17 czerwca

Szarooki

Błysk ciekawości w oczach Brązowookiego przypomniał mi, że już kiedyś takie spojrzenie widziałem. Tak patrzył na mnie kiedyś Szarooki.

Szarooki…

Człowiek o niezwykłej wrażliwości, dobroci i empatii, a także o ogromnej potrzebie kochania i bycia kochanym.

Spotkaliśmy się przypadkiem na uroczystości na uczelni Szarookiego. Nie zamieniliśmy ze sobą nawet jednego słowa, ale jak się mijaliśmy w przejściu, uśmiechnął się szeroko, a ja odpowiedziałem uśmiechem. Szarooki zapamiętał i po roku, kiedy spotkaliśmy się ponownie, wykorzystał szansę i zainicjował rozmowę. Szybko zauważyłem, że nie była to tylko uprzejma rozmowa w ramach konwenansów, ale Szarooki chciał nawiązać kontakt i znajomość. Wymieniliśmy się numerami telefonów. I tak to się zaczęło. I było piękne. Spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę odkrywając się na płaszczyźnie intelektualnej i emocjonalnej. A było co odkrywać, ponieważ pozazawodowo Szarooki parał się pisarstwem i był w tym naprawdę dobry. Z pewnych bardzo istotnych powodów natury zasadniczej, Szarooki po 3 miesiącach znajomości próbował ją zakończyć. Udało mu się to na całe dwa tygodnie, w czasie których (jak później przyznał) z tęsknoty zjeździł wszystkie miejsca, w których ze mną bywał. Niemal codziennie też bywał w hipermarkecie, w którym robiłem zakupy, w nadziei, że przypadkiem na mnie tam wpadnie. I wpadł, ale nie przypadkiem. Po dwóch tygodniach będąc po raz kolejny w tym hipermarkecie wysłał mi sms, że właśnie tam jest. Tylko tyle. Ja również za nim tęskniłem, więc dwadzieścia minut później znalazłem się w tym samym miejscu. Szarooki bardzo się cieszył z tego „przypadkowego” spotkania i tylko jego wpadnięte, podkrążone oczy oraz utrata kilku kilogramów wagi powiedziały mi, że te dwa tygodnie musiały być dla niego bardzo ciężkie.

Szarooki posiadał niezwykłą zdolność bezbłędnego wyczuwania moich nastrojów i kilka razy wprawił mnie tym w osłupienie. Każdego wieczoru prowadziliśmy telefoniczne rozmowy na dobranoc. W czasie jednej z nich wspomniałem o jakimś swoim kłopocie. Miało to swoje konsekwencje. Na drugi dzień rano odnalazłem w swojej skrzynce mejlowej „niespodziewajkę – pocieszaczkę”. Szarooki napisał opowiadanie dla mnie, żeby mnie ucieszyć. Opowiadanie o Błękitnookim, o wierze w cuda, o wierze w siebie, o zakochaniu, o dawaniu siebie i otrzymywaniu, o wietrze rozwiewającym włosy, o leżeniu na trawie i patrzeniu w niebo, o trzymaniu się za ręce. Zakończył je słowami: „Jeśli kiedyś poczujesz się samotny, a mnie przy Tobie nie będzie, zawołaj mnie myślą, a przyjdę do Ciebie we śnie”. Pisał je niemal całą noc misternie tkając z uczuć. Było piękne.

Sielanka trwała jakiś czas – wspólne spędzanie czasu, wypady za miasto, wyjścia do kina, teatru, na koncerty. Leżenie na trawie i patrzenie w niebo, trzymanie się za ręce. Było pięknie, idealnie wręcz. Jednak gdzieś w tle nieustannie przewijało się coś fundamentalnego, coś, co w konsekwencji zakończyło tę piękną znajomość.

Pozostało po Nim opowiadanie, które dla mnie jest bezcenne, bo przypomina mi, jak było i jak może być pięknie, i ciepło, które rozlewa się wokół mojego serca na jego wspomnienie. Co jakiś czas dyskretnie pytam wujka Facebooka o Szarookiego, a ten donosi co wie. Mam wielką nadzieję, że Szarooki nie czuje się samotny i jest szczęśliwy…

16 czerwca

21

Minęliśmy się.
Dokładnie o tej szarej godzinie.
Pamiętam Twoją twarz, oczy, spojrzenie,
małego pieprzyka na Twojej szyi,
pierwsze siwe włosy na Twoich skroniach
i Twoją zmęczoną twarz.
Pamiętam...

W tej chwili mojej słabości
ukryta w najgłębszym zakamarku
gdzieś w środku mnie,
w tajemnicy nawet przede mną samym
tęsknota
bezgłośnie wyszeptała Twoje imię
i jedna samotna łza
powoli stoczyła się po jej policzku.
Twoim policzku.
Bo ona Twoją ma twarz...

16 czerwca

Brązowooki (2)

Minęliśmy się znowu. Miesiąc temu. Tym razem na koncercie. Spodziewałem się, że Brązowooki na tym koncercie będzie i czekałem niecierpliwie. W trakcie koncertu zerkałem na Niego dyskretnie. Wydał mi się zmęczony – podpierał głowę dłonią i chwilami zamykał oczy. W przerwie wszyscy wyszli do foyer. Ja również. Zamierzałem znaleźć znajomych, żeby podzielić się wrażeniami. Schodząc schodami na parter zauważyłem, że tuż przy schodach, w grupce swoich znajomych stoi Brązowooki. Zamierzałem odważnie się przywitać – no przecież byłoby niegrzecznie udawać, że Go nie poznaję. Brązowooki odwrócił głowę i szybko spojrzał przez ramię na mnie schodzącego po schodach i uśmiechającego się jak zawsze, kiedy Go widziałem. Zanim jednak wyciągnąłem rękę na powitanie, przemieścił się do innej grupki swoich znajomych, na drugim końcu foyer, w bezpiecznej odległości ode mnie. Znalazłem swoich znajomych i wesoło zacząłem z nimi rozmawiać. Kątem oka widziałem Brązowego i dostrzegłem, że ten kilkakrotnie dyskretnie na mnie spojrzał. Skinąłem głową, Brązowy się odkłonił, ale natychmiast uciekł ze spojrzeniem.
- Nie rozumiem tego – pomyślałem zawiedziony.
Liczyłem, że się z Nim przywitam i wymienię kilka kurtuazyjnych zdań. Po koncercie ponownie minęliśmy się, tym razem przy wyjściu – Brązowooki spojrzał tylko smutno i poszedł. W jego spojrzeniu była samotność… Znałem to spojrzenie. Tak kiedyś patrzył Szarooki.
Skonstatowałem ze zdziwieniem, że w sytuacjach 1 na 1, Brązowy uśmiechał się i nawiązywał kontakt wzrokowy, natomiast w obecności innych osób w ogóle kontaktu wzrokowego nie nawiązywał, ba, starannie go unikał.
- Dziwne to wszystko – myślałem – nie wiem co o tym myśleć.
Dziwne to, że będąc człowiekiem towarzyskim, łatwo nawiązującym kontakt i bynajmniej nie nieśmiałym, pod spojrzeniem tych brązowych oczu robiłem się jakiś taki…hm…trochę onieśmielony i nie bardzo wiedziałem jak do Niego zagadać. Najdziwniejsze zaś dla mnie było wrażenie, że On, „lew salonowy”, w stosunku do mnie wykazywał podobny defekt.
- Hm… Cóś jakby było na rzecy, jak mawiają Górale – pomyślałem.
Zamierzam to zbadać…
Łatwe to nie będzie. Funkcjonujemy w dwóch zupełnie różnych hermetycznych środowiskach zawodowych i stykamy się jedynie kilka razy w roku, kiedy nasze zawodowe drogi się krzyżują, nie mamy wspólnych znajomych. Brązowooki to inteligentna bestia…
Słyszałem Go przemawiającego do audytorium. Szczerze zazdrościłem Mu swobody wypowiedzi. A mówił znakomicie. Miewam przebłyski inteligencji i wypowiedzieć się potrafię, jednak zawsze publiczne przemowy są dla mnie stresujące i nie czuję się w takich sytuacjach zbyt komfortowo. Za to spostrzegawczy jestem jak rzadko.
Może nic nas nie łączy oprócz tego, że on również czasem czuje się samotny. W każdym człowieku żyje ogromne pragnienie oddawania się drugiemu człowiekowi i otrzymywania z drugiego człowieka, potrzeba bezgranicznego zaufania i bliskości. Jeśli ten błysk zainteresowania, który ujrzałem w jego oczach nie był wytworem mojej wyobraźni, na pewno okazja do zbadania będzie.
Uspokojony tą myślą dojechałem do domu. Przed położeniem się do łóżka zapytałem wujka Google o Brązowookiego i otrzymałem odpowiedź… Dowiedziałem się mianowicie z wywiadu, jakiego udzielił, że ulubioną jego książką jest „Władca Pierścieni” Tolkiena. To mnie nie dziwi. Przecież on sam wygląda jak Aragorn. Tyle, że brązowooki…

15 czerwca

Mundial

Nie podzielam entuzjazmu do piłki nożnej. Nie oglądam mundialu. 44 łydki ganiające chaotycznie za piłką po zielonym prostokącie (jak to niedawno określił mój Kolega, który ogląda mundial namiętnie), nie wkręcają mnie i nie budzą żadnych emocji. Dlaczego 44 łydki? Zapytałem i otrzymałem odpowiedź:
pierwsza drużyna: 11 chłopa
druga drużyna: 11 chłopa
czyli razem 22, a każdy z nich ma po 2 łydki, zatem 22×2=44
Nie emocjonuję sie mundialem, ale przypomniałem sobie bardzo zabawne wydarzenie sprzed jakiegoś czasu, związane z piłką nożną. Otóż mój sąsiad, mieszkający nade mną, zaprosił kolegów na oglądanie jakiegoś meczu, który był bardzo późno. Popili się solidnie przy tym oglądaniu i zachowywali się bardzo głośno. Byłem wściekły, bo nie dawali mi spać, a rano musiałem wstać wcześnie. Mecz skończył się dobrze po 2. W sposób osobliwy. Mianowicie całe pijane towarzystwo odśpiewało Hymn i „Boże coś Polskę”, w takiej kolejności. Popłakałem się ze śmiechu….

14 czerwca

Nadmiar

Z racji wykonywanego zawodu, muszę się dokształcać. Właśnie skończyłem studia podyplomowe. Ale nie o studiach będzie tu mowa, ale o koleżankach z tych studiów. Tak się złożyło, że w trzydziestoosobowej grupie przewaga kobiet była miażdżąca – byłem jednym z dwóch mężczyzn. Ten drugi przedstawiciel, ze względu na niezbyt efektowną powierzchowność, jakoś dla koleżanek nie zaistniał. W przeciwieństwie do mnie. Nie, nie dlatego, że jestem jakimś super przystojniakiem. Owszem, jestem wysoki, szczupły, o wcale miłej aparycji. No dobra. Jestem przystojny. Tak uznały koleżanki. Trzy z nich wzięły sobie mnie na cel. Dochodziło do komicznych sytuacji. Musiałem się bardzo pilnować, żeby swoim towarzyskim zainteresowaniem wszystkie trzy sprawiedliwie i po równo obdzielać, bo były o siebie cholernie zazdrosne i gdybym z którąś z nich dłużej rozmawiał niż z pozostałymi, demonstrowały swoje niezadowolenie w dość złośliwy sposób. Najzabawniejsze, do czasu jak się później okazało, było to, że czwarta admiratorka, która nie zamieniła ze mną nawet jednego zdania, przez całe 3 semestry nie spuszczała ze mnie oka. To znaczy spuszczała, ale tylko wtedy, jak wzrok mój przypadkiem na nią się zabłąkał. Poza tymi krótkimi momentami, wpatrywała się we mnie nieustannie, jakby chciała mnie zahipnotyzować. W sumie nie było to niemiłe, bo hasła w stylu „cześć piękny”, „cześć misiek”, czy „cześć przystojniaku”, „ładnie pachniesz” etc przyjemnie łechcą ego. Ale raz zrobiło się niezręcznie, wręcz nieprzyjemnie, kiedy ta wpatrująca się i do tej pory nic nie mówiąca, uznając najwidoczniej, że trzy semestry wpatrywania się na pewno wystarczająco mnie zmiękczyły, przemówiła i w sposób nie pozostawiający żadnych wątpliwości, kopiąc mnie pod stołem, bezceremonialnie zasugerowała seks. Choć bardzo nie lubię takiej obcesowości, zareagowałem z humorem i obróciłem całe zajście w żart.
- O ty świntucho. Chcesz mnie rozproszyć, bo widzisz, że test kończę, a Ty jeszcze nawet nie w połowie. – powiedziałem ze śmiechem.
Całe towarzystwo zaśmiało się gromko, a koleżanka wpatrująca się, oblała się pąsem. Nie przemówiła więcej, aczkolwiek wpatrywać się nie przestała. Aktywna trójka zaangażowanych koleżanek robiła później śledztwo, chcąc się dowiedzieć, co też wpatrująca się mi rzekła, że świntuchą ją nazwałem. Przeprowadziły skrupulatne dochodzenie, ale litościwie prawdy nie wyjawiłem. Szczęśliwie obyło się bez wyrywania paznokci. Ot nadmiar powodzenia bywa czasem męczący…

13 czerwca

Brązowooki

Minęliśmy się. Półtorej miesiąca temu. Na widok Brązowookiego uśmiechnąłem się, a Brązowooki natychmiast ten uśmiech odwzajemnił. A może to Brązowooki uśmiechnął się pierwszy? Nieistotne. Mijaliśmy się tak już od jakiegoś czasu, służbowo, kilka razy w roku, zawsze uśmiechając się do siebie. Lubiłem te chwile kiedy moje błękitne oczy spotykały się z Jego brązowymi, wywołując na twarz uśmiech.

Brązowooki… Ma imię. Nazwisko też ma. Kiedy pierwszy raz zetknąłem się z Nim, nazwałem Go w myślach „Brązowooki” i tak już zostało. Brązowooki. W swoim hermetycznym zawodowym środowisku osoba znana i powszechnie lubiana. Posiadał, a może miał to po prostu od urodzenia w sobie, niezwykle rzadką umiejętność zjednywania sobie ludzi. Zawsze uśmiechnięty, miły, emanujący jakąś taką naturalną serdecznością, lubiący ludzi. I do tego bardzo przystojny. Dziwne to były zetknięcia – naładowane jakimś subtelnym napięciem. Wydawało mi się, że to napięcie jest wytworem wyłącznie mojej wyobraźni. Do czasu…

Stałem niedaleko wejścia do budynku i paliłem. Półtorej miesiąca temu. Przed budynkiem mnóstwo zaparkowanych samochodów, ale kilka miejsc parkingowych wolnych. Jedno z tych wolnych miejsc parkingowych zaanektowałem sobie na palarnię. Stałem sobie spokojnie delektując się papierosem, kiedy nagle wypłoszył mnie z tego miejsca samochód, który z kilku wolnych miejsc parkingowych, wybrał sobie na postój właśnie to miejsce gdzie stałem. Auto zajechało i zatrzymało się z impetem. Z samochodu wysiadł, a w zasadzie energicznie wyskoczył Brązowy. Uśmiechając się szeroko, zaprezentował chłopięce dołeczki w policzkach.
- Sorry, że tak przegoniłem z tego miejsca – powiedział. Miał bardzo miły głos, doskonale harmonizujący z jego powierzchownością.
- Nie ma sprawy – odrzekłem również uśmiechając się. Pomyślałem sobie, że te Jego dołeczki w policzkach są bardzo efektowne. Wprost do schrupania. 
Krótką chwilę uśmiechaliśmy się do siebie, patrząc sobie w oczy. Wyczułem, że Brązowooki chciał coś jeszcze powiedzieć, ale… zrezygnował. Uśmiechnął się tylko ponownie.
- Dobrego dnia – powiedział i ruszył do wejścia do budynku.
- Wzajemnie – odpowiedziałem również z uśmiechem.
Zanim wszedł, jego oczy spotkały się jeszcze raz z moimi oczyma. W tej jednej chwili uświadomiłem sobie, że widziałem już kiedyś takie spojrzenie. Ktoś już kiedyś na mnie tak patrzył. Dostrzegłem w oczach Brązowookiego błysk zainteresowania i ciekawości…
Zgasiłem papierosa i wrzuciłem niedopałek do studzienki kanalizacyjnej. Wszedłem do budynku. Następne półtorej godziny spędziłem w tym samym gmachu co Brązowooki, mając go w polu widzenia. Obaj pełniliśmy swoje zupełnie różne obowiązki służbowe.  Zerkałem dyskretnie dość często w stronę Brązowego, jednak On, nawiązując kontakt wzrokowy z innymi, starannie unikał takiego kontaktu ze mną. 
- Dziwne – pomyślałem odrobinę zawiedziony.

Po opuszczeniu gmachu stałem przy wejściu czekając na koleżankę, którą miałem podrzucić do domu. Czekanie uprzyjemniałem sobie papierosem. Nie widziałem, kiedy Brązowooki wyszedł z gmachu, ale musiał wyjść przede mną, bo właśnie przejeżdżał obok. Mijając mnie zwolnił, odwrócił głowę i patrząc na mnie dodał gazu, ruszając z dużym impetem. Zupełnie jakby chciał zwrócić moją uwagę na siebie… Bardzo chciałem, żeby tak właśnie było.
- Zdawało mi się – pomyślałem. Nie byłem jednak przekonany. Brązowooki był dla mnie zagadką. Znakiem zapytania. Budził ciekawość...

12 czerwca

Prolog

Rzecz będzie o sprawach dla mnie ważnych, które działy się, dzieją i dziać się będą...

Witaj blogowy świecie! Mam nadzieję, że będzie mi tu dobrze...
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger