Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pani Zosia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pani Zosia. Pokaż wszystkie posty

02 maja

Pani Zosia. Epilog.

Była zawsze odkąd pamiętam. Kiedyś towarzyska, lubiąca się śmiać i lubiąca ludzi. Ileż odwiedzin, ile śmiechu, gadania, jej nieśmiertelnych szarlotek, herbat z sokiem porzeczkowym, ile opowieści z jej dzieciństwa i młodości…

Już od jakiegoś czasu gasła, jakoś tak zapadając się wewnętrznie, coraz mniej zainteresowana światem wokół niej. Szczególnie było to widoczne ubiegłorocznego lata. Patrzyliśmy na nią i mówiliśmy sobie ze smutkiem, że Pani Zosia chyba się pakuje w ostatnią podróż. Podniosła się jednak i jesienią wydawała się w lepszej formie. Nie na długo jak się okazało, bowiem na początku grudnia przeszła zawał serca. Zdawało się, że i tym razem się podniesie, jak to już wiele razy robiła, ale nie zdołała – ostatnie miesiące życia spędziła leżąc. Wreszcie po całych latach wybierania się w tę ostatnią podróż po śladach męża, odeszła. Po cichutku. Kiedy pogotowie ją zabierało, w milczeniu ścisnęła mocno rękę córki, czując, że ten czas ostateczny nadchodzi. Nie cierpiała, bo śmierć przyszła szybko. Mam nadzieję, że gdziekolwiek jest, jest jej dobrze...

01 maja

Herbatka

Pani Zosia hołduje zasadzie, że każda okazja, a nawet jej brak, jest doskonałym pretekstem do napicia się herbaty. Można by ją nawet posądzić o nieświadomy anglofilizm, gdyby nie fakt, że herbatę podaje na sposób zdecydowanie polski, w szklankach ze spodeczkami. Podczas wczorajszej naszej u niej wizyty, pani Zosia podała ukręcone przez siebie ciasto i herbatę. Moja szklanka na rancie miała niezbyt dokładnie zmytą szminkę. Odwróciłem ją dyskretnie. Jednak zauważyła. W trzy sekundy rozstrzygnęła wewnętrzny dylemat, czy doznać zawału i wylewu jednocześnie, czy też porwać się i wymienić szklankę na czystą. Ów proces odmalował się na jej twarzy feerią kilkunastu odcieni czerwieni, począwszy od purpury, przez cynober, na amarancie kończąc. Druga opcja przeważyła, więc zerwała się jak nastolatka, capnęła w locie moją szklankę i pogalopowała z nią do kuchni z szybkością, o jaką już od dawna bym jej nie podejrzewał. Przeszliśmy z tym wypadkiem do porządku dziennego bez słowa, bo też i nie było powodów do ekscytacji czy wzruszeń, jednak krwisty rumieniec, który jeszcze długo kwitł na policzkach pani Zosi świadczył o wzburzeniu owym uszczerbkiem na reputacji gospodyni, jaki poniosła. W swoich własnych oczach. Jakby jeszcze miała nie dość powodów do wzburzeń. Incydent ten jedynie na chwilę wytrącił panią Zosię z równowagi, zakłócając jej emocjonalną opowieść o dolegliwościach ją trapiących. Tak naprawdę pani Zosia, jak na swoją osiemdziesiątkę, trzyma się świetnie i jest w bardzo dobrej formie, bo nic jej nie dolega, prócz tego, co sobie sama wymyśli i wkręci. Aktualnie zdecydowała, że trząść się będzie jak ta osika. Wewnętrznie. Bowiem zewnętrzna powłoka za tą wewnętrzną potrzebą osikowania jednak nie podąża, co nie przeszkadza pani Zosi w snuciu grobowym głosem smętnej opowieści o owych trapiących ją permanentnie telepkach, ilustrowanej przekonywującym i szalenie efektownym demo, w postaci trzepania rękoma…

04 stycznia

Pogawędka

- Nie cierpię Sylwestra! Nie znoszę tego szumu, pierdół puszczanych w telewizji! No i te fajerberki (sic)! Po co to tak cudować?! Zawsze boję się, że któryś zostanie nieumyślnie wycelowany w mój dom i spłonę. Dlatego nie spałam, tylko czuwałam, śledząc przez okno, gdzie lecą…
- Przez otwarte? – odważyłem się przerwać jej pełną pasji narrację.
- No a jakie? – zapytała lekko zaskoczona.
- No tak, oczywiście. To wyjaśniłoby też pani Zosiu, dlaczego pani taka zakatarzona… - dodałem nieco zaczepnie.
- Nie rozmawiam o starociach! – żachnęła się i chcąc odwrócić uwagę od swoich osobliwych sylwestrowych zwyczajów i ich kataralnych konsekwencji, poderwała się i poszła do kuchni ukroić hojny kawałek sernika, zupełnie ignorując moją prośbę o to, żeby porcja była malutka…

10 lipca

Urlop

Mam urlop. Noszę trampki. Odmładzają mnie. Na twarzy.

***

Straszną rzecz pani Zosi uczynił psychiatra, u którego się przez chwilę onegdaj leczyła. Zrujnował jej zdrowie i „rozszarpał nerwy”, jak twierdzi, bowiem lek, który jej zaordynował i który łykała przez kilka tygodni (inhibitor wychwytu zwrotnego serotoniny) skumulował się w jej organizmie i wydzielać się będzie zatruwając ją systematycznie do końca jej żywota, powodując chybotliwość samopoczucia. Każda komórka ciała pani Zosi krzyczy o krzywdzie wyrządzonej jej owym lekiem, każde strzyknięcie w kościach jej o tym przypomina. Już miałem podważyć słabe punkty jej teorii obracając ją przy okazji w niwecz, ale pomyślałem sobie, że skoro snucie jej sprawia pani Zosi przyjemność, nie będę ją jej pozbawiał. Te i inne troski pani Zosia koi hobbystycznymi pomiarami poziomu glukozy we krwi dokonywanymi dwa razy w tygodniu glukometrem odziedziczonym po zmarłym mężu diabetyku. Pani Zosia nie ma cukrzycy, ale czy fakt ten ma ją pozbawić przyjemności płynącej z drobnej domowej diagnostyki, dzięki której czuje się zadbana? Zdecydowanie nie. Co z tego, że nie ma cukrzycy. Przecież mogłaby mieć. 

***

Drobne robactwo by nasz wszystkich zeżarło, gdyby nie Luśka, która iska nas regularnie. Jak wpadnie w trans, przelatuje wszystkie zagięcia ubrań i ranty, aż zęby trzaskają. 

07 lutego

Performens

Całe swoje życie pani Zosia dba o to, żeby żyć po cichu, nie dając plotkarom asumptu do noszenia jej na jęzorach, więc dla zachowania równowagi rekompensuje sobie ową życiową cichość ekscentryzmem medycznym, zmieniając lekarzy jak rękawiczki. Pisałem jakiś czas temu o przygodzie pani Zosi z psychiatrą, która okazała się przejściowym incydentem, bowiem, jak to w życiu czasem bywa, pani Zosia postawiła się w obliczu konieczności wyboru sposobu na jedną z płaszczyzn swojego życia i takiego wyboru dokonała. Terapię przerwała, uznając najwidoczniej, że życie bez nerwicowych dygotek i somatycznych bólów głowy straciło smak. Stwierdziła przy tym, że przez psychiatrę jej się pogorszyło. Nie wiem co, bo mogło być tylko lepiej, ale nie dociekałem. Skoro panią Zosię uszczęśliwiają jej dolegliwości, niech je sobie ma. Są różne rodzaje miłości i różne psychiczne jazdy – pani Zosi udało się połączyć je w jedno, umiłować i rozsmakowując się w nich, osiągać satysfakcjonujący ją błogostan. Niezrozumiany dla mnie. Ale czy ja muszę wszystko rozumieć? Każdy wybiera to, co lubi. Zupełnie jak pani Zosia, lubiąca przy tym pewną widowiskowość, której w rozstaniu z psychiatrą nie mogło zabraknąć, bowiem w wigilię wyznaczonej u niego wizyty, pani Zosia zległa była na tajemniczą (antypsychiatryczną) chorobę, z powodu której - jak twierdziła później - prawie była zeszła, co zmusiło ją dnia następnego do zamienienia wizyty u psychiatry na wizytę domową lekarza rodzinnego, którego wezwała o poranku. Chyba tak źle nie było, skoro mogła na lekarską pomoc poczekać do rana. Zrekompensowała to sobie jednak, bo jak przyjechał, urządziła taki performens, że biedak wyekspediował ją do szpitala. Dorocznemu rytuałowi stało się zadość. Pani Zosia nacieszywszy się zainteresowaniem lekarzy, przy okazji zeskanowana i laboratoryjnie wybadana (wyniki jak zawsze idealne), została wypisana ze szpitala rankiem dnia następnego. Lekarz, który ją wypisywał – jak to później zreferowała pani Zosia własnymi usty – zabronił jej leczenia się u psychiatry (sic!) i zapisał jej lek, dzięki któremu cudownie ozdrowiała i tak wspaniale się czuje, że żadnego innego już nie potrzebuje: Acard! Przyznam, że tym urojeniem objawieniem pani Zosia tak mnie rozwaliła,  że nie byłem w stanie powstrzymać chichotu, który wyrwał się był ze mnie spontanicznie ku jej niezadowoleniu. Zdusiłem go opanowawszy się i z pokerową twarzą powiedziałem tylko: "Cudownie pani Zosiu. Nic, tylko łykać". Zebrałem się pośpiesznie i wyszedłem. Z trudem zaniosłem swoją radość do domu, gdzie padłszy na kanapę zaniosłem się tak szalonym śmiechem, że aż łzy płynęły mi po twarzy. Dobrą chwilę trwało, zanim opanowałem się na tyle, żeby móc powtórzyć dramatyczną opowieść pani Zosi Mamie, która również popłakała się ze śmiechu. Pani Zosia skonfabulowała, chcąc jakoś uzasadnić swoją woltę. A że nie do końca to się udało... Cóż… W jej wieku może jej się już trochę lapcyć*.
___________________________________
* bredzić - synonim używany przez gawiedź w moim górskim raju. Czyż nie śliczny?

03 października

Panaceum pani Zosi

Stała się rzecz niebywała! Epokowa i rewolucyjna! Pani Zosia dała radę! Komu/czemu? Już opowiadam. Zanim jednak zacznę, tym, którzy nie mieli okazji poznać pani Zosi, sugeruję rzucić okiem na posty oflagowane tagiem Pani Zosia. Zapoznanie się z nimi może być – abstrahując już od samego obcowania z ich niewątpliwymi walorami artystyczno-rozrywkowymi (żarcik taki) -  istotne dla pełnego zrozumienia poniższej opowieści.

Pani Zosia wybrała się jakiś czas temu do dużego ośrodka akademickiego na spotkanie z lekarzem laryngologiem. Nie udała się tam sama, córka ją zawiozła, ale to dla dalszej narracji szczegół nieistotny. Umówiła się z owym lekarzem w nadziei, że znajdzie on panaceum na jej dolegliwości. I nie zawiodła się. Znalazł. Co prawda nie do końca takie, jakiego pani Zosia oczekiwała, ale skuteczne, jak się okazało. Ów lekarz klinicysta –  tu wspomnieć należy, że lekarze klinicyści cieszą się u pani Zosi szczególnym poważaniem, jako ci najbieglejsi w sztuce, bowiem czerpiący z samego źródła medycznej wiedzy – po obejrzeniu skanów pani Zosi oraz jej samej stwierdził, że są idealne (skany), a pani Zosia zdrowa. Na jej nieśmiały protest odpowiedział sugestią wizyty u specjalisty w celu leczenia nerwicy. Choć słowo sugestia nie jest tu odpowiednie, bowiem lekarz ów powiedział jej to nie siląc się na eufemizmy. Wspomógł się nawet lewą kończyną górną, którą wskazał na swoją głowę, żeby pani Zosia nie miała wątpliwości, o lekarzu jakiej specjalności mówił. Podobne apele kierowane przez bezradnego lekarza rodzinnego, cyklicznie przez nią nachodzonego i dręczonego puszczała mimo uszu, choć – jak się w konsekwencji okazało - jakoś ją z samą ideą oswoiły. Walczyła z sobą miesiąc cały, ale przemogła się i zadzwoniła do przychodni, żeby zapisać się do psychiatry. Kiedy przyszedł termin, kazała wieźć się do przychodni córce, której powiedziała, że ma wizytę u ortopedy. O wizycie u psychiatry pani Zosia nie przyznała się nikomu, nawet własnym dzieciom. To najgłębiej skrywana tajemnica, o której nie wie nikt. Absolutnie nikt! Nawet CIA nie wie, ani MI6! Nikt! Jedynie pani Zosia i Matka Boska. No i moja Mama, która została przez panią Zosię wciągnięta w tę konspirę, bo wsparcia psychicznego i potwierdzenia słuszności swojej decyzji o zapoznaniu się z tym specjalistą pani Zosia jednak potrzebowała. Pielęgniarka w rejestracji oraz lekarz psychiatra się nie liczą, bo usta mają zakneblowane etyką zawodową. Wizyta zaowocowała trójpierścieniowym lekiem antydepresyjnym, który pani Zosia zaczęła łykać, choć na początku dość nieufnie. Trochę marudziła na działanie leku, bo lekko ją ogłupiał, szczególnie rano. Do tego jeszcze pozbycie się objawów nerwicowych w postaci dygotek oraz szczególnie przez panią Zosię ulubionych somatycznych bólów głowy - do których pani Zosia była jednak bardzo przywiązana, a które po leku przestały ją nawiedzać i cieszyć – rozbiło ją nieco i sprawiło, że poczuła się w tej nowej sytuacji lekko zagubiona. Zaczęła nawet przebąkiwać coś o odstawieniu leku. Przebąkiwanie zostało przez moją Mamę zdławione w samym zarodku, zanim dojrzało na tyle, żeby zmienić się w czyn i zostały, z moim udziałem, podjęte czynności zaradcze. Pani Zosia – to jej stały numer - potrzebowała opinii niezależnego eksperta, czyli innego lekarza. I taka opinię otrzymała. Tu mężem prawdziwie opatrznościowym okazał się Michaś (kochany Michaś), który za moim pośrednictwem takiej opinii udzielił. Pani Zosia uspokojona farmakoterapii poddała się dzielnie i stwierdziła, że jest innym człowiekiem, co oznaczało, że wyluzowała się i uspokoiła. Oczywiście siłą przyzwyczajenia ponarzekała na wizycie kontrolnej u psychiatry, ale tylko po to, żeby lekarz nie pomyślał sobie, że jakimś cudotwórcą jest albo co. Nie zrobiło to na nim zbyt wielkiego wrażenia, skoro zapisał pani Zosi trójpierścieniowy lek przeciwdepresyjny, działający niemal identycznie jak poprzedni, ale pod inną nazwą, czym panią Zosię uradował, bo poczuła się wysłuchana i rzetelnie leczona. A tak na serio, to szacun dla pani Zosi, za wzniesienie się ponad stereotypy i wynikające z nich lęki. Wielki szacun!

13 lipca

O wywczasie w górach. Precedens.

Stała się wczoraj rzecz niebywała! Rewolucja i niebezpieczny precedens! Pani Zosia usiadła w kościele po lewej, męskiej stronie nawy! Gwałcąc uświęcony lokalny zwyczaj* nakazujący kobietom i mężczyznom siadać w kościele oddzielnie – kobietom po prawej, a mężczyznom po lewej stronie nawy. Zwyczaj mający dla pokolenia pani Zosi fundamentalne znaczenie dla lokalnej moralności i przystojności. No bo kto to widział, żeby baby z chłopami mieszali się w kościelnych ławkach?! Toż od czegoś takiego już tylko krok do gender! Czekam na reakcję mediów oraz episkopatu, bo tak doniosłe wydarzenie z pewnością nie pozostanie bez echa…
_________________________________

*zwyczaj egzystujący od czasów Noego aż do pokolenia pani Zosi, bo późniejsze pokolenia już się tym objawem lokalnej moralności nie przejmowały

24 czerwca

Parszywienie świata.

Odwiedziłem wczoraj panią Zosię. Jest w doskonałej formie, choć tradycyjnie, siłą przyzwyczajenia, trochę ponarzekała na swoje (jej zdaniem jak zawsze kiepskie) zdrowie. I na świat, który jej zdaniem zmierza ku zgubie. Pani Zosia czuje to każdą komórką swojego ciała. Jak Galadriela w książce „Władca pierścieni”. J. R. Tolkiena, której pani Zosia nie czytała, bo cóś jej nie ciągnie do fantastyki. Galadriela twierdziła, że świat się zmienia, a pani Zosia idzie w swoich odczuciach jeszcze dalej, twierdząc, że nie tylko się zmienia, ale i parszywieje w tempie zastraszającym. Bo się „takie rzeczy wyprawiają”! Dawniej tak się „nie wyprawiało”! Pozwoliłem sobie nie zgodzić się z tezą pani Zosi. Zrobiłem jej wykład, że zawsze się na świecie „wyprawiało” tylko, że niewiele docierało. Przed wojną wielu było analfabetów, a i niewielu „czytatych i pisatych” kupowało gazety, bo drogie były. Na radio też mało kogo stać było. Świat ograniczał się do okolicy, z której spływały wieści i plotki. Podróżowało się bardzo mało, więc rzadko zdarzało się, żeby ktoś przybywał z daleka, czy to powracający miejscowy, czy też obcy przybywający w jakichś interesach – z miasta powiatowego, a czasem nawet z Krakowa, Lwowa, Wilna, Gdyni, czy Warszawy. A już zupełną rzadkością był ktoś przybywając z zagranicy. Ktoś taki postrzegany był jako postać niemal heroiczna, cudem ocalała z niebezpieczeństw podróży. Z automatu stawał się lokalnym celebrytą, którego pokazywało się dzieciom. Opowieści snutych przez kogoś takiego słuchało się z zapartym tchem i to, czy słyszało się ich po raz pierwszy, czy po raz setny było sprawą drugorzędną, bo niezmiennie zapładniały wyobraźnię słuchacza krainami nieznanymi, niezwykłymi, na poły mitycznymi… Po wojnie komuna cenzurując wiadomości ze świata (tego zza żelaznej kurtyny) i z bloku komunistycznego, serwowała propagandową pulpę traktowaną przez większość społeczeństwa w kategoriach kabaretowych, dlatego ta większość szukała wiarygodnych wiadomości w Radio Wolna Europa, z wypiekami na twarzach łowiąc spomiędzy zakłóceń - komuna zakłócała sygnał - smakowite, antykomunistyczne niusowe kąski. Teraz dzięki internetowi i telewizji świat się skurczył i stał się przysłowiową globalną wioską. Ktoś puści bąka w Sydney, a już po kilku minutach mówi się w wiadomościach w Polsce, że ten ktoś bączy. Pani Zosia spojrzała wzrokiem mówiącym co ty dziecko o życiu możesz wiedzieć w twoim wieku, ale przygwożdżona bąkową metaforą, zgodziła się ze mną częściowo. Nie zamierzając jednak łatwo poddać swojej tezy o zepsuciu świata, wysunęła miażdżący kontrargument: A ludzie? Co ludzie wyczyniają? Gwałcą się, mordują, kradną, oszukują, bogacą się kosztem biednych ludzi, nic miłosierdzia, nic współczucia i empatii! „Człowiek człowiekowi wilkiem”, „Żyj i pozwól żyć”. I do tego jeszcze gender! Ludzie są źli! Z moim nieśmiałym protestem, że nie wszyscy, pani Zosia łaskawie się zgodziła, ale natychmiast dodała, że większość. Ale za to jakim blaskiem ta mniejszość błyszczy – powiedziałem - szczególnie na tle tej złej, zdaniem pani Zosi, większości. Poza tym – kontynuowałem – ja osobiście uważam, że proporcje są odwrotne i dobrych ludzi jest więcej. Pani Zosia ponownie obdarzyła mnie wymownym spojrzeniem w stylu o naiwna młodości. Nie zamierzała łatwo rozstać się ze swoją radosną wizją zdeprawowanego, gnijącego świata, zastosowała więc argument nokautujący: A pogoda? Zwariowała! A to słońce i upał, a to deszcz i chłód, zimy bez śniegu, śnieżne wiosny, wiatry, trąby powietrzne, wariactwo! Same anomalie! To jest chore! – dodała dla wzmocnienia swojej wypowiedzi. Nic niezwykłego – stwierdziłem rozbawiony tyradą pani Zosi – zawsze takie anomalie się zdarzały, w kronikach pełno wiadomości o nich. Pani Zosia nie komentując mojej wypowiedzi, nieprzekonana, jak łatwo się domyślić, zgrabnie zmieniła temat i zaczęła opowiadać o swoim ulubionym serialu, z fabułą snującą się w haremie Sulejmana Wspaniałego. Pani Zosia wkręciła się w fabułę i serial ogląda namiętnie. Dubeltowo, rzec można, bowiem do niedawna oglądała premierowe odcinki popołudniu, a następnego dnia przed południem również powtórkę, mając w ten sposób z obcowania z serialem przyjemność podwójną. Niestety jakiś pajac z TV zredukował tę jej przyjemność o połowę, bo przedpołudniowe powtórki zniknęły. Panią Zosię aż zatelepało z oburzenia. Poczuła się okradziona! 

09 maja

O wizytach w przychodni

Dobrze, że przyjechałem tutaj do Mamy, bo przypadkiem wygrzebałem wynik badania poziomu cukru mojej Mamy sprzed miesiąca, który był niepokojąco wysoki. Mama miała powtórzyć badanie, ale nie zrobiła tego. Odłożyła to w myśl zasady, że dopóki czegoś nie wiadomo, to tego nie ma. Zawiozłem Ją wczoraj do przychodni, żeby powtórzyć badanie, którego wynik okazał się jeszcze gorszy od poprzedniego. Skoro i tak byliśmy w przychodni, zdecydowałem (tak, ja zdecydowałem, bo Mama najchętniej by zwiała), że pokażemy ten wynik jej lekarce rodzinnej. Czekaliśmy na nią prawie dwie godziny. Nie dlatego, że taka była kolejka, bo czekaliśmy tylko my, ale dlatego, że pani doktor miała inne, ważniejsze od pacjentów sprawy. Spotkanie z księgową! W godzinach przyjmowania pacjentów! Siedzieliśmy pod gabinetem i słyszeliśmy ich rozmowę. Po godzinie czekania zapytałem pielęgniarkę w rejestracji, jak długo jeszcze mamy czekać? Odpowiedziała mi, że pani doktor zaraz przyjdzie, bo bierze lekarstwo. Nie wytrzymałem i roześmiałem się w głos. Zapytałem dlaczego nie ma innego lekarza, skoro dyżurująca lekarka jest niedysponowana? Wszak podstawowym wymogiem NFZ dla POZ jest zapewnienie opieki lekarskiej od 8 do 18. Piguła łypnęła na mnie złym okiem i powtórzyła, że pani doktor zaraz przyjdzie. Minęła druga godzina, wkurzyłem się i zapytałem ponownie, gdzie jest lekarz? Musiałem zrobić to takim tonem, że piguła poszła pogonić lekarkę i zniknęła w jej gabinecie na dłuższą chwilę. Lekarka też chyba słyszała, bo… Tu nastąpiła taka ściema, że z trudem powstrzymałem śmiech. Pani doktor kazała pigule owinąć rękę bandażem, za który zatknęła venflon, wysłała księgową na kawę i łaskawie nas przyjęła. W takiej kolejności. Ściema z bandażem i venflonem pierwsza klasa, dla uniknięcia awantury, ale nietrafiona, bo w jej gabinecie nie było stojaka do podwieszenia kroplówki. Nie sądzę, żeby trzymała kroplówkę w ręku nad głową przez 2 godziny, nie przypuszczam też, żeby za stojak do kroplówek robiła księgowa. Poczułem się tym faktem nieco zażenowany, ale zostawiłem to. Lekarka zdiagnozowała u mojej Mamy cukrzycę typu II insulinoniezależną. Postraszyła moją Mamę, że wynik jest tak zły, że kwalifikuje do hospitalizacji, co było nieprawdą. Ciekawe, czy owa pani doktor potrafiłaby poprowadzić cukrzycę? Domniemywam, że nie. Mama zdenerwowała się tak, że ciśnienie wystrzeliło jej na 180, co z kolei zdziwiło panią doktor. Nie zdzierżyłem i powiedziałem jej, że nie powinno jej to dziwić, skoro nastraszyła moją Mamę. Pani doktor, która jest w sumie fajną babką, kazała pigule w rejestracji zapisać moją Mamę na cito do diabetologa w tej przychodni. Na dzisiaj. Wracając do domu, słyszałem, jak Mama powiedziała do siebie: „Jak ja tę cukrzycę przeżyję?”. Wytłumaczyłem, że tak jak nadciśnienie. Dało się je opanować lekami i normalnie funkcjonuje – z cukrzycą będzie tak samo. Nawet jeśli będzie musiała sobie robić zastrzyki z insuliny, poradzi sobie. Po obiedzie wyciągnąłem Mamę w góry, żeby się trochę odstresowała. Przeszliśmy jakieś 12 km, trasą, którą kiedyś wędrowałem z Szarookim. Zatrzymałem się w miejscu, w którym leżeliśmy na trawie i rozmawialiśmy patrząc w niebo. Stanąłem, spojrzałem w dal i tamte uczucia wróciły na chwilę. Były cudowne. Jakby on stał obok i trzymał mnie za rękę… W drodze powrotnej wstąpiliśmy do pani Zosi, która jest w bardzo dobrej formie. To zasługa inhibitora wychwytu zwrotnego serotoniny. Bardzo przejęła się tym, że u mojej Mamy zdiagnozowano cukrzycę. Onegdaj pani Zosia również miała podejrzenie tej choroby. Nawet na tę okoliczność nabyła glukometr i paski, i od roku dzielnie mierzy sobie cukier raz w tygodniu. Hobbystycznie, bo cukrzycy nie ma, a podniesiony cukier okazał się chwilowym wahnięciem. Pani Zosia jednak nie zrezygnowała z przyjemności korzystania z glukometru  i zapisywania wyników pomiarów w kajeciku. Bo przecież może się przydać w przyszłości…
Dzisiaj byliśmy u diabetologa. Przemiła pani doktor spokojnie wytłumaczyła wszystko mojej Mamie. Na szczęście na razie insulina nie jest potrzebna. Odetchnęliśmy, bo chyba właśnie ta wizja autoiniekcji insulinowych stresowała moją Mamę najbardziej. Mnie też. Co prawda dopiero za miesiąc (codzienne pomiary cukru zdecydują) tak naprawdę się okaże, czy tabletki będą wystarczały. Czekając na Mamę, która po wizycie u diabetologa wstąpiła jeszcze wyedukować się u dietetyka, uciąłem sobie pogawędkę z lekarką rodzinną mojej Mamy, która w myśl zasady „pańskie oko konia tuczy” wstąpiła do przychodni rzucić okiem, czy biznes się kręci. Podeszła do mnie i zapytała, co z Mamą. Tłumaczyła się, że musiała postraszyć moją Mamę, żeby na przyszłość słuchała się lekarzy. Uważam, że to było niepotrzebne, ale zostawiłem to. Miło, że zapytała. 

06 kwietnia

Poświątecznie

Poświątecznie
Jestem już w moim wielkim mieście, które przywitało mnie schizofreniczną pogodą - słońce przeplata się z opadami śniegu. Co godzinę inna aura. Oszaleć można. Święta dokładnie takie, jakie lubię, a więc bardzo udane – poleniuchowałem, nacieszyłem się bliskimi, najadłem pyszności, których nadmiar przygotowała Mama. Część z tych pyszności przywiozłem z sobą tutaj i będę dojadał. Jak dojem, zaczynam dietę. Pogoda była iście zimowa, mnóstwo śniegu, przechodzące zadymki śnieżne, wczoraj rano -9oC. Planowałem zmianę kół z zimowych na letnie, ale nie zrobiłem tego i dobrze, bo miałbym dziś problem z wyjechaniem z gór. Po drodze minąłem trzy samochody, które wylądowały w rowie oraz całe mnóstwo poruszających się w tym błocie pośniegowym na letnich oponach z szybkością ca 40 km/h, tak ciężkie były warunki. Poniżej wrzucam kilka fotek, wśród nich również z drogi.



***
Odwiedziłem wczoraj panią Zosię. Wizyta u neurologa okazała się być bardzo udana. Neurolog zrobił pani Zosi dobrze ordynując nowy lek - inhibitor wychwytu zwrotnego serotoniny, który bardzo dobrze na panią Zosię działa. Przyjmuje ten lek od miesiąca i efekty już są zauważalne - pani Zosia jest wyluzowana, nie narzeka, jest pogodniejsza, żwawa, można zaryzykować nawet stwierdzenie, że jest zadowolona i w dobrej formie. Cieszę się.
*
Trochę wczoraj zatęskniłem za Szarookim. Mam tak w każde święta. Wujek FB doniósł, że Szarooki spędził Święta w Szczecinie. Mam nadzieję, że z przyjaciółmi, a nie sam…

11 lutego

O celebryctwie, wybitnym artyście i pani Zosi

Kilka lat temu zdarzyło mi się zaistnieć epizodycznie w TV. Wypowiedziałem się dwukrotnie jako ekspert w jednym z najpopularniejszych telewizyjnych programów informacyjnych. To moje pokazanie się w TV wzbudziło tu w górach bardzo duże poruszenie – sąsiedzi zagadywali moją Mamę, gratulowali. Mnie też zagadywali, jak przyjechałem, ale z jakąś taką ostrożnością, z dystansem. Nagle objawiłem im się jako ktoś, kogo w ogóle nie znają, choć przecież znają mnie od dziecka. Pytali, jak to jest wypowiedzieć się w TV, czy to bardzo stresujące, jak wygląda studio telewizyjne itd. Bycie lokalnym chwilowym celebrytą było miłe. Minęło parę lat, jednak, ku mojemu zadziwieniu, jakieś resztki tego mojego celebryctwa jeszcze czasem się tutaj tlą. Ale te resztki giną w konfrontacji z moim osobistym mega celebrytą, którym jest Eduardo uosabiający swoją niezwykle wyrazistą osobowością całe niezmierzone bogactwo znaczeniowe słowa cham. Eduardo spotykając mnie czuje wewnętrzną konieczność podzielenia się ze mną swoimi głębokimi przemyśleniami natury egzystencjonalnej. Czasem nawet w te jego głębokie przemyślenia udaje mi się wtrącić jakąś grzecznościową monosylabę. To zrozumiałe i oczywiste, że celebrytę (Eduarda) ciągnie do „celebryty” (mnie). Wczoraj właśnie w drodze do pani Zosi dane mi było natknąć się na Eduardo. Z doświadczenia wiem, że Eduardo inwencję ma niewyczerpaną, ale po raz kolejny mnie oszołomił. Po jego wczorajszym monologu narzuciła mi się refleksja, że Eduardo to wybitny artysta, mistrz plugawienia mowy ojczystej, wznoszący się na wyżyny językowej obrzydliwości. Nie zacytuję, bo się nie da – to trzeba usłyszeć.
***
Odwiedziłem panią Zosię. Jest w doskonałej formie. Zbliżający się termin kompleksowego pielgrzymowania po specjalistach sprawia, że pani Zosia kwitnie. Jest zadowolona, pogodna i nie narzeka. Wkręciła się w fabułę nowego serialu w TV, którego akcja dzieje się w sułtańskim haremie w Stambule w XVI wieku. Pani Zosia postrzega ową fabułę jako historyczną prawdę i ogląda ten serial namiętnie. Emitowany jest po 16 i o tej porze pani Zosia staje się dziwnie niespokojna. Tak było również wczoraj. Mama uprzedziła mnie o tym, więc sprawdziłem, czy odcinek owego arcydzieła będzie powtarzany. Zbliżająca się pora emisji rzeczywiście sprawiła, że pani Zosia stała się lekko napięta i niespokojna. Cieszyła się z odwiedzin, skrzętnie ukrywając, że trochę szkoda jej traconego odcinka. Powiedziałem jej, że ten tracony odcinek może obejrzeć następnego dnia około południa – pani Zosia się zdziwiła i… rozluźniła. Zapodała mi krótkie streszczenie fabuły, które grzecznie przerwałem informacją, że nie oglądam i oglądał nie będę... Kanikuła pełna wrażeń.

28 stycznia

Nemezis (3)

Pani Zosia ostrzegła, że wybiera się do neurologa. Podjęła taką decyzję, ponieważ neurolożka, u której się dotąd leczyła i której przy okazji ostatniej wizyty odstawiła szopkę z "zawałem", już nie pracuje w specjalistycznej przychodni, do której pani Zosia lubi uczęszczać. Najważniejszy świadek pamiętnego szoł pani Zosi odpadł, więc pani Zosia poczuła się zachęcona do złożenia wizyty. Co prawda została jeszcze dwójka świadków (pielęgniarka oraz lekarka kardiolożka), pani Zosia jednak szybko w głowie obliczyła prawdopodobieństwo spotkania w przychodni tej dwójki i wyszło jej 50%. W związku z tym postanowiła podjąć ryzyko i nawiedzić przychodnię specjalistyczną, bo już się bardzo za specjalistami stęskniła. Na pierwszy ogień pójdzie neurolog właśnie, zaraz po nim okulista, bo pani Zosia wzięła sobie do serca pytanie neurochirurga o łzawienie oczu i chce, żeby przyjrzał się temu specjalista. W trzeciej kolejności będzie zaliczony laryngolog. Laryngolog, do którego pani Zosia się wybiera, potraktował jej obszerną dokumentację medyczną dość nonszalancko podczas ostatniej jej u niego wizyty – nie zapoznał się z nią wystarczająco skrupulatnie, bo poprzestał na zapoznaniu się z diagnozami i leczeniem, a pominął skany TK, co wzbudziło u pani Zosi pewne wątpliwości, co do jego lekarskiej dokładności. Pani Zosia mogłaby się poczuć stuprocentowo usatysfakcjonowana, gdyby kontemplował każde zdjęcie TK przez co najmniej 15 minut. Zajęłoby mu to ca 5 godzin, czyli całą jego „dniówkę” w przychodni. To byłby dopiero mega czad, gdyby przez całą „dniówkę” tylko panią Zosię obsługiwał. Dopiero by się poczuła zadbana, diagnozowana, zaopiekowana i leczona. Niestety, lekarz ten nie jest na tyle skrupulatny, żeby pani Zosi taką mega czadziarską atrakcję zapewnić. Trudno, pomimo tej niewątpliwej jego wady, pani Zosia jednak do niego pójdzie. Z prostej przyczyny – drugiego się zwyczajnie boi, bo ją opierniczył. Pani Zosia wmawiała sobie wtedy jakąś poważną niedomogę gardlaną. Zdarzyło się, że musiała sobie kilka razy odchrząknąć w trakcie werbalizacji i to wzbudziło jej podejrzenia. Pognała więc do laryngologa, który obejrzawszy gardło lusterkiem laryngologicznym orzekł, że z gardłem wszystko w porządku. Nieusatysfakcjonowana pani Zosia zagrała vabank i złożyła lekarzowi zapotrzebowanie na milion badań, czym go tak zirytowała, że powiedział jej, że to on jest lekarzem i to on decyduje o diagnostyce i leczeniu. Prawdę powiedział. Gdyby pani Zosia dostała skierowania na te wszystkie badania, na które by chciała, NFZ by zbankrutował. W samym tomografie spędziłaby tydzień skrupulatnie się skanując. Lekarz kazał parzyć pani Zosi siemię lniane i pić, czym bardzo panią Zosię uraził. No bo co za pożytek z siemienia lnianego? Żadnej perspektywy na jakieś odświeżające objawy niepożądane, żadnej ulotki. Nic, kompletnie nic. Pani Zosia takich lekarzy nie poważa i więcej nie zaszczyca. Pójdzie zatem do tego mniej skrupulatnego, ale jednak jakiś lek zapisującego. Ostatnio zapisał pani Zosi Glimbax do płukania gardła, czym ją ogromnie ucieszył. To taka głupota przeciwzapalna. Pani Zosia przeczytała w ulotce, że może wywołać pokrzywkę i oczywiście natychmiast na tę pokrzywkę zapadła. Podrapała się tu i ówdzie myśląc, że choć Glimbax odstawić musi, bo ją „uczulił”, to jednak lek to dobry, skoro jakieś działania niepożądane wywołać może. Plany medyczne pani Zosi na najbliższy czas poznałem. Niemedycznych planów pani Zosia nie robi, bo „przecież nie wiadomo, czy rano się obudzi”, jak mi obwieściła kiedyś. Może to pielgrzymowanie po specjalistach obędzie się bez ekscesów, bo pani Zosia chce bardzo absorbować uwagę, ale tylko lekarzy, a nie otoczenia… 

26 grudnia

Pani Zosia

Odwiedziłem panią Zosię. Jej niewyczerpana inwencja jest źródłem mojej radości. Wrócił mianowicie temat deficytu krwi. Pani Zosia doszła do wniosku, że po wysunięciu się wenflonu w szpitalu straciła co najmniej 2 litry krwi i od tego czasu wiruje jej w głowie. Konsekwentnie twierdzi, że funkcjonuje bez tych 2 litrów krwi i stąd te wszystkie dolegliwości, które ją opadły i dręczą. Może i krew odtwarza się w ciągu dwóch tygodni, jak twierdzi nauka, ale nie u niej. Ona jest wyjątkiem. Nie prostowałem, nie tłumaczyłem. Poddałem się, bo tłumaczenie i tak byłoby bezcelowo – pani Zosia tak przesieje, że i tak zostanie jej tylko to, co chce, żeby zostało. Nawiedziła neurologa – stosunkowo młodą lekarkę, która jeszcze pani Zosi nie zna. Potraktowała poważnie dolegliwości pani Zosi i skierowała ją na tomografię głowy, żeby znaleźć przyczynę tego wirowania w głowie. Pani Zosia zadowolona, że będzie kosztochłonnie diagnozowana, jest pełna nadziei, że ta lekarka ją z pewnością z tej głowowej wirówki wyleczy. Najpewniej tomografia będzie czysta. Wszystkie tomografie od operacji neurochirurgicznej przed kilku laty, a było tych tomografii wiele, są czyste. Prawdopodobnie pani Zosia ponownie usłyszy, że klinicznie jest zdrowa. Zastanowiam się, czy gdyby panią Zosię zażyć psychologicznie i podać jej we wlewie 100 ml krwi zgodnej, poczułaby się uzupełniona w krew i wirowanie w głowie by od tego ustało? Oczywiście nie mogłaby wiedzieć, że to nie 2 litry, bo efekt terapeutyczny byłby chybiony – ustałoby wirowanie w prawo, natomiast w lewo dalej by wirowało. Ale oprócz ulubionego wątku pani Zosi, był również wątek rozrywkowy. Pani Zosia opowiedziała, jak lata temu pracując w jednym z sanatoriów musiała wstąpić do dyżurki pielęgniarek, gdzie trafiła na imprezę i została przez napranego jak meserszmit lekarza powitana słowami: „Co jedna to ładniejsza”. Miała wtedy już dobrze po sześćdziesiątce, więc ten mocno spóźniony komplement wzbudził w niej spontaniczny atak nieokiełznanej wesołości.

Zatrzymałem się i przeczytałem to, co napisałem. Sporo piszę o pani Zosi i ktoś mógłby pomyśleć, że trochę się nad Nią pastwię. Nie, nie pastwię się. Lubię Ją i martwię się o Nią. Pani Zosia oklapła. Dopóki opiekowała się leżącym mężem była sprawna, żywotna, kręciła się jak fryga, nie narzekała. Po jego śmierci straciła motywację, rozsiedziała się w domu i bardzo się broni przed jakąkolwiek fizyczną aktywnością. Siedzi tylko i rozmyśla, szukając przyczyn swoich dolegliwości i wymyśla coraz bardziej odjechane. Ożywia się tylko wtedy, jak ją ktoś odwiedza. Na pewno w tym wszystkim nie pomaga jej syn alkoholik, który z nią mieszka. Bezrobotny, bo z każdej roboty wylatuje za pijaństwo. Pani Zosia żywi go, ubiera, daje na papierosy. Na alkohol bierze sobie sam – zawsze jakieś 2 lub 3 zł na zakupach uszczknie i na jakiegoś mózgotrzepa uskłada. Pani Zosia udaje, że tego nie widzi. Żal mi się wczoraj zrobiło Pani Zosi, kiedy zrezygnowana powiedziała „Co poradzi”. I tak jest dzielna – radzi sobie jakoś opędzając wszystko swoją emeryturą, choć z pewnością bywa jej ciężko, szczególnie pod koniec miesiąca. Przyjrzałem się wczoraj pani Zosi. Zawsze była wesoła i lubiła się śmiać. Od jakiegoś czasu stała się jakaś taka przygaszona, jakby łapnęła lekką depresyjkę. Posunęła się w ciągu ostatniego roku. Lubię panią Zosię i mam nadzieję, że się ogarnie i to przygaszenie minie.

09 grudnia

Świadek niekoronny

Piękne letnie przedpołudnie. Dzwonek do drzwi. Pani Zosia swoim zwyczajem, zanim otworzyła, pomaszerowała do pokoju syna, żeby przez okno popatrzeć, kto tam się do niej dobija. Spojrzała dyskretnie i zobaczyła policjanta przy drzwiach i policyjne auto pod domem. Doznała szoku! Policja u niej! Co sąsiedzi na to powiedzą?! Ciśnienie gwałtownie jej skoczyło i z ust jej wydarły się słowa, skierowane do syna:
- Marek, co ta policja tu robi???!!!
Marek skoczył na równe nogi i przygalopował do okna spojrzeć. No rzeczywiście policja. Powiedział pani Zosi, że policji trzeba otworzyć. Pani Zosia przerażona, że może przyszli aresztować jej syna za jakieś przewinienie, o którym ona jeszcze nie wie, poszła otworzyć. Odetchnęła, jak okazało się, że policjant zbiera informacje o sąsiadach pani Zosi, którzy rozpoczęli rozwodowe boje o podział majątku. Policjant pytał panią Zosię, czy nie widziała jakiś podejrzanych rzeczy, etc. Pani Zosia odpowiadała, że nic nie widziała, nic nie wie. Na koniec policjant zapytał, czy sąsiad pani Zosi nie wynosił jakiś paczek. Pani Zosia stanowczo odpowiedziała, że nic nie wie. Policjant zapytał, czy na pewno, bo coś musiałby napisać. W tym momencie pani Zosia się zawahała i pełna współczucia dla ciężkiej pracy policji, powiedziała, że widziała, jak pakował torbę do bagażnika, jak wyjeżdżał. Policjant podziękował i sobie poszedł, a pani Zosia zadowolona, że wzorowo wypełniła obywatelski obowiązek, zapomniała o całej sprawie. Nie na długo. Po miesiącu od odwiedzin policjanta, pani Zosia otrzymała wezwanie do sądu, w charakterze świadka!!! Panią Zosię szlag trafił tak nagły i gwałtowny, że nie była w stanie przyswoić treści tego wezwania. Była tak zdezorientowana, że nie wiedziała, czy złapać się za lewą pierś i dostać zawału, czy złapać za telefon i zadzwonić do kogoś, kto jej wytłumaczy, o co w tym wezwaniu chodzi. Wygrała druga opcja. Pani Zosia złapała za telefon i zadzwoniła do mnie – przeczytała wezwanie i zapytała, czego sąd od niej chce, bo ona przecież nic nie wie. Wezwanie standardowe, że dnia tego i tego o godzinie tej i tej, pani Zosia ma się stawić w sądzie rejonowym, jako świadek w sprawie, etc. Pani Zosia przeżyła wstrząs. Ona świadkiem w sądzie!!! Ona, która całe życie starała się nie dawać sąsiadom asumptu do gadania o niej!!! Ona świadkiem w sądzie!!! Szok, hańba i wstyd!!! Tłumaczeń, że nie ma się czego bać, że to przecież nic takiego, że sobie poradzi, nawet słuchać nie chciała. Wizja bytności w sądzie kompletnie panią Zosie zdewastowała i przeraziła. W związku z tym, że była świeżo po operacji biodra i w trakcie rehabilitacji, córka pani Zosi napisała do sądu pismo, że pani Zosia jest po operacji, w trakcie rehabilitacji i nie może się stawić. Sąd pismo przyjął, okazał zrozumienie i… poinformował panią Zosię pisemnie, że dnia tego i tego o godzinie tej i tej sąd nawiedzi panią Zosię w jej domu, żeby wysłuchać jej wyjaśnień w sprawie. Pani Zosia, która żyła nadzieją, że sąd po przeczytaniu jej pisma da jej spokój, przeżyła kolejny wstrząs. Poczuła się prześladowana. Znowu złapała za telefon i zadzwoniła do mnie, żebym jej wyjaśnił o co chodzi. Wyjaśniłem, poradziłem, żeby nie była wylewna, tylko odpowiadała na pytania sądu zgodnie z prawdą i bez dygresji. Trochę się martwiłem, że pani Zosia, która lubi dygresje, może popłynąć. Sąd panią Zosię odwiedził, wypytał w sprawie i chyba uznał, że jej informacje niczego do sprawy nie wnoszą, bo dał pani Zosi spokój. Pani Zosia, dla której cała ta sądowa historia była ogromnie traumatyczna, przysięgła sobie, że w stosunku do organów państwa, wszystkich!!!, będzie skrajnie ostrożna i już więcej w żadne sądowe korowody wmanewrować się nie da. No bo co sąsiedzi o tym jej świadkowaniu w sądzie powiedzieli?! Przysięga złożona została w obecności mojej Mamy i mojej. Pani Zosia wściekła była na sąsiadów, że nasłali na nią policjanta, a potem prześladowali świadkowaniem. Starannie wyparła fakt, że sama była sobie winna. Zobowiązała moją Mamę, żeby przypomniała jej tę przysięgę, gdyby kiedyś ponownie doznała ataku wylewności. Wspomnienie tej sądowej historii przyprawia panią Zosię o ciarki.

07 grudnia

Rekluza 3

Pani Zosia – Nemezis lekarzy. Odwiedziła wszystkich, absolutnie wszystkich specjalistów. Wszystkich z wyjątkiem tego, którego odwiedzić powinna, bo tylko on mógłby jej pomóc. Psychiatry. Bo psycholog to w jej wypadku za mało – poddałby się po 10 minutach rozmowy z nią, bo odbiłby się od jej hipochondrii jak od ściany. A jej nerwicę można leczyć skutecznie farmakologicznie. Ale nie, pani Zosia do psychiatry nie pójdzie, bo przecież do psychiatry chodzą wariaci, a ona wariatką nie jest! Ona jest zdrowa! Całkiem niedawno jej lekarz rodzinny zniecierpliwiony już po raz setny snującą się opowieścią o trapiących ją chorobach, zasugerował wizytę u psychiatry, czym bardzo się pani Zosi naraził. Opowiadała o tym skrajnie oburzona. Bo tak naprawdę pani Zosia kocha te swoje wszystkie urojone dolegliwości i wcale nie chce się z nimi rozstawać!
Pani Zosia udając się do lekarza, targa z sobą dokumentację medyczną z całego życia i oczekuje, że lekarz z entuzjazmem odda się tej pasjonującej lekturze. A takiego, który nie zagłębia się w nią z satysfakcjonującą panią Zosię skrupulatnością (czyli nie czyta literalnie od deski do deski, najlepiej na głos, żeby i ona mogła mieć z tej lektury jakąś radość) pani Zosia nie poważa i więcej nie odwiedza. Generalnie pani Zosia czuje jakąś osobliwą, organiczną wprost niechęć do lekarzy, którzy mają czelność wmawiać jej, że jest zdrowa! Od takich lekarzy trzyma się z daleka!
Pani Zosia w repertuarze swoich dolegliwości posiada m.in.: zapalenie całego organizmu, nieodwracalny deficyt krwi i takież wyjałowienie organizmu, reumatyzm czaszki, która ją „łamie”, skurcz łydek, który niemal łamie jej kości, oraz jakąś na pewno bardzo poważną chorobę kardiologiczną, objawiającą się bardzo wysokim pulsem. Na pytanie o wysokość tego pulsu odpowiedziała, że 80, a górna granica to, zdaniem pani Zosi, 65!
- 65 pani Zosiu, to jak pani śpi. A jak się pani rusza i robi coś, to tętno się podniesie nawet do 150 i nie jest to żadna patologia – powiedziałem, zgodnie z prawdą. Moja wypowiedź wywołała pewną dezaprobatę, bo tak nietaktownie rozwiewałem jej przyjemne złudzenia o kolejnej dolegliwości.
Pomyślałem, że kiedyś może być z tym problem, bo tak zamęczyła wszystkich lekarzy w mieście swoimi urojonymi chorobami, że jak kiedyś naprawdę zachoruje, choroba może zginąć w natłoku pamiętanych przez nich tych wszystkich urojonych dolegliwości.
Pamiętam Ją sprzed lat – pomimo rozczarowania życiem, szczególnie małżeńskim, była pogodna, życzliwa, empatyczna i bardzo towarzyska. Dalej taka jest, o ile udaje się odwrócić jej uwagę od narzekania. A to trudne, bo wraca do niego jak bumerang. Pomimo opowieści „ścinających krew w żyłach” o jej bolączkach odwiedzam ją zawsze z przyjemnością. Lubię ją. Ale niech Pan Bóg broni lekarzy przed takimi pacjentami! Pani Zosia i jej dolegliwości. Neverending story...

06 grudnia

Rekluza 2

Któregoś dnia wysłuchałem opowieści o tym, jak bardzo jest chora, bo… UWAGA… ma zapalenie całego organizmu.
- A jakie ma pani objawy, pani Zosiu? – zapytałem nieostrożnie.
Pani Zosia wskoczyła na swojego ulubionego rumaka i wyliczyła z zadowoleniem całe mnóstwo objawów, począwszy od wyjałowienia organizmu antybiotykami, poważnego deficytu krwi w organizmie, poprzez łamanie, kłócie tu i ówdzie, pieczenie, a skończywszy na bólu zatok oraz drapaniu w gardle.
- A gorączkę pani ma, pani Zosiu? – dopytałem.
- Nie, gorączki nie mam – odpowiedziała zawiedziona.
- Pani Zosiu, zapalenie całego organizmu to sepsa. A sepsa charakteryzuje się gorączką oscylującą w okolicach 42 st C, bardzo dużym osłabieniem aż do utraty przytomności i bardzo ciężkim ogólnym stanem pacjenta. Innych objawów pani nie powiem, bo mogłaby pani postraszyć nimi swojego lekarza rodzinnego, a po co się ma facet denerwować. Zatem, pani Zosiu, cały organizm się pani nie zapalił, skoro normalnie pani funkcjonuje – powiedziałem. Pani Zosia łypnęła na mnie niedowierzająco, rozczarowana, że nie wykazuję wystarczającego zrozumienia dla jej cierpień. Gdyby dać jej do poczytania „Choroby wewnętrzne” Szczeklika, pognałaby do lekarza z żądaniem zwołania natychmiastowego konsylium lekarzy wszystkich możliwych specjalizacji, bo miałaby objawy wszystkich opisanych przez Szczeklika chorób!
Moja Mama, która przyjaźni się z panią Zosią od wielu lat, czasem nie wytrzymuje i w kolokwialny sposób przywołuje ją do porządku:
- Zocha, Ty się zastanów co Ty mówisz! Bo pieprzysz tak, że własną ścierą zabić się można!
To o dziwo pomaga – pani Zosia się nie obraża. Dlaczego? Jej mąż przywoływał ją w taki sposób do porządku.
Niektórzy specjaliści próbowali leczyć jej nerwicę – ordynowali nowoczesne leki antydepresyjne. Pani Zosia owszem, leki kupowała i nawet próbowała stosować, ale cóż, skoro na niemal każdy lek reagowała „alergią”. Lek przyjmowała, po czym zabierała się za lekturę ulotki i… natychmiast była atakowana przez wszystkie skutki niepożądane wymienione w ulotce. Alergizowała się błyskawicznie, niemal do wstrząsu anafilaktycznego, z wielkim zadowoleniem i to nic, że nikt oprócz niej żadnych skutków ubocznych leków u niej nie widział. Miała je i koniec! Leki oczywiście natychmiast odstawiała. Tylko dwa leki uznała za bezpieczne – Signopam i Pramolan. Signopam zapewne dlatego, że jak sobie go walnęła to ją ogłupiał tak, że nie była w stanie sprawnie wyprodukować skutków ubocznych. A Pramolan, bo ją przyjemnie leciutko rozluźniał, nie zakłócając delektowania się urojonymi dolegliwościami. cdn

05 grudnia

Rekluza

Pani Zosia – znam ją od dzieciństwa. Lubię ją, bo jest bardzo fajną osobą, choć ma jeden mały, malusieńki feler. Malusieńki, ale determinujący jej życie, szczególnie ostatnio.
Ale od początku. Pani Zosia, lat 77 i pół, wdowa, matka, babcia i prababcia. Ze względu na długoletnią przyjaźń z moją Mamą, dość często u niej bywam. U niej, bo pani Zosia od 3 lat stała się rekluzą w 95%. Bardzo niechętnie i rzadko opuszcza dom. Rachunki i zakupy załatwia jej syn, a pani Zosia dzielnie trwa w domu, przemieszczając się najdalej na ganek. Tylko w niedzielę pani Zosia, trzymając syna pod rękę, maszeruje na mszę do kościoła (jakieś 200 m). Poza tym pani Zosia opuszcza swój dom jedynie w celu wizytowania lekarzy, ewentualnie od czasu do czasu (rzadko) jej córce udaje się zmóc ją i uwieźć do jej siostry w odwiedziny. Rzadko, bo propozycja opuszczenia domu powoduje u pani Zosi natychmiastową reakcję obronną. Pani Zosia zapiera się wszystkimi czterema kończynami, napada ją gwałtowny i obezwładniający ból głowy, bądź nóg i całą sobą krzyczy NIEE (z podwójnym ee). Bardzo chętnie i z radością udziela audiencji u siebie, bo lubi ludzi, natomiast wyciągnąć ją w gościnę do siebie niepodobna. Rozsmakowała się w swojej pustelni – wspomina „światło swoich oczu”, czyli nieżyjącego męża, modli się za niego, a w wolnych chwilach… nadzoruje ruch na drodze oraz sąsiadów. Pani Zosia lubi trzymać rękę na pulsie i wiedzieć co się dzieje. Nie, nie jest plotkarą – po prostu ten dyskretny gankowy nadzór nad ruchem drogowym i sąsiadami jest dla niej przyjemną odmianą, jakimś takim odświeżającym powiewem. Niewiele z tego, co się dzieje w polu jej widzenia, umknie jej uważnemu spojrzeniu. Poza powyższymi zajęciami pani Zosia lubi popatrzeć w telewizor, żeby śledzić losy bohaterów swojego ulubionego serialu oraz wiadomości, które są dla niej doskonałą inspiracją i paliwem do bulwersacji. A lubi się zbulwersować, ot tak, dla zdrowotności.
Pani Zosia posiada jedną niewątpliwą i prawdziwą chorobę – nerwicę lękową. Skąd się u niej wzięła ta dolegliwość? Z miłości. Klasyczny przykład olśnienia. Zakochała się bez pamięci w swoim mężu. Zakochała się tak, że ani jego alkoholizm, ani niewierność, ani wreszcie kompletna nieodpowiedzialność, nie przygasiły tego płomiennego uczucia. Szalała z zazdrości, przeszła załamanie nerwowe, głęboką depresję, ale wciąż kochała i kocha nadal, choć „światło jej oczu” od kilku lat już nie żyje. Najszczęśliwszym okresem jej życia było tych kilka lat, kiedy jej mąż po udarze był całkowicie od niej zależny – opiekowała się nim z oddaniem i radością, szczęśliwa, że ma go wreszcie wyłącznie dla siebie. Patologiczna, wyniszczająca ją miłość. Po jego śmierci znalazła sobie nową namiętność, której oddała się całkowicie, odnajdując najwidoczniej w niej jakąś radość – hipochondrię. Stała się prawdziwą Nemezis lekarzy w mieście, zadręczającą ich swoimi niezliczonymi, urojonymi dolegliwościami i chorobami. To prawda, że przeszła neurochirurgiczną operacją usunięcia małego oponiaka kilka lat temu (nie trzeba było operować, bo oponiak był maleńki, ale pani Zosia się uparła) oraz rok temu operację biodra (też nie było w złym stanie, ale pani Zosia rozsmakowawszy się najwidoczniej w leczeniu inwazyjnym również się uparła), obecnie jednak, z punktu widzenia klinicznego, jest całkowicie zdrowa. A gdzie tam – ona uważa, że jest jedyną prawdziwie cierpiącą osobą na świecie. Cała reszta to hipochondrycy. Ostatnio przechodzi sama siebie w wymyślaniu sobie dolegliwości i chorób. I zadręcza opowieściami o nich swoich słuchaczy. Bardzo trudno skierować jej uwagę na inny temat, bo rozprawia się z nim prędko, żeby powrócić do tego jednego, ulubionego. Po operacji biodra rok temu, wysunął jej się z żyły venflon, a że otrzymywała heparynę drobnocząsteczkową, trochę krwi jej wypłynęło i usmarowało pościel, co skłoniło ją po powrocie ze szpitala do domu, do postawienia sobie diagnozy, że w dużym stopniu się wykrwawiła i cierpi w związku z tym na nieodwracalny deficyt krwi w organizmie. Na słowa „Pani Zosiu, krew się odtwarza, więc utrata tych kilku mililitrów jest bez znaczenia”, zareagowała podejrzliwym rozczarowaniem, bo dolegliwość się strywializowała. Brany przez kilka dni antybiotyk wywołał autodiagnozę o całkowitym wyjałowieniu organizmu, które niestety również, zdaniem pani Zosi, jest nieodwracalne. „Pani Zosiu, flora bakteryjna się odbudowuje” – reakcja jak wyżej. Niektóre dolegliwości występują u niej napadowo: ból głowy przychodzi i odchodzi na zawołanie, ból nóg również. Zadręcza lekarzy swoimi urojonymi dolegliwościami. Wykonano jej wszystkie możliwe badania – chyba nikt na świecie nie został dotąd równie skrupulatnie przeskanowany. Tomografia komputerowa, rezonans magnetyczny i prozaiczne gastroskopie, kolonoskopie, RTG zatok etc, etc. Wszystkie badania w normie. cdn

01 listopada

Bo to był człowiek!

Moja Mama zrelacjonowała mi telefonicznie ostatnią swoją bytność u pani Zosi. Przedwczoraj zaszła do niej na chwilę i zastała u niej ową Bronkę, która kiedyś usiłowała przesłuchać syna pani Zosi na okoliczność jej przychodniano – szpitalnego szoł (post Sensacja). Ożywiona rozmowa toczyła się wokół sąsiada Bronki, Nowaka*, alkoholika nieszkodliwego, choć aspirującego do pijackiej elity, czyli żulerii. Bronka generalnie spolegliwa nie jest, więc drze koty z wszystkimi sąsiadami, również z Nowakami. Obsobaczała zatem Nowaka zajadle, ku radości pani Zosi. Nie, żeby pani Zosia miała coś do Nowaka, absolutnie nie! Radość sprawiała jej sama relacja Bronki – zawszeć to jakieś urozmaicenie w życiu rekluzy. A relacja Bronki jędrna była i obficie okraszona słowami, które swój rodowód jakoby miały w łacinie. Ów wywód Bronki na temat Nowaka i jego alkoholizmu, pani Zosia podsumowała wnioskiem, że Nowakowa powinna oddać Nowaka na przymusowy odwyk. Moja Mama, która przysłuchiwała się temu obsobaczaniu Nowaka w milczeniu, nie wytrzymała i wypaliła:
- Zocha, a ty czemu swojego męża na przymusowy odwyk nie wysłałaś?
Pani Zosia, której mąż zdecydowanie nie wylewał za kołnierz, osłupiała na moment, ale szybko odzyskała rezon i odpowiedziała:
- Bo to był człowiek!!!
- A Nowak to nie człowiek? Zocha ty się zastanów, co ty mówisz!
Jak już Bronka pozbierała się i poszła, moja Mama przypomniała pani Zosi:
- Zocha ty nie bądź do Bronki taka wylewna, bo chyba wiesz, jaka Bronka jest, tak? Do ciebie powie jedno, a do Nowaka drugie, np. to co powiedziałaś o wysłaniu go na przymusowy odwyk. I jeszcze od siebie dołoży drugie tyle. Chcesz mieć tu wizytę Nowaka?
- No nie chcę – odpowiedziała pani Zosia.
- No więc waż słowa, które wypowiadasz do Bronki.
- Masz rację. Ona nie dość, że przekaże, to jeszcze drugie tyle dołoży!
- Przypomnij sobie, jakie były konsekwencje twojej wylewności – powiedziała moja Mama wskazując ręką na dom sąsiadów pani Zosi. Panią Zosię w tym momencie ciarki przeszły, bo przypomniały jej się korowody sądowe sąsiadów, którzy powołali ją na świadka. Kiedyś o tym napiszę.
______________________________________
* nazwisko na potrzeby posta

27 października

Nemezis (2)

Odwiedziłem wczoraj panią Zosię, która z wypiekami na twarzy zrelacjonowała mi konsultację neurochirurgiczną, którą miała kilka dni temu.

Wynik konsultacji neurochirurgicznej według pani Zosi:

- Byłam u takiego młodego chłopaka, gdzieś w twoim wieku. Pooglądał tę płytkę z tomografią. Widziałam to wszystko na monitorze. Pooglądał i powiedział, że nie ma co się śpieszyć.
- Z czym nie ma się co śpieszyć pani Zosiu? - zapytałem
- No nie ma się co śpieszyć.
- Z operacją?
- Nie, z rezonansem.
- Czyli neurochirurg zlecił rezonans?
- No zlecił. A po co zlecił, skoro miał na płytce tomografię?
- Bo rezonans jest czulszy od tomografii i dla pewności zlecił.
- Aha.
- Pani Zosiu przykro mi, że muszę panią rozczarować, ale niech się pani nie nastawia na operację, bo żadnej operacji neurochirurgicznej nie będzie. Gdyby cokolwiek się działo widać by to było na tomografii i neurochirurg powiedziałby pani, że coś się dzieje.
- Dzieje się, bo zapytał mnie, czy jak mnie głowa boli, to oczy mi łzawią.
- I co mu pani powiedziała?
- Że łzawią.
- Pani Zosiu litości! Dlaczego wprowadza pani lekarza w błąd mówiąc, że pani oczy łzawią, jak oczy pani nie łzawią!
- Ale łzawią. No popatrz.
Popatrzyłem. Oczy oczywiście nie łzawiły.
- Pani Zosiu oczy pani nie łzawią. Zresztą to nieistotne, bo z łzawieniem bądź nie i tak operacji nie będzie.
- Zapytałam go co z tą operacją – relacjonowała dalej niezrażona pani Zosia – popatrzył na mnie i zapytał o jakiej operacji mówię, to mu powiedziałam, że o operacji głowy. Znowu na mnie popatrzył i powiedział, że żadnej operacji nie będzie, bo wszystko jest ok. No to go zapytałam, po co w takim razie ten rezonans?
- I co pani odpowiedział?
- Że dla pewności.
- No widzi pani, więc chce dokładnie sprawdzić. Niech mi pani powie, co to było z ta neurolożką? Ona powiedziała pani, że będzie potrzebna operacja?
- No powiedziała, że mam rozważyć kolejną operację głowy.
Pani Zosia przypomniała sobie ten szoł przychodniano - szpitalny który zrobiła i ciarki ją przeszły.
- Wkurzona jestem na nią, bo jak można tak człowieka straszyć niepotrzebnie – skonstatowała pani Zosia – jeśli trzeba będzie głowę znowu operować, to myślę, że się zgodzę.
- Pani Zosiu ja na pani miejscu nie robiłbym sobie nadziei na operację, bo żadnej operacji nie będzie, jak pani powiedział neurochirurg.
- Ale ty głupio gadasz – powiedziała na to pani Zosia – przecież czwartej operacji bym nie przeżyła.
- No to ma pani to zmartwienie z głowy, bo neurochirurg powiedział, że operacji głowy nie będzie.
Pani Zosia trochę się stropiła, bo chyba miała ochotę na malutką operacyjkę:-) Jeśli pani Zosia zaplanowała jakąś operacyjkę dla siebie, to z pewnością coś wymyśli, żeby dopiąć swego. Skoro na neurochirurgiczną operację szans nie ma, to może w ramach innych specjalizacji się uda. Pani Zosia wspomniała coś o laryngologu i zapaleniu zatok. Moją uwagę, że gdyby miała zapalenie zatok, na tomografii byłoby to widoczne, puściła mimo uszu. A to może oznaczać, że jakiś laryngologiczny planik w głowie pani Zosi już kiełkuje…

01 października

Ałła

Ałła
Byłem w niedzielę świadkiem rozmowy Pani Zosi i mojej Mamy:
- Neurolożka powiedziała mi, żebym rozważyła kolejną neurochirurgiczną operację, ale w moim wieku, to ja już tej operacji nie przeżyję – zwierzyła się Pani Zosia
- Zocha Ty to tak się rozsmakowałaś w medycynie zabiegowej, że nic tylko kazałabyś coś sobie wycinać co i rusz. Dajże spokój z tymi operacjami. A jak już koniecznie chcesz się zoperować, zainwestuj i zrób sobie operację plastyczną. Jak Ałła Pugaczowa, o której wczoraj czytałam, że miała niezliczoną ilość operacji plastycznych. Na zdjęciach wygląda rzeczywiście nieźle, nie jak zombi, co znaczy, że ma dobrego chirurga plastycznego. Jak chcesz, mogę Ci Zocha załatwić numer do niego. A jak już się zoperujesz, to wtedy, tak jak Ałła, znajdź sobie o 30 lat młodszego faceta. Ałła w wieku 64 lat zrobiła sobie in vitro i urodziła bliźnięta. A w czym Ty Zocha jesteś od niej gorsza? No w niczym. Jak już sobie Zocha znajdziesz tego faceta o 30 lat młodszego, zrobisz sobie tak jak Ałła in vitro i może nawet trojaczki powijesz? – powiedziała moja Mama.  Pani Zosia jest matką czworga dzieci, w tym bliźniąt płci żeńskiej. Obie z Panią Zosią położyły się ze śmiechu. Ja też. Jak już się wyśmiały, Pani Zosia skonstatowała:
- Od tego bogactwa niektórym w tyłkach się przewraca! No, żeby w wieku 64 lat dzieci rodzić, to nie jest normalne! To jest chore!



Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger