sprzątającego nr 2, które miło spędzały tam czas, beztrosko i radośnie pocierając podłogę mopami. Spotkanie nieformalnych podwładnych i do tego tak dobrze bawiących się, tak Helę wzruszyło, że zapomniała, że przed momentem mnie minęła, dzięki czemu mogłem być świadkiem theatrum, które się odbyło bez wizji co prawda, ale za to z doskonałą fonią. Hela mianowicie w poczuciu odpowiedzialności za pracowniczą rzetelność i efektywność koleżanek oraz, jak mniemam, siłą przyzwyczajenia, wydała koleżankom dyspozycje mające na celu podkręcenie imprezy, ale... doznała szoku! Albowiem niespodziewanie nadziała się na jedną z koleżanek, która po uwolnieniu się spod jej kurateli, słusznie wyczuwając odpowiedni moment na rozwój swojej zawodowej kariery, wyemancypowała się, zbuntowała, dokonała przewrotu i zawłaszczyła sobie zespół sprzątający nr 2! Gadzina niewdzięczna! Znaczy wzięła pod buta swoją koleżankę, przyjmując na swe wątłe barki brzemię bycia samozwańczą szefową owego zespołu sprzątającego. Teresa - bowiem takie wdzięczne imię nosi owa dzielna niewiasta, która Heli się nie bała - w sposób zdecydowany przeciwstawiła się jednowładztwu Heli! Ta haniebna, żmijowa zdrada, ten bestialski, obrzydliwy zamach na jej prerogatywy, wstrząsnęły Helą do głębi i uruchomiły lepszą, milszą i ładniejszą część jej bogatej osobowości - strzygę! W pierwszej chwili miała rzucić się i rozszarpać podłą zdrajczynię pazurami w półcentymetrowe paski, ażeby potem móc tak spreparowane strzępy jej truchła wtupać w podłogę jak robactwo! Wyciągnęła nawet w stronę zdrajczyni swoją karzącą rękę z rozczapierzonymi wojowniczo palcami i już, już miała wywrzeć swoją straszną zemstę… Wstrzymała jednak swoje ramię sprawiedliwości, bowiem wzrok jej padł na jej własną dłoń i uświadomiła sobie, że planu rozszarpania zrealizować nie będzie w stanie z powodu braku efektywnego narzędzia kaźni, czyli… szponów! Mogłaby ewentualnie wytarmosić za włosy, ogólnie sponiewierać, a potem skopać, ale to nie byłoby to samo! Porażona tym faktem Hela wstrzymała vendettę, co pozwoliło jej ogarnąć sytuację chłodnym okiem. Jako pragmatyczna realistka, a przy tym szczwany, wyrafinowany i biegły w trudnej sztuce dyplomacji strateg, Hela szybko odnalazła się w nowej, wykreowanej faktami dokonanymi, politycznej rzeczywistości i dostrzegła w niej pewne korzyści w postaci dywersyfikacji kierowniczej odpowiedzialności. Tak naprawdę Hela uświadomiła sobie, że nie ma innego wyjścia, jak tylko podzielić się władzą, dlatego przypomniała sobie, że brzydzi się każdego przejawu przemocy i uznała koleżankę za równą sobie pod względem kompetencji i prestiżu, czym zmiękczyła ją czyniąc skłonną do dialogu i współpracy. Obie panie, już w doskonałej harmonii, zgodnie omówiły plan dalszych służbowych działań na kluczowej dla egzystencji firmy niwie porządkowej. W ten oto sposób tort na tym nieformalnym, ale najwidoczniej dla obu pań prestiżowym szczeblu firmowej hierarchii został podzielony na dwie (chyba) równe części i… cóż… królowe są tylko dwie. Na razie. A swoją drogą, jakimż to afrodyzjakiem zaiste ta władza być musi, skoro wywołuje aż taki głód… władzy. Człowiek żyje sobie spokojnie i pracuje, nie mając pojęcia, że obok, na korytarzach, w kuluarach, tudzież innych miejscach, dzieją się rzeczy epokowe, toczy się wielka, wyrafinowana, przerażająca i skrajnie niebezpieczna  gra. Gra o tron.

01 kwietnia

O psim szczęściu i Heli

„Cham chamem, na wieki wieków amen” – jak mawia pani Zosia i ma absolutną, bezdyskusyjną rację! Wczoraj po raz kolejny przekonałem się o prawdziwości tych słów. Jak również o tym, że Eduardo ma bardzo poważną konkurencję. Zmaterializowało mi się albowiem ponownie chamstwo w czystej postaci, tym razem jednak, dla odmiany, żeńskiej...
Przyjechałem do pracy jak co dzień, a że miałem dużo czasu, usiadłem na sofie naprzeciwko wind, żeby zadzwonić do Mamy. Nie zdążyłem, bo przeszkodziła mi w tym kaskada wydarzeń. Wszedł nadszef z moją koleżanką, przywitał się, wymieniliśmy kilka kurtuazyjnych zdań. Kiedy konwenansom stało się zadość, nadszef wsiadł do windy, koleżanka razem z nim i pojechali. Po ich przejściu pozostał jednakże wyraźny ślad, ponieważ któreś z nich wlazło w psie szczęście i niosąc je pod butem, znaczyło nim każdy swój krok. Złapałem za telefon i zadzwoniłem do koleżanki – odebrała jeszcze w windzie. Podzieliłem się z nią tą sensacyjną wiadomością, sugerując przy tym, żeby przyjrzała się swoim butom. Albo butom nadszefa. Okazało się, że to ona miała to szczęście. Pod butem. Zadzwoniłem również do sekretarki nadszefa z prośbą o przysłanie siły fachowej, w celu profesjonalnego usunięcia z podłogi owej wątpliwej dekoracji. Wróciłem na sofę i miałem wreszcie zadzwonić do Mamy, ale znowu nie zdążyłem, bo… Winda zjechała, drzwi się rozsunęły… A ze środka wystrzeliła Hela jak rozwścieczona strzyga i… Odegrała czwarty akt „Toski”! Zrobiła taką scenę, że gdyby ją sfilmować, mielibyśmy kolejne Oskary, tym razem za film krótkometrażowy, scenariusz, dźwięk  oraz, co oczywiste, za pierwszoplanową rolę kobiecą! Hela, najwidoczniej rozwścieczona rozczarowaniem, że to nie płatki róż z podłogi sprzątać będzie, wzniosła ręce do nieba i dała upust swej wściekłości, wydzierając się, że ona „G… sprzątać nie będzie!”. Dramatyczna poza Heli z wzniesionymi w górę rękoma świadczyła o tym, że ów okrzyk to dopiero początek theatrum. Ze względu na ewentualnych klientów, którzy mogli się lada chwila pojawić, musiałem zareagować i przerwać ten efektownie zapowiadający się monodram:
- Pani Heleno, przecież coś takiego może się zdarzyć. Nikt tego specjalnie nie zrobił.
W tym miejscu muszę złożyć samokrytykę i przyznać, że popełniłem błąd - nie powinienem był być dla Heli miły, ponieważ uznała to za zachętę do spoufalenia się i wczoraj doświadczyłem tego skutków. Osoby jej pokroju, miłych ludzi postrzegają jako słabych i za takiego Hela mnie uznała. W odpowiedzi bowiem na moje słowa bluzgnęła taką wiąchą, że uszy mi zwiędły. Owym bluzgiem opisała światu osobę, która, żeby zrobić jej na złość – co do tego Hela nie miała żadnych wątpliwości - przyozdobiła podłogę tak efektownie! Nawet gdybym chciał, nie potrafiłbym powtórzyć po niej tej charakterystyki, bo niektórych użytych przez nią epitetów nie słyszałem nigdy wcześniej. Wyrzuciła je z siebie z szybkością karabinu maszynowego. Powiem tylko, że były to girlandy słownych obrzydliwości, którymi przekroczyła wszelkie możliwe granice i… obudziła drzemiącą we mnie zimną sukę.
- Zapomina się pani! Ja nie jestem pani kolegą! – powiedziałem lodowatym, nieznającym sprzeciwu głosem, kiedy Hela zapowietrzona zrobiła pauzę na wdech. Tak ją tym zaskoczyłem, że zamarła z otwartymi ustami. Po raz drugi w życiu ujrzałem, jak komuś, literalnie, szczęka opadła.
- Jest pani zatrudniona w firmie jako sprzątaczka! SPRZĄTACZKA – powiedziałem to drukowanymi literami - a nie rzecznik prasowy ani dyrektorka!
Hela szybko zaczęła się z zaskoczenia otrząsać, a wyraz jej twarzy wskazywał, że jeszcze wiele ma do powiedzenia. Nabrała powietrza z zamiarem kontynuowania swojej barwnej wypowiedzi, ale zdusiłem ten zamiar w zarodku:
- Proszę mi nie przerywać! Nie jest tu pani zatrudniona na stanowisku firmowej maskotki ani królewny, tylko SPRZĄTACZKI i sprzątanie należy do pani służbowych obowiązków! Nie reprezentacja, nie nadzorowanie koleżanek, nie zarządzanie zasobem ludzkim, ale SPRZĄTANIE! Proszę mi się tu nie wydzierać i nie rzucać mięchem, bo jest pani w pracy, a nie w jakiejś melinie!
Jak na zaprawioną w pyskówkowych bojach twardzielkę przystało, Hela nie zamierzała się łatwo poddać i znowu spróbowała wciąć mi się w wypowiedź, ale zdusiłem ponownie:
- Proszę swoje uwagi zachować dla siebie i zrobić to, o co proszę! Proszę zmyć te ślady, bo lada moment pojawią się klienci i jak to będzie wyglądało?! To jest polecenie służbowe!
Jest coś magicznego w słowach „To jest polecenie służbowe!”, bo wypowiedziane w odpowiedni sposób zawsze działają. Jak się okazało, na Helę również to zaklęcie działało. Doskonale wiedziała, że choć nie jestem jej przełożonym, to takie polecenie służbowe mogę jej wydać, więc zamknęła twarz i zmyła podłogę. Po czym ruszyła w stronę windy.
- W windzie podłogę też proszę umyć! – dogoniły ją moje słowa.
Nie odezwała się ani słowem, nie ośmieliła się. Łypnęła tylko na mnie złym okiem, załadowała się do windy i pojechała w górę. W trakcie tej podróży zmyła podłogę w windzie, bo jak kilka minut później do niej wsiadłem, podłoga była jeszcze mokra.
„Co to jest za zgaga! – myślałem jadąc w górę - Po co ona windą jeździ, skoro mogłaby dosiąść mopa i polecieć.”.
Hela, jak się później okazało, wyraziła swoje spostrzeżenia na mój temat do jednej z moich współpracownic. Jak łatwo się domyślić, nie były pochlebne. W ten oto sposób nasze pączkujące i jakże obiecujące kumpelstwo szlag trafił. Czy żałuję? Ani trochę. Całe to wczorajsze zajście skłania mnie do refleksji, że tak jak niektórzy celebryci są ambasadorami jakichś marek, tak Hela wraz z Eduardo są ambasadorami marki cham, całym niezmierzonym bogactwem swoich rozbuchanych osobowości tę markę ilustrując. I nie ma w tej refleksji nic dla nich obraźliwego, bowiem chamstwo to ich naturalny i ulubiony żywioł. 

21 marca

Zaćmienie

Wczoraj było częściowe zaćmienie słońca. Skuszony rzadkością zjawiska, wspiąłem się windą na taras zajmujący część ostatniego piętra firmowego budynku, żeby za pomocą kawałka kliszy RTG (doskonale się do tego nadaje) rzucić okiem w zaćmione słońce i… otarłem się o Helę. Znaczy otarłem się o nią wyłącznie w sensie metafizycznym, a raczej o jej bogatą, wyrazistą osobowość. No bo też każde inne, nie metafizyczne... Dość, bo ogarnia mnie groza! Do rzeczy zatem. Hela nadzorowała swoją nową koleżankę, która myła szklane drzwi prowadzące na taras, odpowiedziała na moje powitanie i od razu też wyraziła swoją miażdżącą krytykę na temat skandalicznie złej organizacji pracy w firmie. W związku z tym, że ruszyła akcja mycia firmowych okien i szklanych drzwi, których jest obfitość, Hela liczyła, że na tę okoliczność siły obu zespołów sprzątających zostaną połączone, pod jej wodzą oczywiście. Ku oburzeniu Heli, tak się jednak nie stało. Hela, jak mniemam, zatroskana jest o to, jak koleżanki z zespołu sprzątającego nr 2 sobie bez niej radzą i czy wywiązują się ze swoich służbowych obowiązków w stopniu zadowalającym. Helę oczywiście. Bo w tej kwestii Hela wcale nie ukrywa swojego sceptycyzmu. Wszak powszechnie wiadomo, co dzieje się ze statkiem pozbawionym za jednym zamachem kapitana i sternika! W czasie krytycznego monologu Heli, jej nowa koleżanka jechała ze ścierą zupełnie nie zwracając na nas uwagi. Pomyślałem sobie, że nowa i na pewno chce się pokazać, że pracowita. No i Hela też pewnie już jej pokazała „jak się tańcuje” i kto tu rządzi. W wyobraźni ujrzałem Helę jako poganiaczkę niewolników z pejczem w ręku, w obcisłym, czarnym, nabitym ćwiekami skórzanym kombinezonie... Brrr!!! Aż mnie ciarki przeszły! Przegoniłem tę ścinającą krew w żyłach wizję. A kysz!!! Popatrzyłem sobie na zaćmienie przez kliszę RTG, co Hela obserwowała, mamrocząc coś sobie pod nosem. Podejrzewałem, że memlała* w ustach jakiś komentarz, zapewne sarkastycznie dyscyplinujący. Powstrzymała się jednak dzielnie od zwerbalizowania go. Heroiczność tego czynu uznałem za niewątpliwy przejaw jej pozytywnego stosunku do mnie i, co również bardzo prawdopodobne, dobrego humoru. Zapytałem Helę, czy może też chciałaby sobie luknąć przez kliszę na zaćmione słonko. Owszem, zechciała rzucić okiem, a oddając mi kliszę rzekła lekko nagannym tonem:
- Bierz pan to, bo ja nie mam czasu na takie pierdoły. Robota czeka.
Z trudem powstrzymałem parsknięcie. Hela jest zdecydowaną zwolenniczką szorstkiego kumpelstwa. Obejrzałem wczoraj zaćmienie słońca w doborowym towarzystwie. Pomyślałem sobie, że gdyby wszystkie inżynierki-konserwatorki powierzchni użytkowych były jak Hela, to straszno byłoby do roboty przychodzić, bo latałyby na tych swoich mietłach*, jak jakieś wilcze stada, rozdając razy ścierami na prawo i lewo**. A to wszystko z troski o losy firmy i maksymalne wykorzystanie pracowniczych zdolności przerobowych.
_______________________________________________
* forma zamierzona, używana u mnie w górach
** werbalnie i metaforycznie

13 marca

O firmowym CIA i nowym powołaniu Heli

Jak dobrze, że zaczął się weekend! Te ostatnie leniwe dni w pracy zmęczyły mnie bardziej, niż - pardon my French – ubiegłotygodniowy zapieprz. Wymyślałem sobie dzisiaj zajęcia, żeby jakoś spożytkować czas. Chyba zacznę myśleć, że jestem inwigilowany w pracy przez firmowe CIA. Wczoraj monitorowała mnie Kaśka-intrygantka, a dziś dla odmiany Aśka-straszny-babol. Zasiadła i prawie w ogóle się nie przemieszczała, jakby przykleiła się do krzesła. Po incydencie sprzed kilku miesięcy postanowiłem zmienić mój stosunek do Aśki-strasznego-babola i staram się być dla niej miły. Nie dlatego, że zapałałem do niej nagłą sympatią, nie. Po prostu uznałem, że dużym chłopcem jestem i nie powinienem obnosić się z moją do niej antypatią. Aśka-straszny-babol poczuła się tą zmianą skonfundowana, bo nie wie, co o tym myśleć. Widzę, jak zastanawia się, z jakiego powodu jestem dla niej miły i czego będę od niej chciał. Bo to dla niej oczywiste, że czegoś chciał będę, skoro jestem miły. Ona tak funkcjonuje, więc w takich kategoriach to postrzega. Nie powiem, bawi mnie to jej skonfundowanie. To nie jedyna zmiana... Od kilku dni nie widziałem Heli – straciła się gdzieś, znikła. Już nawet zacząłem myśleć, że to z mojego powodu omija ścieżki, na których mogłaby mnie spotkać, ale okazało się, że jest znacznie gorzej. Otóż doskonała harmonia zgranej drużyny trzech sprzątaczek została zdewastowana zatrudnieniem czwartej. Drużyna została podzielona na dwa zespoły sprzątające. Hela została powołana na naturalną szefową nowej koleżanki, którą, jak mniemam, z prawdziwą radością szkoli, nadzoruje i gna do upadłego. Zespół sprzątający nr 1 (to chyba oczywiste - nr 2 oznaczałby degradację, a tego Hela by nie zmogła!) otrzymał rewir, w którym rzadko bywam (inny dział), dlatego, ku mojej rozpaczy, Helę widywać będę rzadko. To straszne, ale będę musiał jakoś z tym żyć:-) Dwie dotychczasowe naturalne podwładne Heli, stanowiące zespół sprzątający nr 2, poinformowały mnie o tych rewolucyjnych zmianach. Sprawiały wrażenie z tych zmian zadowolonych. Wręcz uradowanych! Zupełnie nie rozumiem dlaczego...

12 marca

Letargicznie

W pracy marazm i nuda. Letarg. Wymyślałem sobie jakąś robotę, żeby przyśpieszyć nieco czas, który w tym letargu sączył się w tempie porażająco powolnym. Minuta podążała za minutą tak leniwie ociągając się, że każda wydawała się godziną. Masakra. Roboty dużo - źle. Nieróbstwo - też źle. Taka już natura człowiecza. No nie dogodzi. Niestety, ze względu na czujne oko Kaśki-intrygantki nie mogłem pisać nowego posta na bloga, bądź surfować sobie swobodnie po necie, bo wredota oczy ma sokole. Na dodatek chyba każde może poruszać się niezależnie, jak u kameleona. Jednym okiem spogląda w swój monitor, a drugim lupuje wszystko wokół. Jakoś heroicznie trwałem udając, że pracuję, choć do zrobienia niczego, tak naprawdę, nie miałem. Naprzeciwko mnie, równie jak ja heroicznie, trwał kolega, o którym już kiedyś pisałem – Kamil, mistrz fochów. W przeciwieństwie jednak do mnie, Kamil ostentacyjnie demonstrował swoje znudzenie. Wiercił się, kręcił, łaził, przeciągał, ziewał. Jak mały chłopiec.
- Kiedy tak patrzę na Ciebie Kamil, jak się przeciągasz, myślę sobie, że w godzinach pracy powinien być przewidziany czas na leżakowanie – powiedziałem śmiejąc się.
- No. Dobrze by było.
Około południa nuda stała się męcząca na tyle, że dostałem lekkiej głupawki i nie zważając na sokole oko i gumowe ucho Kaśki-intrygantki, uciąłem sobie z Kamilem lekką pogawędkę o pierdołach, którą zakończyłem słowami:
- Kamil, kurczę, jest tak nudno, że pochlastać się można. Czuję normalnie, jak mi się kolagen w twarzy wytrąca!
- No, za chwilę nadgarstki sobie przegryzę. Kuuuuuurnaaaaaaaa, jaka nuuuudaaaaa!!!!!!!!!! – jęczał Kamil, udając, że wali głową w biurko.
- Ty wiesz co? Chodź, zróbmy coś głupiego.
Oczy mu się zaświeciły.
- Co?
- Nie wiem. Wymyślmy coś. Albo lepiej: Ty wymyśl i zrób, a ja się będę śmiał.
- Ta. Mam być twoim trefnisiem?
- Nie, no skąd! No coś ty! Chociaż, w zasadzie, czemu nie? Skoro nalegasz…
- A idź mi! – powiedział Kamil śmiejąc się.
Kaśka-intrygantka nie słyszała, mimo grożącego obrażeniami naciągania uszu, więc zapytała:
- Co? Z czego się śmiejecie?
- Z kawału – odpowiedział na to Kamil, który nie lubi Kaśki.
- Dawaj. Też chętnie się pośmieję.
- Blondynka zwierza się blondynce: wiesz, kupiłam deskę do krojenia, ale okazała się zepsuta, bo nie kroi!
Kaśka-intrygantka, nawiasem mówiąc tleniona platynowa blondyna, a do tego domorosła sufrażystka-feminiżystka (jakby powiedziała Młoda lekarka na rubieży) nie jest fanką kawałów o blondynkach. Może odbiera je osobiście? Skrzywiła tylko usta w coś, co w zamierzeniu nie miało być uśmiechem, zebrała się i poszła na ploty do psiapsiół. Co Kamil skomentował:
- Ty widziałeś, jak ucho naciągała? Co to za babol jest wścibski. Straszny! Tylko szpiegować i szukać sensacji! Powinna się nauczyć czytać z ruchu warg, żeby niczego nie uronić! Dobrze, że wreszcie polazła, bo można się będzie czymś zająć, żeby czas jakoś minął.
Tak też zrobiliśmy, czego dowodem jest ten post.

06 marca

Łaska Heli na pstrym koniu jeździ

To był bardzo ciężki tydzień w pracy i cieszę się bardzo, że się skończył. Dobrze, że już weekend. Muszę się przyznać, że dałem dziś trochę ciała w pracy. Kolega mnie zagotował i wyprowadził z równowagi. Ściąłem się z nim o pierdołę, zupełnie niepotrzebnie. To chyba ze zmęczenia. Wszyscy byli zresztą dzisiaj jacyś tacy zmierzli, nerwowi. Helena również. Chyba bardziej niż zwykle, bo nie odpowiedziała na moje "Dzień dobry" i w ogóle mnie zignorowała. Łaska Heli na pstrym koniu jeździ. Może oczekiwała indywidualnego powitania? A może doszła do wniosku, że nie powinna mnie sobie spoufalać? Jakiekolwiek są tej niełaski powody - przeżyję:) 

04 marca

O obłaskawieniu c.d.

Pisałem całkiem niedawno o obłaskawieniu "Zmierzłej Heli". Pod takim pseudonimem bowiem pani Helena funkcjonuje w firmie, nie będąc tego świadomą. Wczoraj miało miejsce zabawne zdarzenie. Jak niemal każdego ranka, Helena z koleżanką myły podłogę w głównym holu. Żeby być precyzyjnym muszę dodać, że Helena bardziej dotrzymywała koleżance towarzystwa niż zmywała podłogę (ewentualnie nadzorowała gadając), bo to koleżanka jechała ze szmatą energicznie, a Helena tak sobie tę podłogę powolutku szmatą myziała, jakby od niechcenia. A że ze swoim ulubionym miejscem przy windzie rozprawiła się wcześniej, panie wykonywały czynności służbowe operując w pewnym od windy oddaleniu. Tak się złożyło, że do pracy wszedłem razem z trójką koleżeństwa. Byliśmy zagadani, więc zanim zdążyłem powiedzieć "Dzień dobry", Helena pomachała mi łapką i powiedziała donośnym głosem: "Witam panie Adamie. Dzień dobry". Dodała do tego jeszcze bonus, niezmiernie u niej rzadki, a mianowicie posłała mi promienny uśmiech. Ja również z uśmiechem powiedziałem: "Dzień dobry. Panie jak zawsze na posterunku. Miłego dnia życzę". "Miłego dnia panie Adamie" równie donośnie jak poprzednio odpowiedziała Helena i pomachała do mnie łapką po raz drugi. Wszedłem do windy wraz z towarzystwem. Trzeba było widzieć ich miny! Jeden z kolegów zapytał: "Coś ty Zmierzłej Heli zrobił, że taka dla ciebie miła?". Uśmiechnąłem się tylko i odpowiedziałem: "Na pewno nie to co ty, zważywszy, jak bardzo cię nie lubi". Helena nie cierpi tego kolegi i jak ma tylko okazję wyrazić swoją krytyczną opinię o jego kulturze i intelekcie, z prawdziwą radością to robi. Dlaczego? Helena, jak każdy człowiek, jakieś swoje ambicje ma i potrzebę bycia zauważoną. Potrzebę naturalną i oczywistą. A kolega nie mówi "dzień dobry" mijając ją. Błąd. Że o ewidentnych brakach w kulturze nawet nie wspomnę. Bo Helena mu się za to rewanżuje, jeśli ma tylko okazję. A z nią żartów nie ma. Wdanie się z nią w pyskówkę jest jak zderzenie z rozjuszonym bizonem. Pyskata jest, w pyskowaniu doświadczona, do tego prosty klim ma, a więc nie waha się wspomóc argumentacji grubym słowem. Ktoś tam kiedyś próbował, ale Helena rozszarpała jak papierową kukiełkę. Więcej prób nie było, bo nie wchodzi się w "dyskusję" z kimś, kto na ukłucie szpilką odpowiada uderzeniem topora. 
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger