Idąc do sklepu minąłem Eduardo. Z autopsji już od dawna wiem, że nie można ot tak sobie minąć go bez żadnych konsekwencji. A już na pewno nie Eduardo w stanie wskazującym na spożycie, albowiem alkohol ma na niego wpływ niebywale towarzysko stymulujący. Ku mojej niekłamanej radości Eduardo tym razem nie zaszczycił mnie swoją uwagą. Tego zaszczytu dostąpiła jedna z pań, podobnie jak ja podążająca do sklepu. Kilkakrotnie wspominałem tu na blogu o Eduardo jako ikonie chamstwa, jednakże krótka, ale jakże błyskotliwa scenka rodzajowa, którą zostałem przypadkowo uraczony, uświadomiła mi, jak bardzo go nie doceniałem.
- Cześć ciotka. Gdzie idziesz?
- Do sklepu.
- Po co?
- Po jajka.
- Tu są jajka - rzucił Eduardo dowcipnie, z gracją łapiąc się za krocze. W tym samym momencie coś mruknęło, załopotało i zafurkotało. Usłyszałem to ja, owa pani idąca do sklepu po jajka i usłyszał też Eduardo, który puścił swoje imponderabilia, myśląc najprawdopodobniej, że owa wysublimowana pantomima zaowocowała dodatkową atrakcją w postaci bąka. Niestety nie było to nic tak trywialnego. Eduardo bowiem sprawił, że jakiś przypadkowy, unoszący się w pobliżu atom tlenu rozszczepił się i spadając zepsuty na ziemię trącił czasoprzestrzeń, która na chwilę się zagięła, smętnie załopotała i z furkotem odgięła z powrotem. Tak mnie to przeraziło, że część mojego wnętrza - ta z uczuciami wyższymi i poczuciem estetyki - wyrwała się ze mnie i czmychnęła ukryć się w domu. Jak błędny podążyłem do sklepu i wróciłem do domu, gdzie odnalazłem ją trzęsącą się i chowającą za krzesłem. Wiedziałem, że w lekkiej, eleganckiej i niebanalnej salonowej rozmowie Eduardo jest mistrzem! Wiedziałem też, że mógłby językiem rozłupywać kamienie, jednak odkrycie, że konglomerat czarownego języka Eduardo z jego wdzięcznymi gestami ma moc rozszczepiania atomu i zaginania czasoprzestrzeni, wstrząsnęło mną do głębi! Całe szczęście nie jest i nie będzie świadomy swoich unikalnych zdolności, bowiem nauką się brzydzi, wiedzą gardzi, a autorefleksji nigdy nie doświadczył. Mój język jest zbyt ubogi, żeby adekwatnie opisać to, czego byłem przypadkowym i mimowolnym świadkiem. To już nie było chamstwo w czystej postaci. To było chamstwo rozbudowane skrajnie wyrafinowanym prostactwem, prymitywizmem i obstrukcją umysłową. To wznosząca się na wyżyny sztuki, zdolna zagiąć czasoprzestrzeń, najwyższa, najbardziej wysublimowana i najdoskonalsza forma rozwoju chamstwa! To eduardyzm, w obliczu którego każde stworzenie – nawet ameba, a co dopiero człowiek! – staje osłupiałe i bezradne. Kiedyś naukowcy eduardyzm zbadają i opiszą, a jak to się stanie, Eduardo, jako prekursor zjawiska, zyska zasłużone miejsce w intelektualnej stratosferze - panteonie sław, które wniosły swój wkład w rozwój ludzkości. Przyjdzie wtedy czas, że wpisując w Google słowo cham, najpierw zostanie się porażonym hologramem tonącego w aureoli własnego samozadowolenia Eduardo, a dopiero potem definicją słowa, bogato zilustrowaną obszernymi cytatami jego wypowiedzi. Wielką dziejową niesprawiedliwością i stratą jest fakt, że świat Eduardo dotąd nie poznał, choć jego walory predestynują go do brylowania na salonach i w mediach, jest bowiem wymarzonym wręcz bohaterem dla reality show. Po pierwszym zdaniu, które spłynęłoby kaskadą z jego ust, stałby się medialnym objawieniem i megacelebrytą! W godzinach emisji owego reality show, miasta i wsie z powodu wyludnionych ulic sprawiałyby upiorne wrażenie wymarłych i tylko sine błyski w oknach mieszkań i domów zdradzałyby obecność życia, hipnotycznie wpatrzonego w telewizory. Narodziłaby się nowa epoka medialna - epoka eduardiańska.